Archiwa dla June, 2009

Zahcon. “Phantasm” w Nowej Fantastyce.

 zapraszam jutro, czyli w sobotę do Torunia, na prelekcję i spotkanie ze mną. szczegóły pod tym adresem

a w NF tym razem o “Phantasm”:

Nie należę do ludzi przesadnie hołdujących tradycji: próbuję nie obchodzić żadnych świąt, uczę się nie pić w piątek (wychodzi niedobrze), nie uczestniczę w żadnych marszach i z premedytacją unikam wszelkich rodzinnych zwyczajów. Może dlatego, że te ciekawe, jak czuwanie przy trupie, do mojego domu nie zawędrowały. Znajdzie się też kilka wstydliwych, o których nie godzi się wspomnieć. Ale jeśli mam pomyśleć o moim prywatnym zwyczaju, takiej tradycji na miarę moich możliwości, tylko jedno przychodzi mi do głowy: każdy kto odwiedza mnie na dłużej niż chwilę musi obejrzeć film “Phantasm”. A że życie – miast zdrowia, pieniędzy czy rozsądku – obdarowało mnie przyjaciółmi, widziałem to dziełko niezliczoną ilość razy.

Nie sposób też ogarnąć ogromu mojej miłości do tego skromnego filmu, nie pojmuję tego drżenia serca – jest poza mną, niczym uczucie nastolatka. Tak miłujemy koleżanki w szkole średniej i wcale nam nie przeszkadza, że są brzydkie, głupie i mają nas w czterech literach. Tak niektórzy mogą kochać wyprawy na drugi koniec świata, gotowanie, dobre wino, nawet własne dzieci. Słowem, odnajduję w sobie głęboki stan zakochania, wymykający się wszelkiemu rozsądkowi. I zawsze, kiedy kończył się miesiąc, przychodził czas pisania do “Nowej Fantastyki” o kolejnym filmie, myślałem sobie: chciałbym teraz napisać o “Phantasm”. Ale jak napisać? Jakie słowa z siebie wydobędę, skoro w tym miłosnym stanie ledwo się rozpoznaję. Spróbujcie na przykład powiedzieć ukochanemu, ukochanej jak wiele dla was znaczy. Nie ma przebacz. Leżysz i kwiczysz.

(…)

całość w numerze

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

kawał mojej mlodości umarł wraz z Jacko, ale jakos nie tęsknię

chuck na onecie

(…)

Widziany znad Wisły, Chuck Palahniuk ma postać literackiego giganta, kogoś, kto rozdaje karty przy stoliku nowoczesnej prozy, obrazoburcy na miarę Hullbecque’a i faceta równie istotnego, co Phlip Roth. Dwudziestoletni czytelnicy poszukują jego klonów, dziwując się, czemu autor “Opętanych” nie dostał nagrody Nobla, a najlepiej dwóch, literackiej i pokojowej. Tymczasem, Palahniuk wypełnia definicję pisarza kultowego, związanego silnie ze środowiskiem fanowskim i średnio popularnym poza tym kręgiem. Tułał się bardzo długo, pierwszej powieści nie wydał wcale, a film Finchera poniósł komercyjną klęskę, by odżyć dopiero wydany na płytce. Niemniej, właśnie dzięki niemu Palahniuk zyskał sławę większą niż klatka schodowa i dzisiaj jest gdzie jest.

To nowy typ pisarza, zrodzony ze zrozumienia, że książki już nie starczają i trzeba robić wokół siebie szum. Palahniuk śle swym wielbicielom dziwaczne prezenty, a ci odwdzięczają mu się, mdlejąc gromadnie na spotkaniach autorskich kiedy ich ulubieniec przeczyta coś szczególnie obrzydliwego. Ostatnio, promując nową książkę „Snuff” kazał nakręcić kilka fałszywych trailerów do filmów porno, a także machnął „wywiad” z bohaterką tejże powieści, starą gwiazdą filmów dla dorosłych, która zamierza pobić i tak wyśrubowany seksualny rekord świata (600 partnerów pod rząd). Rzecz można obejrzeć na sieci – fikcyjną pornogwiazdę gra oczywiście facet.

Póki co, zamiast tłumaczenia “Snuff” otrzymujemy polskie wydanie “Opętanych”, wypuszczone, jak zwykle, przez Niebieską Studnię.

