Archiwa dla November, 2008

Tydzień z głowy (7)

O nieszczęściu. Na biurku leży mi gra-marzenie, gra cud, wyczekane, wytęsknione Dead Space, które wyniosłem z redakcji Engarde. I leżeć będzie, gdyż xbox mi nieodwołalnie zdechł, pozbawiając podstawowej radości w przysłowiowe jesienne wieczorny. Spoczywa sobie teraz, niezmiennym w kształcie i barwie, a jednak pozbawiony życia, niedawny życia dawca: wyłaniał z siebie, xbox mój prześliczny, tabuny wrogów do zastrzelenia, ludziki lego, zrujnowane miasta, ulice, po których można by pędzić samochodem oraz złowrogą pustkę przestrzeni kosmicznej – był prawdziwym stwórcą na mój pokój. Tymczasem zmarł, lub przynajmniej kona, gdyż płyta DVD czasem na nim pójdzie. Gra nie. Cała nadzieja w tym, że jedynym jasnym punktem Microsofftu – oprócz samego xboxa w wersji działającej – jest ichniejszy serwis, który przywróci mojemu życiu barwy i kształty, które utraciłem.

O rozmawianiu. Na zaproszenie Roberta Ostaszewskiego odwiedziłem redakcję Dekady Literackiej, by wziąć udział w dyskusji poświęconej młodej literaturze, a raczej młodości jako takiej. W opinii Roberta, z młodością wciąż mam coś wspólnego. Więc posiedziałem, posłuchałem gadających głów i krakałem jako one – było, w gruncie rzeczy było przemiło i kształcąco, tylko nie potrafiliśmy w żaden sposób tej młodości ugryźć. Co sprawia, że młodzi są młodzi? Jak oni siebie rozpoznają, biorą za swoich, a starców, tylko ufarbowanych, słusznie odtrącą? Jakie jest ich nawet nie przeżycie pokoleniowe (nawet ja takiego nie mam), ale podstawka bycia – jak, w moim wypadku, mgnienie komuny w agonii? Można tak pytać w nieskończoność i do niczego się nie dojdzie, więcej, kategoria młodości może zmienić, nim skończą się pytania. Więc, możemy definiować młodość przez opozycję do starości, jako rzecz definicji się wymykającą, albo po prostu stwierdzić, że młody to taki jegomość, co regularnie korzysta z youtube i programów p2p. Czyżbyśmy mieli teraz Pokolenie YP2 (youtube p2p)? Jak ktoś chce używać, proszę bardzo, pod warunkiem przypisania sobie autorstwa. Żywotność takich pokoleń ma siłę muchę jednodniówki – nie mam pojęcia, gdzie teraz siedzi „pokolenie JP2” oraz „pokolenie 1200 brutto” ale z pewnością nie w tej części widzialnego wszechświata.

O Polsce. Czytam Rymkiewicza, który w „Kinderschenen” wyraźnie próbuje być Mickiewiczem i pisze swoje „Księgi pielgrzymstwa polskiego”. Czytam też Twardocha, który na szczęście, w swych najśmielszych nawet zamierzeniach, planuje być Twardochem właśnie. Obaj usiłują wydestylować sens swojej, naszej tożsamości (odpowiednio, Polaka i Ślązaka), z tym, że sędziwy poeta czyni to w drodze obróbki węzłowych punktów naszej historii ze wskazaniem na powstanie warszawskie, zaś młody prozaik, publicysta oraz szermierz wychwytuje swoje sensy ogólne, ekstrakty w ważnych drobiazgach – wystarczy poczytać, jak opisuje kobiety, czekające przed kopalnią, bo walnęło coś na przodku, albo krzyże przydrożne, by wiedzieć o co chodzi. Instynktownie zwracam się przeciwko nim. Instynktownie, bo rozum, być może, pożeglowałby przyjacielsko w ich stronę. Otóż, wedle mego instynktu, nasza historia jest krwawym zamętem bez wewnętrznego porządku, otóż instynkt mi rzecze, że krzyże nikną we mgle. Zapominamy. Tym co świadczy o Polsce, co pokazuje czym Polska jest w swojej istocie jest owszem, bezsens, ale zaklęty w drobiazgu, coś zupełnie nieważnego, niepotrzebnego, zbędnego nawet, co mogłoby narodzić się chyba tylko nad Wisłą.

