Archiwa dla June, 2008

Wywiad w Katedrze

K: Twoje teksty potrafią wzbudzić silne emocje. Osobiście największe wrażenie wywierają na mnie, gdy w otaczającym świecie zmieniasz jeden niewielki element lub wprowadzasz szokującą scenę (np. właśnie ten fragment z „Tracę ciepło” z dziećmi rzucającymi psu petardę). Czy to jest Twoja recepta na „ruszenie” czytelnika?

ŁO: Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Mnie zależy na silnych emocjach, samemu mi towarzyszą podczas pisania, więc miło, gdy ktoś się na mnie oburza, wzrusza się lub czuje niepokój. Scena z psem jest szczególna, nie jesteś pierwszym, który mi ją wypomniał. To takie zagranie definiujące poniekąd książkę, transparent z informacją, ej, kolego, koleżanko, lekko nie będzie. Zabawne jest co innego, otóż emocje czytelnika w tym wypadku nie są moimi, ja świetnie bawię się, wymyślając, pisując takie sceny. Odnośnie litrów krwi, to literatura zawsze przegra z kinem, bo w filmie krew jest czerwona i naprawdę chlapie, książka działa inaczej, na poziomie sceny, zdystansowania się lub przybliżenia języka.

K: Można powiedzieć, że przypięła się do Ciebie łatka twórcy horrorów, ale niektóre z Twoich najnowszych tekstów odchodzą daleko od grozy. Znudziła Ci się ta konwencja, czy też chcesz spróbować sił na innym polu?

ŁO: Dorastałem do takich tematów, do takiego pisania jak w ostatnich tekstach. Myślałem o tym dużo wcześniej, niż się odważyłem. Ale rzecz najważniejsza, nie kombinuję. Pisanie w kraju, gdzie nikt nie czyta jest czymś szalonym, więc głupstwem byłoby jeszcze bawić się w koniunkturę. Piszę o tym, o czym chcę, co chwyci za flaki, co nie chce wyjść z głowy, prędzej czy później przenosi się do kompa. Mam swoje nawyki, swoją estetykę, ale jutro mogę napisać ci powieść głównonurtową albo zwykłe fantasy, naprawdę nie wiem, bo to jest za mną. Czasem czuję się jak medium, przez które mówią duchy. Pewne rzeczy zwyczajnie się zjawiają. Jeziora się zjawiły. Popiel do mnie przyszedł. I tak dalej. Problem w tym, że tekstów jest coraz więcej, więcej, a nie chcę się powtarzać, zależy mi, żeby każde opowiadanie było odmienne od poprzednich, książka od książki – totalnie inna. To trudne, jeśli piszesz obsesjami, więc czasem kombinujesz na poziomie zmiany konwencji (odejście od horroru) lub scenografii, z tego powodu odwiedziłem Polskę Ludową, sam, oraz z Jarkiem, w towarzystwie psa i klechy. To kombinowanie czasem jest trudne, bo chcę swoją robotę robić coraz lepiej, a przecież talentu mi nie przybywa.

 

