Archiwa dla July, 2008

“Noc na Moście Zakochanych” w Science Fiction Fantasy&Horror

          Mamy dwa mosty na Wiśle. Na drugim umierali ludzie, a na pierwszym nie działo się nic.

Gdy byłem dzieckiem, ludzie mówili o pewnym człowieku, któremu pomieszały się zmysły po tym, jak zostawiła go żona. Najpierw nieszczęście przygięło go ku ziemi, tak że pośrodku pleców można mu było postawić szklankę wody. Potem usta stały się czarne. W końcu przyszedł smród. Człowiek ów odbijał się w kałużach, garbił przed wystawami, mamrotał, aż zniknął z tego mamrotania. Zastanawiano się, co z nim – wyjechał czy skoczył oknem. Była jesień. A wiosną z mostowego przęsła zsunęły się rozmiękczone zwłoki. Wyszedł na górę, zmarł tam i został. Przęsło jest szerokie. Facet przymarzł i zjechał dopiero z marcową breją. Podobno do dziś w niektóre noce słychać jego skowyt.

Ludzie skaczą. Nieustannie i z najróżniejszych powodów – ja wiem o co najmniej trzech trupach. Nastoletniej wariatki, która jadła łyżkami psychotropy i zakochała się w lekarzu. Pedała z żoną i dwójką dzieci, niezdolnego, jak wyszło czy raczej spadło, do życia wbrew własnej miłości. I o człowieku, co skoczył z przęsła właściwie bez powodu. Siedział wcześniej w knajpie i opowiadał, jakie dobre ma życie: żona, dzieci i kochanka, drugi próg podatkowy, willa i mieszkanie w mieście, Warszawa, przyjaciele, śmiech, a najpiękniejsze wciąż przed nim, bo ma tylko trzydzieści cztery lata. I gdzieś z kolejnych wódek wynurzał się wolno upiór straty, dziewczyna sprzed lat, przemykająca pod skórą wydarzeń, niewidoczny sens, jak znak wodny wyłażący tylko po wypiciu. Poszedł więc i skoczył.

Nie bez powodu most ten nazywają Mostem Zakochanych.

 

***

Stoję z rękami w kieszeniach, od mostu dzieli mnie ulica. Jest późna jesień. Mam sweter i dżinsową kurtkę, buty na grubej podeszwie i czapkę naciągniętą głęboko na uszy. Założyłem szkła kontaktowe. W moich ustach dopala się pet. Czemu robię to, co robię, przecież nie dla samego zakładu, musi chodzić o coś więcej. Czekałem tydzień na suchy dzień. Zaraz ruszam. Oceniam, że trasa zabierze mi około godziny. Wisła jest tu szeroka, Most Zakochanych ma prawie sto pięćdziesiąt metrów. Mam przejść po przęśle na drugą stronę.

Zadanie wydaje się łatwe. Miasto, odkąd pamiętam, próbuje postawić zaporę w miejscu, gdzie przęsło zaczyna iść ostro w górę. Brakuje pieniędzy. Chodzą tędy robotnicy, zawieszający co roku światełka z okazji świąt, poruszają się swobodnie, bez zabezpieczeń. Czasem dzieciaki dla żartu próbują się wspiąć, większość zawraca. Boję się, że tam, w górze, jest zimno i przęsło może być oblodzone, w gruncie rzeczy boję się samej góry i widoku stamtąd. Mówią: nie patrz w dół. To przecież niemożliwe.

Bartek i Michał już poszli. Prosiłem, żeby nie przeszkadzali. Stanęli każdy po jednej stronie mostu, nie dlatego, że mi nie wierzą – na upartego mógłbym zsunąć się przed garbem przęsła, przebiec w ciemności i udawać, jaki to jestem dzielny. Tego bym jednak nie zrobił i obaj o tym wiedzą. Ich straż stanowi część magii zakładu. Widzę drobną sylwetkę Bartka czekającego po drugiej stronie ulicy.

Za mną zasypia miasto, milkną samochody, w sennym tempie wygasają okna, nie ma już przechodniów, a niebo jest zimne i rozgwieżdżone. Rozglądam się, nieco zaniepokojony i przejęty ciszą. Dociera do mnie, wraz z ukłuciem niepokoju, że naprawdę to robię i wciąż nie wiem czemu. Nie szukam przygód. Nie obchodzi mnie wygrywanie czy przegrywanie i wolałbym teraz spać. Nie czuję też strachu, bo nie wierzę w widma, zmarli gryzą ziemię, nie wiem też, czemu mieliby mścić się na kimś mojego pokroju. To prawda, rozstałem się z Karolą, ale nigdy nie byłem w niej zakochany.

