wywiad dla „dziennika”

Posted on 20 marca 2009

Jakub Demiańczuk: Dlaczego osadziłeś akcję nowej powieści we Wrocławiu? Kraków cię już zmęczył?

Łukasz Orbitowski: Od kiedy zacząłem pisać, każdy mnie pytał: dlaczego ten cholerny Kraków? Napisałem o miłości – dlaczego w Krakowie?, napisałem o duchach – czemu duchy w Krakowie? Po latach odpowiadania na to samo pytanie, postanowiłem porzucić go choć na chwilę. Ale mówiąc serio, to pisanie o tym samym mieście po jakimś czasie robi się nudne. A że do Wrocławia zawsze mnie ciągnęło, postanowiłem ruszyć się właśnie tam. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Może taka, że to miasto trochę rozdarte, ni to niemieckie, ni to polskie, osadzone w dwóch światach. Może to nieco dodaje wartości tej książce, ale na pewno o niczym nie przesądza. Poza tym Wrocław umyka łatwej definicji, nie ma prostego ciągu skojarzeń. Myślisz Warszawa – stolica, Kraków – kultura, Poznań – biznes, Gdańsk – morze, handel. A z Wrocławiem nie ma tak prostego skojarzenia, przynajmniej ja znaleźć go nie umiem.

W powieści ważną rolę odgrywają kwestie wiary i cudów. Nie chciałeś czytelników bardziej sprowokować? Umieścić akcję w Toruniu albo Częstochowie?

Nie przyszło mi to nawet do głowy podczas pisania. Teraz mogę odpowiedzieć, czemu bym tego nie zrobił. Ja sam jestem człowiekiem niewierzącym, ale nie uważam za słuszne i stosowne, żeby pakować się ludziom w sprawy prywatne, jaką jest wiara. Mogę się zawsze z ludźmi religijnymi pospierać, ale nie ma powodu, żeby ich obrażać. Poza tym walenie w ojca Rydzyka jest czymś bardzo prostym, każdy to robi. Dlaczego miałem uderzać w tych, w których uderzają wszyscy?

Ale „Święty Wrocław” jest do pewnego stopnia uderzeniem w fanatyzm religijny, odwołujesz się nawet do wszelkiego rodzaju cudów typu „Matka Boska na szybie”. Celowo, czy interesowały cię raczej ludzkie postawy w obliczu nieznanego?

Dla jednych Matka Boska na szybie będzie cudem, dla innych plamą. Dla jednych Bóg jest podstawą wiary, dla innych bzdurą. Tu najważniejsze jest rozróżnienie między domniemanym fenomenem a sytuacją, która pojawia się realnie. Ten mój święty Wrocław, czarne, demoniczne osiedle, istnieje obiektywnie, to coś, czemu nie można zaprzeczyć. I wydawało mi się naturalne, że ludzie będą na to reagować gwałtownie. Niektórzy będą chcieli się do niego dostać, inni będą się modlić, a jeszcze inni będą chcieli odciąć to miejsce od świata albo zbudować przy okazji własną karierę. Nie zależało mi jednak na jakiejś ostrej krytyce religijnego fanatyzmu. Wyobraź sobie, że nagle Bóg zstępuje na ziemię i mówi: oto jestem. Każdy w podobnej sytuacji zareagowałby ostro, w sposób, który mógłby zostać uznany za fanatyczny, a byłby przecież czymś zrozumiałym, słusznym.

reszta w piątkowym wydaniu papierowym.