Archiwa dla October, 2008

Hejtspicz (1)

Są tacy, którzy nie zdołają zasnąć, jeśli nie spróbują uczynić świata lepszym: wiercą się, jęczą i z oczyma przekrwionymi od bezsenności i zatroskania ruszają w miasto czynić dobro. Tym razem, Gazeta Wyborcza zamachnęła się potężnym piórem szefa działu krakowskiego, Rafała Romanowskiego. W swym artykule piorunuje na łażące reklamy, ludzi przebranych za kufle czy tam fałszywe babcie, a także ulotkarzy, w jego opinii psujący poetykę miasta, kryształową in spe. W niepodrabialnie pięknym stylu, Romanowski wyklina te zjawiska i inne potworności, słowem nie podoba mu się „Kraków, gdzie do ulicznego słupa czy ogrodzenia można przypiąć stary rower, przyczepę a nawet wrak samochodu i kpić sobie z miejskiego plastyka, konserwatora czy porządkowych służb.” Do tego dochodzi nudne już jojczenie na nielegalne szyldy, neony oraz płachty. Za wzór zaś robi burmistrza Madrytu, który kolorowych zbrodniarzy ze swego miasta wypędził.

Wprowadzenie zakazu odbierze forsę ludziom przebranym za reklamowe maskotki, u których raczej się nie przelewa, co właściwie redaktora martwić nie musi, skoro wygłupia się publicznie akurat na łamach prasy za dużo większe pieniądze. Mnie jednak rusza. Dochody pubów też sobie spadną – pal sześć. Z tym, że o pięknie miasta stanowi właśnie ruch, bezład, nieogłaskana feeria barw ganiająca po ulicach, pstrokatość kamienic i ogródków kawiarnianych. Laski rozdające ulotki, misie, babcie, są jak gołębie, być muszą. A jeśli ich skreślić, pozdzierać szyldy i płachty, raptem ockniemy się w mieście przeobrażonym w wielkie muzeum, jak muzeum martwym i cuchnącym trupem.

Mistyfikacje

W Obywatelu Kane jest cudowna scena, w której rzeczony Kane stwierdza, że jeśli coś napisano odpowiednio dużą czcionką, to z pewnością mamy do czynienia z wiadomością bardzo istotną. Współcześnie wszystko, co pojawia się w mediach, jest tak istotne i prawdziwe, że nie podlega dyskusji. Oczywiście są tacy, którzy na przekór dyskusję podejmą, sprowadzając ją do psioczenia na układ i lansowania swoich prawd. Tak czy inaczej na pierwszy plan wybija się kłamstwo.

Jaki jest jedyny zbudowany przez człowieka obiekt widoczny z przestrzeni kosmicznej? Każdy odpowie, że Wielki Mur Chiński, i oczywiście się pomyli, co nie przeszkadza tej kompletnej bredni powszechnie funkcjonować. Z niskiej orbity można dostrzec co większe autostrady, za to Muru Chińskiego za jasną cholerę, z wysokiej zaś widać głównie morza, kontynenty i cuda w rodzaju Sahary i zieleni Amazonii. Kłamstwo z Murem Chińskim jest niezamierzone, ale współcześnie wręcz mnożą się oszustwa i mistyfikacje tworzone celowo, z intencją przyciągnięcia odbiorcy i zrobienia go w konia.

reszta jak zwykle w dozie kultury

W strojach służbowych

W tle uśmiecha się Dawid Kain

Zamieszanie związane z premierą PiKa, a także przejściowy zgon tego bloga sprawiło, że zapomniałem o rzeczy bardzo ważnej. Po raz pierwszy przyznano nagrodę im. Żuławskiego, mi przypadło Złote Wyróżnienie za Tracę Ciepło. Dziękuję.