więcej 

“Równik” w Nowej Fantastyce

Podobno przed śmiercią się polepsza. Włączyłem radio, pokręciłem od szumu do szumu, aż znalazłem dziwną audycję, na wpół słyszalną. Ludzie coś mówili, wsłuchałem się i zrozumiałem, że rozmawiają o mnie. Brzęczało szkło, ktoś się śmiał, kobieta płakała, zaraz, jaka kobieta, to przecież Kamila, nikt inny, nie wiedziałem, czemu jej smutno. Za chwilę inny głos. Mówiono przez trzaski.
- To nie było tak, że każdemu zaraz pomógł, ale, mi się wydaje, że jak widział autentyczną krzywdę, potrzebę, to ruszał. Dyskretnie. Czasem przy wódce opowiadał, kogo pchnął, wokół kogo się zakręcił. Jakby ktoś mi teraz powiedział bydlę, w mordę bym dał, w mordę normalnie. Długo żył. Nagle umarł. Długo.
Trzask, szur.
- A wiecie, że kiedyś dawał radę? Pamiętam, jak oknem skakał, kiedy żona przyszła. Albo jak robiliśmy czujki, (szuru, szuru), bo on akurat robił taką studentkę kiedyś, jeszcze na obozie, a że był z narzeczoną, to tamci poszli ją urżnąć, tę narzeczoną, a on wywijał w krzakach i w deszczu. Nie powinienem tego mówić. No ale co?
Szrrrrrrra. Przykręcam.
- To tak się mówi, kochał kobiety. Wszystkie kobiety świata. Ale jako kobieta powiem, że to dziwkarz był. Fiut i dziwkarz. Uroczy.
Truuuuu…
- Był kiedyś u mnie, raz. Na wódkę. Już nie bardzo mógł, ale pił. Nogi mu siadały i tak śmiesznie człapał. Wypiliśmy prawie wszystko, a on wrócił spod drzwi, przyszedł i jeszcze się stuknęliśmy w progu. Zszedł po schodach i już go nie widziałem.
Jeszcze ruszyło.
- Nie wyobrażam go sobie, jak był młody, wiesz? Nie umiem. Takim bezradnym był człowiekiem, co chce, a nie może. Złoszczę się na niego, choć nie powinnam.
Słuchałem audycji z własnej stypy.

Całość w numerze lipcowym

O kolegach i koleżankach z Fabryki Słów. Dyskusja z Jackiem Dukajem, Witem Szostakiem i mną

Pojawiła się cała szkoła literacka zbudowana według zupełnie nowych, strukturalnie odmiennych zasad: nie z odgórnej myśli, z charakteru silnej jednostki, lecz z ruchu oddolnego. W wielkim uproszczeniu można rzec, iż to rynek – zapotrzebowanie czytelnicze – ją stworzył. Chodzi o polskich autorów fantastyki wydających w Fabryce Słów i autorów na nich się wzorujących.

Pamiętamy, jak to zwykło się mówić o trendach w literaturze: w sensie szkół, ośrodków myśli, zgromadzeń autorów, gdzie następuje krystalizacja programów, wzajemne zarażanie się stylami, tematyką, ucieranie podświadomego wzorca tego, co jest “na czasie”, co “się pisze”.

Tak się nadal mówi w literaturoznastwie, w historii literatury. Natomiast współcześnie w Polsce, jak się zdaje, życie literackie zbyt słabej jest kondycji, by generować podobne fenomeny.

Przyzwyczailiśmy się zresztą szukać ich wokół redakcji pism literackich (jak “Brulion”), wokół osobowości wielkich redaktorów (jak Giedroycia w “Kulturze”).

Tymczasem pojawiła się cała szkoła literacka zbudowana według zupełnie nowych, strukturalnie odmiennych zasad: nie z odgórnej myśli, z charakteru silnej jednostki, lecz z ruchu oddolnego. W wielkim uproszczeniu można rzec, iż to rynek – zapotrzebowanie czytelnicze – ją stworzył. Chodzi o polskich autorów fantastyki wydających w Fabryce Słów i autorów na nich się wzorujących. (Oczywiście obrys nie będzie w 100% precyzyjny: FS wydała także książki paru autorów zdecydowanie spoza tej tradycji, jak Michalski, Twardoch, Cyran czy właśnie Łukasz).

Idzie także o czytelników – trzeba bowiem brać pod uwagę sprzężenie zwrotne: nie tylko czysto ekonomiczne (czego kupują więcej, tego więcej się pisze), ale z kontaktów bezpośrednich autor-czytelnicy. Można mówić o zjawisku “czytelnicy Fabryki Słów”, jako że ujawniła się grupa czytelników, którzy kupują książki wydane przez FS nie dlatego, iż są to książki danego autora, czy wręcz konkretne tytuły, ale ponieważ są to książki Fabryki Słów.

Fakt, że mamy tu do czynienia z tzw. literaturą popularną, nie podważa samego zjawiska, wyjątkowego przecież w naszej kulturze.

