Zapiski z Lwowa

Posted on 2 czerwca 2008

Wrzucam Wam luźne notatki jakie popełniłem podczas podróży do Lwowa. Dziękuję fundatorom stypendium Homines Urbani, Willi Decjusza, Renacie i Ostapowi za jej umożliwienie.

Jeśli pierwszy raz w historii Bóg wysłucha polskich modlitw i nie odbiorą nam Euro 2012 to będzie jeszcze konieczny cud maleńki na granicy. Jak głosi legenda, do cara przyszedł sobie facet, który miał budować tory kolejowe i zapytał uprzejmie, czy monarcha życzy sobie takie jak wszędzie, czy może szersze.

-A na chuj szersze? – odpowiedział car.

Wykonało się.

Nie chodzi nawet o tę szerokość z różnicą równą męskości monarchy (89mm), akurat podmianę wykonano na granicy sprawnie. Mam na myśli trzy godziny z kawałkiem spędzone bezczynnie, w oczekiwaniu trudno stwierdzić na co, gdzie jedyną rozrywką – oprócz picia piwa kupionego od ukraińskiej obsługi pociągu – jest obserwowanie nerwowej szamotaniny przemytników, pędzących przez korytarze ze swymi tobołami. Nieznośna też jest sytuacja zamknięcia, nie sposób wysiąść, pójść zjeść, a momentami nie ma gdzie siusiać, bo kible zaryglowane. Nie mogę pojąć tego trybu odprawy, na przejściu autobusowym jest jeszcze gorzej, a o pieszym lepiej nie wspominać. W ten sposób, miasto leżące 70 kilosów od Unii, sto razy bardziej europejskie niż ona, oddala się niemal do innej gwiazdy. Odległość jest względna, liczą się przepisy.

czytaj więcej