Archiwa dla May, 2009

tydzień z głowy (33)

Wydaje mi się, że kiedyś opisałem już swój dzień, ale trudno, co robić. Wstaję między siódmą a ósmą, budzik mam nastawiony na ósmą właśnie, ale z reguły budzę się wcześniej. Robię kawę i odpowiadam  na maile. Potem robię sobie śniadanie i siadam do prozy, przed pierwszym słowem zdarza się pierwszy papieros. Wedle południa powinienem być już po pisaniu i mogę zająć się zarabianiem pieniędzy, czyli redaguję teksty (ostatnio coraz rzadziej, nudzi mnie redaktorstwo), piszę publicystykę i questy do gry „Gilfors tales”, premiera wkrótce. Tak schodzi mi do czwartej, piątej, wychodzę z domu, wsuwam obiadek i idę na trening, co może nie jest zbyt rozsądne, przerzucać ciężary z pełnym brzuchem. Siłka zajmuje godzinę z kawałkiem, choć powinna więcej, prócz treningu siłowego powinienem trochę się rozruszać, zapisać się na boks czy coś podobnego, rękawice, w odróżnieniu od wolnego czasu już posiadam. Wieczory spędzam z synem. Bawię się z nim. Kąpię, usypiam i w rejonach dziesiątej mogę wracać do siebie. Kolacja. Nie mam czasu na film, więc, najczęściej, pogram sobie, przejdę etap w GTA i przed dwunastą jestem w łóżku, oczywiście muszę poczekać na Prezesa, który prędzej czy później na mnie wskoczy, rozmruczy się i poczeka z własnym snem na mój, rozwalony z łapkami do przodu, niczym sfinks. Nie wiem o czym śnię, nie ma żadnych demonów, tylko twarda ciemność.

Oczywiście, niekiedy ten rytm ulega zaburzeniu, czasem odwiedzę Julka przed południem, czasem zdecyduję się do niego jednak nie wpaść, albo i odwiedzić dwa razy, czasem znów, zamiast pokornie wrócić do siebie wpadam w łapy kolegów, przyjaciół, wznoszę kielichy, rozmawiam, rozmawiam. Nie umiem, nie chcę uwierzyć w to, że w pewnym wieku stosunki z ludźmi ulegają schłodzeniu, że przyjaźń staje się elementem kalkulacji, nie umiem zwyczajnie tego przyjąć i cieszę się z tego stanu, ze świadomości, że nigdy nie byłem z kimś blisko dla pieniędzy.

Jeśli czegoś w swoim życiu nie lubię to drogi powrotnej do domu. Tak akurat się składa, że od przystanku tramwajowego mam jeszcze dziesięć minut na butach, chuj z dziesięcioma minutami, ale sceneria przytłacza: lezę pod wiaduktem kolejowym, mijam nasyp oraz zimne znicze, zostawione na pamiątkę tych, którzy jednak do domu nie doszli, albo nie dojechali. Jest to smutna, przestrzenna trasa bez żadnej nadziei, wędruję sobie z rękami w kieszeniach, w uszach tłucze mi się stary metal albo i książka audio (ostatnio Poe czytany przez Christopera Lee) i mgłoby być całkiem dobrze, tyle, że nie jest, mdli mnie przy każdym kroku. Nie wiem dlaczego. Może przez to, że nie ma żadnych świateł? Tylko auta furczą. A może dlatego, że w tym swoim dreptaniu nie mam jak uciec, ludzie często umykają w robotę, w sprzątanie, w rodzinę, w sztukę, w kumpli, co nawet się sprawdza, a ta droga pod wiaduktem, te upiorne dziesięć minut skazuje mnie na mnie właśnie.

