Archiwa dla December, 2008

Tydzień z głowy (11)

 

W wojnie pomiędzy Christmas a Bożym Narodzeniem sprzyjam raczej pierwszej opcji, może dlatego, że obserwowanie smutnych ludzi, przejętych tym, że siądą do stołu z tymi, na których towarzystwo nie mają ochoty (a tych, których by chcieli widzieć, akurat nie ma) jakoś mi się na mózg rzuciło. A Christmas przynajmniej gospodarkę nakręca-tu pytanie, czy Chrstmas może trwać bez Bożego Narodzenia. Nie może, lecz wymaga pełnej kontroli, Boże Narodzenie musi pozostawać w kondycji właściwej opozycji demokratycznej za Polski Ludowej, czyli infiltracja winna sięgnąć liturgii. Osąd to co najmniej naiwny, Boże Narodzenie i Christmas należą do krajobrazu polskiego grudnia, strzeżone pilnie przez Kościół i koncerny, trudno więc liczyć, że się wyniosą, że choinek oraz neonów nagle nam braknie. Mam nadzieję, że napięcia będą rosnąć i porodzi się z nich coś ciekawego. Swoją drogą podoba mi się, popularny na Zachodzie, a w Polsce kiełkujący, pomysł wigilii podwójnej, kiedy to młodsze pokolenia nażarłszy się, nagadawszy z rodziną, odrywa się od sianka i białych obrusów, ciążąc ku własnemu towarzystwu, do dymu papierosowego, do wódki, imprez, uścisków, słowem, towarzystwo wigilijne staje się wyborem, a nie koniecznością.

Za to Kraków w wigilijny wieczór jest miastem niezwykłym, albowiem czarnym. Szedłem do ojca w rejonach szesnastej i wszędzie było ciemno, jakby, w wyniku wielkiego spisku alterglobalistów szlag trafił światła we wszelkich witrynach, gasną nawet szyldy knajp, ćmy barowe nie mają swych lamp, błądzą więc w mroku i trzeźwości. Mimo tramwaju z samochodem, pojawia się przemożne wrażenie wędrówki przez jakąś skamielinę, przez miasto, które śpi i tylko raz na czas może zadrżeć, strzepać z siebie popiół ludzi, sklepów, siłowni, innych miejsc rozrywki, miasta co lubuje się w ciszy i w czerni, innymi słowy, takiego od którego warto się odpieprzyć. Tylko psów wigilijnych brakowało, może dobrze, bo nie wiem co by mi powiedziały.

Wigilię, tę drugą, miałem przedziwną, wcale nie dlatego, że wywróciłem się przy własnej mamie (niniejszym, dziękuję człowiekowi, który niedawno mnie gościł, za pouczającą pogadankę w zakresie spożywania win wytrawnych). Bałem się jak cholera, tymczasem wyszło świetnie, po części dlatego, ze zszedł się nieprawdopodobny kwiat ludzki, z łąk najróżniejszych i jakoś się dogadali, zeszli w słowach i uśmiechach, choć każdy przecież chciał być w jakimś wymyślonym miejscu. No, ale lepsze zdarzyć się nie mogło, przy okazji, potwierdziła się stara prawda, że Polak ma cudowną zdolność do znoszenia podziałów: w pewnych warunkach każdy dogada się z każdym bez względu na poglądy, wiek, ścieżki życia, którymi dobiegł, doczłapał, lub dowywracał się do wigilijnego stołu.

Jestem antyklerykałem tyleż zapiekłym, co stereotypowym: znaczy to, że wizja kleru jako wielkiego biznesu zorientowanego wyłącznie na dojenie duszyczek jest mi bliska. Z jednym zarzutem tylko nie mogę się zgodzić, a mianowicie, czemu odmawia się kapłanom do wypowiedzi na temat seksu i relacji damsko męskich, kwestionując ich doświadczenie w tej delikatnej kwestii. Otóż, mają pełne prawo, a gdybym miał kłopoty z tym akurat, niezawodnie popędziłbym po radę do przedstawiciela kleru. Nie tylko dlatego, żeby posłuchać o czasach przedkoloratkowych. Któż lepiej zna kobiety od faceta, co przez całe życie musi ukrywać kochanki, nie tylko przed najbliższymi, lecz i całą parafią (jest przecież w wymiarze lokalnym osobą publiczną), urabiać te nieszczęsne kobiety, by nie wdzierały się tam, gdzie im nie wolno, nie rozsadzały życia, słowem, ustawiać je tak dokładnie, jak nie zdołałby tego uczynić facet jakiejkolwiek innej profesji. Do tego dochodzą metody na skuteczny podryw i jeszcze skuteczniejszą antykoncepcje, słowem, jeśli laicyzacja będzie postępować, przyszłość księży-renegatów widzę ogromną: jako ekspertów, doradców postępowania z kobietami.

Niemal cały czas świąteczny zszedł mi na pisanie „Widm”, książka się rozrasta proporcjonalnie do ogromu pracy stojącej przede mną (postęp geometryczny, napisana strona generuje konieczność przeczytania trzydziestu, plus odkrycie w jakiej książce te trzydzieści znajdę), co powoduje pewien niepokój, oraz prostą złość związaną z brakiem czasu. Widziałem niewiele, nic też godnego uwagi, za to zabrałem się ostro za Dead Space, horror-grę w przestrzeni kosmicznej, ostro przypominający Alien vs Predator, w który ciupałem jeszcze w czasach peceta. Ludzie odpadli przy tej grze, miały być wrzaski z strachu i klimat jak na urodzinach Hitlera w ‘45tym, a ja zaciąłem się już na pierwszej lokacji. Co świadczy tylko o tym, że konsolowiec ze mnie żaden, przeczytałem więc instrukcję i wchodzę jak w masło, w ciemną puszkę kosmicznego wraka, strzelając mutantom w nogi, łapki i co tam jeszcze panowie z Electronic Arts mutantom przypisali.