Więc idę, papieros leci na chodnik i ciemnieje w kałuży, Bartek wita mnie chłodno. Ściska rękę. W jego oczach widzę, że jest bardziej przerażony ode mnie, jeśli zlecę, będzie się tym truł, więc uśmiecham się ciepło i mówię: człowieku, nie martw się, nie spadnę choćby dlatego, żebyś się nie zamartwiał. Jego wzrok jest jak sznur, próbuje spętać mi nogi. Oceniam jeszcze raz odległość. Nad szczytem przęsła zawisła rzadka mgła, stal wydaje się siwa. Oceniam wysokość – trzydzieści metrów jak nic, można też źle wycelować, runąć w wodę albo roztrzaskać się o barierkę. Spoglądam na ciemne kamienice – są jak dziobate malunki. Mdli mnie od ich chłodu.

Biorę oddech, bo wiem, że będzie dobrze i zaraz, już, nim się obejrzę, będę po drugiej stronie. Rozkładam szeroko ramiona, zaciskam palce na brzegach przęsła. Puszczam. Jakby most mnie odepchnął. Spokojnie i pewnie, z ciszą morską w środku zaczynam wpełzać na Most Zakochanych.

 

reszta w numerze

Rysunki Lema

Jestem straszliwie daleko od Lema, a zarazem blisko, bo przecież wyrastam z jego tradycji, w pewien sposób jak wszyscy ludzie w Polsce, którzy po nim chwycili za fantastyczne pióro. Nie chodzi o dosłowną kontynuację wątków, czy samej formuły science fiction, ale prosty fakt pisania w cieniu człowieka, który pokazał, że można i to pod szarym kloszem sowieckiej ojczyzny. Proza tego faceta orbitowała, nomen omen, wokół tematyki mi obcej, niedzisiejszy język urzekał i odpychał zarazem, no i przyszli ludzie nowi, lub odkryci po upadku komuny: Stephen King, Frank Herbert, Andrzej Sapkowski. Lem przypominał mi niezwykle mądrego staruszka, opowiadającego prawdy, których nie rozumiem i do życia nie odnoszę.

Może dlatego polubiłem jego rysunki. Lem jako rysownik zabiera nas zarazem do świata swojej młodości jak i starości własnej i świata, którą być może sobie przewidział, zarazem, archaiczność tych prac, kreska radosna w swej niepewności, zarazem wolna od lemowskiego ciężaru, który czasem lubi poprzeszkadzać. Chodzi o to, że ten wielki pisarz w swych obrazkach, oglądanych teraz, przy małym rynku wyłuskuje się z tych trzydziestu milionów sprzedanych książek, tłumaczeń, ekranizacji, laurów, Nobla co go nie dostał, a także dziwnych rzeczy, które wypisywał na starość. Widzimy rodzaj cudownego spontanu i żartu, nawet chłopięcego, wdziera się świeże powietrze. Jest luz.

            Niektóre obrazki śmiesznie antycypują współczesność, jak człeczyna postmodernistycznych na hulajnogach, nie tylko dlatego, że postmodernizm trwa od zawsze i zdaniem niektórych nigdy się nie skończy, choćby w Europie znów płonęły stosy, ale że zabawnie pokazuje zmianę wyobrażeń: dziś trupy śmigają przecież na różnego rodzaju dziwadłach przyczepionych do nóg, kości też są na miejscu, jeśli przywołamy rozszalałą dziś subkulturę emo (co to takiego?). Hulajnoga jest zaś jednym z lemowskich anachronizmów, jakie muszą straszyć w starych książkach science – fiction. A propos gatunku, autor SF, jakiego Lem wyobraził sobie na rok 2507 przyszedł do nasz już teraz, jeśli oczywiści goły, czworonożny szkielet, z doczepioną piątą kończyną w rejonach zada, a wściekła, zębata szczęka symbolizuje wrażliwość ogólną. Jeśli zaś przyglądniemy się wózkom dziecinnym (czołg, coś na kształt wózka z supermarketu), zaprojektowanych na początek naszego stulecia dla regionu euroazjatyckiego, pojawia się pytanie – prorok, czy co?