Reszta na onet.pl czyli tutaj

Najbardziej scary wiersz od dawna

Joanna Mika

***

pokazał mi brata -
zgiął go w pół, mały krył się na widowni
on podszedł i jak materac – w pół!
skuczałam, więc
pokazał mi brata – brezent i jedyne do rozpoznania
stopy
zarządził drugi akt
i już zapraszałam go na herbatę
przechadzał się w pelerynie
taki zasadniczy,
nam z Jarkiem dłonie w siebie wrastały
język cierpł i nie wolno było się zdradzić.
Zawołał Jarka do siebie i zasnął
uciekłam gubiąc buty po pomoc
Sąsiadka mówi: zadzwoń,
niech się Jarek obudzi, wymknie
Zadzwoniłam.
Przerwał mu rozmowę.
Wiedziałam, że niedługo mi go pokaże.

o kotach w TVP Kraków

Program do obejrzenia  TUTAJ

Recenzja “Przeciwko wszystkim” w Newsweeku.

Polskie demony schyłku lat 80.
Pierwsza powieść z cyklu “Pies i klecha” to horror niezupełnie poważny. Wymyślona przez Orbitowskiego i Urbaniuka historia o tym, jak to siły nieczyste od wielu lat niestrudzenie kierują historią Europy, a szczególnie dobrze bawią się w Warszawie na Wiejskiej, ani przez moment nie przeraża aż tak jak książki Kinga czy Barkera (albo rewelacyjna poprzednia powieść Orbitowskiego “Tracę ciepło”). Tu chodzi raczej o skrzesanie jak największej ilości groteskowych sytuacji, przekonujące odmalowanie rzeczywistości z przełomu lat 80. i 90. oraz humorystyczne ukazanie “niemożliwej przyjaźni” pomiędzy jowialnym milicjantem Zbigniewem Enką, a zatroskanym księdzem Andrzejem Gilem.

reszta tutaj

Sfinks i krejejtiw rajting

Wróciłem z Międzynarodowego Festiwalu Fantastyki w Nidzicy. Byłem tam po trzech latach przerwy (chyba) i jestem w stanie tzw. radosnego zmęczenia. Zmęczenie, bo wiadomo, konwent, a radość ma wiele źródeł: piękne miejsce, mili ludzie, no i miła niespodzianka: dostałem nagrodę Sfinks w kategorii opowiadanie roku. Padło na „Cichy dom” z antologii „AD XIII”. Swoją drogą to zabawne, bo kiedy pisałem to opowiadanie za cholerę nie byłem do niego przekonany, wydawało mi się wymuszone a teraz cholernie je lubię. Tak w ogóle chyba jest z tekstami, te które wydają mi się ważne i trafione w momencie pisania, szybko potem tracą moje serce. A te pisane niby na siłę, z bardziej podskórnymi emocjami zostają na dłużej.

Pisarz John Crowley opowiadał na swoim spotkaniu o kursach creative writing, które prowadzi na amerykańskim uniwerku. Masa pisarzy się tym zajmuje, także tych największych, w rodzaju Stephena Kinga. U nas, jeśli nie liczyć jednego kursu na UJ, coś takiego właściwie nie istnieje. I bardzo dobrze. Pisarz jest jedynym zawodem artystycznym, który można uprawiać niezależnie od tego czy i jaką szkołę się skończyło. Tymczasem facet o talencie i możliwościach Roberta de Niro aktorem i tak nie będzie, jeśli nie skończy aktorskich studiów, to samo z reżyserami, a tylko Bóg wie ilu doskonałych malarzy maluje dla swych żon i kumpli, na tym koniec – jeśli nie skończysz Akademii Sztuk Pięknych, nie dasz się zmasakrować intelektualnie, artystycznie przez bandę starych profesorów to na salony i galerie nie wejdziesz, choćbyś był miksem Picassa i Rembrandta. Wprowadzenie nauki pisania na uniwersytety w Polsce oznaczać będzie koniec wolności, pisarzem będzie tylko ten co odpowiednią szkołę skończył, do widzenia i cześć. Nie dotyczy to ludzi, którzy zbudowali sobie pozycję wcześniej, zamknie jednak drogę dla młodszych.

Poza tym, jak słusznie zauważył Lem w prywatnej rozmowie z Janem Krasnowolskim, należy mieć drugi zawód (sam był lekarzem), bo przecież przyszłość jest niepewna i ludzie niedługo przestaną czytać nawet ostrzeżenia na papierosach.