W moim kulawym ojcostwie (kulawym, bo dochodzącym, a jak człowiek dużo chodzi to staje się chromy) mnie właśnie przypadła rola śmigania z małym do lekarza – innymi słowy, raczej nie zbieram sobie u niego punktów, kojarząc się z igłą i opukiwaniem. Zapylam również po recepty i kiedy pani doktor raczyła mi taką wypisać, zwróciłem uwagę na pewien badziew, zdobiący ścianę. Badziew wydaje się dobrym słowem: ani to obraz, ani plakat, ani kalkomania, po prostu kawał śliskiego, kolorowego papieru, wiszący na gwoździu. Takie rzeczy widuje się w przychodniach.

Bardziew wyobraża leśną szkołę, gdzie kształcą się oszalałe ze szczęścia trolle. Trwa chyba lekcja medycyny (oznaczałoby to, że mamy do czynienia z uniwerkiem dla trolli), na pierwszy plan wysuwa się wesolutki nauczyciel w lekarskim kitlu, na tablicy za jego plecami widnieje napis: SZKIELET CZŁ, to znaczy tyle tylko widać, bo belfer zasłania resztę sobą samym. Domyślam się jednak, ze chodzi o człowieka. Obok stoi rzeczony szkielet, czyli trup (chyba, że trolle sporządzają sztuczne szkielety), będąc, zapewne, źródłem rozradowania, towarzyszącego zajęciom. Wszyscy z niego się cieszą, na białym łbie przysiadł ptaszek, u stóp kościstych zgromadziły się zajączki, zza drzewa spogląda uśmiechnięty lisek. Sama sytuacja wydaje się już bezsensowna, po co bowiem, do jasnej cholery, trollom wiedza o ludzkim kośćcu? Powinny przecież poznawać zawiłości trollowej anatomii. Ale jeśli przyjrzymy się dobrze czaszce, dostrzeżemy dziwacznie wysuniętą żuchwę oraz cofnięte czoło, wyjdzie niechybnie, że, wbrew napisowi na tablicy, mamy do czynienia ze szkieletem małpy, dokładnie, ni mniej, ni więcej – małpy jebanej.

Oczywiście, dzieci się nie połapią, choć, jak je znam, wyczują, że coś jest nie w porządku (jeśli będą chciały patrzeć, badziew ów, oprócz innych ułomności, jest bardzo brzydki), a o ile dorosłego wolno okłamać, omamić, to dziecka pod żadnym pozorem. To jeszcze nieważne. Opuściłem gabinet w dziwnym przekonaniu, że badziew, wiszący w przychodni dla dzieci, na którym trolle uczą się ludzkiej anatomii na małpim szkielecie mówi o naszym kraju coś naprawdę istotnego.

Co gorsza, to przekonanie jest we mnie do dziś.

A co jest jeszcze gorsze, napisałem te słowa i uświadomiłem sobie, że właściwie to nie jestem pewien, czy Szczepan Twardoch pisał kiedykolwiek o kobietach, czekających w napięciu na swoich bliskich przed kopalnią, w której zdarzyło się nieszczęście, albo o jakimś krzyżu, pod którym ludzie się modlą. Może tylko mówił mi o tym, albo coś mi się ubrdało. Nieważne, bo w jego prozie te kobiety, te krzyże są, nawet jeśli nie wspomniał o nich nigdy, ani jednym zdaniem.