“Tancerz” drugi raz na polter.pl

Każdy Polak (mam przynajmniej taką nadzieję) zna Adama Mickiewicza, nie każdy jednak wie o jego powiązaniach z “nawiedzonym” mistykiem Andrzejem Towiańskim, który spowodował niemałe zamieszanie w życiu naszego wieszcza. To są fakty, jakie znajdziemy w każdym podręczniku. Orbitowski i Urbaniuk zdecydowali się nieco ubarwić życiorys autora Dziadów, nadając mu raczej złowrogi charakter. Co by było, gdyby Mickiewiczowi udało się zawrzeć w swoich dziełach moc pozwalającą na zdobycie ponadludzkich zdolności? Gdyby istniała piąta część arcydzieła polskiego romantyzmu? Część, która po rozszyfrowaniu mogłaby zmienić swego czytelnika w istotę zdolną władać innymi ludźmi? W anioła…?

Te pytania pojawią się w trakcie śledztwa prowadzonego przez komisarza Enka i księdza Gila. Obaj bohaterowie ponownie spotkają się w sprawie bardzo makabrycznych morderstw, które wstrząsają Krakowem. Jedyny trop to znalezione przy każdym ciele dziwaczne zapiski: fragmenty wiersza i rozrysowany na kroki taniec. Śledztwo prowadzi od Krakowa, przez Paryż, aż po Stambuł: miejsce śmierci Mickiewicza. Niespodziewanym sojusznikiem “psa” i “klechy” staje się nawiedzony Ślązak, “boży szaleniec” Rajmund Cnota, obdarzony mocą wieszczenia założyciel Towarzystwa Wiedzy Ezoterycznej Jezus Maria. Bohaterom przyda się ten niecodzienny pomocnik, gdyż i wróg w tym przypadku jest potężny – na tyle, by kilkakrotnie zagrozić życiu naszej bohaterskiej dwójki.

Całość tutaj

Planeta kobiet, planeta mężczyzn. Świątecznie.

Trudno powiedzieć, czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa, fakt jednak – jesteśmy bytami międzyplanetarnymi. Wystarczy uprzytomnić sobie gigantyczny wysiłek programu kosmicznego, by zrozumieć, jakim cudem musi być spotkanie osobników płci przeciwnej, przecież od lat pięćdziesiątych, po miliardach rubli oraz dolców wysłanych dosłownie w kosmos nawet nie dostaliśmy się na tego nieszczęsnego Marsa i prędko to nie nastąpi, ludzkie kolonie na Księżycu możemy sobie co najwyżej narysować, a prawdziwy lot poza galaktykę jest równie prawdopodobny jak to, że Marilyn Manson zastąpi Świętego Mikołaja. Tymczasem zakochani wciąż się pojawiają, co prowadzi do wniosku, że miłość pomiędzy Marsjaninem a Wenusjanką wychodzi lepiej niż fruwanie w próżni, do tego koszt kolacji czy nawet weekendu w multigwiazdkowym hotelu jest zasadniczo niższy niż wysłanie najmniejszej nawet sondy. Same plusy.

Jesteśmy dla siebie tajemnicą, podobnie, jak wciąż nie znamy zawiłości planet, zasadniczo mogę stwierdzić, że poznałem się z kobiecą powierzchnią, wciąż jednak niewiele umiem powiedzieć o zawiłościach kryjących się pod nią, o gorących jądrach wewnątrz, o tajemnicach atmosfery, gazów, pierwiastków uczuć i pragnień, o biegunach i małych cudach skrytych w fałdach kobiecego gruntu. Kobiety są czasem ogromnymi gazowymi olbrzymami, niekiedy drobnym, zimnym ćwiekiem gdzie z rzadka dochodzi światło, spotykamy kobiety Ziemie oraz Jowisze a co najważniejsze, jest na nich życie, albo go nie ma. Z mężczyznami podobnie.

reszta w Kafeterii

Przy okazji: wesołych świąt, dobrego Nowego Roku dla wszystkich wielbicieli konsol, horrorów, metalu (oraz Britney Spears i Pink), przyjaciół Prezesa i Kreski, Psa i Klechy, reszty światów, które przywołałem, czytelników, czytelniczek Lampy, Kafeterii, SFFH, Nowej Fantastyki, wreszcie, dla wszystkich dobrych, porządnych, lub zwyczajnie fajnych ludzi, których, póki co, na tym świecie jest całkiem sporo.

Tydzień z głowy (10)

Przykry fakt starzenia rozpoznaje się po dwóch objawach – nie tyle, że człowiek przestaje się interesować muzyką, ale nie może tego robić, choćby śledził listy przebojów, właził na fora internetowe i strony z teledyskami nic nie osiągnie, zbudzi się po prostu w chaosie dźwięków i twarzy, których zwyczajnie nie potrafi rozpoznać, zakorzenić w sobie, a złączenie ich z muzyką pozostaje niewykonalne. Prędzej czy później łapiemy się na tym, że wystarcza radio, albo playlista sklecona z byle czego w winampie, w rzeczy samej, muzyka staje się czymś nieco mniej godnym, nie oferuje tych emocji, co kiedyś, co najwyżej stanowi okazję do powrotu w krainę nastoletniości, dokonującą się w ramach jakiegoś kulturalnego wydarzenia. Świetnie widać to na metalowych koncertach, zwłaszcza długowłosych dinozaurów, jadących ku emeryturze na chwale jeszcze z lat osiemdziesiątych. Widzimy pod sceną czterdziestolatków, ubranych w stare, skórzane kurtki, w koszulki kupione na stoisku promocyjnym, w tym samym klubie, tylko rok temu, widzimy dawnych kumpli, którzy na moment zrzucili garnitury lub swetry kupione przez żony – tylko brzuchów nie zdołali zrzucić. Jest w tym coś smutnego i pocieszającego zarazem, znaczy to też, że najprawdopodobniej wybiorę się na koncert Saxon i Iced Earth w Warszawie.

