“Noc na Moście Zakochanych” w Science Fiction Fantasy&Horror
Mamy dwa mosty na Wiśle. Na drugim umierali ludzie, a na pierwszym nie działo się nic.
Gdy byłem dzieckiem, ludzie mówili o pewnym człowieku, któremu pomieszały się zmysły po tym, jak zostawiła go żona. Najpierw nieszczęście przygięło go ku ziemi, tak że pośrodku pleców można mu było postawić szklankę wody. Potem usta stały się czarne. W końcu przyszedł smród. Człowiek ów odbijał się w kałużach, garbił przed wystawami, mamrotał, aż zniknął z tego mamrotania. Zastanawiano się, co z nim – wyjechał czy skoczył oknem. Była jesień. A wiosną z mostowego przęsła zsunęły się rozmiękczone zwłoki. Wyszedł na górę, zmarł tam i został. Przęsło jest szerokie. Facet przymarzł i zjechał dopiero z marcową breją. Podobno do dziś w niektóre noce słychać jego skowyt.
Ludzie skaczą. Nieustannie i z najróżniejszych powodów – ja wiem o co najmniej trzech trupach. Nastoletniej wariatki, która jadła łyżkami psychotropy i zakochała się w lekarzu. Pedała z żoną i dwójką dzieci, niezdolnego, jak wyszło czy raczej spadło, do życia wbrew własnej miłości. I o człowieku, co skoczył z przęsła właściwie bez powodu. Siedział wcześniej w knajpie i opowiadał, jakie dobre ma życie: żona, dzieci i kochanka, drugi próg podatkowy, willa i mieszkanie w mieście, Warszawa, przyjaciele, śmiech, a najpiękniejsze wciąż przed nim, bo ma tylko trzydzieści cztery lata. I gdzieś z kolejnych wódek wynurzał się wolno upiór straty, dziewczyna sprzed lat, przemykająca pod skórą wydarzeń, niewidoczny sens, jak znak wodny wyłażący tylko po wypiciu. Poszedł więc i skoczył.
Nie bez powodu most ten nazywają Mostem Zakochanych.
***
Stoję z rękami w kieszeniach, od mostu dzieli mnie ulica. Jest późna jesień. Mam sweter i dżinsową kurtkę, buty na grubej podeszwie i czapkę naciągniętą głęboko na uszy. Założyłem szkła kontaktowe. W moich ustach dopala się pet. Czemu robię to, co robię, przecież nie dla samego zakładu, musi chodzić o coś więcej. Czekałem tydzień na suchy dzień. Zaraz ruszam. Oceniam, że trasa zabierze mi około godziny. Wisła jest tu szeroka, Most Zakochanych ma prawie sto pięćdziesiąt metrów. Mam przejść po przęśle na drugą stronę.
Zadanie wydaje się łatwe. Miasto, odkąd pamiętam, próbuje postawić zaporę w miejscu, gdzie przęsło zaczyna iść ostro w górę. Brakuje pieniędzy. Chodzą tędy robotnicy, zawieszający co roku światełka z okazji świąt, poruszają się swobodnie, bez zabezpieczeń. Czasem dzieciaki dla żartu próbują się wspiąć, większość zawraca. Boję się, że tam, w górze, jest zimno i przęsło może być oblodzone, w gruncie rzeczy boję się samej góry i widoku stamtąd. Mówią: nie patrz w dół. To przecież niemożliwe.
Bartek i Michał już poszli. Prosiłem, żeby nie przeszkadzali. Stanęli każdy po jednej stronie mostu, nie dlatego, że mi nie wierzą – na upartego mógłbym zsunąć się przed garbem przęsła, przebiec w ciemności i udawać, jaki to jestem dzielny. Tego bym jednak nie zrobił i obaj o tym wiedzą. Ich straż stanowi część magii zakładu. Widzę drobną sylwetkę Bartka czekającego po drugiej stronie ulicy.
Za mną zasypia miasto, milkną samochody, w sennym tempie wygasają okna, nie ma już przechodniów, a niebo jest zimne i rozgwieżdżone. Rozglądam się, nieco zaniepokojony i przejęty ciszą. Dociera do mnie, wraz z ukłuciem niepokoju, że naprawdę to robię i wciąż nie wiem czemu. Nie szukam przygód. Nie obchodzi mnie wygrywanie czy przegrywanie i wolałbym teraz spać. Nie czuję też strachu, bo nie wierzę w widma, zmarli gryzą ziemię, nie wiem też, czemu mieliby mścić się na kimś mojego pokroju. To prawda, rozstałem się z Karolą, ale nigdy nie byłem w niej zakochany.
Więc idę, papieros leci na chodnik i ciemnieje w kałuży, Bartek wita mnie chłodno. Ściska rękę. W jego oczach widzę, że jest bardziej przerażony ode mnie, jeśli zlecę, będzie się tym truł, więc uśmiecham się ciepło i mówię: człowieku, nie martw się, nie spadnę choćby dlatego, żebyś się nie zamartwiał. Jego wzrok jest jak sznur, próbuje spętać mi nogi. Oceniam jeszcze raz odległość. Nad szczytem przęsła zawisła rzadka mgła, stal wydaje się siwa. Oceniam wysokość – trzydzieści metrów jak nic, można też źle wycelować, runąć w wodę albo roztrzaskać się o barierkę. Spoglądam na ciemne kamienice – są jak dziobate malunki. Mdli mnie od ich chłodu.
Biorę oddech, bo wiem, że będzie dobrze i zaraz, już, nim się obejrzę, będę po drugiej stronie. Rozkładam szeroko ramiona, zaciskam palce na brzegach przęsła. Puszczam. Jakby most mnie odepchnął. Spokojnie i pewnie, z ciszą morską w środku zaczynam wpełzać na Most Zakochanych.
reszta w numerze





