Archiwa dla April, 2009

Nominacja do Donga

za www.powergraph.pl Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat Łukasza Orbitowskiego wydane przez Powergraph otrzymały nominację do nagrody Donga – „Dziecięcy Bestseller Roku 2009”  Nagroda przyznawana jest przez jury dziecięce (Mały Dong) i jury profesjonalne (Duży Dong). Więcej o nagrodzie i pozostałych nominacjach na www.ibby.pl

Swoją drogą, losy tej książki trochę mnie zdumiewają

blogaski

Koledzy pozakładali sobie blogi, o czym należy donieść.
I tak. Pod adresem http://emigrant-uk.blogspot.com znajduje się dziennik Jana Krasnowolskiego, autora dwóch znakomitych, nazbyt rzadko komentowanych książek: “Dziewięciu łatwych kawałków” oraz “Klatki”. pamiętam, że lata temu z Janem odbyliśmy nawet trasę po Polsce, on  promował rzeczoną “Klatkę”, ja “Horror show”, promocja może nie wyszła,  ale koleżeństwo owszem. Teraz Jan jest za granicą, wraca powoli do pisania, mam nadzieję, że nie tylko po sieci. Jest mocno, szczerze, lewacko jak należy oczekiwać po muskularnym Krasnowolu i tylko szkoda, że nasze grille na trupach raczej nie wrócą, chyba, ze skoczę sobie za kanał.
Przymuszony przez czynniki wyższe, obiekt uwielbienia kobiet, bankowiec, oraz tytan pracy pisarskiej realizuje się sieciowo o w tym miejscu:  http://jakubmalecki.pl/, jeśli akurat nie robi pompek. Bardzo miło wspominam pracę przy debiutanckich “Błędach” i późniejszym “Przemytniku cudów”, opowiadanie w “Nowe idzie” było po prostu świetne i coś mi czule szepta, że jeszcze chwila, a Małecki stanie się kimś wielkim, tytanicznym nawet i będzie pluł sobie w brodę, że nazwisko Górecki jest już zajęte. Do poczytania.
Jeśli czekam w tym roku na jakiś horror to chyba na zbiór opowiadań Pawła Palińskiego “Cztery pory mroku”. Paliński błysnął nowelkami w antologiach dla Red Horse i wykonuje rzecz niemal niemożliwą, to znaczy pisze o Ameryce, co nie miało prawa się udać, a jednak – jest najbardziej amerykańskim z polskich autorów i wprost trudno uwierzyć, że jego, pięknie napisane kawałki narodziły się nad Wisłą, a nie w jakimś Bostonie czy Bangor. Anyway, mr Palinsky jest również człowiekiem mylącym, gdyż wypowiadał tytuł swego przyszłego debiutu wielokrotnie w mojej obecności, a ja zawsze, uwarunkowany tradycyjną zbitką słowną, myślałem, że to pory roku są i Paliński wreszcie przełamie zimową dominantę polskiej fantastyki (Lód, Pan Lodowego Ogrodu, Tracę ciepło)  na rzecz całorocznej syntezy. Oto jego blogasek: http://czteryporymroku.blogspot.com/
Poza tym nagrałem dziś program z Kazią Szczuką.

o Annie Kańtoch

Wyobraźmy sobie, że możemy się zmienić.

Nie w ten sposób do którego przywykliśmy i który, z tak bolesnym oporem jest z rzadka realizowany – kiedy na przykład próbuję wykonywać porządnie swoją pracę i nie wrzeszczeć na najbliższych. Mowa o śnie, który ćmi się tuż za rogiem: o modyfikacjach genetycznych dzieci jeszcze w łonach matek i majstrowaniu przy wyglądzie człowieka daleko wykraczających poza botoks. I jeszcze dalej.

Natura pozbawiła mnie, powiedzmy, wszelkich talentów związanych z muzyką, śpiew mój przypomina charkot duszonego garrotą lub wycie pędzonego bydła, Mozarta od Britney odróżniam z ledwością, kierując się wątłą poszlaką, że w jednym ktoś śpiewa a w drugim nie, zaś jedynym rytmem który umiem odtworzyć jest walenie pijanym łbem o ścianę. Ten rodzaj upośledzenia nie jest szczególnie dokuczliwy, czasem jednak przykry, zwłaszcza, że sprowadza mnie do roli małpki salonowej (Eeee, Orbit! Zaśpiewaj coś!). I byłoby dobrze, gdybym mógł pójść do genetycznego czarodzieja, żeby sprokurował nowego, umuzykalnionego Orbitowskiego, dodałbym sobie też ciut silnej woli oraz skorzystał z promocji na wyobraźnię, słowem, tylko pieniądze wyznaczyłyby moją, nieskrępowaną drogę ku doskonałości.