Mój dzień jest zorganizowany co do piętnastu minut, już teraz wiem dokładnie jak będzie wyglądał najbliższy czwartek, a każdą wolną chwilę spędzam z przyjaciółmi.hej, kochani, jeśli to czytacie, wybaczcie mi, że nie mogę dać wam tyle czasu ile byśmy chcieli. To co było rozrywką, staje się pracą, ludzie, na przykład czytają książki dla przyjemności, rozluźniają się oglądając filmy, a ja, nawet kiedy sięgam po płytkę, książkę z intencją zabawy to nie wiem, czy przypadkiem to czytanie/oglądanie nie przełoży się na robotę. Bo jeśli coś mi sę spodoba, to o tym napiszę.Innymi słowy, cały dzień, życie nawet, skorelowało mi się z robotą, czasem przeraża mnie myśl, że żyję dziwnie tylko po to, by móc dziwnie pisać. Ale zmierzam do tego, że dziś to wszysto, na jeden dzień, uległo przełamaniu i nie robię nic. To takie dziwne. Z nikim się nie umówiłem, nic nie napisałem. Pilnuję kota Jarka i Asi Urbaniuków, siedzę w ich małym mieszkanku, śpiąc pod samym słońcem. Od rana czytam Jerofiejewa, oglądam horrory i zaraz, gdy tylko skończę pisać te słowa, wezmę butelkę whisky, wylezę przez okno w suficie na dach, będę siedział i patrzył na miasto.

“nadchodzi”. Początek

Premierowa nowelka do przygotowywanego zbiorku. zaczyna się tak. a wrzucam fragment po to, żeby za pół roku sprawdzić, co zostanie z tych słów.

“Nadchodzi” ma 340 tys. znaków.

1996
Czasem śnię o zmarłych w wilgotnych jamach i czerwonych rzekach. O patroszeniu i cięciu, o szarych kolumnach anonimowych armii i łunach za nimi. Są jak noże, wykręcone. O taborach i dzieciach, o kudłach zlepionych krwią, drągach nabitych kamieniami i rozprutych brzuchach matek. Wstawaj, mówię sobie i rozlepiam własne oczy.
Leżę, w tej chwili i jakoś nie mogę się podnieść. Nic mnie nie boli, chyba nie.
Teraz czekam już w kuchni, aż woda się zagotuje, wbijam jajka, zaraz, białawy kożuch rozlewa się na powierzchni. Nie słodzę już kawy, ale nie zaczęła mi smakować, piję małym łykami. Jajka są gotowe. Jem.
Lubię te poranne pół godziny, kiedy świat jeszcze śpi a ja wcale, mogę rozwalić się przed telewizorem wyciągający wygodnie nogi; jest mi obojętne co nadają, właściwie, obraz mógłby uwolnić się od dźwięku albo, jeszcze lepiej, zmieszać z innym, tak żeby na wiadomościach brzmiał głos z telezakupów. Myślę, czy nie zadzwonić do taty. Tato sobie radę da.
Człowiek w pewnym wieku nie śmierdzi, a przynajmniej ja myślę o sobie jako o kimś pozbawionym zapachu, zupełnie jak telewizor, wydaję dźwięki, mam jakąś barwę i swoje własne nasycenie, jednak nie pachnę a gdyby mnie polizać, okazałbym się zupełnie bez smaku. Ruszam się też niemrawo.
Boże, jakie bzdury przychodzą do człowieka o świcie, śmieję się, wstaję.
Jestem już ubrany; koszula rozpięta pod szyją, brązowa marynarka, dobrze, gotowy do drogi. Zegarek. Nie ma jeszcze siódmej, zastanawiam się co robić, skoro orka zaczyna się o dziesiątej, jakbym nie poszedł, będę za wcześnie. Nie lubię się spóźniać, ale i w czekaniu nie znajduję nic przyjemnego. Zerkam w kalendarz, nic nie wyskoczyło, żadna niespodzianka nie wylazła spomiędzy kartek, czego trochę żałuję.
Po ósmej dzwoni telefon.
-Cześć – słyszę.
-No witam.
-Będziesz?
-Acha. Idę.
-To wpadnij. Wiesz co się stało?
-Nie, nie wiem.
-Barciszak chce cię uwalić. Nie sądzę, żeby to przeszło, nawet na pewno nie przejdzie. Mirek będzie za tobą na mur, no a Raczyk wiadomo.
-Chuj z Raczykiem – mówię – chuj z nim – robię pauzę, dodaję – czy on się kiedyś ode mnie odpierdoli?
-Nie wiem, stary. Twój ojciec.
-Mój ojciec szcza pod siebie, człowieku. Mało im? Mało mu zaszkodzili?
-No wiesz…
-Powiem ci tak. Mój ojciec ma mnie w czterech literach i to tak głęboko, że nie wiem jak wygląda słońce. Jeśli Barciszak z resztą chcą mnie uwalić, to zrobią mu tym przyjemność. Powie jeszcze, że to moja wina.
Odkładam słuchawkę.
Zastanawiam się, czy jestem zadowolony czy nie zadowolony, czytam książkę, której nie rozumiem.