Człowiek starzejący się – choć wolę jakże przyjemne słowo „dojrzewanie” – zużywa masę energii by wkurwiać się na drobiazgi. Na przykład, mając lat dwadzieścia nie zwracamy uwagi na zjawisko pogody, tej nie ma w naszym świecie, nie myślimy o niej, nie mówimy, nasze emocje ciążą ku intensywniejszym doznaniom, aż trzask prask, mija dekada i budzimy się wściekli, smutni, lub przynajmniej melancholijnie rozczarowani grudniowym deszczem, tym, że trzeba weń wejść i gdzieś tam dreptać. Albo tramwaje. Rzecz dla mnie szalenie istotna, odkąd zostałem ojcem pielgrzymującym, spędzam w nich masę czasu, czytając książki, ocierając się o społeczeństwo, dodając do jego smrodu swój własny smród. Nie chodzi nawet o to, że komunikacja miejska w Krakowie jest kompletnie do dupy, bowiem komunikacja miejska, z punktu widzenia użytkownika do dupy będzie zawsze, nawet gdyby tramwaj przyjeżdżał co minutę, odwoził pasażera wprost do wyra, a w środku były drinki, hostessy, telebimy. Tym, co wyróżnia krakowskie MPK od innych tego typu instytucji jest niewiarygodna bufonada i samozadowolenie właściwe podstarzałym amantom, którzy sądzą, że nawet draska na reformach jest sexy. Czyli surrealizm: ponoć słynny szybki tramwaj, skonstruowany z krwawicy samego Majchrowskiego jeździ wolniej niż jego mniej sławny poprzednik. Jeszcze większe wrażenie robi kampania reklamowa – zawieszony pod sufitem telewizorek wyświetla na okrągło stłoczonym pasażerom spoty wychwalające rozkosze związane z korzystaniem z komunikacji zbiorowej. Pełno tam uśmiechniętej młodzieży, rozwalającej się w horrendalnie wręcz pustych, bezkresnych przestrzeniach autobusu, zadowolonych z życia motorniczych i oszalałych z radości turystów, wpinających rowery w zewnętrzny bagażnik. Co najlepsze, wymalowano również drzwi tramwajów. Teraz, widnieją na nich rozradowani, młodzi ludzie, szykujący się do wysiadania, następnie, drzwi się rozsuwają, ukazując wściekły, zmęczony, szary, zasmarkany tłum, znajdujący się za tą potiomkinowską młodzieżą. Daje to niesamowite wrażenie Orwella dla ubogich, drobiazgu, co bawi i złości jednocześnie.

Mam „Wieszanie” Rymkiewicza i niedługo dowiem się, jakie to tam cuda są popisane, na razie fascynuje mnie sposób wydania, złożenia, oraz kretyńska okładka ze stryczkiem, co składa się na najgorzej wydaną książkę lat minionych. Twarda oprawa „Kinderschenen” stanowi tu dowód sukcesu naszego dinozaura (człowiek, który słucha Saxon i Iced Earth Rymkiewicza po prostu czytać musi). Za to zdarzyło mi się przeczytać dobry horror, co w Polsce, kraju bezwzględnej dominacji Grahama Mastertona wydaje się prawdziwym wydarzeniem. Mowa o „Obcym” Morta Castle wydanym przez Replikę. Dobra powieść grozy musi opierać się o autentyczny lęk, to jasne. Tymczasem banalny pomysł – główny bohater jest Obcym, potworem w ludzkim ciele, wypatrującym szczęsnego dnia, kiedy to z innymi Obcymi rozpocznie radosne czasy mordowania – bazuje nie na jednym, lecz na dwóch lękach. Pierwszym jest irracjonalne poczucie, że nasi bliscy są czymś innym, niż nam się wydaje, szczęśliwi ojcowie mają kochanki lub zgoła gwałcą dzieci, matki zjadają własne strupy lub są morderczyniami. To działa zawsze. Ale drugim lękiem jest przecież nasza własna, podskórna, najczęściej tylko przeczuwana w rzadkich spazmach intuicja, że nie chcemy życia, które mamy i dobrze by było, gdyby litościwy los łaskawie sprzątną najdroższych przyjaciół, kochaną rodzinkę, cudowną pracę i dzieci umiłowane, słowem, żeby wszystko co dobre w naszych życiach trafił szlag z oczywistym pożytkiem dla nas. Jest to głęboko fałszywe przeczucie, człowiek nie jest Obcym, żadną skończenie złą istotą, nosi jednak w sobie cień cienia, jakby kiedyś w naszych bebechach mieszkał potwór, zabrał się w cholerę, ale zostawił swój sen.

Jeszcze w górach zrobiłem sobie maraton filmowy, kilka rzeczy było co najmniej niezłych, jak niskobudżetowy „Malefique” z Francji czy ekranizacja „Iron mana”. Największe wrażenie zrobił jednak skandynawski „Pozwól mi wejść”, najciekawsza chyba historia wampiryczna od czasu „Cronosa” del Toro. Wszystkie elementy znamy, od samotnego nastolatka, po kingowską diadę krwiopijcy i jego opiekuna, tu jednak wsadzono je w ponurą, zaśnieżoną scenerię norweskiego miasteczka, opowiedziano środkami europejskiego kina obyczajowego i podsunięto widzowi pod nos w potrawce z pięknych kadrów i przemyślanych ujęć. Przyjemnie się ogląda niby zwykłą, fantastyczną opowiastkę, gdzie jednak każda minuta została głęboko przemyślana, Poza podstawowymi, wampirycznymi rekwizytami z horroru tu niewiele, no może dużo bloodu, jakby powiedział pewien wielki krakowski twórca literatury mówionej, brak jednak wyskakiwania zza węgła, standardów montażowych zaczerpniętych z serii „Piła” a przede wszystkim, finałowej walki z potworem. I dobrze, taka zniszczyłaby ten kameralny, piękny film. Amerykanie robią remake, tylko nikt nie wie po co.

a tu przypominam “Cronosa”

