Archiwa dla May, 2008

O kotach

Rzadko spotyka się prozę tak ciekawą i minimalistyczną zarazem, choć przy tym jakoś nie może opuścić mnie przeświadczenie, że utalentowany autor „Tracę Ciepło” chciał po prostu napisać dla swojego dziecka zbiór bajek na dobranoc. Wyszedł mi traktat o kociej filozofii, ostatecznie, podtytuł brzmi „jak koty tłumaczą sobie świat”

Piotr Kofta, więcej w „Dzienniku”, 30. V. 2008

„Prezes i Kreska”, cykl opowiadań, a właściwie dialogów pomiędzy parą kotów nawiącuje do najlepszej tracycji powiastki filizoficznej dla dzieci, na przykład do kapitalnej książki Joanny Polakówny „Marceli Szpak dziwi się światu”. Trochę może za dużo tu nieco obsesyjnych odwołań do schyłku i śmierci, ale – by tak rzec – pierwsze koty za płoty.

Marcin Sendecki, więcej w Przekroju

W Rzepie również wywiad ze mną.

Dolina cieni

Filmy dzielą się na te z jednym dnem, podwójnym, lub bezdennie głupie – choć instytucja „konstrukcji szkatułkowej” pozwala sądzić, że istnieje dno wielokrotne. Zastanawiam się o cóż chodzi z tym drugim dnem i dojść nie mogę. Być może scenariusz musi zawierać refreny słowne w rodzaju Boga, egzystencji lub rozpaczy, albo też drugie dno stanowi synonim niezrozumiałości, dzięki czemu nikt jeszcze nie wyrwał kamery Dawidowi Lynchowi. Wydaje mi się, że drugie dno jest słowem-wytrychem, nadającym dowolnej bzdurze pozór sensowności, stąd Dolina cieni tegoż dna jest pozbawiona.

Pamiętam, jak oglądaliśmy ten film w jakimś imprezowym klinczu: ludzie siedzieli nawet na suficie, tonęli w fotelach, północ dociskała powieki i puściłem cokolwiek, by leciało sobie w tle: wojna jakaś była, a potem duchy w okopie. Słowa gasły powoli i nagle zobaczyłem twarze przyjaciół, kumpli, posrebrzone ekranem, milczące i wpatrzone co tam się wyprawia. Aż film się skończył. Nie skończyła się jednak cisza.

(…)

Reszta w czerwcowej Nowej Fantastyce

 

Wyruszam do Lwowa

W ramach stypendium Homines Urbani wybieram się na prawie tydzień do Lwowa. Właściwie lubię to miasto, sympatią trudną, mam masę wspomnień miłych i niemiłych, w każdym razie, Lwów był punktem zwrotnym w moim życiu, co rozumiem teraz, po prawie trzech latach. To akurat nieważne, ważne, że zobaczę miasto na nowo, popatrzę na ludzi i budynki, wpadnę do Drochobycza wraz z innymi stypendystami i może nawet przekonam się do Brunona Schulza. Postaram się porobić jakieś notatki z podróży, zdjęcia – na pewno i całość wrzucę tutaj, jak tylko ogarnę się, wróciwszy do Polski.

Nie wiem jak będzie z netem, więc przepraszam z góry za brak kontaktu, ze względu na koszta mogę skąpić w odbieraniu telefonów. A, zapowiadałem powrót do opowiadań i jest, długa, myślę że straszna historia napisana do antologii o diable, przygotowywanej przez Red Horse. Tekst nazywa się „Imp”.

Eurowizja

W tym roku pałę przeginają Łotysze

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Fragmenty ze spotkania w Krakowie

Kraków, Warszawa, Częstochowa, Kraków

Zawsze chciałem grać w zespole i pewno grałbym nawet, lecz jestem głuchy jak pień. Zresztą, kapela to masa problemów, trzeba robić próby, kłócić się z pijanym perkusistą, targać sprzęt i jeszcze siedzieć w studio. Wyciągam więc z posiadania zespołu esencję całej zabawy, czyli trasę.

Oto rozpiska:

Piątek, Kraków, Willa Decjusza, godzina. 20.30. Spotkanie, czytam nowe opowiadanie „Noc na Moście Zakochanych” (docelowo SFFH), całość w ramach Nocy Muzeów i pewnie chodzi o to że przekroczyłem trzydziestkę.