Tydzień z głowy (6)

O upływaniu czasu: z racji mojego zawodu odczuwam go trochę słabiej, w końcu nie wpadłem w kierat ośmiu godzin w robocie i nie muszę się wysilać, by utrzymywać kontakt z kulturą. Ale po trzydziestce człowiek dowiaduje się ciekawych rzeczy, które okazują się kompletną nowością. Na przykład tego, że jest coś, co nazywamy organizmem i to coś nie zawsze jest posłuszne, więcej, ten wredny łajdak okazuje się mieć wredne potrzeby w rodzaju śniadania oraz snu i potrafi zapalczywie dopominać się o nie. Na domiar złego, czyni to dość skutecznie, walka nie ma sensu, trzeba się poddać, spać i żreć – taka dziwna konstatacja, że nie jestem sam na świecie, bo on też jest. Pamiętam też, że jeszcze jak byłem w Stanach, czyli prawie cztery lata temu kompletnie nie interesowało mnie, co dzieje się z niebem i ziemią, czy jest zimno bądź ciepło, wystarczyło się ubrać w puchówkę i zasuwać wesoło na budowę. A teraz gapię się za okno, na mokry śnieg, myśl o wyjściu, człapaniu na przystanek pod jakimś pieprzonym wiaduktem budzi we mnie organiczną niechęć. Myślę o słońcu, koszulce na ramiączkach, sandałach i zimnym piwku w jakimś ogródku. Rozumiem też, że zmiana jest nieodwołalna i będzie jedynie gorzej, oto jestem sobie na początku ścieżki, która najczęściej prowadzi do bezzębnego mamrotania o pogodzie i tym, że znów przywaliło mrozem, więc nic nie wyrośnie. A z drugiej strony życie zatoczyło przedziwne koło: mam trzydzieści jeden lat, znów mieszkam na wynajętym i jeszcze zaczynam studia. Nieprzewidywalność zdarzeń jest czymś naprawdę cudownym, to ten układ, którego nie byłem w stanie przewidzieć choćby w tych nieszczęsnych Stanach, tak jak jeszcze cztery lata wcześniej nie uwierzyłbym w siebie jako robotnika. Słodko gorzkie to wszystko, ale w jakiś sposób cudowne, taka banalna prawda, że życie składa się z niespodzianek i chyba warto, nawet jeśli niespodzianka taka masakruje to co było wcześniej i do tego było dobre.

Więc zacząłem studia – mowa o rocznym studium pisania scenariuszy, otwartym w tym roku w Krakowie, gdzie łażę sobie dzięki uprzejmości organizatorów. Może coś z tego będzie, bo film jest przecież moim największym marzeniem, zarazem zdaję sobie sprawę, jakie to będzie trudne, nie tylko ze względu na ogromną konkurencję ale i ułomną tradycję kinematografii polskiej w zakresie thrillera/horroru. No i przedziwnie mi studiować, jeszcze na filozofii konsekwentnie unikałem zajęć, a tutaj trzeba (tj. chcę), więc siedzę po siedem, dziesieć godzin na krzesełku, słucham, próbuję notować i rozumiem, jak bardzo zdziczałem, pracując w domu, nawykły do własnego rytmu i folgujący własnym dziwactwom. W każdym razie, biorąc pod uwagę rytm zajęć, gdzieś pod koniec wakacji powstanie mój scenariusz no i zobaczymy.

Za to rusza nowy magazyn poświęcony grom konsolowym, nerwowo dowodzony przez starego kumpla, Adama Wieczorka (świętej pamięci drużyna Bakemono), gdzie znalazłem sobie kącik – co miesiąc będą ukazywały się moje felietony, luźno związane z graniem właśnie. Ciekaw jestem jak to wyjdzie i co ludzie powiedzą, nowa to dla mnie materia, a do tego, jakby na rzecz nie patrzeć, do nastolatka trochę mi brakuje. Oczywiście pogląd, że konsole są dla gówniarzy jest kompletne pozbawiony sensu i mógł właściwie powstać jedynie w Polsce, ale bakcyla złapałem późno, nie mam konsolowego języka (niektóre wpisy na forach czytam niczym węgierski), konsolowej wrażliwości, czyli z tej pisaniny może urodzić się coś ciekawego.

A skoro już przy pisaninie, to do końca roku powstanie pierwszy rozdział nowej powieści, rzeczonych „Widm”, muszę jeszcze posiedzieć w czytelni Muzeum Powstania Warszawskiego, dookreślić pewne sprawy i zacząć klepać. Cieszę się na to, choć pisanie tej książki stanowi wyzwanie nieporównywalne z jakimkolwiek wcześniejszym, pisarskim doświadczeniem. Bezpośrednio po tym przykrym reaserchu zasuwam na Nordkon, gdzie mam nadzieję zająć się czymś zgoła innym, niż roztrząsaniem kłopotów tożsamościowych, historycznych, itp. Polaków.

