„Diuna”. Onet.pl

Posted on 9 kwietnia 2009

Nie ma filmu, który bardziej podzieliłby widzów niż „Diuna” w reżyserii Alejandro Jodorowskiego.

Ortodoksyjni wielbiciele prozy Herberta darli włosy z głowy już na wieść, kogo producent planuje wsadzić na fotel reżysera. Jodorowski wcześniej zasłynął jako ekscentryk – na premierze swojego debiutu cudem uniknął linczu z rąk rozsierdzonej widowni, by irytować dalej. Cokolwiek by sądzić o jego późniejszych dziełach, Krecie i Świętej górze, to pewnym jest, że mamy do czynienia z kinem metafizycznym, odległym od standardów hollywoodzkich wysokich budżetów. Wątpliwości budziło nawet samo chilijskie pochodzenie Jodorowskiego, zakorzenienie w kulturze europejskiej, a on sam dolewał oliwy do ognia, zapowiadał, jak to roztrzaska powieść i złoży po swojemu na celuloidzie: Nie zamierzam trzymać się powieści, chce stworzyć ją na nowo. Moim zdaniem Diuna nie należy do Herberta […] Chrystus nie należy do Marka, Łukasza, Mateusza czy Jana.

Protesty opóźniły prace i przez moment zastanawiano się, czy nie zastąpić Jodorowskiego “bezpiecznym” Davidem Lynchem, ostatecznie reżyser Kreta dostał swoją szansę, w efekcie dając dzieło łamiące wszelkie konwencje, w chwili powstania odsądzane od czci i wiary niemal jak pornograficzny Kaligula z Gielgudem i McDowellem. Ludzie zagłosowali portfelami, czyniąc z wczorajszego ekscentryka milionera i gościa na salonach, a sam obraz zyskał status kultowego. Dzisiaj, kiedy Highlander lub Legenda Ridleya Scotta trącą myszką, remasteryzowana Diuna Jodorowskiego wciąż gromadzi setki tysięcy widzów. Zresztą, zmiany są czysto kosmetyczne: polepszono obraz i dźwięk, dzięki czemu możemy się cieszyć soudtrackiem Pink Floyd w 5.1. i delikatnym, komputerowym liftingiem analogowych efektów specjalnych.

dalej