***
Wychodzę, jest dziewiąta. Z domu do Instytutu dzieli mnie pięć przystanków, ale lekarz poradził mi chodzenie. Więc chodzę, dobrze, że jest ciepło jak na taką porę, dobrze, że ludzi wielu nie ma, mało mijam, wcale nie trącam. Zegarek znowu, zwalniam, przysiadam na ławce. Czuję się w tej chwili starszy niż powinienem, przyglądam się swoim dłoniom, zaciskam w pięści. Są chude. Mam włochate nadgarstki.
Myślę sobie, że to dobrze, że nie mam żadnych problemów ze zdrowiem. Koledzy mają a ja nie. Kilka lat temu bolało mnie w krzyżu i to tak, że nie mogłem się schylić, tato akurat zjechał do Krakowa, było z tym masa cyrku, użerania się, schylania i ledwo dawałem radę. Oblewam się potem w najmniej spodziewanych sytuacjach: w środku wykładu, w sklepie, albo tuż przed zaśnięciem. Cięli mi hemoroidy na wiosnę zeszłego roku, miałem w dupie małą rurkę, ale zakleszczyła w sobie złośliwą żyłkę i odpadła.
Inni, myślę, to co innego. Taki Urbański habilitował się dwa lata przede mną, młody facet, wylało mu się coś w głowie i teraz chodzi o dwóch laskach. Albo wcale. Pech chciał, studentkę wziął sobie, dwadzieścia trzy lata, ładna jak cholera, po co jej półtrup. Uświadamiam sobie nagle, ze chyba nie prześpię się już z młodą kobietą. Przepełnia mnie smutek. A może się prześpię. W życiu nigdy nic nie wiadomo.
Barciszak też jest chory, nie wiem nawet co mu. Taki żółty troll, z samej skóry. On ma szkielet? Nie wiem czy ma. Chyba ma. Kiedyś miał, to był kawał faceta i zawsze trzymał się prosto. A Raczyk, nie wiem jakim cudem w ogóle on żyje, dwa metry, brzuch jak bęben, a młodszy ode mnie. Czterdzieści osiem lat. Zawał jak nic. Niech zdycha, mówię sobie, wstaję, dwadzieścia po, niech zdycha.
Mam ręce w kieszeniach, wieje chłodny wiatr, muszę mrużyć oczy.
Gdybym, na przykład, miał działkę, mógłbym tam jeździć co weekend, mało tego, mógłbym zapraszać tam tych wszystkich sukinsynów, żeby widzieli, że nie wiedzie mi się źle. Wracam do nich myślą i jestem wściekły, to żaden splendor być szefem instytutu, choćby to był instytut badań prasowych, ale  zawsze, ale można, ale przecież – czemu nie ja. Co to znaczy, że zabrać? Przegłosować? No mogę.
Mijam kobietę w eleganckim płaszczu, przesyła mi spojrzenie. Takie dziwne.
Pewno jej się nie podobam, bo jestem niski.
Ale sprawdzam, nic mnie nie ochlapało, koszula nie wychodzi ze spodni, jestem zapięty pod szyją. Można wrócić do sukinsynów, wracam szybciej niż zdołałem o wracaniu pomyśleć, zdumiewa mnie taka mała zazdrość, bo rozumiem, ukraść milion dolarów, skręcić kark milionerowi, ministrowi, lecz czemu, u diabła, ludzie szarpią się za drobne? Jak te robale te. Chcecie ten fotelik, bierzcie, mi to pasuje, więcej czasu dla mnie.
Braciszek, suchy, papierowy, oczka złe, a łapki mu krążą jakby próbował coś zwędzić, zawsze tłucze łyżeczką.
Raczyk. Olbrzym bez cienia gracji, ponury drab o oczach jakby w nie naszczać, dudni a nie gada, kołysze się nie chodzi, tępy, ograniczony, wyczyszczony z wyobraźni tłuk.
Teraz gapi się na mnie starsze małżeństwo, ona siwa, on grzyb. Chwyta ją mocniej, nie umie wzroku ode mnie oderwać.
Braciszek, Raczyk. Jak oni czytać się nauczyli?
Skurwysyny. Skurwysyny.
Preclarka podnosi głowę, nagle pojmuję, przyspieszam, bo mi wstyd. To nie były myśli, ja gadałem do siebie, szedłem przez miasto, na Filipa, i przez całą drogę mówiłem na głos: skurwysyny, skurwysyny.