Tańczymy w Warszawie

Za naszym wydawcą, Fabryką Słów

Pies i klecha – “Tancerz” - premiera w Warszawie!
Res Publica Nowa  i Fabryka Słów serdecznie zapraszają na spotkanie z Łukaszem Orbitowskim i Jarosławem Urbaniukiem. Autorzy będą czytali fragmenty swojej najnowszej książki. Dyskusję poprowadzi Magdalena M. Baran.
Czas i miejsce - środa, 29 października,  godz. 18.00, redakcja kwartalnika „Res Publica Nowa”, ul. Gałczyńskiego 5.
Podczas spotkania będzie można kupić egzemplarz książki z autografami autorów. Po spotkaniu zapraszamy na lampkę wina!

Zapraszam również na wideoczata na Wirtualnej Polsce. Pytania można zadawać tutaj.

Tydzień z głowy (31)

W tym tygodniu miały trzy ważne, z mojego punktu widzenia, wydarzenia.

Na Targach Książki, w sobotę zdarzyła się premiera „Tancerza”, co znaczy tyle, że z Jarkiem mamy już dwoje dzieci. No i co mogę napisać? Trzymanie własnej książki w łapkach jest zawsze dość niesamowitym wrażeniem, nie tylko dlatego, że coś się udało. Opowieści żyją, czasem mam wrażenie, że przenikają świat, łby i serca niczym fale radiowe. Nie widzimy ich, ale wystarczy pokręcić gałką w sobie i zaraz na nie natrafimy. Albo na biały szum. Historia spisana na kompie, w tekście literackim lub konspekcie, opowiedziana przy knajpianym stoliku, wyszeptana w ucho komuś, kogo kochamy zawsze pozostaje niedokończoną, można doń wrócić, stanąć po środku i skierować w inne dorzecze, choćby patykiem. Książka zamyka opowieść, definiuje ją w skamielinę: inaczej losy bohaterów już nie pobiegną, co może jest trochę smutne, a zarazem znaczy, że trzeba zabrać się za opowiadanie czegoś innego. Swoją drogą, czas zapieprza, jakieś trzy lata temu pisaliśmy „Żertwę”, pierwsze opowiadanie, nie mając pojęcia, jak ten cykl zarezonuje, a nawet czy będzie cyklem. Teraz są dwie książki, gotowy zbiorek i chyba będzie trzeba ciut zwolnić, co? Jarek odgraża się z debiutem (wiem, ale nie powiem), na mnie czekają „Widma” i kilka opowiadań, które po prostu muszą być napisane, także, jakby na to nie patrzeć, trzecia powieść cyklu powinna ukazać się za dwa lata. Albo i wcześniej, bo akurat tego co, jak, kiedy się pisze, przewidzieć nie sposób. Wiadomo za to, co jest pisane: nowe opowiadanie cyklu, pod roboczym tytułem „Więcej światła”. Tekst ukaże się w Science Fiction, Fantasty&Horror i będzie, jak zwykle, sporawy. Swoją drogą, przy dzisiejszych standardach powieściowych, rzecz mogłaby spokojnie ukazać się jako książka i to w czterech tomach.

Rzeczywiście, czas biegnie, czego nie odczuwam specjalnie, co chyba znaczy, że dziecinnieję – ale akurat tak wyszło, że w tym tygodniu skończyłem 31 lat. Nie zrobiłem się przez to specjalnie refleksyjny, za to dostałem pięciopak z filmami Dario Argento, zawierający jego mniej znane kawałki. Zabieg z pewnością ma charakter komercyjny, ale ja cieszę się jak diabli – średnio oszalały fan horroru zadba, żeby mieć na półce „Suspirię” albo „Głęboką czerwień”, za to o takiej „Phenomenie” zapomni i dopiero, zobaczywszy tytuł, uświadomi sobie, jakie to jest świetne i wcale mnie nie obchodzi, że facet kręci nieustannie jeden i ten sam film. Niemniej, siedzę, myśląc co wyszło, co nie wyszło przez te ostatnie trzy dekady, co doprowadza mnie do niewesołej myśli, że trzeba dalej pisać.