 

Duchovny

Niedawno Dawid Duchovny znalazł się w centrum uwagi brukowców i portali plotkarskich, a to ze względu na kłopoty ze swym życiem erotycznym. Mianowicie, chłopa rozsadzało jak nastolatka, zdradzał żonę na prawo i lewo, a następnie trafił do kliniki odwykowej. Kuracja wyszła średnio – niedawno gwiazdora przyuważono, gdy kupował całą serię pornoli, rzekomo dla siebie i małżonki. Z facetem musi rzeczywiście być coś nie w porządku, skoro po długiej abstynencji potrzebuje tego rodzaju podniet, żeby zbliżyć się do własnej ślubnej. Na domiar złego Tea Leoni zechciała mu odpłacić za wszystkie zdrady i sama nawiązała romans, co komentowano publicznie (życzliwie dla niej). Wreszcie kobieta wzięła odwet, Duchovny zaś zbiera cięgi, choćby na Pudelku.

Lubię ten portal i nie wyobrażam sobie dnia bez niego, ale tym razem redaktorzy nie mają racji. Duchovny wydaje się bowiem jedną z najjaśniejszych figur Hollywoodu i to w podwójny sposób: jako człowiek i jako postacie, które grywa. Choć w paru przypadkach trudno znaleźć różnicę. Oczywiście pozytywny wizerunek Duchovnego wynika po części z dekadenckiego, przepełnionego rozpustą i wszelkiej maści używkami tła Hollywood.

Są przykłady jaśniejsze. Taki Ron Perlman, ustrzeliwszy kolejnego demona przed kamerą Del Toro, wraca sobie do żony, tej samej od lat kilkudziesięciu. Nie piszę jednak o bohaterach, lecz ludziach zwykłych, czyli złożonych z ułomności. W odróżnieniu od większości kolegów z branży filmowy agent Mulder nigdy nie miał większych problemów z narkotykami i alkoholem (czyli dawał w palnik jak każdy, bez przesadzania), nie wplątał się w żadne śliskie afery jak Jeffrey Jones (ostatnio grał dziennikarza w serialu Deadwood), któremu oskarżenie o pedofilię złamało karierę, nawet nie tnie na podatkach jak Wesley Snipes. A jeśli tnie, to robi to mądrzej, bo nie jest chciwy. Zwyczajnie straszliwie lubi seks, a nowe partnerki działają nań stymulująco.

ciąg dalszy na o2.pl

Polter o Tancerzu

Orbitowskiego i jego niepowtarzalny styl zna chyba każdy szanujący się fan powieści grozy. Najnowsza powieść, którą napisał wspólnie z Jarosławem Urbaniukiem, to kontynuacja książki Pies i Klecha. Przeciwko wszystkim. Jak można się było spodziewać, Tancerz, bo taki też tytuł nosi część druga, nie odbiega poziomem od swej poprzedniczki, aczkolwiek tom pierwszy był mi jednak nieco bliższy. Trudno nie zauważyć również, że nie jest to czysta powieść grozy, powiedziałabym raczej, iż jest to głównie thriller, choć pojawiają się elementy horroru.

Dosyć niecodzienna para znana z części pierwszej, policjant Enaka oraz ksiądz Gil, po raz kolejny natrafiają na spisek, który swój początek miał ponad 150 lat temu. Wszystko zaś zaczęło się od makabrycznego morderstwa i małej karteczki z fragmentem nieznanego tekstu, który może zabić czytającego. W poszukiwaniu prawdy przyjaciele przemierzą takie miasta, jak Kraków, Paryż czy Stambuł. Przyjdzie im się również zmierzyć z rosyjskimi psychotronikami oraz ludźmi zdolnymi zapłacić każdą cenę w zamian za władzę. Ujrzą w zupełnie nowym świetle romantyków, a przede wszystkim dane im będzie poznać Mickiewicza takiego, jakim znali go jedynie wtajemniczeni.