W „Przedksiężycowych” Anna Kańtoch oferuje taką możliwość swoim bohaterom. A nawet dużo więcej, można bowiem ulepszyć sobie nie tylko talenty z dziedzin artystycznych, ale i rozwinąć umiejętności magiczne, w rodzaju telepatii. Istnieją reguły tych przeobrażeń, obmyślane w myśl zasady, że za wszystko trzeba zapłacić w walucie twardszej niż moneta – rzeczeni telepaci są więc najczęściej idiotami, a niejaka Jaina wzięła talent animatorki, godząc się na głębokie blizny, oszpecające jej twarz.

Takie rozwiązania są znane literaturze fantastycznej: deformacja, fizyczna lub psychiczna jako konsekwencja użycia magii to standard od czasów, gdy Saruman użył palantira i się skorumpował, a straszenie genetyką należy, u takiego Koontza do dobrego tonu. Pomysłowość Kańtoch ujawnia się więc nie w samym pomyśle, ale w wyjaśnieniu dlaczego ludzie robią sobie to co robią.

Otóż, dlatego, że muszą.

Dalszy ciąg

btw, nagrałem właśnie polecankę dla TVP II, oczywiście “Przedksiężycowych”

Tydzień z głowy (28)

Od dziś powracam do czynności dla mnie niewyobrażalnej, niby lot na Księżyc – wybieram się do biblioteki. Będę znów siedział, przeglądal gazety z lat pięćdziesiątych, garbił się nad mapkami, czytał socrealistyczne powieści i anegdotki na temat obyczajowości polskiego literata pod Bierutem. Wszystko do “Widm” i bardzo, bardzo bym chciał, żeby sfrunął mi tu aniołek i lejem wpakował mi do łba te mądrości. To chyba, z mojego punktu widzenia, najtrudniejszy etap pisania: zbieranie materiałów. Jak dotąd nie zdarzał się często, bo materiały zbierały się same, w toku wydarzeń będących udziałem moim lub najbliższych. Lubię też, jak książka się klei, jak, na przykład, wracam sobie do domu, jest ciepły wieczór, targam jakieś zakupy albo pranie i nagle, człowiek, przygoda, o której myślałem zyskuje towarzysza. Mam wówczas poczucie doświadczenia prawdziwej magii, bo nie znajduję powodu, dlaczego te dwie, potem cztery, dwadzieścia różnych drobiazgów spotyka się ze sobą, do tego w mojej głowie. Robienie konspektu “na zimno”, również jest przyjemne, w trochę autoerotyczny sposób: oto siadam przed pustym ekranem, mając pod czaszką tylko fruwające farfocle pomysłów, zaczynam pisać – myślę niemal wyłącznie pisząc – by po godzinie, dwóch, pojawił się na stronie zarys książki, opowiadania, mniej więcej odpowiadający efektowi końcowemu. Wówczas zachwycam się sobą, że jestem taki błyskotliwy, zdolny do błyskawicznej syntezy.
Ale nie biblioteka. Wszystko, tylko nie ona. Tam nawet palić nie można, ze o kubku kawy obok bezcennych zbiorów nie wspomnę, nie odbiorę telefonu i muszę siedzieć w krępującej ciszy – nie znam milszego tła do pracy, jak kawiarniany szum. Są też szare, ponure  bibliotekarki o oczach konfidentów, a nade wszystko, stara kadra biblioteczna, goście przychodzący ćwierć wieku do takiej Jagiellonki, bez zębów, o siwych brodach i zapadniętych policzkach, siedzą sobie z niewiadomych przyczyn, od rana do nocy i przerzucają stare gazety palcami żółtymi od papierosów. Kiedy muszą zbierać się do domu ogarnia ich niewysłowiony smutek, może dlatego, że stara żona jest równie atrakcyjna co wolumin z przedwojnia, lecz, w odróżnieniu od tegoż woluminu umie tak wrzasnąć, że fiszki się trzesą. Patrząc na tych nieszczęśliwych ludzi mam podobne wrażenie, co parę lat temu, kiedy, dobiegając  trzydziestki, wciąż włóczyłem się po knajpach: widziałem wówczas duchy zalanego Krakowa, starsze ode mnie o dekadę z kawałkiem, patrzyłem na nich tak jak patrzę na dziadków bibliotecznych i chce mi się prosić nieistniejącego Boga: nie pozwól, Panie, bym skończył tak jak oni.