Zaczyna się tydzień świąteczny, czyli czas trudny dla ludzi o choćby minimalnym poziomie wrażliwości, właściwie to nie znam za wielu takich, co lubią święta, za to całą masę innych, którzy 24-go grudnia najchętniej zajęliby się czymś mniej heroicznym, niż próbą bycia miłym dla najbliższych. Za to w zasięgu ręki znajdzie się zawsze ktoś, kobieta najpewniej, dla której tradycja jest ważniejsza od niepodległości, w konsekwencji rokrocznie wsuwamy karpia, pod białym obrusem mamy sianko, a potem trzeba zasuwać na pasterkę. Będzie to oczywiście także moim udziałem, z tą różnicą, ze nade mną mieszka bardzo stara i bardzo głucha pani, która słucha mszy z taką głośnością, że piętro niżej człowiek czuje się, jakby siedział pod samą amboną. Innymi słowy, jest szansa, że w tym roku, zamiast iść na pasterkę, pasterka przyjdzie do mnie.

Esensja o “Tancerzu”

Powieść napisana jest z nerwem – nieraz miałem ochotę przyklasnąć ciętym one-linerom Enki, zaś komisarz Edward Grula stawał przed oczyma jak żywy, gdy śmiga na obrotowym krześle na kółkach po zapyziałym wnętrzu komisariatowej klitki i marzy o paryskich bagietkach. Wewnętrzne komentarze bohaterów, krótkie dobitne frazy nakreślają nie tylko obraz zdarzenia czy osoby, ale i dają kontekst całej skomplikowanej relacji. To samo z opisami rozterek Enki czy Gila – ci ludzie żyją, mają swe obsesje i słabości, ich realność aż wylewa się ze stronic. Dialogi potęgują tylko to wrażenie autentyczności, bo wszystko jest w nich jak trzeba: emocje, informacje, indywidualne manieryzmy. Umiejętnie i z umiarem zastosowana, soczysta „kurwa” pozwala osiągnąć tu efekt niemożliwy dla papierowych postaci rzucających przekleństwami w roli przecinków: efekt rozbawienia i zrozumienia.

pełny tekst tutaj

Tydzień z głowy (9)

Szczęście jest pojęciem względnym, a przynajmniej rozwalonym na linii czas-zmysły. To znaczy, że kiedy jesteśmy szczęśliwi, to nie mamy o tym pojęcia, gdyż szczęście, tak w gruncie rzeczy polega też na tym, że nie analizujemy własnych stanów. W ten radosny sposób różni się od bólu, który dociera do nas natychmiast. Ta dosłowność leży bowiem w naturze cierpienia. A piszę to wszystko, bo siedzę na końcu świata, w górach, za oknem przewalają się chmury, na kanapie zaś pochrapuje zadowolony autor bestsellerów. Właściwie nie wiem jak mi jest, nie mam o sobie w tym momencie żadnego pojęcia i gdybym nawet spróbował, nic by z tego nie wyszło, tutaj, w tym małym domku zadanie samemu sobie pytania „Łukasz, jak ci?” jest zadaniem niemożliwym. Mogę tylko pytać „jak było?” lub „jak będzie?”, poobkładać przeszłość i przyszłość najróżniejszymi kwantyfikatorami, co zupełnie nie ma sensu nawet na gruncie tego bloga. Wracając do kwestii początkowej, kiedy wrócę stąd, mam głębokie przekonanie, że powiem  sobie: ale było fajnie.

Swoją drogą zadawanie takich pytań jest szalenie trudne ponieważ, z reguły powtarzamy je zbyt często lub przemilczamy, jakby, szczególnie nas, Polaków, rozrywały dwie stalowe liny: z jednej strony, cywilizacja użycia i egoistycznego totalizmu, z drugiej – rzeczywistość poświęcenia, ofiarowania siebie dla rzeczy najróżniejszych, osobowościowych roztopów, ludzkiej kry płynącej krwawą rzeką, czego przez wieki uczył nas ksiądz z historią. Uczciwe zadanie sobie tego prostego pytania – „jak mi?” – okazuje się w tym świecie kłopotliwe, skoro jedni chcą je wymazać, drudzy pragnął bym zadawał je bez przerwy, pozostaje więc nie wierzyć tym światom, tym demonom, którym chodzi nawet nie o duszę, lecz numer karty kredytowej.

W ogóle w górach jest fajnie, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie górale. Pamiętam, jak na blogu poświęconym Czechom oburzano się na mój komentarz poświęcony temu odważnemu i uroczemu narodowi, więc wypada chyba przejechać się po kimś innym. Przedziwna to nacja, która leży krzyżem co niedzielę, wywala świerszczyki z kiosków, a zarazem żyje z wynajmowania kwater najróżniejszej maści kochankom, którzy przyjeżdżają gzić się pod Tatrami. Momentami można odnieść wrażenie, ze Karol Wojtyła urodził się w Poroninie, to zresztą, podobnie jak cudowna zdolność walenia wódy pozostaje nieważne, nieważne też, że jeśli odmówisz kielicha, stajesz się wrogiem nieprzejednanym, bo góral obrazi się na ciebie tak czy siak, prędzej czy później. Szkoda jedynie, że żyją w górach właśnie. Gdyby Tatry powierzyć Ślązakom lub Kaszubom może byłoby ładniej, gdyż obecnie, wkład w rozwój regionu ogranicza się do zrobienia wyciągu i walnięcia tabliczki ZIMMER ROOMS przed kolejnym szkaradnym domem. Przez łeb nikomu nie przyjdzie zrobienie sensownej infrastruktury, skoordynowania komunikacji, by po szesnastej dało się dojechać gdzieś indziej, nie tylko na Krupówki, a cała inwencja społeczna koncentruje się na histerycznych protestach przeciwko poszerzeniu drogi od Rabki do Zakopanego, jeśli w ogóle tę asfaltową ścieżynkę drogą można nazwać. Być może chodzi o to, by turysta, tkwiąc w korku mógł kontemplować cuda podhala, nim góral zedrze z niego skórę za pokój i wyciąg, może chodzi o jakieś świerki albo świstaki, w każdym razie pomysł oddania Tatr Kaszubom wydaje mi się sympatyczny, sensowny oraz ludzki. W końcu to też bardzo religijna nacja, co za kołnierz nie wylewa.

