Na pisanie wpływa także to, na czym i jak się pisze, a raczej, to na czym się pisze, wpływa na to, jak. Żeby mniej mętnie, w dawnych pięknych czasach sama cena papirusu nadawała wagę każdej kartce i nie można było marnować słów, potem przyszedł papier i nośniki cyfrowe, w konsekwencji czego słowo potaniało i dalej, leci na pysk. Nośnik determinował też miejsce, pisarze tworzyli w pociagach, knajpach i burdelach, zapełniając kolejne kartki, a potem, w imię wygody własnej (a nade wszystko, wygody wydawcy) przesiedli się na nieprzenośne kląkry: maszyny do pisania i komputery stacjonarne. Era tanich, przenośnych komputerów zwraca twórcy jakąś cząstkę wolności, którą utracił, dając się usadzić za biurkiem – zaraz przychodzi mi do głowy Przybyszewski, mordujący kolejne, bezduszne dramaty w domu, za szklankę wódki i cierpki uśmiech Jadźki, którą na własne nieszczęście podprowadził Kasprowiczowi. Wydaje mi się, że zwiększenie mobilności twórcy, za sprawą notebooka polepszy jakość literatury jako takiej, gdyż pisarzyna będzie mógł wreszcie wystawić nos ze swojej kanciapy. A piszę to wszystko, ponieważ właśnie wracam z Pragi, na kolanach trzymam notebooka, a siedzę w pociągowym kiblu, do drzwi dobijają się Czesi. Jedyne gniazdko znajduje się właśnie tutaj, chcę podładować baterię i chyba nie mam innego wyjścia – w odróżnieniu od kibli, którymi szczyci się tabor PKP, ten przynajmniej nie śmierdzi, no i piję piwo Koźlak.
Tajemnica piwa czeskiego leży w jego procentach, otóż, stężenie alkoholu jest gdzieś o dwa promile mniejsze, niż w naszym, polskim, podejrzewam, że dodatkowo, to w knajpach jest rozcieńczane, w konsekwencji czego można siedzieć, sączyć i nie być pijanym – widywałem na ulicach, w praskich knajpach masę ludzi podchmielonych, za to nikt chyba się nie urżnął, a jak się urżnął, to przynajmniej opanował. Niezapomniana pozostaje figura czeskiego barmana, nieodmiennego w każdej kolejnej knajpie: jest to człowieczyna wysoki na metr siedemdziesiąt, z wielkim tyłkiem, brzuchem i fryzurą, którą upodabnia go do umorusanego Palikota. Pali taki mnóstwo fajek i kolibie się nieustannie, od stolika, do stolika, zbierając kufle i donosząc nowe, jak tylko zobaczy, że jakiś uległ opróżnieniu. Ma wąskie ślepia i takie też usta, w które lubi wtykać papierosa, pali go z taką miną, jakby chciał przypalić turystę żarzącą się końcówką. Postać barmana, znosząca z pewnym wysiłkiem, w poczuciu konieczności obecność turysty, zwłaszcza mówiącego po polsku wpisuje się w praski krajobraz tak samo jak zamki na wzgórzach, złota uliczka, wszędobylskie portrety Szwejka, świadcząc, że bycie czechofilem nie jest tak proste, jak się wydaje.
Największym błędem wyprawy okazala się wizyta w knajpie “Pod kielichem”, tam, gdzie ożywione pięknym piórem Jaroslawa Haska muchy obsrywały portret Najjaśniejszego Pana. Miałem pełną świadomość, że największe turystyczne atrakcje są najczęściej najwyżej średnie, wie to każdy, kto widział poznańskie koziołki albo zawędrował do Wierzynka, zarazem, wydawało mi się, że Czesi ze swoim piwnym spokojem okażą się mniej sprawni w uśmiercaniu własnych legend. A skąd, tętniąca życiem knajpa za Haska, dziś jest ponurym grobowcem, gdzie snują się nachalne duchy kelnerów. Powitały mnie rzędny pustych stołów i paskudne obrazki namalowane na ścianach, mające, w zamyśle, nawiązywać do literackiego wymiaru tego miejsca. Pal sześć, że piwo jest drogie i takie jak wszędzie, w końcu nikt nie musi ruinować swojego portfela zamawiając cokolwiek do żarcia z karty dań, za to obsługa jest po prostu nie do zniesienia, obłapia człowieka i próbuje wcisnąć jakieś dziwne fanty: czapki, kufle i tym podobne, zachowując się niczym domokrążca, który nasra najpierw komuś na dywan a potem zaoferuje płyn do wywabiania plan. Zapalniczka, warta złotówkę w kiosku, tam kosztuje piętnaście razy tyle, a dałbym więcej, byleby przegnać trupi zaduch z tego miejsca i sprowadzić wesołych, pijących Czechów.
Za to inne knajpy są po prostu cudowne, dopowiadam, że bywałem raczej w mordowniach, co prowadzi do wniosku, że Polacy – naród posiadający w prowadzeniu mordowni wielkie doświadczenie – są daleko w tyle. Na przykład, “pod Niedźwiadkiem” siedzi się w ogromnej sali, piwo leje się strumieniami, dają pyszny, smażony ser, talerze wędlin, a jak przyjdzie do rachunku, płacimy sumę, za jaką w Krakowie nie dojechalibyśmy taksówką do rynku. Kluczowe pozostaje wrażenie braku jakiejkolwiek kreacji (być może mylne), knajpa ta nie została wykoncypowana, ani nawet wymarzona, ona zrodziła się z czeskiego przyzwyczajenia, czeskim manier i oczekiwań względem życia towarzyskiego, żarcia, picie i miejsca, w którym te czynności się łączą.