            Otóż nie prorok, gdyż takie rzeczy przewidzieć łatwo, zwłaszcza jeśli żyje się w Polsce na serio a rysuje dla kawału.

            Co jednak wychodzi z Lema jakiego znamy? Pojechawszy banałem, ta funkcja wyobraźni, którą nazywamy radosnym nieskrępowanie, fruwa tutaj i daje sobie czadu, podobnie jak w bezapelacyjnie cudownych Dziennikach gwiazdowych (skojarzenie nieprzypadkowe). Uwolnienie od fabuły dodało skrzydeł temu lataniu. Jest jednak stary Lem, fatalista, narzekasz, przejęty sobą i światem – te czaszki, szkielety, deformacje, jeśli odjąć im radość wynikłą z niefrasobliwego rysunku, napełniają się ciemnością. Nie chodzi oczywiście o treść, czy spójny obraz świata, ale ogólne przekonanie o grotesce życia.

            No i jeszcze jedno – dobrze, że Lem nie rysował, nie poszedł drogą Mrożka, który radzi sobie jako plastyk sympatycznie, ale to jego własna droga. Te kilkadziesiąt prac, machniętych w pośpiechu ma swoją szczególną wartość właśnie dzięki okazjonalności. Jestem wciąż daleko od Lema, ale dzięki nim ciut bliżej.

Do serca przytul chlora

W mrocznych początkach mojej przygody z ogólniakiem pisałem wiersze, wzdychając platonicznie do co bardziej uduchowionych koleżanek – zresztą, iść mi zaczęło, kiedy zerwałem z poezją. Zdumiewały mnie wówczas dziewczęta, powiedzmy szesnastoletnie, prowadzące się z menelami po trzydziestce. Facet wydziarany po rzęsy, o sznytach głębokich jak rów mariański, do tego starszy niż wszechświat, obłapiający przeszczęśliwą koleżankę z ławki robił na mym nastoletnim mózgu piorunujące wrażenie.

Mam pewnego kolegę, który najpierw zaniemógł psychicznie na skutek nieznanego mi, straszliwego wydarzenia, następnie obrócił się w ruinę. Palił rzeczy straszne, nieliczne zęby w pysku zżerała próchnica, spasł się potwornie, a ciesząc się błogosławieństwem renty czas, który zwyczajowo poświęcamy pracy lub nauce, całościowo przeznaczył na śmierdzenie. Niemniej, kręciły się koło niego dziewczyny co najmniej urodziwe, do tego wyraźnie zadowolone z szansy zaoferowania swoich wdzięków.

Ci dwaj wspaniali mężczyźni wypełniają definicję chlora. Chlor jest osobnikiem odrażającym, naćpanym bądź urżniętym, abnegatem w przypadkowych ciuchach, do tego pięknym jak naciek na ścianie, słowem, ujawnia się jako odnoga filtracyjna, za sprawą której Matka Natura zatrzymuje złe geny. Takich ludzi nie zaprasza się na wigilię ani nie wsiada się z nimi do windy.

Reszta tutaj

jest to drugi z serii felietonów dla Kafeteria.pl pt “męskim okiem”.

Anty-Ghandi w “Mówią wieki”

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk

 

Przypadek Ghandiego błędnie wskazuje, że Hindusi dążyli do niepodległości wyłącznie metodami pokojowymi. Niektórzy wierzą, że dla ważnych celów można się sprzymierzyć z potworami, a w latach czterdziestych XX wieku innych sprzymierzeńców Hindusom zabrakło. Subhas Chandra Bose, szukając porozumienia z Hitlerem, występował – w odróżnieniu od Norwega Vidkuna Quslinga czy Anglika Oswalda Mosleya – nie jako polityk drugiego garnituru, ale pierwszoplanowy działacz niepodległościowy.

 

Historia zaczęła się w Cuttack, gdzie 23 stycznia 1897 roku urodził się Bose. Był dziewiątym z czternaściorga dzieci adwokata Janakinatha. Okazał się doskonałym studentem i otrzymał tytuł bakalaureata na Presidency College w Kalkucie. Zafascynowanie nauką reformatora hinduizmu i propagatora jogi Swami Vivekanandy łączył z gorącym patriotyzmem. Wysłany do szkoły Indyjskiej Służby Cywilnej w Wielkiej Brytanii, nauki nie ukończył – po masakrze w Jallianwalla Bagh, gdzie Brytyjczycy dosłownie rozstrzelali pokojową demonstrację, zbijając ponad 1 tys. Hindusów, powrócił do Indii, by walczyć o wolność.