reszta tutaj

So what

Dużo wypisuję tutaj o muzyce metalowej, a przecież uwielbiam dobrze nagrane, śpiewające panie z czołówek list przebojów. Madonna to miłość jeszcze z podstawówki, przez jakieś Christiny Aquilery i inne Betonce/Rhianny się nie przebiłem, za Britney chodzi za mną od pierwszej płyty. Teraz przyszedł czas na Pink i jej „Funhouse”. Dziewczę to drażniło mnie niemal wszystkim, od wizerunku zbuntowanej gwiazdeczki, przez próby dokopania Bushowi, aż po zupełnie kretyńskie występy przeciwko prawdziwym futrom czy czemuś podobnemu. Obchodziłem tę dziewczynę, aż w końcu mnie dopadło – nowa płyta to esencja rockowych melodii w popowej aranżacji, takie kompendium muzycznych w staroci szatach nowoczesnego brzmienia, do tego zaśpiewane z mocno, z uczuciem i przytupem. Singiel trzyma jak imadło, i aż mi głupio pisać tę notkę, bo wygląda na to, że stoję w szeregu zdurniałych twórców po trzydziestce, którzy wklejają na blogi to co akurat zobaczą w telewizji. W każdym razie, prawdziwe emocje wrzucone w produkt dla mas nie trafiają się codziennie, Pink akurat się z mężem rozstawała więc nie dziwię się, że jest taka wściekła. Chłopa też rozumiem, bo kto jak kto, ale ta dziewczynka na co dzień musi być nie do zniesienia.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Orchidee dla Janusza Christy

W Skarbach Mirmiła dwóch dzielnych wojów staje na głowie, by ich smok Miluś wzbił się w powietrze. Zwierz ten ma już skrzydła, lecz nie przejawia chęci do latania – więc trzeba sposobem. Kokosz zaczyna machać rękami, rozpędza się, a że nie patrzy tam, gdzie trzeba, wali łbem w ogromne drzewo. Kajko radzi mu, by się uśmiechnął, bo jeszcze Miluś pomyśli, że namawiają go do samobójstwa. Kokosz więc nadludzkim wysiłkiem wyszczerza połamane uzębienie i gdzieś tak między “he he” a “dajcie mi siekierę” drzewo wali się, grzebiąc pod sobą obolałego woja. “Kajko… Mogę się już nie śmiać?” – dobiega głos spod liści.

Scenę tę odtwarzam z pamięci, teraz sięgam po komiks – proszę bardzo, wszystko się zgadza. Pamiętam ich jeszcze kilkadziesiąt, całe paski albo i strony. Ich twórca Janusz Christa zmarł 15 listopada, miał 74 lata. Od dawna nieaktywny twórczo, zmagający się z chorobą oczu, zniknął z widoku publicznego. Jego niedawne pojawienie się na festiwalu komiksu w Łodzi słusznie uchodzi za wydarzenie. Był nie tylko właściwym ojcem polskiego komiksu, ale i kimś większym, współtwórcą wyobraźni i poczucia humoru pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej. Związany ze swoją epoką znacznie ją przekroczył.
Nie da się pisać o Chriście w sposób patetyczny, jak zwykło się czynić w wypadku zgonu kogoś wybitnego – bo kto jak kto, ale on nie zasłużył na taki ton.

Reszta w dozie kultury

O “Tancerzu” w Kafeterii

Znawcy historii literatury będą tą książką zachwyceni, a i wielbiciele kryminałów nie raz do niej wrócą. Niebanalna fabuła i wyraziste postacie oraz ciekawe rozwiązania stylistyczne – Tancerz Łukasza Orbitowskiego (otrzymał ostatnio Złote Wyróżnienie w nagrodzie J. Żuławskiego) i Jarosława Urbaniuka to książka przemyślana w stu procentach. Chociaż nosi ślady wpływów, autorzy bez wątpienia czerpali z najlepszych wzorców literackich, tworząc coś, co można z pełną odpowiedzialnością przenieść na ekrany kin. Dwóch młodych pisarzy, z których jeden nazywany jest „Luke’em Skywalkerem polskiej fantastyki”, a drugi to „udomowiony Jack Nicholson i bardzo wesoły felietonista”, udowodniło, że w polskiej historii znaleźć można sprawy równie interesujące, co spisek w Opus Dei, znany nam za sprawą Kodu Leonarda da Vinci. Sprawy te dotyczą mistycznych perypetii Adama Mickiewicza i Andrzeja Towiańskiego, opisanych głównie w hermetycznych podręcznikach akademickich dla studentów polonistyki. To właśnie mistyczne szaleństwo autora Konrada Wallenroda stało przyczyną brutalnych zabójstw, które miały miejsce w Krakowie w latach 90-tych. Na trop zabójcy wyrusza komisarz Zbigniew Enka i ksiądz doktor habilitowany Andrzej Gil.