Nidzica. Lwów-postscriptum.

wybieram się, wraz z przyjaciółmi – Asią Miką i Jarkiem Urbaniukiem na Międzynarodowy Festiwal Fantastyki w Nidzicy. Będą prelekcje, browary, pieczone prosięta. Lubię tam jeździć i cieszę się podwójnie, bo bardzo dawno nie byłem. Warto jechać, zapraszam. Wydaje mi się nawet, że zacząłem się cieszyć podróżowaniem.

Za to dowiedziałem się od koleżanki, że na Ukrainie mają święto z okazji powstania UPA na którym zagrali Modern Talking.

Kafeteria o Prezesie i Kresce

Nie ma chyba bardziej tajemniczego zwierzęcia niż kot. Czarny, bury, rudy – kolor właściwie nie ma znaczenia. Liczą się przede wszystkim oczy i ten sprężysty, dostojny krok. Wszyscy wiedzą, że kot ma charakter, że chadza własnymi drogami, że częściej przywiązuje się do miejsca niż do właściciela. O kotach można mówić (i czytać) w nieskończoność. To właśnie im poświęcił swoją książkę Łukasz Orbitowski – autor zbioru opowiadań Wigilijne Psy, powieści Horror show oraz Tracę ciepło. Jej tytułowymi bohaterami są dwa urocze koty, Prezes i Kreska, które żyją razem w jednym domu i razem zastanawiają się nad istotą kociego świata. Czy oprócz nich istnieją jeszcze jakieś koty? Czy świat kończy się kilka ulic dalej? I czy trawienie ulubionego posiłku wyprzedza istnienie? Odpowiedzi na te pytania zaskoczą nie tylko Prezesa i Kreskę – każdy z nas chętnie przekona się czy to, co widzą koty, nie jest aby prawdą i o naszym świecie. Urok książki Łukasza Orbitowskiego tkwi w tym, że opowieść o kociej rzeczywistości odzwierciedla uniwersalne problemy, z którymi borykali się i wciąż borykają wszelkiej maści filozofowie. Bo któż z nas nie zastanawiał się, czy świat nadal istnieje, kiedy zamykamy oczy i dlaczego śnią się nam tak dziwne sny?

reszta tutaj 

Rozczarowałem się krokodylem

Jakoś młodzi reżyserzy nie umieją przeskoczyć tego, od czego zaczynali: Lucky McKee zadebiutował genialnym „May”, by pojechać standardem w „The woods”, Neil Marshall zauroczył ożywczym „Dog Soldiers”, potem było genialne ”Descent” i już gorzej – film w rodzaju „Doomsday” mógł nakręcić każdy sprawny rzemieślnik. Michael J. Bassett, z którym po „Dolinie cieni” łączyłem ogromne nadzieje wybrał przeciętność w „Wildernes” i jak się wydaje, odpływa teraz w kierunku hollywoodzkich standardów. Na „Rogue” Grega McLeana czekałem z niecierpliwością, facet pokazał w „Wolf Greek” że naprawdę umie – niektóre sceny pamiętam, jakbym zobaczył je przed chwilą. Toteż, na nowy film czekałem z niecierpliwością, zwłaszcza, że miał traktować o morderczym krokodylu i liczyłem na nowe „Szczęki”, McLean jest facetem który mógłby je nakręcić i rzeczywiście, technicznie „Rogue” to świetna robota. Niestety zamiast strachu otrzymujemy mdłą historyjkę o potworku z wody, pogubiły się charaktery, zaś wszystkie, sprawnie nakręcone, dramatyczne sceny wiodą do mdłego zakończenia. Film pozostawia więc ogromne poczucie niedosytu, ale tylko wtedy, gdy ktoś na niego czekał – na tle innych horrorów wypada grubo powyżej przeciętnej. Znakomita praca kamery, świetne zdjęcia, Australia jak się patrzy, do tego zero udawania w scenariuszu i dobra praca aktorów, czyli niewiele brakowało. Swoją drogą – trzy dychy przekroczone, a ja siedzę i gapię się jak głupi na film o krokodylu.

 Rogue, reż. Greg McLean, wyst. Radha Mitchel, Peter Vartan, Australia 2007

 

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Next Page »