porusza i prowokuje...

20 listopada 2008

So what

Dużo wypisuję tutaj o muzyce metalowej, a przecież uwielbiam dobrze nagrane, śpiewające panie z czołówek list przebojów. Madonna to miłość jeszcze z podstawówki, przez jakieś Christiny Aquilery i inne Betonce/Rhianny się nie przebiłem, za Britney chodzi za mną od pierwszej płyty. Teraz przyszedł czas na Pink i jej „Funhouse”. Dziewczę to drażniło mnie niemal wszystkim, od wizerunku zbuntowanej gwiazdeczki, przez próby dokopania Bushowi, aż po zupełnie kretyńskie występy przeciwko prawdziwym futrom czy czemuś podobnemu. Obchodziłem tę dziewczynę, aż w końcu mnie dopadło – nowa płyta to esencja rockowych melodii w popowej aranżacji, takie kompendium muzycznych w staroci szatach nowoczesnego brzmienia, do tego zaśpiewane z mocno, z uczuciem i przytupem. Singiel trzyma jak imadło, i aż mi głupio pisać tę notkę, bo wygląda na to, że stoję w szeregu zdurniałych twórców po trzydziestce, którzy wklejają na blogi to co akurat zobaczą w telewizji. W każdym razie, prawdziwe emocje wrzucone w produkt dla mas nie trafiają się codziennie, Pink akurat się z mężem rozstawała więc nie dziwię się, że jest taka wściekła. Chłopa też rozumiem, bo kto jak kto, ale ta dziewczynka na co dzień musi być nie do zniesienia.

[ytorbit]dJZDsJ8UU64[/ytorbit]

Orchidee dla Janusza Christy

W Skarbach Mirmiła dwóch dzielnych wojów staje na głowie, by ich smok Miluś wzbił się w powietrze. Zwierz ten ma już skrzydła, lecz nie przejawia chęci do latania – więc trzeba sposobem. Kokosz zaczyna machać rękami, rozpędza się, a że nie patrzy tam, gdzie trzeba, wali łbem w ogromne drzewo. Kajko radzi mu, by się uśmiechnął, bo jeszcze Miluś pomyśli, że namawiają go do samobójstwa. Kokosz więc nadludzkim wysiłkiem wyszczerza połamane uzębienie i gdzieś tak między „he he” a „dajcie mi siekierę” drzewo wali się, grzebiąc pod sobą obolałego woja. „Kajko… Mogę się już nie śmiać?” – dobiega głos spod liści.

Scenę tę odtwarzam z pamięci, teraz sięgam po komiks – proszę bardzo, wszystko się zgadza. Pamiętam ich jeszcze kilkadziesiąt, całe paski albo i strony. Ich twórca Janusz Christa zmarł 15 listopada, miał 74 lata. Od dawna nieaktywny twórczo, zmagający się z chorobą oczu, zniknął z widoku publicznego. Jego niedawne pojawienie się na festiwalu komiksu w Łodzi słusznie uchodzi za wydarzenie. Był nie tylko właściwym ojcem polskiego komiksu, ale i kimś większym, współtwórcą wyobraźni i poczucia humoru pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej. Związany ze swoją epoką znacznie ją przekroczył.
Nie da się pisać o Chriście w sposób patetyczny, jak zwykło się czynić w wypadku zgonu kogoś wybitnego – bo kto jak kto, ale on nie zasłużył na taki ton.

Reszta w dozie kultury