Złość moja nie bierze się bynajmniej z tego, że w najbliższej knajpie nie sprzedają piwa, za to przypomniałem sobie, że ostatni raz byłem w górach również w towarzystwie pisarskim i życzliwym. Działo się to w cieniu premiery „Wigilijnych psów”, kiedy to wydawca zaprosił mnie na raut firmowy pod Tatry. Nic z tego zdarzenia nie pamiętam, poza kapelą góralską, której frontman był bliźniaczo podobny do Saddama Husseina nie tylko z wąsów, ale i usposobienia – pomysł, by pijaną salę uczyć „śpiewania” „szła dzieweczka do laseczka” na migi uważam bowiem za zbrodniczy.

Widziałem również dziwnego niewidomego, jeszcze w Krakowie, a konkretnie, w tramwaju. Był to gość w ciemnych okularach, z torbą, wyglądem przypominający starzejącego się fana BIOHAZARD, zaś dziwne było w nim to, że miał tatuaż wychodzący na dłoń. Pozwala to się domyśleć, że pod ubraniem znalazłoby się ich więcej. Po co niewidomemu tatuaże? A może zrobił je sobie, nim stracił wzrok? A jeśli tak, to czy pamięta te obrazki na swoim ciele, czy rozpoznaje dotykiem te smoki i skorpiony, wciąż pamięta historie z nimi związane – jak poszedł do salonu, jak wybierał właściwy wzór i co skłoniło go do takiego, a nie innego wyboru. Że czaszka a nie wąż. Teraz zapadła ciemność. Powoli, w ten sposób, jego ciało staje się zagadką, pamięć luzuje się pomału, wypada z naturalnych osi i te stwory, naniesione ręką nieznanego mi artysty, zaczynają żyć pod palcami ślepca: smok z przedramienia wędruje na bark, skorpion zszedł z ręki i mości sobie gniazdo na podbrzuszu, a pin-up girl, wtłoczona w skórę różową barwą zwyczajnie zaczyna się starzeć.

S.O.D. o “Księdze rzeczy utraconych”

1. Prawie dla nikogo

Łukasz Orbitowski: Powiem od razu: „Księga rzeczy utraconych” zrobiła na mnie wielkie wrażenie i bardzo żałuję, że w Polsce nie odniosła sukcesu, na jaki zasługuje. Zastanawiam się, dlaczego tak się stało: Connolly ma u nas trochę tytułów, choć nigdy nie osiągnął statusu gwiazdy, konwencja, w jakiej znajduje się „Księga…”, ma wielu wielbicieli. Tymczasem nie widziałem tego tytułu na listach bestsellerów, rezonans medialny okazał się żaden. Czy to „wina” samego autora, czy braku odpowiedniej promocji – nie mam zielonego pojęcia.

Jacek Dukaj: Naprawdę widzisz konwencję „Księgi…” tak popularną? Według mnie „Księga…” okazała się „książką dla nikogo”: wpadła w blindspot, martwe pole pomiędzy. Dla dzieci zbyt dorosła, dla dorosłych zbyt dziecinna; dla czytelników fantasy zbyt bajkowa, za mało rozbuchana światotwórczo, zbyt swobodna w podejściu do magii, a dla dzieci szukających typowej bajkowości – zbyt realistyczna, zbyt szczera.

Wit Szostak: Nisza rynkowa, w którą wpadła „Księga…” jako powieść „dla wszystkich i dla nikogo”, jest problemem raczej marketingowym niż literackim. Czy naprawdę jest tak, że czytelnicy gatunkowi są aż tak silnie sprofilowani, że nie wezmą czegoś, co wykracza poza ten wąski horyzont? Nie sądzę.

Dukaj: Optymista! Jasne, że znajdą się wyjątki. Ale trendy są, jakie są.

Szostak: Staram się zachować tę niewinność. Z różnym skutkiem.

Natomiast dla mnie – jako czytelnika – fundamentalne napięcie, które jest w tej książce, to jej zawieszenie pomiędzy literaturą dla dzieci a literaturą dla dorosłych. Tu widać rzeczywisty konflikt nie tylko oczekiwań czytelniczych, ale też całej koncepcji literatury, a przede wszystkim – struktury samego czytelnika.

Jeśliby Connolly napisał książkę adresowaną dla dzieci, to muszę od razu powiedzieć, że mnie taka literatura nie interesuje. Z tego wieku wyrosłem, a nie znalazłem innych powodów, by po nią sięgać. Skoro jednak o tej pozycji rozmawiamy, to raczej dlatego, że jej lektura była dla nas, dorosłych, co najmniej inspirująca. To, jak ta książka może oddziałać na czytelnika małoletniego, za bardzo mnie nie interesuje. Poza tym nie posiadam żadnych kompetencji, by z samego faktu, że niegdyś byłem dzieckiem, wyciągać jakieś hermeneutyczne konsekwencje.

Jeśli więc ta książka ma mnie interesować, to jako powieść dla dorosłych. I tu mam z „Księgą…” pewien kłopot. Uważam zwyczajnie, że pewne pomysły się nie bronią. I przy przyjętych przeze mnie założeniach tłumaczenie, że to przecież dla dzieci, mnie nie satysfakcjonuje.

Orbitowski: Coś tak czułem, że nie podzielicie mojego zachwytu nad tą książką.

A przy okazji wyszło, kto z nas jest najbardziej dzieckiem – otóż dziecinne fragmenty „Księgi…” jakoś mocno na mnie nie oddziałały i nie zwróciłbym na to uwagi, gdybyście tego nie wywołali. Czyli sam mój przykład pokazuje, że jednak są czytelnicy dla takich rzeczy.