ciąg dalszy

Tydzień z głowy (5)

Wiadomo od dawna, że wszelki postęp jest niemożliwy – to jak ze antycznym paradoksem dotyczącym ruchu, głoszącym, że ruchu być nie może. Tak samo, człowiekowi brak skrzydeł, więc nie poleci, nie umie oddychac pod wodą, no to z nurkowania nici i tak dalej. Potem przychodzi man, który zwyczajnie nie wie, że się nieda, w konsekwencji czego ludzkość lata, nurkuje, a Polacy mają nową nagrodę fantastyczną im. Żuławskiego. Facetem nie znających własnych, oczywistych dla wszystkich innych ograniczeń, była Andrzej Zimniak, który nie tylko nagrodę wymyślił, ale i wszystko zorganizował (z pomocą ludzi dobrej woli). Mamy więc pierwszą edycję za sobą, a trzeba dopowiedzieć, że od pomysłu do realizacji minęły ze cztery miesiące. Jeśli entuzjazm, zdolności wykonawcze organizatorów pozostaną w takiej formie, liczę, że za rok kolejny postulat doczeka się spełnienia, mianowicie, połączenia nagrody z forsą dla laureata. Jest to szalenie ważne nie tylko dlatego, ze ludziom pióra w Polsce z reguły się nie przelewa – sam fakt, że nie kupuję w spożywczaku z kartką, nie zerkam na ceny uważam za regularny cud – ale też dlatego, ze zarezonuje w Zajdlach. Teraz już nie będzie wyjścia, razem ze statuetką na Polonie będą wręczane czeki, co jest oczywistą koniecznością. Nigdy dość powtarzania, dopóki nie pojawią się pieniądze, fantastyczne nagrody literackie zawsze będą uboższymi krewnymi Nike, Kościelskich, Paszportu Polityki.

Trochę o miejscu w którym mieszkam, czy raczej pomieszkuję już czwarty miesiąc i które wydaje mi się szalenie odpowiednie ze względu na łatę autora horrorów, którą dawno przyszyto mi do tyłka. Jest to dwupokojowe, jasne miejsce na nowym osiedlu, ogołocone ze wszystkiego, co akcydentalne. Nie mam kwiatków, obrazów na ścianach, pokrytych zresztą szarą, odchodzącą tapetą. SA jedynie meble z ciemnego, smutnego drewna, oraz samotna lampa po środku sufitu, wręcz zachęcająca do sięgnięcia po sznurek i wycieczkę do wieczności. Mi jest zupełnie obojętne, gdzie żyję, warto, żeby koty dobrze się czuły, lecz przyjaciele, którzy mnie odwiedzili po raz pierwszy byli wyraźnie wgięci pogrzebowym kontekstem moich czterech ścian. Nie pamiętam już kto był dokładnie, pewno Urbaniuk z MIkiem oraz Piotrek Rogoża, wiem za to świetnie, że usiłując ich pocieszyć, przypomniałęm sobie o wazoniku, gdzie trzymam różne drobiazgi. Porwałem go z półki i ku nim poniosłem, mówiąc coś w tym stylu: „słuchajcie, nie jest tu tak smutno, mam przecież wazonik”. W tej chwili też spostrzegłem – albo ktoś mi to uświadomił – że nie trzymam żadnego wazonika, lecz wielki czarny znicz, z którego ktoś wyjął świeczkę.

