Orchidee dla Janusza Christy

W Skarbach Mirmiła dwóch dzielnych wojów staje na głowie, by ich smok Miluś wzbił się w powietrze. Zwierz ten ma już skrzydła, lecz nie przejawia chęci do latania – więc trzeba sposobem. Kokosz zaczyna machać rękami, rozpędza się, a że nie patrzy tam, gdzie trzeba, wali łbem w ogromne drzewo. Kajko radzi mu, by się uśmiechnął, bo jeszcze Miluś pomyśli, że namawiają go do samobójstwa. Kokosz więc nadludzkim wysiłkiem wyszczerza połamane uzębienie i gdzieś tak między „he he” a „dajcie mi siekierę” drzewo wali się, grzebiąc pod sobą obolałego woja. „Kajko… Mogę się już nie śmiać?” – dobiega głos spod liści.

Scenę tę odtwarzam z pamięci, teraz sięgam po komiks – proszę bardzo, wszystko się zgadza. Pamiętam ich jeszcze kilkadziesiąt, całe paski albo i strony. Ich twórca Janusz Christa zmarł 15 listopada, miał 74 lata. Od dawna nieaktywny twórczo, zmagający się z chorobą oczu, zniknął z widoku publicznego. Jego niedawne pojawienie się na festiwalu komiksu w Łodzi słusznie uchodzi za wydarzenie. Był nie tylko właściwym ojcem polskiego komiksu, ale i kimś większym, współtwórcą wyobraźni i poczucia humoru pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej. Związany ze swoją epoką znacznie ją przekroczył.
Nie da się pisać o Chriście w sposób patetyczny, jak zwykło się czynić w wypadku zgonu kogoś wybitnego – bo kto jak kto, ale on nie zasłużył na taki ton.

Reszta w dozie kultury