Na marginesie. Moje miasto usiłuje przeprosić się z państwem Pendereckich, to znaczy, jeśli wypluje z siebie odpowiednią ilość monet, godność pana Krzysztofa, a zwłaszcza Pani Elżbiety zostanie naprawiona. Przypomnijmy, że Pendereccy obrazili się, ponieważ Kraków nie posmarował na jakiś kolejny festiwal, w konsekwencji czego zagraniczni koledzy Mistrza nie mogli przyjechać, drapnąc kapusty i zaprosić w rewanżu do siebie. Teraz zbliżają się urodziny kompozytora (fakt posiadania urodzin niewątpliwie nas łączy), póki co, Majchrowski sypnął 100 tysięcy na „kameralny” koncert, podczas którego Mistrz raczy zadyrygować jednym utworem. Potem podobno zje kolację i jeśli rzadko jadę na tym blogu mięchem to tym razem nie mogę: kurwa mać, przecież mamy do czynienia ze starą, przebrzmiałą gwiazdą muzyki poważnej, której pitolenia nie wysłucha nikt o resztce zdrowych zmysłów i nie chodzi o to, że się nie znam czy zagospodarowałłbym lepiej tę kasę – po prostu myślę o innych imprezach, które nie dostaną dofinansowania, ponieważ Kraków wzięło na przepraszanie i które to imprezy może byłyby kompletnie do dupy, ale czy pod tym pięknym słońcem istnieje coś nudniejszego od koncertu Pendereckiego? Do tego, Pani Elżbieta wyraźnie ma gdzieś tę stówkę i chyba domaga się Majchrowskiego we włosiennicy: „Bardzo pięknie, że Kraków próbuje uczcić rocznicę urodzin mojego męża, ale naprawdę trudno to nazwać gestem pojednawczym. To wcale nie znaczy, że godzimy się z Krakowem. Poza tym nigdy nie otrzymałam od prezydenta Majchrowskiego listu, w którym tłumaczyłby zaistniałą pięć lat temu sytuację. To nas wygoniono z tego miasta i wciąż czujemy gorycz.” (Gazeta Wyborcza). Ludzie, nauczmy się czytać pomiędzy wierszami, wygoniono, czyli nie zafundowano kolejnej imprezy, a oczekiwanie, że prezydent miasta zacznie się kajać, słać listy i tym podobne świadczy tylko o tym, że na świecie są ludzie, których ego fruwa gdzieś w rejonach Saturna. Obrażają się, kręcą nosem, ale szmal wezmą. Zastanawiam się, co na to powiedziałby Wojciech Kilar.

A trzecim ważnym wydarzeniem okazały się trzy dni, które mogłem spędzić z moim synem. Były piękne.

 

 

Spotkanie na targach książki

Zapraszam serdecznie na spotkanie ze mną i Jarkiem Urbaniukiem, które odbędzie się w ramach Krakowskich Targów Książki. Okazją jest oczywiście premiera drugiego tomu Psa i Klechy “Tancerz”.

W strojach służbowych, z właściwą nam pokorą, będziemy oczekiwali na stoisku firmy Olesiejuk nr A40, w najbliższą sobotę (25 X) o 14.00. Impreza odbywa się przy ul. Centralnej 41a w Krakowie.

Jeszcze raz zapraszam

Między cyckami

Moje opowiadanie “Szklana skóra” w listopadowym numerze Playboya.

Ilustracje i fragment “Tancerza”