Do Palahniuka chyba dotarło, że przez dekadę pisał w kółko jedną książkę i postanowił coś zmienić. Zamiast jednego, zagubionego i zafiksowanego bohatera mamy ich prawie dwudziestu, do tego zamkniętych na małej przestrzeni. Jest tam kucharz – seryjny morderca i inny przyjemniaczek, który nie zawahał się zabić człowieka by mieć temat na artykuł, są szantażyści, erotomani, zwyczajni wariaci, brak za to kogokolwiek, kogo chcielibyśmy widzieć u siebie na kolacji. Cała ta zwariowana banda ląduje pod kluczem w szczególnym domu pracy twórczej – mają tam siedzieć i płodzić arcydzieła. Palahniuk nie kryje, że pomysł nawiązuje wprost do wydarzeń nad jeziorem Genewskim, kiedy Shelley i Byron nurzali się w rozpuście, a Mary Shelly tworzyła “Frankenstaina”. Przebrzmiewają echa “Dekameronu” i opowieści Szeherezady, z czego autor czyni jeszcze jeden element zabawy

całość

tydzień z głowy (36)

Do kościoła chodzę jedynie na śluby i pogrzeby (nie wiadomo co bardziej przepełnia mnie smutkiem), wczoraj zaś kolega nie umarł, ale się ożenił. Stałem więc w ławie, słuchałem mszy i rozmyślałem o tym, czemu nie jestem katolikiem, czemu w ogóle średnio podpinam się pod człowieka wierzącego. Pomijam już to, że nie umiem przyjąć za prawdę istnienia jakiegoś bytu, który zdradza żywotne zainteresowanie moją osobą, więcej, bytu który zadał sobie trud by mnie przeniknąć na wylot i w pełni rozpoznać. Zwyczajnie nie potrafię, choć wiara by się przydała, choćby z tego względu, że łatwiej żyć z myślą, że opatrzność czuwa. Tymczasem odczuwam zawstydzenie. W chrześcijaństwie męczy mnie bardzo wiele rzeczy, od podwójnej moralności, przez swoiste handlowanie dobrym uczynkami w zamian za miejsce w Niebie (dobro nie wymaga nagrody i uzasadnienia), aż po autyzm, zamknięcie się na świat. Nie o tym teraz, stałem bowiem na tej mszy i czułem irytację pomieszaną z rozbawieniem, tak, zawodzący ksiądz, jego sztywne ruchy, ludzie wstający, klękający wydali mi się trochę smętni, za to bardzo zabawni. Nie polubiłem tego uczucia, w tym wewnętrznym ubawie z liturgii znalazłem coś wyjątkowo niestosownego. Wielu moich przyjaciół to ludzie wierzący, nawet bardzo i świetnie zdaję sobie sprawę, że msza, odprawiana nawet na odwal się przez głupiego księdza jest dla nich szalenie ważna, może nawet stanowi oś lub ośkę ich zycia, powtarzalny przez lata element nadający znaczenie pozostałym przejawom życia. A zarazem nic z tym nie zrobię, ten rodzaj rytuału bawi mnie niezmiernie, zwłaszcza w najpodnioślejszych momentach. Czemu mi z tym źle? Czemu czuję, że samym, nie okazanym przecież rozbawieniem robię ludziom przykrość, tym samym ludziom, którym tłumaczyłem z przykładami, przez wiele godzin, jaki to katolicyzm jest przykry  bez sensu, z którymi żarłem się do krwi jak na wojującego ateusza przystało? I jeszcze to machanie łbem na metalowych koncertach… Anyway, byłbym zupełnie dobrym katolikiem, biorąc pod uwagę deficyt ozdobnych grzeszników w Kościele, zarazem, jeśli nie moralność, to estetyka powstrzymuje mnie przed nawróceniem.
W przyszłym tygodniu dokonają się dwa ważne wydarzenia. Mój synek ma urodziny. To już dwa lata! I myślę trochę o sobie i trochę o nim. O sobie w sensie rozliczeń, co zrobiłem dobrze, a co zrobiłem źle, czy mogłem poświęcać mu więcej czasu i czy ten czas, który poświęciłem został właściwie wykorzystany. Odpowiedź na tak postawione pytania zawsze jest przecząca i dobrze, że tak się dzieje, nigdy nie chciałbym usiąść sobie i pomyśleć, Łukasz, jakim ty jesteś fajnym tatą, wolę się gryźć i widzieć w sobie niedobrego ojca, ojca z daleka, ojca, który odszedł i nie budzi się przy tym chłopcu, a gryźć się chcę dlatego, że zawsze mogę coś poprawić, coś zmienić, myślenie o sobie w tej sytuacji jest przecież myśleniem o dziecku. No i on, te proste pytania, kim będzie i w jaki sposób zdołam mu pomóc, czy będzie człowiekiem zdolnym do marzenia, do rozpoznawania swoich marzeń i podążania za nimi tak, by nikogo nie stratować? Czy ten jego zachwyt światem, totalny w swej cudowności, może zostać zachowany? Czy będzie mi ufał? Czy usłyszę kiedyś, „tato, mam dobre życie”?
Drugim ważnym wydarzeniem jest fakt, że jadę na wakcje. Już za tydzień, nad morze. Zupełnie nieprawdopodobne, na wakacjach nie byłem od lat, nie wiem, sześciu? Nie mam pojęcia co robi się n takich wakcjach, każdy mój dzień jest wypełniony od rana do nocy, nie umiem nie pracować,  a odpoczywanie jest dla mnie abstrakcją, więcej nawet, uważam, że w wieku 32 lat nie powinno się jeszcze odpoczywać. Cały tydzień bez komputera, bez pisania! Jak to możliwe! Tak po prostu, nie pracować, tylko leżeć sobie na plaży z browarkiem w łapie? Chodzić po Gdańsku? Ostatni raz byłem tam kiedy z kolegą Jarkiem pojechaliśmy do Szwecji szukać roboty, wiele lat temu, roboty oczywiście nie było. Spaliśmy w lesie, w nocy otoczyły nas dziki, zrobiliśmy wtedy pospieszne ognisko z butli gazowej, żeby je odpędzić, w dzień zaś szokowaliśmy miłych Szwedów myjąc jaja w publicznej toalecie, no a gdzie w tym Gdańsk? Okazało się, że roboty nie ma i nie będzie, postawieni przed alternatywą przeznaczenia całej kasy na pociąg do Sztokholmu i przykrym powrotem, wybraliśmy powrót. Było nam wstyd przed naszymi dziewczynami, więc dzwoniliśmy codziennie, opowiadając, jak to ciężko nam z szukaniem pracy, jak chodzimy od farmy do farmy w tej jebanej Szwecji, a potem, odłożywszy telefon, tuptaliśmy solidarnie pić piwo na plaży w Sopocie.
Obejrzane. „P2” czyli producentka fucha Ala Aja, czyli człowieka, którego sukcesu do końca nie rozumiem (tak jak nie pojmuję sukcesu Eli Rotha), „Wzgórza mają oczy” to jeden z lepszych remake’ów, już „Lustra” były okropne, zapowiadanej „Piranii” raczej się obawiam. W wypadku „P2” Aja zlecił reżyserię komuś innemu, może po to, żeby jednak nie firmować dziełka swoim nazwiskiem. Rzadko zdarza się film tak kompletnie pozbawiony sensu i zarazem tak konsekwentnie poprowadzony. Fabułę podporządkowano dwóm walorom Rachel Nichols, odtwarzającej rolę główną, a zamiast standardowych zwrotów akcji mamy, odpowiednio, prezentację ślicznej bohaterki, wsadzenie jej w wydekoltowaną sukienkę, następnie zaś, polanie wodą. W pewien sposób pojmuję tę nową filozofię kina, w myśl której cycki znoszą każdy nonsens i przydają znaczenia dowolnej bzdurze scenariuszowej.