Dukaj: To ciekawa książka; nic wielkiego, ale nie żałuję, że ją przeczytałem. Ma swoje słabe i mocne strony. Do mocnych zaliczyłbym jeszcze zakończenie, gdzie Connolly znowu głęboko orze w emocjach. Ta melancholia przemijania (każde dziecko dorasta, starzeje się, umiera, neverlandy dzieciństwa odchodzą w niepamięć, rodziny się rozpadają, miłość blaknie) wyjątkowo silnie rezonuje skontrastowana z formułą bajki.

No ale właśnie – gdy pytamy tu o powodzenie wyprawy z głównego nurtu w fantastykę, zakładamy, że albo bajka czy baśń nie przynależą do konwencji głównonurtowych, albo że „Księga…” to fantasy. Chyba od tego powinniśmy zacząć: czy naprawdę Connolly próbował tu napisać fantasy? „Kroniki Narnii” to protofantasy: coś, z czego fantasy dopiero wyewoluowała, a „Księga…” jest skromniejsza, słabiej „uwiarygodniona”, bardziej bajkowa nawet od „Narnii…”.

Kiedy np. Żukrowski pisał „Porwanie w Tiutiurlistanie” – to czy „wychodził z głównego nurtu”? To właśnie może być powód odrzucenia „Księgi…” przez miłośników fantasy – nie można mówić o porażce, bo Connolly w ogóle nie próbował tu napisać fantasy.

Oczywiście obiektywnie sytuacja w kulturze jest już inna: dziś przeczytasz dziecku bajkę i będzie narzekać, że to „słabszy »Eragon«”.

A dla kogo Connolly pisał książkę? Pewnie dla siebie. Żebyśmy tu nie pomieszali „czytelnika, dla którego się pisze” w rozumieniu marketingowym z czytelnikiem, do którego książka trafia, tzn. jest zrozumiała, czytelna, interesująca czy to intelektualnie, czy emocjonalnie itp. – czyli z takim domyślnym konstruktem, który istnieje dla każdego tekstu. I on może zawierać w sobie cechy w praktyce sprzeczne, wykluczające się, a w każdym razie wyjątkowo trudne do pogodzenia, np. naiwność nieoczytanego dziecka oraz pamięć rozmaitych literackich i ogólnokulturowych odniesień właściwą dla czytelnika doświadczonego, dojrzałego.

I „Księga…” byłaby właśnie w tym sensie przeznaczona dla wąskiej, specyficznej grupy odbiorców. Trafiła do Łukasza, ale ilu takich Orbitowskich chodzi po ulicach?

Orbitowski: Świat pełen Orbitowskich, każdy z Connollym pod pachą, byłby piękny. Mnie się wydaje, że ogrom fantastyki ma element dziecinności, od Pratchetta po, powiedzmy, Scotta Lyncha. Tylko tutaj dziecinność uwypukla się poprzez samą postać bohatera i baśniowy katalog, który się przewija. Co nie powinno nas mylić.

Poza tym nie widzę tego złamania; dziecinność, wydaje mi się, służy uwypukleniu tej inicjacyjnej drogi, „dorosłych” kłopotów. No i można by w ogóle dokładniej wskazać, o czym mówimy: co tam jest dziecinne, a co nie.

Szostak: Obawiam się tylko, że te elementy – „dziecinne” i „dorosłe” – są tam wymieszane dość homogenicznie. Jeśli przyjmiemy, że David jest figurą dorosłego, ze swymi „dorosłymi” kłopotami, to jak się do tego ma ta „terapia przez bajki”? Czy naprawdę pastisze bajek o Czerwonym Kapturku czy Śnieżce pomagają nam radzić sobie z poważnymi kłopotami? Nie widzę tego, nie tylko w płaszczyźnie własnego doświadczenia, ale przede wszystkim w płaszczyźnie „Księgi…”. W jaki sposób David, spotykając łowczynię, która tworzy mutanty, spotykając wilkonów i wulgarną Śnieżkę, dojrzewa na tyle, by polubić swoją macochę? Krótko mówiąc: wpływ przygód Davida z krainy baśni (poza enigmatycznym „zmężnieniem”) na jego konflikty w realnym świecie jest dla mnie niejasny.

Swoją drogą, to byłoby literackie i intelektualne wyzwanie: pokazać, jak prawda na poziomie archetypów, która wyłazi z bajek, jest przetworzeniem/wyjaśnieniem naszego świata; opowiedzieć wiarygodną historię na serio wiążącą te dwa światy. Connolly, uciekając w postshrekowy pastisz, uchylił się przed tym wyzwaniem. Dlatego nie potrafię dyskutować o jego powieści na tym poziomie.

Orbitowski: Nie wiem, czy to coś zmienia, ale zwróćcie uwagę, że przecież David jest w jednym od czytelnika uboższy: nie rozpoznaje tych bajkowych przetworzeń, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jest naiwną postacią w świecie złożonym z klocków, które są nam, czytelnikom, znane.

Dukaj: Co też mi trochę zgrzytało, bo przynajmniej w stosunku do Śnieżki i krasnoludów powinien grać świadomie (postmodernistycznie). Przecież nie ma możliwości, żeby nie znał tej bajki. To się da wytłumaczyć wyłącznie logiką snu – ale jak trzeba sięgać po logikę snu, to w 99 przypadkach na 100 coś złego jest z samą książką.

 

Reszta na Esensji

Dwa razy Pies i Klecha.

O “Przeciwko wszystkim” na wp.pl:

Jeżeli lubicie książki z dreszczykiem, które powodują, że czytając wchodzicie ze strachu pod kołdrę, to Pies i klecha. Przeciwko wszystkim jest właśnie taką pozycją. Już od pierwszych stron jesteśmy wciągani w nurt powieści i śmiało płyniemy z jej prądem. Powieść doskonale oddaje klimat komunistycznej Polski oraz ówczesnych realiów politycznych. Dzięki genialnym zabiegom pisarskim Łukasza Orbitowskiego i Jarosława Urbaniuka możemy cofnąć się do szarych lat PRL-u i poczuć jego niepowtarzalny klimat. Oczami wyobraźni widzimy smętne “domy z betonu”, wyrastające PGR-y, tonące w papierach komisariaty i ciche wsie bez asfaltowych dróg. Powieść autorstwa Łukasza Orbitowskiego i Jarosława Urbaniuka jest szczera, nieco niegrzeczna i groźna, jak przystało na kryminał. Pikanterii dodaje wątek morderstwa wikarego, Marcina Spiskiego, osiadłego na parafii w Stachowartach. Wszystko zaś osnute jest wokół satanistycznego spisku u bram Polski Ludowej.

