Wywiad dla Areny Horroru

Posted on 7 grudnia 2008

Vandal: Niedawno wyszła twoja nowa powieść napisana wspólnie z Jarosławem Urbaniukiem pdt. Pies i Klecha „Tancerz”. Byliście specjalnie we Francji przed rozpoczęciem pracy nad książką, czy zwiedzanie bardzo pomogło przy pisaniu „Tancerza”?

Łukasz Orbitowski: To zależy co rozumiemy przez słowo „pomogło”, bo w sensie merytorycznym wszystkie materiały mogliśmy, od biedy znaleźć w Internecie i bibliotekach. Czym innym jednak jest pisanie o miejscu, gdzie się było, inaczej, kiedy jesteś, widzisz i czujesz. Większość pisarzy których znam pracuje inaczej, czyli jeździ palcem po mapie albo zasuwa do biblioteki. Jeśli już jedzie, to zwiedza, bada podług konspektu. My zrobiliśmy inaczej, wiedzieliśmy, że Paryż być musi i tam, przez te pięć dni, z ekipą telewizyjną za plecami wchłanialiśmy miasto, którego woń nie zawsze jest przyjemna, ale interesująca nieodmiennie. Wiesz, łapaliśmy klimat, z murów, ulic, ludzi i motorów wyłaniała się nasza opowieść i rzeczywiście, na pewne sprawy nie wpadlibyśmy, gdyby nie ta wyprawa. Poza tym piliśmy wino, tanie, lecz lepsze niż w Polsce, żarliśmy krewetki u Turka, żarliśmy się między sobą.

Vandal: Fakt, Paryż posiada specyficzny klimat

Łukasz Orbitowski: Zupełnie inny niż się spodziewałeś

Vandal: Słyszałem że podjąłeś naukę scenopisarstwa, jakie wrażenia z zająć no i przede wszystkim ciekawi mnie bardzo o czym będzie twój pierwszy scenariusz?

Łukasz Orbitowski: Plotki krążą szybko, skąd o tym wiesz? Na razie dopiero zaczynam, trudno mi powiedzieć coś na gorąco, to dopiero pierwsze zajęcia w pierwszej odsłonie tego kursu. Czyli ani ja, ani wykładowcy, czy organizatorzy mogą co najwyżej mieć nadzieje i wyobrażenia, co tam się podzieje i jakie będą skutki. Analogicznie ze scenariuszem, czym innym jest moje wyobrażenie o nim, czym innym doświadczenie moich nauczycieli, a wszystko dokonuje się w intensywnym cieniu kalectwa polskiej kinematografii. Chciałbym zrobić thriller o psychopacie, takim facecie, który zbliża się do ludzi, przyjaźni się, zdobywa zaufanie tylko po to, żeby bardziej komuś dowalić. Zranić do żywego. Historia prowadzona z dwóch punktów, jego portret przy urabianiu kogoś, plus wątek ludzi z jego przeszłości, którzy go szukają. To tylko zamysł, nie mam zielonego pojęcia co z tego wyjdzie. Więc zmagam się z tym pomysłem, zmagam się sam ze sobą, bo przez lata pracy w domu, lub roboty wyjazdowej, siedzenie w ławce cały weekend jawi się dziwacznie, a nawet uwiera w sensie dosłownym.

reszta na stronie