– Co tam się stało? – zapytał, a Enka wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Z reguły Gil w takich sytuacjach zachowywał całkowite milczenie, a jeśli już się odzywał, próbował raczej wiedzieć mniej, niż więcej.
– To już zobaczycie – odparł niewyraźnie Płaśko. – Jak ten cały Kłoda zobaczył, to o mało nie dostał zawału. Facet rozsmarował się o ściany i nie ma w tym przesady. Jak Kłodę zobaczyłem, to chłop cały się trząsł, a jak wszedłem, o tam – wskazał na magazyn – to zrozumiałem nawet czemu.
Techniczni oraz Wroński z Krzyśkiem zniknęli w drzwiach magazynu. Gil patrzył na ciemny prostokąt wejścia, ten nagle pojaśniał, jęk Krzyśka słyszeli aż tutaj.
– Złodziej może? – chciał wiedzieć komisarz Enka.
– Jak to: rozsmarował się? – zapytał ksiądz Gil.
Płaśko wzruszył ramionami. Wygrzebał notes o pogniecionych rogach, przerzucił kartki.
– Sami zobaczycie. A ten facet to żaden złodziej, ale student, co sobie dorabiał w tym magazynie po nocach. Podobno porządny chłopak, a co? Nazywał się Mateusz Czujka, studiuje polonistykę zaocznie. Znaczy, studiował, Czujka – powtórzył nazwisko. – No to go sobie teraz pooglądajcie.
Gil z Enką ruszyli w stronę magazynu. Ktoś jęknął w środku, coś upadło. Płaśko chwycił księdza za rękaw.
– Czekajcie jeszcze – w jego głosie zabrzmiała troska. – Wszyscy lubili tego faceta, tak mówił Kłoda. Milczący, ale pracował dobrze. Miał własne klucze, sam w nocy wszedł. Znaczy nie wiem, czy sam. Rozsmarowany… Nie mam pojęcia, co mu się stało. Może ksiądz zostanie?
Gil obrócił twarz ku niemu. Był jeszcze bledszy niż przed chwilą, w oczach popękały żyłki, zmarszczki biegły od kącików ust ku policzkom.
– Ksiądz pójdzie – powiedział.
W tej właśnie chwili z magazynu wypadł Krzysiek, już bez toreb, bez statywu, za to zielony jak majowa łąka, z mokrymi dłońmi przyciśniętymi do brzucha. Za progiem runął na kolana, obrócił ku niebu wytrzeszczone oczy i zaraz popatrzył w kierunku zgoła przeciwnym. Targnął nim skurcz, zafalowała szyja i poszło: wielka pięść wymiotów roztrysnęła się na betonie, Krzysiek poprawił jeszcze i zastygł, wpatrzony w rozrastającą się tuż przed nim brązowawą plamę.
– Piękny dzień – oznajmił komisarz Enka. Pomyślał, że istnieje osobny typ spraw. Takich, w wypadku których oględziny miejsca przestępstwa kończą się wymiotami jednego z członków ekipy dochodzeniowej. Enka widział już parę takich przypadków i coś mówiło mu, że ten nie będzie ostatni.
Gil pokiwał głową, na znak, że się zgadza.
Wewnątrz stał Wroński, zupełnie nieruchomy, jeśli nie liczyć równo pracującej szczęki. Kolana miał ugięte, blisko siebie, gdyby go lekko trącić, poleciałby na pysk. Techniczni również tkwili sztywno, jakby wrośnięci w wylewkę, wyższy nawet zapomniał o papierosie i trzymał w gębie zgaszonego peta. W powietrzu unosił się zapach juchy.
Krew była wszędzie, zbrązowiałe smugi, szerokie i na metr, ciągnęły się od podłogi przez sufit; kapało. Z półek zwisały fragmenty skóry w czerwonych girlandach, sterczały pokruszone kości, ich odłamki mieszały się ze skrzepami na paczkach. W ogryzkach pod ścianą Gil rozpoznał resztki palców. Nie sposób było tu normalnie chodzić: wszędzie krew, wnętrzności, skóra. Ale najgorsze było rozmazane oko, niby wielkie rybie jajo, ciśnięte na wywrócony stolik. Na jedną z nóg nabita była naga tu i ówdzie czaszka, strzaskana kość czołowa ukazywała różową gąbkę mózgu. Zęby wybito, dolna warga, już czarna, zwisała na pasku skóry.
