Wrocek

Posted on 11 maja 2008

Lubię pracę nad książką, kiedy nie muszę się spieszyć – akurat pośpiech współokreślał ostatni rok mojej pisaniny. Było to owocne, powstały dwa tomy „Psa i Klechy”, z czego jeden się ukazał, było parę opowiadań, w cieniu tego wszystkiego powstawała rzecz równie ważna, czyli kocie historie. W październiku zeszłego roku skończyłem pisanie powieści pt. „Święty Wrocław”. Pierwszy rozdział poszedł dawno temu w Science Fiction Fantasty&Horror czyli rzecz się zaznaczyła.

No i po pół roku wróciłem do tekstu. Teraz wracam z Wrocławia, gdzie łaziłem sobie porównując to co napisałęm z tym, co naprawdę się dzieje, jest rzeczywiście różnie, dwa światy złączone jakimś tam wspólnym mianownikiem, bo przecież miejsca i ludzie istnieją naprawdę, tak w życiu jak i w książkach. Znam to miasto dobrze, ale po raz pierwszy przyjechałem się z nim zżyć, bez imprez, bez kumpli, wędrowanie. I było fajnie, dużo cieplej niż sądziłem, nie tylko dlatego, że akurat majowi zaczęło zależeć i grzał. Zaskakiwaliśmy siebie nawzajem, miasto i ja, otóż miejsca, które wymyśliłem istnieją naprawdę, a te, które opisałem z realu mają w sobie jakąś magię.

Jest oczywiście pytanie o książkę, więc, skoro już puszczam pierwsze bączki o niej to jestem zadowolony – oczywiście nie umiem ocenić, czy jest dobra czy zła, ale wydaje mi się, że na ten moment nie zdołałbym przepracować tematu lepiej. Cieszę się, bo chyba wychodzi to co zamierzyłem, kolejne rzeczy są różne, „Tracę Ciepło” jest inną książką niż „Pies i Klecha”, znowu, „Święty Wrocław” jest inny, to znaczy, ciut odżeglowałem od poetyki horroru, ale jednak jest strasznie. Kumpel po piórze, który czytał pierwszą wersję tekstu stwierdził, że najbardziej przeraża go nie ów horrorowy, nadnaturalny wątek, ale ludzie, których opisałem, choć przecież nie zmieniają się w zombie, mówił o nich jednak jak o pewnej egzotyce, jakby nie przynależeli do jego świata. Bo nie przynależą, a mi we łbie obróciło się spostrzeżenie, że to co mi wydaje się oczywiste i naturalne, dla innych jest tworem z innej planety, choć przecież planetę mamy wspólną i nawet na niej robimy zakupy.

Wrocław oczyszcza i wzbogaca, to bez dwóch zdań najpiękniejsze miasto w Polsce, gdzie każdy kawałek muru ma pomysł na siebie. Kiedy siadałem do pisania powieści, kiedy opowiadałem o niej, miałem przekonanie, że miasto jest rekwizytem, chciałem uciec z Krakowa i potrzebowałem dowolnej aglomeracji. Poszedłem na Ostrów Tumski, wypiłem piwo na Więziennej, schodziłem zelówki, oddychałem i już wiem, że wtedy okłamywałem sam siebie.