Biblioteka generuje w sobie środowisko nieprzyjazne i opresyjne, pomijam już to, że pracownicy kończą, jestem pewien, roczne kursy opryskliwości. Mówię raczej o długim oczekiwaniu na książki  i paranoicznie drogim ksero i to w czasach, keidy Amerykanie pakują dziedzictwo swej literatury i publicystyki bezpośrednio do netu. Czasem zdarzy się jednak cos zabawnego. Pamiętam, jak lata temu poszedłem do Jagiellonki szukac materiałów do własnej magisterki (o Janie Stachniuku) i zetknąłem się z nowo wprowadzonymi środkami bezpieczeństwa. Miało to związek z jubileuszową już, kradzieżą jakichś starodruków. Postawiono ochroniarza, tak mocarnego, że pierwszy podmuch wiatru wybiłby mu wszystkie zęby, oraz piszczące bramki. Baby w szatni miały zaś wydobywać od czytelników informację, dokąd ci zmierzają. Więc podchodzę, składam kurtkę na blacie, babina kończy rzuć i pyta:
-Gdzie?
-Na wieszak – odpowiedziałem, przesuwając kurtkę w jej stronę.
Nigdy nie widziałem tak głupiej miny, jak wtedy.
Co prawda idę do biblioteki w Warszawie, więc mam nadzieję, że tu jest inaczej, bardziej europejsko, ochroniarze mają piękne mięśnie, bibliotekarki głębokie dekolty i wyglądają jak Lady GaGa no i wszystko jest ze szkła. Oczywiście, nie mam na tyle czasu, by załatwić tutaj wszystko i reaserch dopełni się w Jagiellonce. W zamian, obiecuję, że “Widma” powstaną tam, gdzie powinna powstawać książka, w knajpianym gwarze, w parku, w pokojach hotelowych, w autobusie i pociągu, nad morzem albo i w Bieszczadach, przy łóżku mojego śpiącego synka i tych wszystkich pałacach, norach, przestrzeniach, których istnienie jeszcze nie mieści mi się w głowie.
Wszyscy zachwycają się “Doktorem Who”, dobijam do końca pierwszego sezonu i zaczynam rozumieć o co ludziom chodzi – co nie znaczy, że jestem zachwycony. Doktor jest ciut przaśnym serialem o kilkudziesięcioletniej tradycji, realizujący wątek podróży w czasie pod batem znacznych ograniczeń budżetowych. Wychodzi z tego sympatyczne retro, gdzie oszczędności na efektach i lokacji stają się jeszcze jednym elementem zabawy, lepszych seriali mógłbym wymienić ze dwadzieścia, ale żaden nie niesie tak jasnej, pozytywnej energii, jakoś, po odcinku albo dwóch orientuję się, że ponurych myśli jest we mnie mniej, że w jakiś sposób, te durne, kończące się dobrze przygody są ekwiwalentem przygód Myszki Mickey tylko dla dorosłych. Albo dla nastolatków, w każdym razie dla tych, którzy bardzo chcieliby pozostać dziećmi, ale już nie mogą – zwłaszcza, że przykład Jacko jest średnio zachęcający.
Za to gry rozczarowują – pykam naprzemiennie w Left4Dead i GTA4. Pierwsza to zrobiona za średni szmal strzelanina z zombie w tle, jest bezładnie i szybko, hordy nieumartych zwalają się calymi falami, a ja strzelam jak głupi, ginę albo nie, a wszystko jest bliźniaczo do siebie podobne i wyrugowane ze wszelkich emocji – już lepiej bawiłbym się przy jakiejś fajnej, pradawnej strzelaninie w stylu “idziesz w prawo’, takiej Contrze na przykład. Z GTA jest już chyba lepiej, z tym, ze ja nie nabieram się na skandaliczną warstwę atrakcyjności tej zabawy: może, gdybym miał osiemnaście lat i musiał codziennie być w domu o dwudziestej pierwszej, jąłbym się zachwycać wirtualną szansą podwiezienia dziwki, lub zastrzelenia policjanta. Gdy odejmiemy tę złowroga radość, zostaje durne jeżdżenie samochodem i wysługiwanie się przestępcom drobniejszym ode mnie, nawet radość szalonego rajdu przez miasto (na zasadzie-ile zdołam narozrabiać, nim mnie zastrzelą) jest umiarkowana. Jestem jednak na początku, więc może wsiąknę, póki co rozumiem konieczność zainwestowania  w jakieś “Call of Duty”. No i kolorowe platformówki, czas trenować, przecież, mam nadzieję, za parę lat Ju zacznie ogrywać mnie jak nic.