I wszędzie drobiazgi z ludzkiego ciała: przełamana ręka, obdarta stopa, lecz bez palców, żuchwa na dwie przedzielona. Wreszcie, kawałki ubrania, bardzo małe, niemal nieodróżnialne od ciała i but ze sterczącą zeń kością.
– O kurwa – powiedział Zbigniew Enka.
A Gil nie powiedział nic, choć może by i chciał, chwilowo jednak zajmował się walką z torsjami.
Ledwo mogli iść, stawiali nieporadne kroki, za małe, zbyt wielkie, byleby tylko trafić w suchy kawałek podłogi.
– Skąd wiadomo, że to człowiek? – wydukał ksiądz doktor.
Enka w milczeniu wskazał na stopę.
– Poza tym Kłoda rozpoznał zaraz fragment fartucha – to Płaśko odezwał się zza drzwi. – Pisało na nim: „ZENEX”.
– Polska – wykrztusił Zbigniew Enka i nim się połapał, wczorajsza kolacja podeszła mu do gardła. Zacisnął więc usta, wywalił oczy, przełknął, chrząknął, otarł wargi. Księdzu poszło nieco gorzej, podparł się panem komisarzem.
– Boże, ale tu cuchnie – szepnął.
Ruszył. A za nim inni. Wroński, choć klął na czym świat stoi, zlitował się nad Krzyśkiem i sam wziął się za ustawianie znaczników i aparatu. Uwadze Enki nie uszło, że ręka na migawce – ta stalowa dłoń, zdolna godzinami tkwić bez ruchu – drżała jakby prąd szedł przez nerwy, pyk, pyk, dygot, chustka pod nos. Techniczni już rozklejali taśmy, wygrzebali folie, elektrostat, sypali biały proch, bez słowa, bez jednego spojrzenia na siebie nawzajem. Enka za to zwrócił uwagę na szeroki szlak, stygnący strumień krwi i wnętrzności ciągnący się przez środek magazynu. Spróbował powiedzieć cos zabawnego na ten temat, ale nie bardzo umiał. Poszedł po śladzie.
Zdumiewało go nieodmiennie, ile krwi jest w człowieku – niby parę litrów, a magazyn wyglądał, jakby rozpruto, rozwleczono, o ściany wytarto całą grupę roczną studentów, a nie jednego biedaka, zapewne jeszcze chudego, bo polonisty. Sznury flaków ciągnęły się bez końca, im dalej więc Enka szedł, tym mocniej był zdziwiony.
Wyższy techniczny wyszedł, by powrócić z pękatą walizką. Położył ją na progu. Wewnątrz leżały równo ułożone pędzle, druty, szpikulce, nożyczki oraz różnych rozmiarów butle wypełnione kolorowymi płynami. Wybrał jedną, potrząsnął, pokropił pierwszą z brzegu półkę.
Gil zainteresował się miejscem, w którym leżało ciało, a raczej to, co z niego zostało: korpus ze strzępami kończyn, bez głowy, za to z rozprutym brzuchem, odarty ze skóry. Leżał w rogu pomieszczenia, trzy kroki od wywróconego stolika. Gil przeszedł tylko dwa i go zemdliło. Przystanął, odwrócił głowę ku walającym się po podłodze kubkom, wypatrzył rozsypane ziarno; krew mieszała się z wyschniętym już winem z leżącego na ziemi plastikowego naczynka. Przyklęknął.
– Możemy się zbierać – głos komisarza Enki był stłumiony – ci będą z tym tańczyć do świąt
Gil rozejrzał się bezradnie.
– No – ciągnął Enka – coś ci pokażę na komendzie. – Dostrzegł, że twarz Gila tężeje, więc dorzucił: – Spokojnie, nic aż tak strasznego.
– Aż tak – rzekł Gil. – Przynajmniej stąd pójdziemy. – Zastanawiał się, czemu tu jest. Co prawda ich komórka zajmowała się dziwnymi przypadkami, ale to nie znaczyło chyba, że będą wzywani do każdej makabrycznej sprawy w Polsce. A może znaczy?
– Więc właśnie – radował się Enka. – Może trochę zrozumienia nim się w tym wszystkim połapiemy?
Chciał jeszcze powiedzieć Wrońskiemu, że idą i jak strasznie mu szkoda zostawiać ich z tym bałaganem. W zamian tylko podskoczył, za to wysoko – paczka z półki runęła na podłogę dokładnie za jego plecami. Odwrócił się gwałtownie, w pierwszym odruchu chciał się schylić, ale tylko trącił ją nogą. Gil ruszył jak w transie. Kucnął, brzeg marynarki uwalał się krwią.