Skoro już przy świeczkach – dowiedziałem się dzisiaj, że zmarł Janusz Christa, autor „Kajka i Kokosza”. Niedalej jak wczoraj przeglądałem pudło z komiksami na stoisku Wojtka Sedeńki, był Jodorowski, Mignola, Galman, Moebius, Frank Miller, lecz dopiero śmierć Christy uświadomiła, że mam do czynienia z pewną nowością. Kiedy przychodziłem na świat, mieliśmy zaledwie kilka tytułów a „Kajko i Kokosz” był czymś zupełnie wyjątkowym, odróżniającym się wyraźnie od edukacyjnych, propaństwowych Żbików i Tytusów. Dziś, w ludziach z mojego pokolenia Christa, choć martwy, pozostaje szalenie żywotny, wprowadzając słowa i powiedzonka („nie mirmiłuj”), istnieje też rozmowa kodem Christy, toż cały świat można sobie opowiedzieć, wywołując kolejne sceny z jego komiksów. Rzecz to niezaprzeczalnie wielka, a do licznych przymiotów Christy należy dopisać i to, że wiedział, kiedy dać sobie spokój z rysowaniem, do czego Papcio Chmiel okazał się niezdolny.

Kącik przenajświętszy

Ludzie już tak mają, że schodzą się i rozchodzą – im zejście jest trwalsze, tym rozpad bardziej widowiskowy: fruwają garnki, rodzice i ciotki wydzwaniają, jakby właśnie zaczynał się koniec świata, zaś dzieci dzielone są na czworo. Wychodzi też, że partner nie miał właściwie jednej dobrej cechy, za to złych mnóstwo, od żałoby za paznokciem, aż po ten dziwny rodzaj wrażliwości, którą wyróżniali się SS-mani. W takich zdarzeniach międzyludzkich widzę ogromne piękno zbudowane na pewności, że jesteśmy sobie równi, bowiem profesorowie i kucharki, artyści oraz hycle skaczą sobie do gardeł z równą zaciekłością.

Powody rozpadu również są podobne i zaskakujące w swej banalności. Facet może szlajać się po ubłocone uszy, nocować w burdelach, na śniadania pić dyktę i czcić szatana w piwnicy, będzie mu wybaczone, mało tego, partnerka stanie na uszach i częściach intymnych, by tego nie widzieć. Odwrotnie jest tak samo, rozumna ślepota drugiej strony odpuści kobiecie wybryki najstraszliwsze. Zarzewiem rozpadu związku są nieodmiennie rzeczy drobne i ta sama dziewczyna, która wybaczyła partnerowi alkoholizm oraz dziwki, praśnie nim w cholerę na widok garów nie umytych dziesiąty raz z rzędu, skarpetek ciśniętych na środek pokoju i zbrodni uber alles: obsikanej deski klozetowej. Prowadzi to do zaskakującej tezy, że porządek moralny jest drugorzędny w stosunku do porządku zwykłego, ze wskazaniem na czystą toaletę.

reszta jak zwykle w kafeterii. 

Tydzień z głowy (4)

Tym razem tydzień upłynął pod znakiem sztuki, wysokiej, niskiej oraz mojej własnej. Przesiedziałem kilka dni w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, uczestnicząc w dziwnym, co nie znaczy, że nieprzyjemnym treningu twórczości. Nie mam pojęcia, czy moje artystyczne muskuły urosły od tego rodzaju anaboliku, ale próbowałem wyrobić sobie zdanie o najmłodszej sztuce współczesnej, znaleźć jakieś kryterium oceny, na własny użytek, bo przecież się nie znam. Pomyślałem zaraz o pracy, napięciu twórczym, wysiłku towarzyszącym powstawaniu dzieła, które pozostawia w nim ślad. Ten morderczy wysiłek pozostaje widoczny w obrazach Goi, Caravaggia, Toulouse-Lautreca, a także w czarnym kwadracie na białym tle: niby nic, a trzeba było nad tym posiedzieć, pomyśleć, napocić się. Tego wysiłku nie widzę w sztuce współczesnej, sprawiającej wrażenie czegoś zupełnie akcydentalnego, prostego pomysłu wyrażonego z pomocą przypadkowych środków. To sztuka rozumiana jak kawał opowiedziany w knajpie, rysuneczek na marginesie książki, komentarz do czegoś, coś co się po prostu robi miedzy kanapką a papierosem. A drugie kryterium, jakie pojawiło się podczas oglądania wystaw i katalogów streszcza się w pytaniu: czy ja mógłbym zrobić coś takiego? Ja konkretnie: człowiek obdarzony talentem plastycznym, którego jednak nie rozwija. I zrobić od początku do końca, czyli wymyślić, rozrysować, wykonać. Prawdę powiedziawszy, przez te dni nie zetknąłem się z ani jednym eksponatem, który w tym wymiarze by mnie przerastał, a przecież jestem nieukiem w tej materii. I jako nieuk wiem, że wyżej wała nie podskoczę, choćbym dostał tysiąc lat i czarodziejskie fabrki.