Bohaterem, którego poznajemy na samym początku książki, jest porucznik Enka. Jest to mężczyzna, który nie stroni od alkoholu, dobrej zabawy i pięknych kobiet. Bynajmniej nie należy do osób, które mają porządek w szufladzie i we własnym życiu, jednak gdy chodzi o sprawy służbowe potrafi się zmobilizować. Grula jest drugim ogniwem śledczym. Odgrywa on jednak mniejszą rolę i pojawia się z książce znacznie rzadziej niż porucznik Enka czy ksiądz Gil. Nie grzeszy urodą i w niczym nie przypomina dzisiejszych wysportowanych komisarzy z kronik kryminalnych. Andrzej Gil to inaczej detektyw w sutannie. Należy do ludzi, którzy lubią poddawać rzeczywistość własnemu osądowi, a jednocześnie zachowywać pewien dystans. Czynnie angażuje się w śledztwo w sprawie śmierci wikarego i wspólnie z milicjantami gromadzi materiały dowodowe. 

 reszta w dziale księdza Wróbla

a gildia.pl pisze o “Tancerzu”:

Tandem autorski Orbitowski-Urbaniuk pokazał już w pierwszym opowiadaniu z tego cyklu, prezentowanym na łamach Science-Fiction, iż potrafi stworzyć niezwykle interesującą, a zarazem rozrywkową powieść, nacechowaną wieloma smaczkami z czasów, w jakich osadzona jest jej akcja, wywołujących u niektórych odrobinę nostalgii. (…)
Ilustracje znajdujące się na łamach książki, choć rzadkie, oddają w pełni atmosferę i charakter wydarzeń, jakie przedstawiają. Sama okładka, nawiązująca do estetyki pierwszego tomu, jest najwyższej jakości. (…)
Podsumowując, „Pies i Klecha. Tancerz” to kawał dobrej książki, która czyta się właściwie sama i wciąga czytelnika w wir wydarzeń. Miło, iż autorzy nie bali się wziąć na warsztat trochę już oklepaną spiskową teorię dziejów, jednego z naszych największych Wieszczów i wmieszać w to zagubionych jak zwykle Enkę i Gila. Polecam! Na kilka jesiennych wieczorów zabawa zapewniona. 

reszta tutaj

Tydzień z głowy (8)

Siedząc w Warszawie przy okazji reaserchu do powieści, znalazłem trochę czasu by nadrobić zaległości filmowe – wcale nie było tak źle, jak się obawiałem. Na pierwszy ogień poszły „Ruiny”, nakręcone na podstawie powieści Scotta Smitha pod tym samym tytułem, jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego horroru nowego millenium. Przynajmniej takim wydaje się z perspektywy mojego grajdołka, gdzie dochodzi byle co, a globalna wioska kończy się w momencie, gdy trzeba płacić za shipment z Amazonu. Kumpel twierdzi, że ekranizacja jest po prostu kolejnym horrorem o nastolatkach i ma trochę racji, choć, momentami, film wybija się ponad przeciętność, nie tylko dlatego, że reżyser zrezygnował z wszelkiej umowności w zakresie pokazywania przemocy. W kilku momentach zachowano klaustrofobiczną atmosferę pierwowzoru, dobrze też, że zamiast mroków i szczelin, cała groza rozgrywa się w słońcu. Sam pomysł Smitha, czyli mordercza roślina, zdolna małpować dźwięki, które brzmiały w jej obecności (od dzwonka telefonu po ludzką mowę) robi na ekranie dużo mniejsze wrażenie. Czyli, w książce nie wydawał się aż tak głupi.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Dużo słyszałem no norweskim „Rovdyr”, spodziewałem się czegoś bardzo intensywnego, na miare „Wolf Creek” i się nie zawiodłem. Film trwa godzinę z kawałkiem, a mamy wrażenie obcowania z dużo dłuższym dziełem. Trudno mówić o oryginalności fabuły, czy nawet fabule jako takiej, ot, grupa młodych ludzi musi zwiewać przed trójką zwyrodniałych myśliwych, którzy polują na ludzi miast na zwierzęta. Klasyczny survival, możnaby rzecz, gdyby oczywiście istniała definicja survivalu, ten podgatunek horroru wydaje mi się – podobnie jak slasher – pustą kategorią. Zarazem, jak we wspomnianym „Wolf Creek”  dochodzi do uczłowieczania potwora. Michael z „Halloween” jest przecież piekielną bestią przebraną za człowieka, wszystkowiedzącym demonem, który zabija by zniknąć we mgle. Ci trzej myśliwi inaczej, to ludzie tylko straszni, omylni i okrutni, zwyczajni w zupełnie nowy, chory sposób, ich brodate twarze, rozbłyski noży i oczu, pozostają na długo w pamięci.

Wreszcie, „Walk the line” czyli biografia Johnny’ego Casha, właściwie pierwszych kilkunastu lat kariery. Cash był facetem, którego dziś szanują wszyscy, od metali po raperów, więc było niemal pewne, że taki film powstanie i będzie się podobał. Warto zobaczyć dla koncertowej, w sensie dosłownym, roli Phoenixa, szkoda tylko że sama historia toczy się po torach aż nazbyt znajomych. Mamy chłopaka z małego miasteczka obciążonego rodzinną tragedią, jego wczesne małżeństwo, świetlaną karierę, wódkę, dragi, zdrady, upadek, wielką miłość i zbieranie się do kupy. Niewiele wiem o życiu Casha, więc trudno mi określić, co jest prawdą, a co nie, więc pocieszam się tym, że sam Cash chyba przestaje być człowiekiem, zostając mitem, czymś ogromnym i tytanicznym, zdolnym przemówić do ludzi najróżniejszych gustów i pokoleń.