– Co jest? – zagadnął Enka.
Gil nie odpowiedział. Dotknął paczki. Cokolwiek w niej było, zostało stłuczone, już chciał ją odłożyć na miejsce. I nagle zobaczył coś innego, na ułamek sekundy, to samo miejsce, tylko w innym czasie: cień człowieka ciskany po ścianach, nogi bijące w powietrzu, jak w tańcu, wyłamaną rękę, czarną smugę tryskającą z rozwartych ust. Kartki papieru opadały na wywrócony właśnie stolik. Poza jedną – tą, która poleciała w bok, pod regał. Gil się otrząsnął – jak można tyle zobaczyć w tak krótkim czasie? Czy widział to naprawdę, czy tylko mu się zdało? Poczuł, że Enka chwyta go pod ramiona myśląc, że Gil zasłabł. Dał mu znak ręką, że wszystko w porządku.
– Tylko chwila.
Uważając, by nie pobrudzić spodni czymś, czego nie spierze, a nawet jeśli, to wspomnienie plamy uniemożliwi sen, przyklęknął i włożył dłoń pod szafę. Cofnął zaraz, było mokro. Pomacał już ostrożniej. Odwrócił się do Enki z kartką ujętą w dwa palce. Policjant tylko wzruszył ramionami, a Wroński ledwo spojrzał, wyszczerzył się kwaśno. Za to w oczach Enki był sam smutek.
– Czasem się tym martwię – bąknął.
Gil pomyślał, że czasem, zdecydowanie za często, czuje się jak pies gończy, taki maleńki, co wlezie w każdą dziurę i przytarga to, czego nikt inny nie dostrzeże, nie mówiąc o wzięciu w zęby. Wstał, zakręciło mu się w głowie, dopiero na słońcu uzyskał pewny krok. Kartkę ściskał tak mocno, że omal jej nie pomiął.
– Grula dostałby zawału, gdyby widział, jak się z tym obchodzisz. – Enka wyjął mu papier z dłoni, spojrzał w oczy i dodał z troską: – Lepiej już?
Gil przytaknął.
– Złości mnie, że Wroński patrzy na mnie jak na świra.
– Wroński to pierwszorzędna kanalia, a świr znaczy u niego tyle, co porządny facet – wyjaśnił Enka. Mrużąc oczy przyjrzał się kartce: był to jakiś rękopis, zdaniem komisarza, stary. Litery kładły się na sobie, kreślone zapewne grubym piórem, w pośpiechu. Enka wypatrzył jeszcze coś niby nuty i schematycznie nakreślone ludzkie sylwetki w dziwnych pozach, które nie podobały mu się ani trochę.
– Mógłbyś na przyszłość obchodzić się z dowodami trochę łagodniej, wiesz, kurwa, odciski palców, te rzeczy – westchnął Enka. – Masz pojęcie, co to za bazgroły? Po jakiemu to?
Gil spojrzał. Nałożył okulary. Zmarszczył nos i nieznacznie poruszał szczęką, pewno składał powoli, po literze.
– Po polsku – rzucił. – Czekajże chwilę.
Zmarszczył czoło, oczy rozjaśniło zrozumienie, gruba żyła pojawiła się na czole. Gil zwiotczał. Utrzymał równowagę, ale głowę spuścił, kartka wysunęła się z palców, rozłożył dłonie, zamachał nimi, jakby próbował złapać niewidzialny sznur. Zamiast niego, uchwycił ramię komisarza Enki. Ten go przytrzymał. Mocno. Gilem zatrzęsło, odgiął głowę i nagle już było dobrze. Stał na mocnych nogach i gapił się, bezbrzeżnie zdziwiony, tym, co właściwie mu się stało.
– Wciąż mi słabo po tym, co stało się wewnątrz – ledwo zbierał słowa. Enka zmrużył powieki i podniósł kartkę. Przyjrzał się lepiej, Rysunki dalej mu się nie podobały, był w nich jakiś niepokój, jakby ktoś specjalnie próbował narysować kroki i gesty, które łamią kości. Rzeczywiście, był to język polski i pismo, jakiego już się nie widuje. W literach, choć naniesionych w pośpiechu, była jakaś elegancja, ale Enka nie wiedział, na czym dokładnie polegała. Przeczytał na głos, sylaba po sylabie:
Dźwięk mnie o-gar-nął, na-gle mo-je cia-ło
Zakręciło mu się w głowie.