Imp w wydaniu specjalnym nowej fantastyki

zaczyna się tak:

T e r a z  widzisz, że te wszystkie rzeczy są możliwe tylko we śnie. Widzisz, że są chłopięcym szaleństwem, głupimi tworami wyobraźni nieświadomej swoich wybryków, jednym słowem, że są snem i to ty jesteś ich twórcą. Znaki snów są widoczne, powinieneś był wcześniej je dostrzec.
Mark Twain, Tajemniczy przybysz

Imp, tak właśnie się nazywał, mówili, właściwie nie wiadomo skąd takie dziwne imię. Trudno też powiedzieć, co lubił, czego nie, wyglądało tylko na to, że nie dążył do szczęścia i nie unikał cierpienia.
Lubił siedzieć w kącie i patrzeć na człowieka, jego oczy robiły się wówczas węższe, poruszał też ustami, jakby coś żuł. Lecz jadał niewiele, za to świdrował wzrokiem, nieodgadnionym w swej czerni, jego mocne dłonie splatały się w przestrzeni, cisnęły o niewidzialną barierę, o kark do skruszenia, który widział tylko on.
Śmiał się tak po swojemu; coś pomiędzy dziecięcą radością a jękiem naprężonego sznura, skakał wtedy tak śmiesznie, kolana zbliżały się ku sobie, a potem opadał nisko, przekrzywiał głowę. Plecy gięły się w garb. Nikt nie rozumiał, co go bawi, czasem cieszył się tak w pustym pomieszczeniu, nie dawał się też rozbawić i chyba nie rozumiał żadnych żartów. Miał swoje.
Niektórzy twierdzili, że wcale nie sypia i nawet jak leży, jedno oko ma uchylone i obserwuje. Ale pod powiekami gałki ruszały się intensywnie, można pomyśleć, że coś tam widzi, biegnie nawet, dłońmi znów coś chwyta, kłapie ustami. Czasem płacze.
Uwielbiał mówić i opowiadałby całe historie, gdyby poznał więcej słów. Może nawet je mówił, ci którzy ich wysłuchali, nie opowiedzą, bo nie żyją lub nie mają ochoty. Była w nim wówczas jakaś pasja, jakby zanikał i stawał się niczym więcej ponad słowo, ale to słowo rosło, płynęła w nim krew i rosły soczyste drzewa.
Imp, tak właśnie się nazywał. Był małpą i miał sześć lat.

Kotki puszyste na kafeteria.pl

W wypadku felietonów o kobietach, lub, co jeszcze straszniejsze, dla kobiet, istnieje jedyne właściwe rozpoczęcie; wszelkie inne otwarcia okażą się nietrafne, lub, co gorsza, prawdziwe. Rzeczone otwarcie brzmi: mam koleżankę, nie więcej, lecz też nie mniej. Więc…

Mam koleżankę rozkochaną we wszystkim, co kudłate, miękkie, cieplutkie (można zrozumieć), a nawet żywe (zrozumieć nie sposób). Serce tej zacnej kobiety mięknie na widok kotka ciśniętego w szpony wichury i spływa niby ciepłe masło, gdy w zasięgu wzroku pojawi się psiak z przetrąconym żebrem. Ta miła dziewczyna nie przejdzie obojętnie obok wyliniałego szczura i nawet śniadania do roboty nie doniesie, rozdawszy je gołębiom, a wzgardziwszy bezdomnym. Nie muszę nawet dodawać, że kotek tej słodkiej istoty opływa w rozkosze, o których my, mężczyźni nie możemy nawet śnić.

Ta cecha charakteru otwiera przede mną, człowiekiem bezdusznym, nowe perspektywy realizowania nieskrępowanego okrucieństwa. Wystarczy, na przykład, puścić na kompie wywiad z hyclem, a rzeczona panna zalewa się łzami, jakby, nie przymierzając, straciła obie nogi wpadając pod tramwaj, zaś przedstawienie szczegółów związanych z zabiegiem sterylizacji wywołuje niekontrolowane spazmy, szlochy i jęki na wzór dusz czyścowych. Z czasem, ujawnia się zacny model szantażu. Zaczynam, na przykład, taką opowieść: był sobie pewien stary, schorowany piesek, który nie miał domu. Powłócząc jedną łapką dotarł na żwirowisko, gdzie balowała grupa agresywnych wyrostków… Mam mówić dalej? Dziewczyna wybucha płaczem i zgadza się na wszystko.

dalszy ciąg

Tydzień z głowy (27)