metal na dziś (2)

nie kupuję Satyricon, już przesławne “Mother north” to była wiocha, ze o cymesach w rodzaju groźnych zdjęć z wypchanym orłem nie wspomnę. Nowa płyta nadaje się pod walec, image chłopaków jest głupkowaty, a najbardziej złości nieustanne przeskakiwanie własnego rzekomego profesjonalizmu, czego wyrazem jest nagrywanie krążka przez trzy lata w studiu Bryana Adamsa czy czymś podobnym. No i co z tego? po co to piszę? “K.I.N.G” wyszedł im jak mało co, kopie, wali w pysk i jeszcze ma znamiona hitu. Enjoy.

o “god told me to” w nowej fantastyce

(…)
Jest dziwnie
Skoro już przy chrześcijaństwie. Nie podejrzewam Cohena o wyszukane życie religijne, ale w “God Told Me To” znajdujemy ślady dość szczególnej interpretacji zjawiska UFO, bardzo rzadko występującej w kulturze popularnej. Zdaniem niektórych teologów, latające spodki to nic innego jak kolejna manifestacja diabła, tego z piekła, który skroił nową postać pod przyjazne kształty znane z filmów SF. Niewiele mnie obchodzi UFO, obie wykładnie – kościelna i kosmiczna – wydają się bezsensowne, ale odmienne podejście do problemu zwyczajnie cieszy, choć tutaj służy do zbudowania kolejnej kondygnacji udziwnień.

“God Told Me To” stanowi najbardziej udany przykład filozofii filmowej Larry’ego Cohena. W nakręconym na początku lat siedemdziesiątych “To żyje!” przywołał morderczego niemowlaka, a w “Substancji”, wydanej także w Polsce, mamy do czynienia ze specyficzną, dobywającą się z gruntu mazią o wyjątkowych walorach spożywczych, morderczej też w swojej zasadzie.

Larry Cohen dziś jest przede wszystkim scenarzystą – ostatnio podpisał się, między innymi, pod średnio udanym “Sadystą”. Ostatni raz stanął za kamerą jako uczestnik telewizyjnego przedsięwzięcia “Mistrzowie horroru”. Jego “Autostopowiczka”, opowieść o dwóch seryjnych mordercach (autostopowiczu i kierowcy ciężarówki) rywalizujących ze sobą, zaskakuje świeżością i bez wątpienia należy do najciekawszych odcinków serii.

GOD TOLD ME TO (AKA Demon). Reżyseria: Larry Cohen. Występują: Tony Lo Bianco, Deborah Raffin. USA 1976, IMDB rating: 6,4

całość w numerze

tydzień z głowy (32)

W oczekiwaniu na „Brutal Legend” sięgnąłem po „Tenacious D: Kostka Przeznaczenia” uzyskując rzadką możliwość pełnej identyfikacji z tematem i bohaterem. W dużym skrócie, film jest przezabawnym dowodem miłości do hard rocka i metalu, z nienachalnym podśmiewywaniem się z maniaków tej muzy, którzy – jak sam Jack Black – dobijają czterdziestki, lecz ani im w głowie odłożenie gitary, czy nawet, broń Szatanie, wystąpienie z Kiss Army. Dla widza lubującego się w innych dźwiękach film może zyskać wartość jako zapis stanu umysłu pokolenia wyrosłego w latach osiemdziesiątych, tych ludzi, którzy dwie dekady temu zakotwiczyli swoje marzenia i ukształtowali wyobraźnię. Ale „Tenacious D: Kostka Przeznaczenia” to przede wszystkim prezent dla dojrzałych-niedojrzałych, takich, co nie umieli wywalić muzyki ze swojego życia, choćby było to tylko wspominanie dźwięków młodości. A w tym torciku masa wisienek, na przykład cudowna rozmowa o diable pod sam koniec, drugie plany Tima Robbinsa i Bena Stillera, wreszcie, genialne, drobne rólki żywych legend: Ronniego Dio oraz Meat Loafa. O tutaj:

