O „Malpertuis” w Nowej Fantastyce

Nie mam pojęcia, czy Harry Kuemel, reżyser Malpetruis oglądał Rękopis znaleziony w Saragossie, ale podobieństwo tych dwóch filmów jest uderzające. Nie ma mowy o kopiowaniu rozwiązań fabularnych, tematyki dzieła czy nawet nastroju. Obraz, jak arcydzieło Hasa pozostaje dziełem wielowątkowym i symbolicznym, zawieszonym między powagą i groteską, przesyconym niepokojącą mistyką, słowem niejednoznacznym, a zarazem trzymającym się kupy. Kręcąc rzeczy oniryczne i symboliczne łatwo wpaść w tzw. pułapkę Lyncha, czyli bezładne montowanie wszystkiego co wydaje nam się fajne w służbie bełkotu. Tymczasem przy całej wizyjności i wieży zakończeń, Malpertuis jest poskręcany jak szwedzki komisariat. Do tego pojawia się Orson Wells w epizodycznej, lecz szalenie ważnej roli określa klimat filmu – jest śmieszno straszny i odgrywa własne umieranie.

Lecz już pierwsze sceny definiują cały film i głównego bohatera – głos dziewczynki wymienia Alicję z książki Carolla i porusza problem rozróżnienia jawy i snu. W tle straszy obowiązkowy rysunek Dżambersmoka, można więc dojść do wniosku, że reżyser podaruje sobie dalszą dosłowność. Nic z tego. Wędrówka Jana (Carrière), marynarza który właśnie zszedł ze statku stanowi powtórzenie drogi Alicji ku norze. Zamiast królika mamy kobietę w niebieskim, w miejsce lasu zniszczony port, sama nora okazuje się burdelem, a ponieważ to opowieść dla dorosłych, ciasteczko – klucz do innego świata – zastępuje cios w łeb.

Więcej w NF 10/2008

[ytorbit]TwOtUe8TBTM[/ytorbit]

Malpertuis, reż. Harry Kuemel, wyst. Orson Welles, Mathieu Carrière, Francja, Belgia, RFN 1971