 Jest mi dziwnie z wielu powodów, ale póki co podaję tylko jeden – w środę skończyłem nową książkę, której nie planowałem i nie bardzo wiem, co powinienem z nią uczynić (odpowiedź, że wydrukować nuży  swą banalnością). “Ludzie jak motyle”, bo tak zwie się ta rzecz, liczy sobie 222 strony i ponad 300 000 znaków. Trudno mi określić, w jaki sposób “motylki” różnią cię od “ciepełka” czy “wrocka”, oraz czy spełniłem podstawowy warunek ciągłego przeskakiwania siebie, robienia rzeczy, których tak naprawdę nie mogę zrobić. Nie wiem, bo przecież zawsze pracowałem dość wolno, kolejne rozdziały dojrzewały we mnie, dlatego jedną książkę pisałem dwa-trzy lata. Tu inaczej, po trzech miesiącach miałem gotowy tekst, który, na domiar złego, w pierwszej części jest czystym obyczajem, pozbawionym wszelkich wątków fantastycznych (zachowałem jednak zasadę fantastyki jako konstrukcji nośnej tekstu), jest dużo mniej efektownie, nie ma jezior, czarnych osiedli, ani nawet urokliwej rzezi z “Popiela Armeńczyka”, za to chyba znalazłem się bliżej ludzi. Niedługo, książka będzie czytana przez przyjaciół, więc czas wchodzić w fazę drżenia. Co dalej? Cholera wie, od czwartku wracam do “Widm”, chcę zrobić sprawnie dwa rozdziały i znów złapać oddech. Ale mam dwie krótkie (rozmiarów, mniej więcej, “Świętego Wrocławia”) powieści, znaczy to, że przynajmniej jedną będzie trzeba samodzielnie wydrukować.
Nie tak dawno recenzowałem nową powieść Jacka Podsiadły, a wczoraj znalazłem na gazeta.pl obszerny wywiad, w którymi niegdysiejszy mistrz pióra wszedł w skórę starej baby i lamentuje, próbując zarazem zgrywać kontrkulturowca. Można się z nim zapoznać pod tym linkiem, ja przytaczam  tylko jedną z licznych mądrości tam wymienionych: “Oczywiście, że nie chcę, żeby moim dzieciom czegoś brakowało, szczególnie jedzenia, ale nie może to być główną miarą mego ojcostwa. W pewnym sensie da się – jak to pani raczyła nazwać – nakarmić dziecko wierszem, ale to niestety sens metaforyczny.” Nie odniosłem nawet cienia sukcesu, jaki przydarzył się Podsiadle, niemniej mój syn nigdy nie był głodny, ja nie byłem głodny ani nawet niedopity, zawsze miałem na biurku robotę, lepszą, gorszą, robotę jednak i wbrew temu, jakie to słowa lecą poecie z jego smarków, nie zetknąłem się z problemem cenzury. Może dlatego, że zajmuję się kulturą? Myślę jednak, że ten wywiad jest ważny, rzuca bowiem światło i na figurę antysystemowca, i na pozycję artychy w naszym pięknym kraju, jest wreszcie czymś pomiędzy bezpłatnym ogłoszeniem a wysunięciem żebraczej dłoni przed wiernymi, zapylającymi akurat na wirtualną mszę u Michnika. Kochani, Jacek Podsiadło jest do wynajęcia. Ton rozmowy wskazuje, że wiele nie weźmie.
Na marginesie tej rozmowy, zdradzającej rzeczywistą postawę starzejących się kontkulturowców zaczynam rozumieć woltę Masłowskiej, która to pisarka zaczęła zdradzać sympatie dla moherowego konserwatyzmu, a przynajmniej próbowała go zrozumieć. Przyjaciel ze Śląska, kumpel po piórze, człek światopoglądowo mi wrogi podczas serdecznej, zakrapianej pogadanki dostrzegł w tym ruchu bezmyślną koniunkturę. Ja zaś Masłowską rozumiem: przecież od siedzenia w młodej, czerwonawej Warszawce można dostać kota, antysystemowość środowiska wywołuje mdłości i na tle tych żołądkowych skurczów okruch sympatii dla  tzw. katoprawicy wydaje się  jedyną (prócz konsekwentnego liberalizmu Żulczyka) metodą na zatrzymanie jedzenia w żołądku.
Zaległości kulturalne. Drugi sezon “Californication” trzyma poziom, ale nie zaskakuje, zdradzając właściwe sequelom powtórzenie przez wzmocnienie – czyli kondensację. Hank znów traci Karen i, próbując ją odzyskać, wikła się w ryzykowne relacje z przypadkowymi kobietami (trzeba przyznać, mniej smakowite niż w pierwszej osłonie), a ponieważ wiemy, czy raczej, przeczuwamy szczęśliwy finał jego wysiłków, przyglądamy się im bez emocji. Uwagę zwracają losy łysego agenta, prywatnie, przyjaciela naszego pisarzyny, którego losy znów ulegają powtórzeniu, tyle dobrze, że kolorowo – jego wejście w branżę porno ma siłę trąby powietrznej i taki też jest zeń pożytek. Reszta figur to właściwie cienie, rzucane przez trupy z tanich komedii, wyjąwszy Lee Ashby, byłego gwiazdora rocka, dziś producenta i maszynki do kreowania gwiazd. Postać to lustrzana względem Hanka, bardziej unurzana w zabawie i przez to nieszczęśliwa do szpiku, oczywiście z wielką miłością w tle. Jego losy, przejmujący koniec nie mogły zostać lepiej rozstrzygnięte, a przez dziesięć odcinków obserwujemy radosną erupcję męskiej przyjaźni, będącej w gruncie rzeczy przyjaźnią dziecięcą, z tą różnicą, że żołnierzyki zostały zastąpione przez dziwki a coca-cola przez kokainę. David Duchovny odtwarza Hanka z niebywałą energią, ale to Callum Keith Rennie, wcielający się w muzyka, kradnie mu całe show. Teraz oglądam “Doktora Who” (thx Tommy).
Rzecz wyczekana czyli “Vinyan”, nowy film Fabrice du Welza, twórcy rewelacyjnego “Calvaire”. Na blogach i forach poświęconych horrorowi dominuje lekkie poczucie niedosytu, powodowane, zapewne, lekkim spiłowaniem kłów, pazurków francuskiego reżysera. “Calvaire” było, w pewien sposób, podróżą do granic i syntezą cierpienia (przyrządzoną przy użyciu zasadniczo innych środków niż w wypadku takiego “Martyrs”) i sądzę, że tak ciemne plamy możemy wywołać raz w życiu. W wypadku gatunku, jakim jest horror debiut wypada niepowtarzalnie i mmagicznie: Wes Craven nigdy nie nakręci czegoś w stylu “Ostatniego domu z lewej”, nie wrócą do swoich brudnych początków Sam Raimi, Tobe Hooper, Lucky McKee, David Cronenberg, John Carpenter, więc należało się liczyć z tym, że i de Welz, otrzymawszy większe pieniądze, ciut złagodnieje. Co z tego, skoro dla wielbicieli “normalnego” kina łagodność pozostanie potwornością: mamy małżeństwo, wędrujące do dziczy w straceńczej nadziei znalezienia zaginionego syna, tabuny morderczych dzieci, międzyludzkie okrucieństwo ustrzelone na tle makabrycznie pięknych kadrów. Z grupy ostatnich, leśno-orientalnych filmów (“Touristas”, “Ruins”) ta francuskojęzyczna propozycja wypada najbardziej dojrzale, zwłaszcza, że du Welz, zmieniwszy scenerię, pozostaje wierny swoim obsesjom: niemożności porozumienia się między ludźmi i chronicznej niezdolności do wyrażania, zaspokajania swoich uczuć – chyba, że tym uczuciem jest rozpacz pchająca w zatracenie.