reszta w książce

więcej ilustracji na stronie

Tydzień z głowy (1)

Postanowiłem spisywać ogólne wrażenia z każdego tygodnia i wrzucać je tutaj, a skoro musi być ten pierwszy raz, to czemu nie dziś. Przyczyn jest kilka, poza właściwą mi, ogólną potrzebą rozbierania się przed społeczeństwem. Otóż mój blog właściwie przestał być blogiem, wrzucam tu zajawki artykułów, niusy, fragmenty wywiadów i tym podobne, pełni więc raczej funkcję strony internetowej, a nie bloga właśnie. Myśl, że kogoś tam zainteresuje to, co mi się przydarzyło jest może na wyrost, lecz jednak krzepi, no a przede wszystkim robię to dla siebie. Życie zapieprza jak dziwki na pigułach i jestem ciekaw, co pomyślę sobie wchodząc za rok do własnego archiwum. Zwracam uwagę na ogromny ładunek optymizmu tego przedsięwzięcia, zakładam bowiem, że w październiku 2009 będzie istniał nie tylko świat ale i internet.
Więc dzieci, a konkretnie Julek. Jest coś cholernie fascynującego w ich postrzeganiu świata, jeszcze bez hierarchii, kiedy rozpoznają barwy i łączą z kształtami, z tej magmy, którą mój synek znał przez pierwsze miesiące wyłaniają się kontury i nasycają się treścią. Byliśmy na Rynku, dziś rano, chciałem pokazać małemu cuda mojego miasta, z czym trzeba się spieszyć, bo pewno znielubi je dosyć szybko, jako i tato. Więc szliśmy koło Mariackiego i sukiennic, między rozkrakane kwiaciarki i brudne gołębie, nad nami świeciło jesienne słońce, ostre jak nóż, dokładnie jakie lubię. A Julek miał to wszystko w czterech literach, zakochany na zabój w kratkach ściekowych i studzienkach kanalizacyjnych, nie mógł wprost oczu od nich oderwać, chciał tulić się i wsadzać palce, a próby odciągnięcia go kończyły się awanturą. Nawet jak wywrócił się wreszcie, nad czym intensywnie pracował, to wybuchł płaczem przelotnym i dalej, do studzienki.
Nie mam wątpliwości, że moje myśli odnośnie niego są dość typowe, zagrzebane chyba w każdym ojcu, czyli kim będzie i co zrobić, żeby wyrósł na porządnego faceta i miał dobre życie. Podejrzewam też, że każdy ojciec zna tę chwile drobnej intymności, kiedy siedzi przy łóżeczku, ciut umordowany, a wielka dłoń przechodzi między prętami i szuka tej maleńkiej. Najpierw znajdują się one, potem oczy i wyciągamy się ku sobie cali i przez moment, naprawdę jesteśmy, to znaczy ja się przemieniam: jestem czystym, głębokim przezywaniem.
Za to z innymi rodzajami przeżywania jest średnio, to znaczy nie napisałem zbyt wiele nowego, koncentrując się na publicystyce i światełeczku, jakim jest nowe opowiadanie z cyklu Pies i Klecha. Tym razem na tapecie jest nawiedzone mieszkanie i porachunki wśród ubeków, oddycham pisząc te historie i nie mogę doczekać się premiery „Tancerza”, która będzie, miejmy nadzieje, w przyszły piątek. Przyzwyczajam się do myśli, że najbliższe dwa miesiące spędzę w bibliotece, robiąc reaserch do „Widm”. Nigdy nie pisałem historii alternatywnej i jeszcze nie wiem czym to się je. Daję sobie rok na napisanie tej książki. Dociera do mnie również średnio krzepiąca myśl, że nie zdołam dalej odkładać prac nad opowiadaniem do antologii conanowskiej.
Z filmów widziałem głównie „Nocny pociąg z mięsem” na podstawie znakomitego opowiadania Clive’a Barkera, i chciałem nawet o nim napisać osobno, co odpuściłem ze względu na zakończenie, wierne oryginałowi, ale wypatroszone ze wszelkiej mocy, ot, klapnięcie szczęk potwora i z głowy mamy wszystko, ze wskazaniem na wiarygodność psychologiczną postaci. Trochę szkoda i nabieram przekonania, że Barker już nie podniesie się z niebytu. W „Jericho” grało mi się fajnie (może dlatego, że była to pierwsza gra na XBoxa 360 jaką przeszedłem), lecz jestem w mniejszości, nowa powieść do niczego się nie nadaje, a takie ekranizacje też niewiele zrobią.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Skoro już przy grach, to oszalałem ze szczętem na punkcie gry dla dzieci, konkretnie „Lego Star Wars II”, zabawa jest przednia i akurat dla mnie, gdyż gubię się przy najprostszej nawet zagadce, słowem, jako gracz jestem niewiele starszy od Julka jako takiego i do tego skażony przez makabrę. Także polecam: przechodzimy znaną nam sagę scena po scenie (mam wersję opartą na epizodach IV do VI, ale istnieje też taka ze wszystkimi), tyle, że ludzikiem lego, urobionym na Luke’a czy jakąś inną Leię, cale uniwersum tez jest z tych pieprzonych klocków, człowiek skacze, macha mieczem i śmiga na ślizgaczach po Endorze. Więc, przynajmniej w tym wymiarze, moc jest dalej ze mną. Thx, Adam.