Przypomniałem sobie jeden z filmów młodości, czyli „Wstrząsy”. Aj, jakie to fajne! Prawdziwy monster movie, do tego niezwykle starannie zrealizowany. Ciekawa sprawa, z jednej strony rzecz tkwi jeszcze w latach osiemdziesiątych (scenariusz, fryzury), z drugiej bezapelacyjnie wieszczy nowe czasy, a dialogi w pierwszej połowie żywo przypominają to, czym stara się nas teraz zachwycić Tarantino. Pewno napiszę o tym do Nowej Fantastyki, takie filmy nie mają szczęścia – ludzie pamiętają o „Piątku 13”, „Carrie” i „Cmentarzu zwierząt”, o „Wstrząsach” zaś nie wiedziałbym sam, gdybym nie zobaczył tego filmu dawno temu, w złotej erze pirackich kaset wideo.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Zaciąłem się w GTA i gram w Call of Duty: World at war i jestem zachwycony, podobno „Modern warfare” jest jeszcze lepsze, czego nie umiem sobie wyobrazić, tak jak nie umiem sobie wyobrazić wojny, ta gra sprawiła, że w wojnę uwierzyłem. Jestem dopiero na początku, tłukę się z Japończykami, nieustannie biorąc kęcki, czyl jestem tym żołnierzem który ginie. Najczęściej głupio i niepotrzebnie, chyba tak nawet ma być, przechodzenie każdego etapu po dziesięć razy, aż człowiek chce padem cisnąć, niemniej, siedzę, kule świszczą mi koło głowy, a ja boję się o swojego bohatera, o jego oddział, żeby nic im się nie stało, żeby wyszli cało z piekła, ech. Zachwyciłem się po szczeniacku, rzadko się zdarza, by dystans pomiędzy graczem a światem gry był tak mały, a środek pomiędzy realizmem i dobrą zabawą odnaleziony.