Na marginesie wystawy zaraz pomyślałem o malarstwie mojego ojca, szalenie uporządkowanych, statycznych obrazach plasujących się gdzieś w centrum nurtu geometrycznego. Mam jakąś barierę w zakresie ich rozumienia czy przeżycia, może dlatego, że to tato malował, ale zacząłem myśleć o czymś takim jak mistyka racjonalisty, oczywiście w sztuce. Czyli poszukiwanie transcendencji, poznania zasad świata przy jednoczesnym braku wiary w cokolwiek, poza porządkiem. Myślę, że przykłady są, tylko trzeba się nad tym zgarbić, co pozostawiam, póki co, jako zadanie dla mądrzejszych.

Za to wczoraj, mądrzy i niemądrzy mogli sobie poskakać na koncercie Kata. Oczywiście, zespół nosi formalnie nazwę Kat&Roman Kostrzewski ze względu na zawirowania personalne, ale ani ja, ani chyba nikt pod sceną nie miał wątpliwości, że grał tutaj prawdziwy Kat. To dziwna sprawa z tym zespołem, znam ich niemal dwie dekady, nie słucham płyt a zarazem przyjmuję ich jako część mojego dziedzictwa, jeden z punktów od których zacząłem poruszanie się po sztuce pop – jako odbiorca i twórca. Czyli wyprzeć się nie mogę i na koncerty będę chodził zawsze, nawet jak chłopaki będą całkiem do dupy. Kupię bilet jak cegiełkę. Wracając do koncertu, to zazdroszczę Warszawiakom klubu Progresja i tego, że nie muszą tłoczyć się w czymś na kształt krakowskiego LochNess, gdzie śmierdzi, ale za to nic nie słychać. Stwierdzenie, że Romek to jeden z najlepszych frontmanów polskiej sceny brzmi dość banalnie – warto jednak dodać, że cały mrok Kata, od estetyki muzycznej po dziwaczne teksty nie jest w stanie zaciemnić jasnej, potężnej energii bijącej ze sceny. No i jeśli coś jest kultem w ciapki, to chyba właśnie oni: ostatnia płyta wyszła jedenaście lat temu, a klub był pełny. Takie rzeczy rzadko się dzieją.

Zrobiłem też rzecz dziwną, a mianowicie przymuszany przez mroczne ciśnienia z Katowic popełniłem opowiadanie do drugiego tomu antologii conanowskiej. Zupełnie nie wiem co o tym myśleć, nigdy nie pisałem opowiadań fantasy, nie tworzyłem światów, choć Conan gdzieś tam jest na moim strychu, w tym samym pudle, gdzie mieszka Romek. Wałęsa się tam też książka „Myszy i ludzie”, która w nowym opowiadaniu odgrywa istotną rolę. Spotkanie Howarda ze Steinbeckiem wydało mi się tyleż karkołomne, co interesujące, mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że zżynam nie z jednego, ale dwóch źródeł.

Last but not least. W poniedziałek, w Dworku Białoprądnickim, o 18. odbędzie się spotkanie promujące „Trupojada” i „Pokój do wynajęcia”, dwie antologie opowiadań grozy wydane przez Red Horse. Udział wezmą autorzy: Kazimierz Kyrcz, Łukasz Kadecki, Robert Cichowlas, wpadnę i ja, podpierając się faktem napisania wstępu. Także zapraszam serdecznie.

Next Page »