i jeszcze prawie najlepsza piosenka świata

Jakiś rok temu laliśmy z Urbaniukiem z „szkoły Wiedemanna”, tymczasem literackie środowisko weszło w fazę drżenia, oczekując na nowy nr „Twórczości” z dziennikiem rzeczonego autora. Blog kumple cytuje fragmenty, z których możemy się między innymi dowiedzieć, że jednym z przedmiotów w rzeczonej szkole jest uprawianie miłości francuskiej pomiędzy facetami, za to w miłym otoczeniu nagrobków. Plus trailer klasycznych napierdalanek środowiskowych. Jestem jak najdalszy od moralizowania, więcej, wydaje mi się, że świat w którym ktoś robi komuś laskę jest piękniejszy od świata z którego wyrugowano tę prostą czynność, zastanawiam się jednak, czemu ma służyć przywołanie takiego wydarzenia. Witkowski już złożył opowieść o homoseksualizmie, wątpię by Widemann go przebił, czyli – zapis z życia? Tylko po co o tym wspominać, przecież ludzie ze sobą współżyją, nadając różne formy tym fikołkom, chyba, że dla pisarza w Polsce sam fakt uprawiania oralu urasta do rangi niezwykłego, rzadkiego wydarzenia. A może groby przydają głębi oraz sensu? Podejrzewam jednak, że chodzi o próbę wywołania szoku wśród zachowawczych moralne czytelników, o wstrząśnięcie tym potwornym aktem lubieżności, tu jednak Paris Hilton jest lepsza, o Tomie Sizemore nie wspomniawszy, czyli, żeby być na czasie, „Twórczość” powinna dołączyć płytkę z filmowym zapisem Wiedemannowej przyjemności. O co się złoszczę? Bo jeśli środowisko twórców ma być zdemoralizowane, to przynajmniej z przytupem, chcę wieści o orgiach z gwiazdami porno albo staruszkami, o piciu płynu do chłodnicy i wciąganiu kresek z wygolonej dupy dobermana, a nie, do jasnej cholery, smutnej relacji o plenerowym ssaniu, też pewnie smutnym bo władowanym w ramy ekstrawagancji. Rozumiem również, czemu anioły nagrobne są tak potwornie ponure, skoro pisarze prokurują im widoki takie a nie inne.
Przysiadłem ostro do zbiorku, myślę, że niedługo będę mógł podać listę utworów, które doń trafią. Układ pozostaje taki, jaki był zapodawany, czyli stare kawałki plus jeden nowy, długi, mam nadzieję, mięsisty. Dziwnie się wraca do starych rzeczy. Z reguły nie zastanawiam się nad sobą, ufam mięśniom serca, niech pchają galerę mojego ciała tam gdzie im się podoba, ale czasem staję wobec siebie nad sobą zadumanego. Bardzo trudno przywołać mi stan umysłu, który zrodził takiego „Popiela Armeńczyka”, ani nawet drobiazgowość związaną powstawaniem „Zatoki tęczy”, a jednak muszę, będę musiał to uczynić. Wtedy czuję się jakbym pisał wspomnienia, albo, jeszcze lepiej, jak aktor powracający do roli w sequelu. I problem praktyczny, zmieniać, czy nie zmieniać? Bo niektóre teksty widziałbym teraz inaczej. a przecież wszystkie mają swoje historie i pieszczę się myślą, że nie tylko dla mnie. To znaczy, że ktoś polubił takie a nie inne opowiadanie w określonym kształcie. Takim mu je dałem. Mam prawo odebrać? Nie wiem.
Minął rok od wydania „Prezesa i Kreski”. Uważam, że to bardzo dobra książka, a zarazem jedyna, którą boję się otworzyć, z czym mam pewien problem, za jakiś czas powinienem przeczytać ją mojemu synowi. Mam nadzieję, że będę umiał. Więc zamiast książki, będzie o pierwowzorach. Nieustannie podróżując, wyrządzam moim kotom przykrość, z czego zdaję sobie sprawę, wszyscy sobie zdajemy, w zamian drapiąc się i mrucząc. Zastanawiam się więc nad granicami zwierzęcości, każdemu kto miał psa, kota, kto psa, kota kochał uświadomienie sobie ich natury musi zdradzać pewną trudność. Bo to tylko zwierzę, kłębek neuronów. W co nie chce się wierzyć. I na tym też polega geniusz ewolucji, koty, będące zwierzętami przetrwały za sprawą szczególnej umiejętności udawania, że są czymś więcej niż są. Uczyniły znakomicie, w efekcie wiem, że kot to kot jedynie, a zarazem myślę o Prezesie i Kresce zupełnie wbrew tej wiedzy, tak samo, jak właśnie w tej chwili, wbrew sobie samemu pomyślałem, że przecież kiedyś zabraknie Prezesa, zasypiającego na moich barkach, albo w nogach, gdy gram na konsoli, że oszalałe z łakomstwa, poranne miauczenie skretyniałej Kreski zamilknie i koty znów okażą się tylko kotami, tyle że w czasie dokonanym.