Przykrą zmianą ostatnich lat jest wprowadzenie wysokich płatności na zwiedzanie co fajniejszych miejsc, na przykład za złotą uliczkę i mam tylko nadzieję, że część kasy z biletów wraca do Habsburgów, którzy w końcu fundnęli miastu to miejsce. Oczywiście, opłaty za wstęp są czymś sensownym, o budynki trzeba dbać, co przekłada się na monetę, niestety, Czesi zdecydowali się na sprzedaż wiązaną i żeby iść w jedno miejsce, należy wkupić bilet na dziesięć, w wysokości kilkuset koron, co niekoniecznie wydaje się dobrym pomysłem – zwłaszcza, że najfajniejsze rzeczy są za darmo.
Na przykład Wyszehrad – ten kompleks budynków o niemal tysiącletniej historii leży poza ścisłym centrum i nie każdemu wpadnie do głowy, żeby tam pojechać – zwłaszcza, jeśli zawitał do Pragi na dzień lub dwa. Zapomnienie przekłada się na urokliwość, widok z murów pozwala zapomnieć nawet o wściekle lodowatym wietrze, można przejść się cmentarzem i podziwiać nowe pomysły w zakresie tworzenia nagrobków, wreszcie, pójść do pobliskiego kościoła i podumać. Zaraz przypomniała mi się maleńka cerkiew w Pradze i paryski kościół świętego Rocha, stare świątynie położone poza systemem turystycznych szlaków, gdzie, jakkolwiek by głupio to nie brzmiało, myśli się lepiej, a i człowiek czuje się mniej samotny. Obserwując – dość kiczowate – portrety na ścianach i słupach zrozumiałem po części, czemu jestem niewierzący, czy raczej, dlaczego katolicyzm wydaje mi się czymś organicznie nie do przyjęcia, jakby chciano mi rtęć z krwią w żyłach zmieszać. Zarazem rtęć jest ciekawa, katolicyzm też – nie ma sensu, bym pisał o tym teraz. Wydaje mi się jednak, że w mojej niechęci dużą rolę odgrywa estetyka skupiona na drobiazgu, tu konkretnie: na wizerunkach świętych. Otóż święci, których podobizny widywałem w polskich kościołach wydawali się smutni w histeryczny wręcz sposób, jakby ktoś całą rodzinę im zarżnął, albo nawet dawali czytelny sygnał, że bycie świętym to nic fajnego, że kto jak kto, ale właśnie święty ma szczególnie smutno, ciężko, źle i wiedzie żywot pod aureolą z jakiś trudnych do zrozumienia powodów – zabrnął w uświęcenie tak daleko, że powrót na cieplejsze łąki nie jest już możliwy. Tymczasem, święci w wyszehradzkim kościele sprawiają wrażenie miłych, pogodnych ludzi, najwyraźniej cieszących się z prostego faktu, że Bóg ich szczególnie umiłował. Stąd, nawet w ich strapieniu znajduję pogodę ducha, zwyczajną radość w klimacie jasnego “nie dam się” i to wrażenie zapamiętałem mocno, pamiętam nawet teraz, gdy przywołuję twarz świętego Rocha, tutaj też, w kiblu spieprzonego pociągu, gdy podmieniają lokomotywę.
Miejsce w którym mieszkałem także było niezwykłe: pałac kultury, taki jak w Warszawie tylko mniejszy, przerobiony na hotel zupełnie dobrej jakości, z szerokim łóżkiem i śniadaniem, po które wystarczyło zejść, czyli przykrości związane z porannym pitraszeniem były mi oszczędzone. Codziennie wyłaziłem stamtąd i wędrowałem aż po starcie zelówek, zatrzymywałem się w knajpach, pisałem, mieliłem ozorem, rozumiejąc coraz lepiej, że spokój to nie cień ani garnek złota, jest nie sposób poprosić, żeby przyszedł, ani wyciągnąć za kudły z jakiejś bramy, po prostu, pojawia się nagle, wędrujemy razem, a on potem chce zostać albo nie. Ja też mam cos do powiedzenia, ten sam wybór stoi przede mną, tylko trzeba być głupcem, żeby w taką pogodę wędrować samotnie.
Plusem wyjazdu jest też ograniczenie kontaktu z Internetem, dzięki czemu nie mam pojęcia co dzieje się w Polsce. Pojawiają się strzępy, z czego najbardziej przejmują mnie czarne chmury, gromadzące się nad lokalami dla palących, nadgryzłem tylko pudelka i stąd wiem, że człowiek czasem może się pomylić, a ja to już na pewno. Jakiś rok temu chwaliłem Dodę na łamach Dozy Kultury i wyszło, że chyba miałem rację, laska zawsze miała drętwe te kawałki, nowy jest po prostu straszny, co jeszcze nie jest niczym złym, straszne z definicji jest dziewięćdziesiąt procent czegokolwiek, ale wygląda na to, że szczęście kompozytorów się skończyło. “Rany” jako żywo przypominają “Słodki krem” Kata, czyli diamentowa suka rżnie z klasyki polskiego metalu który osobiście uwielbiam. Przynajmniej, zżynę imputuje Pudelek.pl. Słucham obu wersji, jest to co najmniej zbieżne, ale co mam powiedzieć, skoro siedzę dalej w pociągu, a nawet jak z niego wysiądę, dalej będę głuchy jak pień?
Skory przy Kacie – tego kawałka nigdy dosyć, zwłaszcza w podroży. Tabory, hej!
The video cannot be shown at the moment. Please try again later.