Przyszły tydzień może być ciut ciężki, a na pewno dynamiczny. Wracam do intensywniejszej pracy i mniej intensywnego odpoczywania, spędzę parę dni z synem, na co niezbyt często mam okazję, no a w weekend są Targi Książki, premiera Tancerza na tych targach (ponoć będziemy z Jarkiem w tzw. strojach służbowych), no i cieszę się, bo spotkam wielu dobrych znajomych, szkoda że w pędzie, lecz lepsze to niż nic.

Kobieca intuicja i męski instynkt

Powszechnie się sądzi, że kobiety mają intuicję, a mężczyźni instynkt. Praktyczna różnica jest taka, że nie da się dogadać między płciami.

W pewien sposób rozumiem homoseksualistów i sądzę, że część gejów i lesbijek kieruje się czymś innym niż pociąg do tej samej płci. Facet łatwiej znajdzie punkt wspólny z facetem, odkryją więcej tematów do rozmów, skończą się awantury o niepozmywane gary, obsikaną deskę klozetową i powroty z knajpy o czwartej nad ranem (tylko po gitarę, rzecz jasna). Seks w pewnym wieku traci na znaczeniu, do wielu rzeczy można przywyknąć, jeśli nawet nie polubić to znosić z godnością, w konsekwencji czego liczba homoseksualistów będzie wzrastać, zwłaszcza, że tolerancja na tę odmienność stała się oczkiem w głowie większości społeczności.

Jestem człowiekiem prostym i w prostocie rozmiłowanym: jeśli, na przykład, oświadczam, że nie lubię Kasi, oznacza to tylko tyle, że Kasia nie zdobyła mojego upodobania. Narzekając na obiad, który mi nie smakuje, zżymam się raczej na świństwa zaśmiecające mi talerz (warzywa na przykład), a nie na osobę, która podsunęła go pod pysk mój paskudny. Wreszcie, gdy porozumiewam się monosylabami lub zgoła mruknięciami, oznacza to tyle tylko, że Bóg w swej nieskończonej roztropności doświadczył mnie kataklizmem kaca. Facet zrozumie.

ciąg dalszy tutaj

Next Page »