słowo na sobotę

“edyta górniak z bliska wygląda jak andrzej żuławski z daleka”

zapraszam do krakowa

na spotkanie autorskie. Jutro, czyli w piątek, 22. V. O 18.00 w Śródmiejskim Domu Kultury na Mikołajskiej. Prowadzi Marcin Baniak.

greg

Istnieje wiele sposobów na życie: można zostać nauczycielem, sportowcem, autorem tekstów w internecie albo nawet potworem. Przemiana siebie w monstrum jest zadaniem dość karkołomnym i długotrwałym ze względu na osiągi konkurencji. Michael Jackson na przykład nie nagrał od dawna żadnej piosenki, funkcjonując w popkulturze jako zboczeniec i dziwadło zawieszone gdzieś pomiędzy płciami i rasami. Jackson może mieć poczucie klęski, gdyż runął z samego szczytu prosto w błocko oskarżeń sądowych i rozpadu ciała, w czym teraz się tapla. Inni postanowili zmienić własną potworność w drogę do kariery.

Jestem pewien, że Denis Avner, słynny człowiek-kot, może żyć dostatnio z pokazywania się fotoreporterom i z występów w talk-show. Może nawet zdołał już oszczędzić na nowy organiczny ogon (ten, którego używa, jest mechaniczny). Jocelyn Wildenstein miała już mniej szczęścia; chcąc zatrzymać przy sobie męża, poddała się sekwencji operacji plastycznych mających nadać jej twarzy cechy kocie. Małżonek, ujrzawszy, co ze sobą nawyczyniała, zwiał najzwyczajniej w świecie i tylko przesłał szalonej żonie papiery rozwodowe. Seks z potworem ma w sobie sporą nutę perwersji, niestety nie dla wszystkich jest to do zniesienia. Na filmach porno z Lolą Ferrari, aktoreczką o biuście większym od siebie, widzimy facetów z biednym wzwodem, na granicy mdłości, najwyraźniej nie wiedzących, jak tu się zabrać do tego stwora. Zresztą cyc ów wpędził Lolo do grobu. Strach zapytać, jak wyglądała jej trumna, ale do dziś po sieci krążą rentgenowskie zdjęcia biustu wielkiego jak piłki lekarskie.

Gregory Valentino dobiega pięćdziesiątki, cieszy się największymi ramionami na świecie oraz statusem pajaca w kulturystycznym światku. Zdaje sobie z tego sprawę: Wiem, że budzę wstręt – mówi. Wiem, że jestem pośmiewiskiem dla kulturystyki. Zdaję sobie z tego sprawę, ale wszystko jest ze mną w porządku. W dzisiejszych czasach zawodowy paker musi przypominać monstrum, lecz pan Valentino przebił wszystkich. Jego ramię liczy teraz 25 cali w obwodzie, a i tak zmniejszyło się na skutek pobytu za kratkami. W koszulce na ramiączkach sprawia surrealistyczne wrażenie, jakby jego łapska miały zaraz pęknąć, ochlapując wodą wszystkich wokoło.

reszta na dozie kultury

metal na dziś (1)

Morbid Angel, “Immortal rites”

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

oj, jest wiele kapel death mniej-lub-bardziej metal i dziś ten gatunek jest czymś zupełnie normalnym, niczym strzelanina. Ale pamiętam jak miałem 12 lat i zwyczajnie nie wierzyłem, że można grać jak Morbidzi na jedynce, nie chodzi nawet o stężenie agresji w tym kawałku, bo łatwo można zagrać mocniej. prędzej o jakąś dziką siłę, o tę potworną, diabelska nawet artykulację wokalisty. to są granice muzyki, przynajmniej z perspektywy zwyczajnego słuchacza. sam klip, zarejestrowany na koncercie dość dobrze pokazuje czym był metal dwadzieścia lat temu, to se ne vrati, a ja rozumiem, czemu Tipper Gore, rodzice w Ameryce bali się tej muzyki.