Skończyłem Gears of War, na tapecie, naprzemiennie GTA 4 i Left 4 Dead, zacna, prymitywna strzelanina z zombie w roli miecha armatniego. Grafika kuleje, za to dynamika przednia, no i człowiek czuje się, jakby nagle wylądował w samym środku “28 dni później”. Za to w sieci pojawił się zwiastun “Dante’s Inferno”, nowej gry ekipy od znakomitego “Dead Space” tym razem ma być to rąbanina z Wergiliuszem jako intelektualnym backupem i cos mi świta, że pierwszy raz w życiu zafunduję sobie grę w dniu premiery oczywiście, sprowadzaną z UK, biednego kraju, gdzie wszystko, od bułki, przez spodnie, aż po gry jest dużo tańsze niż w zamożnej Polsce. Nowa antypiracka kampania tym bardziej rozgrzewa serca do białości.

Spacer

fotki zrobił Urbaniuk.

swoją drogą, tak poważne wybory, w tak młodym wieku?

Tydzień z głowy (26)

Ze względu na trupi odór ostatniego tygodnia (trup to prywatny) rezygnuję z zapisków jego rejestracji, raczej globalnie niż doraźnie. Za to, jak w każdy przyjemny wieczór, próbuję odnaleźć radość w poległej już wyobraźni i pochowanej wesołości, czyli przypominam sobie co kiedyś chciałem zrobić, literacko lub nie, samemu lub z kolegami i koleżankami. Oto co miało być a nie jest:

  1. Nie napisana nigdy bajka o hienie imieniem Wanda, którą obmyśliłem niegdyś razem z Asią Miką podczas lektury wstrząsających wierszyków niejakiego Kukułki. Fabuła jest taka: Wanda żyje sobie w Afryce i boryka się ze zbiorowym ostracyzmem społeczności zwierzęcej ze względu na jej szczególne upodobania żywieniowe (ścierwojad). Ostatecznie, Wanda zostaje wygnana i pochlipując udaje się na tułaczkę. Podczas tej smutnej wędrówki napotyka na grupę myśliwych, zmierzających ku okolicy, którą niegdyś zamieszkiwała. Wanda, wiedziona odruchem serca i niepomna dawnych krzywd zawraca i ostrzega zwierzęta, te, dzięki niej uchodzą spod kul. W dowód swej wdzięczności, zwierzęta przyjmują ją do siebie i nawet zaczynają zdychać, żeby Wanda miała czym się pożywić.