Nie lubię mówić o polityce, a już na pewno nie o Kaczyńskich, a to z tego powodu, że źle o nich wypowiada się każdy, zaś o dobre słowa niełatwo. Lech, organicznie niezdolny do bycia polskim Reganem (a wcześniej warszawskim Julianim) zrobił jednak rzecz wielką i potrzebną, a mianowicie Muzeum Powstania Warszawskiego. Byłem tam kilka razy, posiedziałem w czytelni i wracam do domu z furą materiałów zdobytych za umiarkowane pieniądze. To co interesuje mnie, nie musi każdego, ale każdy może pójść i za cztery złote znaleźć się w muzeum co się zowie, gdzie statyczne gabloty zastąpiono dynamiczną przestrzenią, pełną ekranów, szuflad z materiałami, kalendarzowych kartek (można brać do domu), słuchawek których brzmią raporty, salki kinowej i tym podobnych. Są nawet kanały, którymi można się przejść. Plus Liberator. Całość prowadzi do krzepiącej myśli, ze naszej historii można uczyć przy wykorzystaniu nowoczesnych środków, zarazem unikając łzawego patosu, cynizmu, oraz złości.

A potem był Nordcon w Jastrzębiej Górze. Jestem tam po raz trzeci i chyba podoba mi się coraz bardziej, choćby dlatego, że nie ma szkoły, tylko hotel, a morze w grudniu jest piękne. Ludzie się bawią, przebierają za dziwadła, a ja siedziałem sobie jak w tym wierszu Norwida, trochę wewnątrz, trochę z boku, ale zadowolony jak cholera i otoczony przez uśmiechnięte mordy. Nie rozumiem tylko lokalizacji, tam jest daleko nawet z Gdyni, więc, mili państwo, może zróbcie ten Nordkon gdzieś bliżej, na przykład w Zabrzu. Albo gdzieś. Swoją drogą, w tym tygodniu powinienem podać termin Zamiastkonu.

A teraz  siedzę sobie w Lokatorze, piję kawę, czekam na angielski, a potem potuptam, powlokę się zobaczyć mojego syna – na pewno bardzo zmienił się przez ten tydzień, choć w przemianie dzieci jest coś przedziwnego, przebiega ona wolniej, niż na ogół się sądzi i po części jest tylko dla naszych oczu. Nas, czyli tych, którzy próbują nadać zmianie kierunki, sensy, a nade wszystko nauczyć obie strony patrzenia.

Wywiad dla Areny Horroru

Vandal: Niedawno wyszła twoja nowa powieść napisana wspólnie z Jarosławem Urbaniukiem pdt. Pies i Klecha „Tancerz”. Byliście specjalnie we Francji przed rozpoczęciem pracy nad książką, czy zwiedzanie bardzo pomogło przy pisaniu „Tancerza”?

Łukasz Orbitowski: To zależy co rozumiemy przez słowo „pomogło”, bo w sensie merytorycznym wszystkie materiały mogliśmy, od biedy znaleźć w Internecie i bibliotekach. Czym innym jednak jest pisanie o miejscu, gdzie się było, inaczej, kiedy jesteś, widzisz i czujesz. Większość pisarzy których znam pracuje inaczej, czyli jeździ palcem po mapie albo zasuwa do biblioteki. Jeśli już jedzie, to zwiedza, bada podług konspektu. My zrobiliśmy inaczej, wiedzieliśmy, że Paryż być musi i tam, przez te pięć dni, z ekipą telewizyjną za plecami wchłanialiśmy miasto, którego woń nie zawsze jest przyjemna, ale interesująca nieodmiennie. Wiesz, łapaliśmy klimat, z murów, ulic, ludzi i motorów wyłaniała się nasza opowieść i rzeczywiście, na pewne sprawy nie wpadlibyśmy, gdyby nie ta wyprawa. Poza tym piliśmy wino, tanie, lecz lepsze niż w Polsce, żarliśmy krewetki u Turka, żarliśmy się między sobą.

Vandal: Fakt, Paryż posiada specyficzny klimat

Łukasz Orbitowski: Zupełnie inny niż się spodziewałeś

Vandal: Słyszałem że podjąłeś naukę scenopisarstwa, jakie wrażenia z zająć no i przede wszystkim ciekawi mnie bardzo o czym będzie twój pierwszy scenariusz?

Łukasz Orbitowski: Plotki krążą szybko, skąd o tym wiesz? Na razie dopiero zaczynam, trudno mi powiedzieć coś na gorąco, to dopiero pierwsze zajęcia w pierwszej odsłonie tego kursu. Czyli ani ja, ani wykładowcy, czy organizatorzy mogą co najwyżej mieć nadzieje i wyobrażenia, co tam się podzieje i jakie będą skutki. Analogicznie ze scenariuszem, czym innym jest moje wyobrażenie o nim, czym innym doświadczenie moich nauczycieli, a wszystko dokonuje się w intensywnym cieniu kalectwa polskiej kinematografii. Chciałbym zrobić thriller o psychopacie, takim facecie, który zbliża się do ludzi, przyjaźni się, zdobywa zaufanie tylko po to, żeby bardziej komuś dowalić. Zranić do żywego. Historia prowadzona z dwóch punktów, jego portret przy urabianiu kogoś, plus wątek ludzi z jego przeszłości, którzy go szukają. To tylko zamysł, nie mam zielonego pojęcia co z tego wyjdzie. Więc zmagam się z tym pomysłem, zmagam się sam ze sobą, bo przez lata pracy w domu, lub roboty wyjazdowej, siedzenie w ławce cały weekend jawi się dziwacznie, a nawet uwiera w sensie dosłownym.

reszta na stronie 

Next Page »