Tydzień z głowy (31)

Strasznie lubię Dni Fantastyki, odbywające się co roku we Wrocławiu, a konkretnie w Leśnicy, osobnym miasteczku złączonym z Wrockiem administracyjnie i przy pomocy linii tramwajowej. Jest tam wszystko, co znaleźć się powinno, czyli zameczek, niedrogi browar, oraz masa, naprawdę masa atrakcji dla każdego, kto interesuje się fantastyką. Ja oczywiście jestem zbyt stary i nudny, by radować się konkursami i prelekcjami, ale z radością obserwowałem wyraźnie widoczne przeobrażenie się formuły konwentu w kierunku zachodnim. Na przykład jakość strojów poszła wyraźnie w górę i zamiast przaśnych wampirów oraz wojów widziałem stormtroopersów pięknych jak ta lala. Na marginesie tego wydarzenia, obserwując listę gości nabrałem przekonania, ze najlepiej na świecie mają aktorzy, którzy załapali się na trzy sekundy czasu ekranowego w jakimś wielkim hicie, na przykład w “Gwiezdnych wojnach”. taki trzydzieści lat temu zagrał puszkę do kawy, kolbę karabinu lub też stwora, w skutek czego do dziś ma się nieźle, obskakując konwenty na całym świecie, pisząc wspomnienia i firmując sobą najróżniejsze cudeńka, z figurkami włącznie.
Przypomniało mi się też dość szczególne, wówczas kompromitujące, a teraz budzące śmiech wydarzenie. Jakieś cztery lata temu, jeśli nie dłużej, miałem przyjemność uczestniczyć w leśnickim konwencie po raz pierwszy i dałem wyraz swej radości bawiąc się, ucztując ze świeżo zapoznanymi pisarzami. Obcowanie z wszystkimi świętymi polskiej fantastyki sprawilo, że udając się na swoją własną prelekcję, gdzieś  o 21.00 miałem ogromne trudności w zakresie utrzymania pionu. Czujny ochroniarz odmówił mi wstępu i pozostał nieczuły na wszelką, zdroworozsadkową argumentację. Na przykład: “ale proszę pana, ja jestem na plakacie.” – “Przykro mi. Tam są dzieci.”. Musiałem zawrócić. Rozumiejąc, że nie mogę, w interesie całego fandomu, dopuścić, by prelekcja poległa, obszedłem zamek i przelazłem przez mur. Do dziś nie wiem w jaki sposób dokonałem tego cudu, mur bowiem miał ze trzy metry i nie było jak się chwycić, stan umysłu w momencie przechodzenia nie pozwolił mi zarejestrować szczegółów tej czynności. Korzystając z okazji, dziękuję tajemniczejmu człowiekowi, który najprawdopodobniej posdadził mnie albo podał rękę.
Myślę też ostatnio o tym, co chciałbym pisać, w książkach, nie na blogu. I dochodzę do wniosku, ze interesują mnie tematy nieaktualne, na przykład, prawda, dobro i piękno. Chcę pisać o niemożliwości doświadczenia wszelkiej stałości, czy transcendencji, innymi słowy, o budowaniu domów bez Boga, by, mimo wszystko, były wygodne i piękne; O piekle białego światła w głowie, o chwilach gdy cały świat śledzi, szepcze i skrzeczy; O rozdrapywaniu strupów, szukaniu nadziei w swoich własnych ranach. O umieraniu i rozpadzie, lecz nie o starości, o tym raczej, jak to jest, gdy wszystko co znamy rozwiewa się w łapkach jak kupka sadzy; o sposobach i cudach sprawiających, że jednak nie można się poddać. O smugach cienia, gapieniu się w wieczność, własną skończoność, o trudnej, narkotyczniej wręcz relacji pomiędzy człowiekiem a jego marzeniem, a także o tym, kim my, Polacy, naprawdę jesteśmy, o sensie wydarzeń historycznych, społecznych, które uczyniły z nas te miękkie bryłki, które mijam, spotykam. Oczywiście, przyjaźń, miłość, zakochanie.