  2. Bajka „Jak Sraczek-Cudaczek szukał Pizdy” na engine opowiastki „Jak żółw Bursztynek szukał domu” Eryka Ostrowskiego. Pomysł z Urbaniukiem, fabuła nie obmyślona, lecz sygnalizowana przez sam tytuł.

  3. Idea wiat pomnikowych, którą warto przywołać ze względu na niedawną inicjatywę Krakowa, mającą na celu upiększenie przystanków tramwajowych. Chodzi mniej więcej o to, żeby każdą wiatę poświęcić jakiemuś słynnemu Polakowi, czy nawet obcej figurze, zapisanej korzystnie w dziejach naszego Narodu. Wygląd wiaty pomnikowej byłby jednoznacznie kojarzony z taką wybitną osobą (wiata Kościuszki miałaby kosę, Wałęsy wąsy, zaś ta poświęcona Żeromskiemu byłaby po prostu bardzo smutna), a ich rozmieszczenie miałoby charakter wartościujący: Jan Paweł II miałby swoją w ścisłym centrum, a, na przykład, Ignacy Daszyński musiałby zadowolić się Bieżanowem. Między wiatami Piłsudskiego i Dmowskiego toczono by bitwy, a wiata Jacka Kuronia byłaby cały czas zalana. Urbaniuk ponownie.

  4. Strona www.zabijkotka.pl poświęcona propagowaniu przemocy względem zwierząt. Znajdowałyby się tam reportaże z Chin, wywiady z hyclami i harpunnikami, obszerne teksty dotyczące usypiania i sterylizacji, zdjęcia najbrzydszych jamników. Pomysł jakoś się rozmył, może dlatego, że Urbaniuk ma kota Borysa, ja Prezesa i Kreskę, za to kolega Jaszak, z którym chcieliśmy stworzyć ten zacny website nie posiada zwierząt – więc może jeszcze się skusi.

  5. Postulat wzbogacenia polskiej obrzędowości o ofiary z ludzi. Konkretnie, w wypadku ostrej zimy, zimy przychodzącej zbyt wcześnie, deszczowej wiosny lub, nie daj Boże, lata, należałoby opracować odpowiednią liturgię ku czci płanetników. Ofiary rekrutowanoby z synoptyków oraz pogodynek (pozdrowienia dla Jarka Kreta) z nadzieją, że globalne ocieplenie okaże się nie tylko medialną czkawką celem wyczesania kasy, lecz przyjemną częścią naszej rzeczywistości. Plusem tego planu jest odwołanie do przedchrześcijańskich zwyczajów religijnych, co powinno ucieszyć zwolenników wszelkich pluralizmów. Oczywiście, ta sekwencja mordów rytualnych może nie przynieść oczekiwanych rezultatów, lecz zgódźmy się, spróbować warto, bo ryzyko żadne.

  6. Operetka o Jaruzelskim. W roli głównej Piotr Adamczyk, Krzysztof Krawczyk jako Wałęsa, Wodecki śpiewający partie Kiszczaka, Maleńczuk i Wioletta Villas na drugim planie – rodzice Wielkiego Generała. Nad Jego kołyską błyszczy czerwona gwiazda, wskazując drogę trzem mędrcom, którymi są: Honecker, Lenin oraz Tito. W roli Stanu Wojennego wystąpi Roman Kostrzewski, Urban jako Glemp, bracia Mroczek zaś odtworzą spotworniałych Kaczyńskich, próbujących, na szczęście bezskutecznie, zaprzepaścić patriotyczne inicjatywy Jaruzela, efekty specjalne konieczne, gdyż będą pluć siarką oraz gwałcić dzieci. Na koniec dwa anioły w strojach zomowców uniosą Wielkiego Polaka żywcem, do nieba dla mundurowych. Zarys sztuki powstał na tegorocznym Pyrkonie – organizatorom dziękuję, wraz z Jarkiem i innymi, za wspaniałe warunki umożliwiające nieskrępowaną pracę koncepcyjną.