Niedziela, Warszawa, Targi Książki w Pałacu Kultury (Pekin), podpisuję książki na stoisku firmy Olesiejuk. Godzina 14.00

Poniedziałek, Częstochowa, 20.00. Spotkanie autorskie wraz z Zygmuntem MIłoszewskim („Domofon”) w Miejskiej Galerii Sztuki przy ul. Najświętszej Marii Panny.

Wtorek, Kraków, klub Lokator na Krakowskiej (przy Domu Norymberskim), krakowska premiera książki „Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat”.

Obiecuję respektować wszystkie zwyczaje przebywania w trasie łącznie z demolką miejsc w których śpię.

 

Będę w Bez Kitu

W czwartek, 15-go maja wpadam na Hutę, do Radia Bez Kitu (http://www.interia.fm/ na zaproszenie samego Korsarza, który napisał o mnie tak pięknie:

Już jakiś czas temu zapowiadałem Wam wyjątkowy wywiad – właśnie nie muzyczny ale – - – literacki!! W najbliższy czwartek 15 maja 2008 r. o godzinie 18-tej będziemy mieli okazję spotkać się w “Misterium Dźwięku i Słowa” z Łukaszem Orbitowskim, którego opowieści grozy w tej chwili powinien znać każdy miłośnik historii z dreszczykiem! Jednak poza rozmową o literaturze będziemy mieli okazję porozmawiać o muzycznych konotacjach Łukasza, o jego najnowszych pomysłach na książki odbiegające od tego, co tworzył do tej pory – a także o życiu artysty we współczesnej Polsce i masie innych spraw.

Na tę wyjątkową rozmowę, w której możecie uczestniczyć za sprawą pokoju czatowego Radia Bez Kitu na: http://czateria.interia.pl – zaprasza Was Łukasz Orbitowski oraz dobrze Wam znany Korsarz

Zajrzałem na stronę radia i zaraz zagrał Johnny Cash, czyli nie mogło być lepiej.

Audycja o 18.00

Doczekałem się billboardów.

Trzeci fragment kotów

Królewna Kreska

Prezes gonił Kreskę po mieszkaniu, Kreska uciekała, a im bardziej uciekała, tym bardziej ją gonił. Dopadłszy, tarmosił, mierzwił futro na karku i szarpał za uszka. Kreska odpychała się, piszczała, aż Prezes poczuł znudzenie i odpuścił. Polizał ją po pyszczku. Zamruczała.
– Czemu mnie gonisz i szarpiesz, a ja nie umiem ani jednego, ani drugiego?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – odpowiedział – ale przecież masz wszystko, czego potrzebujesz. Łapki, ząbki i pazurki – wyliczył.
Kreska sprawdziła. Istotnie, łapki miała silne, pazurki ostre, a zęby mocne i zdrowe. Prezes odbiegł, puściła się w pogoń, dopadła go i nagle znieruchomiała.
– Mam zęby i pazurki, ale nie umiem ich używać. Zupełnie nie wiem, jak to zrobić – westchnęła zrezygnowana. Prezes być może znalazłby odpowiedź, ale rozczarowana Kreska oddaliła się posiedzieć w samotności.
Nastał wieczór. Patrzyła w firankę i pochlipywała.
– Jestem nieważna! – powiedziała z rozpaczą.
– Czemu mówisz takie głupie rzeczy? – Prezes usiadł przy niej. Patrzyli na siebie.
– Nie potrafię używać pazurków ani nawet uciec przed tobą. Jestem najmniej ważnym kotem na całym świecie!
Prezes zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Sądzę, że jest zupełnie inaczej. Jesteś najważniejszym kotem pod słońcem. Nie tylko dla mnie, ale w ogóle.
Oczy Kreski rozszerzyły się ze zdziwienia:
– Dlaczego tak mówisz?
– Powiedz, co było, kiedy ciebie nie było?
Na takie pytanie nie sposób odpowiedzieć bez zastanowienia. Dlatego Kreska głęboko się zamyśliła.
– Nic – odrzekła – a przynajmniej bardzo niewiele.
– Właśnie! A teraz popatrz, jest okno i słońce oraz fotel, na którym śpimy.
– Rzeczywiście! – Wciąż nie mogła uwierzyć, że to prawda.
– Ale przecież jesteś starszy ode mnie… miauknęła z namysłem – czyli…
– Nic bardziej błędnego – Prezes wszedł w słowo – jeśli nawet byłem przed tobą, to nie żyłem naprawdę.
Kreska spojrzała na niego poważnie, mrużąc oczy, przeniosła wzrok na okno, słońce i na fotel. Zachwyciła się.
– Ale to znaczy… to znaczy… – mówiła, jakby obawiała się słów, które musiały paść – to znaczy, że jestem królewną!
Prezes skinął głową.
– Właśnie to chciałem ci powiedzieć.
Kreska wyprężyła się w zachwycie. Świat wydawał się czymś nowym i cudownym.
– Królewna Kreska! Królewna Kreska! – powtarzała. – Prezesku! Może chcesz mnie trochę pogonić?
Nie trzeba było powtarzać. Prezes skoczył na Kreskę, zamiauczała, wyrwała się i pognała w kierunku kuchni. Ruszył za nią i nagle zrozumiał, że w ruchach Kreski zaszła przemiana. Pojął jej sens: tak mogła uciekać tylko królewna.