I byłoby zupełnie znośnie, nawet to przykre przeświadczenie, iż te grupy problemów uważa się raczej za zużyte, ewentualnie godne jedynie hollywoodzkiego filmu – to jeszcze można dźwignać. Ale tak samo, równie mocno co te trudne, może nawet bełkotliwe wątki chciałbym chwycić zimne piwko, wypite w ogródku z przyjaciółmi, zgrabne nóżki i krągły tyłeczek kołyszący się nad brukiem rynku, stare małżeństwo w tramwaju, widok z okna wysokiego domu, oddech miasta, te fajne chwile, gdy siedzę sobie wieczorem z przyjaciółmi, słuchamy starego metalu na płytach winylowych. Jedno, cenne zdanie uchwycone  w przelocie a nawet na komunikatorze, minięcie człowieka, otarcie się o niego, ostatni papieros przed snem, omyłkowy telefon, kawę u sąsiada, jazdę do innego miasta i rozmowę podczas tej jazdy – z kimś bliskim lub obcym. Takie  muśnięcia dłoni, albo nawet zawieruszenie się, kiedy wracam wieczorem do domu i zatrzymuję się, żeby popatrzeć na jakis drobiazg, na kłócącą się parę, albo pijaczków zbierających na wino, nawet, chciałbym pisać o powtarzalności drogi, tych setkach metrów tej samej trasy, którą przemierzamy codziennie idąc do pracy lub od rodziny; o moim synu w chwili gdy pokazuję mu burzę.
Nie mam pojęcia jak pogodzić te dwa światy, choć mam głębokie przekonanie, że jest to w pełni wykonalne. A całe to, powyższe ględzenie ma dość przykre źródło – miesiąc temu skończyłem nową książeczkę i teraz nie mam już wątpliwości, jak bardzo zawaliłem sprawę. Innymi słowy, “Ludzie jak motyle” zostali przeze mnie koncertowo spieprzeni, nie znajduję w tym żadnego dramatu, ani tez współwinnych, mogę mieć żal tylko do siebie. A dramatu nie ma, gdyż w zamian znajduję dużą niedogodność. Będę musiał po prostu popracować, przepisać, dopisać, skrócić, namieszać i tekst powykręcać, zgodnie ze stałą zasadą, że każda moja książka musi być nie tylko lepsza, ale i inna od poprzedniej.
Póki co niewiele piszę, prozy nic. Siedzę nad kawałkami do nadchodzącego zbiorku, coś w nich dłubię, ale tak leniwie, jakby już był lipiec. Trochę publicystyki, więcej niż trochę bieżączki, niestety, znów niewiele oglądam choć chciałbym. Wbrew zdrowemu rozsądkowi planuję wyprawę na Star Treka, choć dystrybutor nie zrefundował mi jeszcze strat psychicznych związanych z obejrzeniem ostatniej, kinowej odsłony “X-files”. Wciąż Doktor, i to udanie: wczoraj obejrzałem słynny “Blink” z trzeciego sezonu, odcinek który dostał nawet jakaś tam nagrodę, nevermind, lubię ten serial ze względu na sympatycznych bohaterów i pozytywny klimat, tym razem jednak gapiłem się w ekran z wywalonym ozorem i bijącym sercem; Niesamowity pomysł wyjściowy, doskonałe dialogi, a całość sklecona w ten sposób, że ani jeden kadr, ani jedna linia dialogu nie wydaje się zbędna, nie może też zostać zmieniona. “Blink” stanowi dowód na to, że serial kręcony z intencją rozerwania widza może wbić się w rejony zarezerwowane, powiedzmy, dla debiutów Finchera lub Carpentera, ostatni raz takie wrażenie miałem zresztą oglądając “Cigarette Burns” tego ostatniego. A, i jeszcze jedno. “Blink” można oglądać bez znajomości innych odcinków i właściwie nic nie wiedząc o świecie serialu.
Tu trailer:

I fajna scena z aniołkiem

Podjąłem również majowe zobowiązanie i zamierzam wzbogacić tego bloga o nowy, stały dział, opatrzony tytułem “Metal na dziś”.  To jednak jutro, a dziś Lily Allen, zachwycam się estetyką jej klipów, ta piosenka jest po prostu świetna i momentami mogę zapomnieć, że głupota pani Allen wyróżnia się nawet na tle innych, niezbyt rozumnych przecież gwiazdek świata zmienionego przez Britney Sperars.

Next Page »