  7. Wkładka prima-aprilisowa do kwietniowego numeru „Science Fiction, Fantasy and Horror”. A tam fragmenty książek czołowych polskich autorów, na przykład wielkie starcie Hieronima Berbeleka z Jakubem Wedrowyczem. Oraz fantasy góralskie zacnego autora z Krakowa, historia siedmiu zaczarowanych ciupasek i magicznego kapelutka, koniecznych do przywołania Super-Bacy. Zapowiedź książki „Fryzjer i Pedikirzysta” pierwszej w Polsce gejowskiej powieści grozy. I tak dalej i tak dalej. Nie pamiętam już kto co dokładnie wymyślił.

  8. Wstąpienie do Samoobrony, co prawie się zdarzyło. Było to jakieś osiem lat temu, kiedy Lepper jeszcze nie był w Sejmie, jakoś, przed wyborami, nim poszły mu słupki. Pojawiły się wówczas te przecudne, biało-czerwone krawaty i z Jarkiem też chcieliśmy takie mieć. Więc poszliśmy się zapisać i prawie by wyszło, niestety, samotny działacz w biurze przy Placu Matejki orzekł, że bardzo chętnie, ciesząc się zwłaszcza na Urbiego, który miał zakładać partyjne koło we wsi, gdzie ma domek, póki co jednak – nie było formularzy. Każdy dowcip można wykonać tylko raz, więc nie wróciliśmy, może i dobrze, bo przecież Slawek Shuty dzielnie nas wyręczył.

ale mi posmarował. Carpenoctem.pl

W jednej z recenzji dla portalu Onet.pl sugerował Orbitowski, że jest na świecie dziura, do której ludzie wrzucają gobliny, duchy i inne budzące przestrach monstra. W tej dziurze mieszka również Stephen King i jemu podobni, tam rodzą się najczarniejsze pomysły i bije serce światowego horroru. Orbitowski tam nie mieszka, choć na pewno bywa częstym gościem – dla niego to jednak zaledwie przedsionek. On zszedł niżej, przez katakumby, trumny z umarłymi niepodatnymi na rozkład, posągi królów i olbrzymów o obliczu pięknym, a jednocześnie nieskończenie groźnym. Zszedł, wyciągnął stamtąd „Święty Wrocław” i słońce przestało świecić.
Już na etapie pomysłu wyłania się obraz niepokojący i oryginalny. Oto ze spokojnego, wrocławskiego osiedla znikają zwierzaki wszystkie oprócz kotów, nieustannie pada deszcz, a ludzie zdrapują tynki ze ścian. Zapoczątkowane przez jednostkę, szaleństwo wydaje się być zbiorowe – mieszkańcy odkryli, że pod powierzchnią ścian, sufitów i podług kryje się coś innego niż beton – coś czarnego, mrocznego, a jednocześnie dającego spokój i szczęście. Głos Świętego Wrocławia – bo tak z czasem nazwą to miejsce – przywołuje i nakazuje posłuszeństwo, nikt nie wie, co daje w zamian, bo nikt stamtąd nie wyszedł. Zaczynają pojawiać się prorocy wieszczący rychły koniec świata, a prości ludzie dotykają czegoś niezwykłego, co przekracza granice ich pojmowania. Organizują się w Czarne Miasteczko, zbiorowisko koczowników, osób głodnych sensacji i szukających ingerencji sił wyższych, wpatrują się w czarne budowle nie rozumiejąc czym są, bramą do wiekuistej światłości czy wiekuistego mroku.
Gdyby nadal istniało to szalone dobrodziejstwo, jakim była „stara matura” z polskiego, „Święty Wrocław” z powodzeniem mógłby znaleźć się w każdym temacie. Mamy tam motyw miłości, opowiedziany nowocześnie, ale z romantyczną delikatnością; jest motyw podróży, przemiany (nie tylko głównych bohaterów), trudne relacje rodzinne i społeczne, motyw ojca, matki, odwołania mesjańskie i religijne, słowem – wszystko, czego krytyk zapragnie. Mało tego, Orbitowski potrafił tę mnogość utrzymać w ryzach, uszanował prawo do indywidualności i każdemu elementowi poświęcił wystarczająco dużo miejsca, a jednocześnie nie pozwolił dominować. Pokazał się jako pisarz wszechstronny i świadomy celu, jaki chce osiągnąć – poszukiwania Małgosi płynnie przeplatają się z wizjami i męczeństwem Adama, Tomasz nie wylewa za kołnierz bardziej niż młodsze pokolenie (reprezentowane przez Lucynę i Beatę), i – co daje największą radość – na końcu wygrywa miłość, choć nie wygrywa nikt.

dalej

BTW, zamknęli bar “Skorpion” w którym siedział narrator “Popiela Armeńczyka”. Spotkałem też Wodeckiego na Krakowskiej. Dzień znaków, dzień wróżb.

Next Page »