Wrocek

Lubię pracę nad książką, kiedy nie muszę się spieszyć – akurat pośpiech współokreślał ostatni rok mojej pisaniny. Było to owocne, powstały dwa tomy „Psa i Klechy”, z czego jeden się ukazał, było parę opowiadań, w cieniu tego wszystkiego powstawała rzecz równie ważna, czyli kocie historie. W październiku zeszłego roku skończyłem pisanie powieści pt. „Święty Wrocław”. Pierwszy rozdział poszedł dawno temu w Science Fiction Fantasty&Horror czyli rzecz się zaznaczyła.

No i po pół roku wróciłem do tekstu. Teraz wracam z Wrocławia, gdzie łaziłem sobie porównując to co napisałęm z tym, co naprawdę się dzieje, jest rzeczywiście różnie, dwa światy złączone jakimś tam wspólnym mianownikiem, bo przecież miejsca i ludzie istnieją naprawdę, tak w życiu jak i w książkach. Znam to miasto dobrze, ale po raz pierwszy przyjechałem się z nim zżyć, bez imprez, bez kumpli, wędrowanie. I było fajnie, dużo cieplej niż sądziłem, nie tylko dlatego, że akurat majowi zaczęło zależeć i grzał. Zaskakiwaliśmy siebie nawzajem, miasto i ja, otóż miejsca, które wymyśliłem istnieją naprawdę, a te, które opisałem z realu mają w sobie jakąś magię.

Jest oczywiście pytanie o książkę, więc, skoro już puszczam pierwsze bączki o niej to jestem zadowolony – oczywiście nie umiem ocenić, czy jest dobra czy zła, ale wydaje mi się, że na ten moment nie zdołałbym przepracować tematu lepiej. Cieszę się, bo chyba wychodzi to co zamierzyłem, kolejne rzeczy są różne, „Tracę Ciepło” jest inną książką niż „Pies i Klecha”, znowu, „Święty Wrocław” jest inny, to znaczy, ciut odżeglowałem od poetyki horroru, ale jednak jest strasznie. Kumpel po piórze, który czytał pierwszą wersję tekstu stwierdził, że najbardziej przeraża go nie ów horrorowy, nadnaturalny wątek, ale ludzie, których opisałem, choć przecież nie zmieniają się w zombie, mówił o nich jednak jak o pewnej egzotyce, jakby nie przynależeli do jego świata. Bo nie przynależą, a mi we łbie obróciło się spostrzeżenie, że to co mi wydaje się oczywiste i naturalne, dla innych jest tworem z innej planety, choć przecież planetę mamy wspólną i nawet na niej robimy zakupy.

Wrocław oczyszcza i wzbogaca, to bez dwóch zdań najpiękniejsze miasto w Polsce, gdzie każdy kawałek muru ma pomysł na siebie. Kiedy siadałem do pisania powieści, kiedy opowiadałem o niej, miałem przekonanie, że miasto jest rekwizytem, chciałem uciec z Krakowa i potrzebowałem dowolnej aglomeracji. Poszedłem na Ostrów Tumski, wypiłem piwo na Więziennej, schodziłem zelówki, oddychałem i już wiem, że wtedy okłamywałem sam siebie.

Next Page »