 

Początkowo pozostawał pod wpływem Ghandiego, ale ostatecznie związał się z Chittaranjanem Dasem, prawnikiem i działaczem niepodległościowym. Das uformował poglądy Bosego, a ten odwdzięczył mu się, wykorzystując swoje niemałe umiejętności organizacyjne. Nie powstrzymało go nawet więzienie: w latach 1920 – 1941 trafił za kratki aż 11 razy. Był czołową postacią związków zawodowych i liderem „młodych” w Indyjskim Kongresie Narodowym. Zorganizował Service League – jego nowe skrzydło.

 

więcej w lipcowym numerze Magazynu Historyxcznego “Mówią wieki” (07/2008)

Pierwsza zapowiedź “Świętego Wrocławia”

Piewca tematyki osiedlowej, Łukasz Orbitowski, wraca do korzeni. Tym razem w blokach nie zagnieździły się diabeł ani duchy, a drugie osiedle. Urzeczeni mieszkańcy porzucają dotychczasowe życie, by oddać się demolowaniu własnych mieszkań – pod warstwa tynku i cegieł znajduje się gorąca, czarna powierzchnia. Z każdym dniem na niezwykłym osiedlu przepada coraz więcej ludzi, mnożą się gapie, wyznawcy i badacze, szalenstwo ogarnia administrację i media.

“Świety Wrocław”to horror-ballada o Polsce proroków, pielgrzymów i wariatów, o mieście pierwszych miłości, o wiośnie dziewięciu cudów. O zbliżającej się katastrofie.

Święty Wrocławiu, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

I ty możesz zostać Gosiomaniakiem!

(…)
Lecz tutaj jest, jak jest – jak śpiewał Paweł Kukiz – i Gosię też mamy, jaką mamy. Wyszydzając ją, szydzimy z całego naszego popu, którego słabość ucieleśniła się właśnie w tym dziewczęciu o blond włosach, a ponieważ jesteśmy konsumentami popkultury, nabijamy się z siebie i z własnej małości. Ta dziewczyna nie wzięła się znikąd, więcej, uważam, że ten kraj zasługuje na nią i na nikogo więcej. Gosia Andrzejewicz powinna grać na stadionach i w pizzeriach przynajmniej sześć koncertów dziennie, śpiewać hymn na igrzyskach i pieśni dla piłkarzy, robić kawałki dla wszystkich partii politycznych z okazji wyborów i wieców, odwiedzić każde przedszkole, zapełnić każdą stację radiową swym aksamitnym głosem, a nade wszystko dokonać cudu rozmnożenia i wystąpić na wszystkich sylwestrach jednocześnie. Kraj, w którym gwiazdorzy sobie Feel i wykreowano Tolę, który wysłał Isis Gee na Eurowizję, po prostu nie powinien dostać niczego innego, ale Gosię właśnie.

całość na o2.pl 

Homines Urbani II

Trzy miesiące temu wprowadziłem się do Willi Decjusza, gdzie mieszkałem w ramach stypendium Homines Urbani. Niedawno zabrałem rzeczy, stypendium dobiegło końca i teraz szykuję się do wielkiej zmiany. To był dobry okres. Poznałem fajnych ludzi, byłem we Lwowie i Lipsku, a zamiast szumu  ptaków budziła mnie kosiarka. Teksty, które napisałem nie zginą przecież: druga powieść o Psie i Klesze, Święty Wrocław. Także wszystkim, którzy pomogli mi to stypendium dostać, serdecznie dziękuję.

List do redakcji Nowej Fantastyki i inteligentne science fiction

Szanowna Redakcjo

Muszę zaprotestować. Nie robię to często. W zasadzie bardzo rzadko. Nie wtrącam się wewnętrzne sprawy pisma, redakcji. Spory redakcyjne. Konflikty menażer v.s. literat. Ale muszę zaprotestować stanowczo przeciwko umieszczania tekstów podobnych do tych jakie mieliśmy w lipcowym wydaniu “Nowej Fantastyki”. Przede wszystkim chodzi mi o opowiadania Łukasza Orbitowskiego pod tytułem: “Równik”. Redakcja wykazała się złym gustem drukując ten tekst. Czy w 40 milionowym kraju nie ma autorów piszących science fiction? Czystą s-f. Ciekawą s-f. Ambitną. Łukasz Orbitowski pojawia się cyklicznie w piśmie. Dlaczego? Czy Redakcja czytała jego tekst? Na pewno? Jak można pozwolić na druk podobnego knota? Nachalnie promuje się Orbitowskiego, jako pisarza. Nawet buntownika, blokersa. Przedstawiciela młodzieży myślącej. Inteligentnej tylko trzymanej w getcie braku perspektyw. To jakaś bzdura. Czytałem opowiadanie i muszę przyznać, że jest słabe. Wręcz marne. Nagromadzona ilość słów typu – fiut na centymetrze kwadratowym papieru poraża. Ale czemu ma to służyć? Orbitowski próbuje dorównać ojcu artyście. Próbuje, ale mu się to nie udaje. Chce wydobyć z siebie dusze artysty. Ale jego proza jest średnia. Czy sądzicie, że młodzież kupi ten tekst? Czy na prawdę myślicie, ze druk Orbisowskiego zwiększy nakład? Młodzież ucieka od bloków i rzeczywistości w świat fantazji! Przestańcie nas katować artykułami Orbitowskiego! To pesymista! Nudzi! Aj, boli! Sprawia ból! Przestańcie nas katować tekstami typu “Lala Świstak” Zbigniewa Wojnarowskiego. To dno! Błagam!! Opowiadanie “Nie umieraj przede mną” Orbitowskiego to skandal. To ma być nowoczesna, miejska proza! Gdzie? Darujcie mi, Szanowna Redakcjo, ale to zły wybór. Poszukajcie jej gdzie indziej. Czy nie ma innych autorów? Do czego się jeszcze przyczepię. Do Waszych pomysłów. Waszych gustów, które widać, jak na dłoni, podczas podawania wyników konkursów. W 2006 r. III miejsce zdobyła praca “Ukochane maleństwa” Pawła Palińskiego. Albo weźmy taki “Bestiariusz” Cezarego Zwierzchowskiego. Dajcie spokój! O II i I miejscu nie wspomnę. Żenada. Aż strach kto wygra w nowym konkursie!? Psychopata z więzienia, po dożywociu, degenerat i pedofil, który zjadł rodzinę? To was “kręci”. Uważacie, ze to czyta młodzież? Wyrażenia fiut i wódka nas pociągają w literaturze? To jesteście w błędzie. Gdy czytam “Nową Fantastykę” jestem za tym, by wstrzymać akcję – Mamo poczytaj mi. Trzeba zabronić dzieciom nauki czytania, zachęcenia ich do książek, bo w końcu sięgną po Wasze pismo. Wasze, po nie – wasze z małej litery. Bo ono coraz bardziej jest Wasze. Nie Nasze. Rozumienie aluzję. Menadżerów i kierowników. Sprzedawców i ekonomistów, liczykrupów. A, co z literaturą? Mądra, ciekawą, dowcipną. Serwujecie nam co rusz – krew, pot, jakieś chore rzeczy. Porównujecie Orbitowskiego do Kinga. Bo robią to inni. To wy musicie to powtarzać, slogany reklamowe, żeby ludzie kupowali ksiązki. Nachalne i kłamliwe! Jaki z niego King. Może polski Masterton. Ale na Boga, nie King! King to fenomen na skalę światową. Świr nad świry! Który zbił 100 mln dolarów na swoich dziwnych pomysłach. Masterton i Orbitowski to przy nim para zakompleksionych dziewic. Litości! Przecież musicie zdawać sobie sprawę z tego, że czytają Was różni ludzie. I ci z wykształceniem wyższym. Którzy czytali Asimova, czy Dicka. A po drugie, co powtarzam, mieszkamy w 40 milionowym kraju. Który kwitnie. Rozwija się. Zmienia. Jak cała Europa. Są nowi pisarze. Nowe talenty. Nowe debiuty. Nowe diamenty gotowe do oszlifowania. Nie zapominajcie o tym i nie karmcie nas jakimś obietnicami. Głupimi wnioskami. Róbcie swoją robotę redakcyjną w 100%. Przyłóżcie się albo niech ktoś was zmieni. Na kogoś kto wie, jak dotrzeć do czytelników. To My kupujemy pismo. Czytamy od lat książki. Nie róbcie z nas wariatów. Wiemy, co to King, a co Orbitowski. Wystarczy, że próbują to zrobić reklamodawcy i agencje public r. oraz różni rzecznicy prasowi. Lem umarł. Ale poszukajcie nowego. Albo złóżcie broń. Marudzę?! Tylko nie zwalajcie winę na tych, co nie czytają, bo nakład spada. Drukujcie to, co chcą ludzie czytać. Inteligentną science fiction, a wszystko będzie dobrze. I nie mówcie, że was nie ostrzegałem!

CZYTELNIK

Koledzy! Koleżanki! Przyznać mi się tu zaraz – kto?

Wanted

Hollywood to filmy z Erolem Flynnem a nie kolejna odsłona przygód Bourne’a czy jakieś tam Fast and Furious. Ostatnim, który skumał o co biega był Gore Verbiński z  pierwszą częścią pirackich opowieści, potem gwałtowny spadek, aż wreszcie okazało się, że trzeba Rosjanina, by tchnąć ciut życia w skostniałe Hollywood. Timur Bekmambetov błysnął ekranizacjami prozy Łukanienki (Straż nocna balansuje w rejonach arcydzieła) a teraz rzetelnie wypełnia formułę kalifornijskiej zabawy wedle najpyszniejszych wzorców. „Wanted” nie jest może niczym wielkim, ale zdumiewa realizacyjną sprawnością i oddechem świeżości rodem ze wschodu. Rzecz widowiskowa po szaleństwo, są karkołomne pościgi, salda w samochodach, szczury z ładunkami wybuchowymi, pociąg spadający w kilometrowy jar, wreszcie, tajna organizacja wpływająca po cichu na losy świata. Oś opowieści stanowi historia przemiany biurowego pierdoły w człowieka, który wie co chce i jak do tego dążyć – wyrażono to niemal płytko, językiem poplultury.

Ale jest ta jedna scena na końcu, kiedy ów chłopak pociąga za spust, a linia kuli mija, przekreśla wszystko, co stanowiło o jego poprzednim życiu: byłą dziewczynę, przyjaciela, który pokrywał ją potajemnie, nieznośną pracę, by wreszcie utkwić w głowie człowieka, któremu strzelający zawdzięcza swoje przemienienie. Niesamowite.

Wanted, reż. Timur Bekamambetov, wyst. A. Jolie, M. Freeman, USA 2008

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Nominacja do Zajdla za “Tracę ciepło”. Kontynuacja powieści.

Jestem w nieustannych rozjazdach, także w sensie metafizycznym – dziękuję więc późno, lecz szczerze wszystkim, którzy na mnie głosowali.

To też chyba właściwy czas po temu, by ogłosić rychłą publikację kontynuacji “Tracę ciepło” pt. “Ciągle grzeję”. Powieść ukaże się w ciągu najbliższych miesięcy i podejmuje większość wątków znanych z pierwszej części. Z prawdziwą przyjemnością prezentuję projekt okładki i tekst z jej czwartej strony. Autorką jest stała redaktorka książek moich i z Jarkiem, Asia Mika.

Długo oczekiwana kontynuacja kultowej powieści “Tracę ciepło”!

W “Ciągle grzeję” Kuba ponownie staje twarzą w twarz z demonami. Na prośbę tajemniczej Rusłany, industrialnego sobowtóra Konrada, przemierza nocny Kraków 2012 roku, szukając przyczyn ogarniającej świat katastrofy. Jeziora wysychają, Królestwo Powietrza skażone jest azbestem, a za wszystkim zdaje się stać Wielki Ozon. Kuba zanurza się w świat najczarniejszych spelun Podgórza, gdzie spotyka pewnego niemieckiego oficera… Odtąd razem stawiają czoła wrogim siłom. Na ich drodze stają transseksualny anioł Uznael i zastępy wściekłych surykatek, a walka z globalnym ociepleniem zaświatów staje się niemal niemożliwa do wygrania…
“Ciągle grzeję” to wstrząsający horror ekologiczny, a także studium wyjątkowej przyjaźni menela i esesmana.

Next Page »