Wakacje oznaczają również, że w przyszłym tygodniu, “Tygodnia z głowy” nie będzie.

metal na dziś (6)

Kate

Metal na dziś (5)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Stare gwiazdy rocka powinny odchodzić na swoje cmentarzysko i tam konać z przegrzania, ewentualnie można by ustanowić jakiś komitet odstrzeliwujący rockmanów w wieku chrystusowym lub wyższym. Jedyny wyjątek warto uczynić dla Lemmy’ego który ma miliard lat lub więcej, grał jeszcze z Hendrixem, uczył Sida podstaw basu (nie wyszło) i tłucze się do dziś. cos jest w tym facecie, w przepitym głosie, w tym pysku paskudnym, w pozornej prostocie muzyki Motorhead, a ja jak zwykle nie mam pojęcia co, zostaję bezradny wobecj jego urżniętej wielkości i mam nadzieję, że pociągnie jeszcze długie lata aż w końcu szlag go trafi na scenie.

Tu jeszcze taki fajny blues, aj, jakie to proste, ładne, źródłowe.

lubię być fantastą

wspominam o tym z opóźnieniem, ale przecież warto. Wydawnictwo Dolnośląskie upubliczniło wywiady z pisarzami, w tym ze mną. Rozmawiała Agnieszka Kawula-Kubiak. Przejrzałem sobie, co tam plotę i znów potwierdziła się prosta zasada, że wywiad od przeprowadzenia do druku winno dzielić jak najmniej czasu. Niczego nie odszczekuję, Agnieszka zrobiła kawał fajnej roboty, książkę warto mieć, tylko ja nie rozpoznaje siebie w swoich własnych słowach. ani trochę.

tydzień z głowy (35)

Nie idę na Madonnę (w tym roku ma być jeszcze Britney, Brutal Assault, oraz Rammstein, trzeba wybierać) choć może chciałbym, w zamian jednak otrzymuję inne przedstawienie, czyli próbę bojkotu przeciwko temu wydarzeniu. Nie temu, że nie idę, lecz przeciw samemu koncertowi. Sercem, po części jestem z protestującymi katolikami, gdyż stare pudło w obcisłych ciuchach to raczej przykry widok i mógłby nam zostać oszczędzony. Ale jeśli ktoś płaci, jego rzecz. Awantura prowadzi do przykrego wniosku, że my, Polacy niczego się nie nauczymy, będziemy bojkotować uparcie różne, niemiłe nam wydarzenia – a to Madonnę, a to budowę jakiejś autostrady, choć przecież obiekt bojkotu bezpośrednio nie dotyka bojkotujących, nikt przecież Madonny słuchać nie musi, solidaryzować się z robalami w Rospudzie lub na Zakrzówku też nie. Czasem odnoszę wrażenie, że grupa pożytecznych osłów działa z podpuszczenia strony przeciwnej, żeby dane zjawisko wypromować. No, ale Madonna akurat promocji nie potrzebuje. Przypominam sobie protesty z okazji powrotu „Machiny” na rynek prasy (mój artykuł o porno-remake’ach już w lipcu!), kiedy to na okładce pisma pojawiła się Madonna właśnie. W odróżnieniu od afery z sierpniowym koncertem, bojkot zogniskował całkiem spore siły, akcja miała rozmach i pozory sensu w ramach koordynacji działań, tyle że cała inicjatywa wygasła w momencie, gdy pani Najfeld na stałe zaczęła pojawiać się w telewizji. W tym i innych przypadkach nie chodzi o obronę jakichkolwiek wartości, lecz o szczególny rodzaj symbiozy – w mediach ujawnia się pewne zjawisko dość duże, by na nim sobie pożerować. Mamy do czynienia z relacją człowieka i tasiemca, huby i drzewa, kiedy to drobiazg przywiera do olbrzyma, będąc z natury swej wrogim temu wielkoludowi i czyniąc swoje trwanie zależnym od trwania cudzego. Nie zabije go oczywiście, ciut krwi utoczy, by poderwać się ku samodzielnemu życiu lub przeskakiwać między kolejnymi nosicielami.
Niemniej, dochodzę do smutnego wniosku, że w Polsce wszystko wszystkim przeszkadza i sam nie jestem od tego wolny. Stojąc w kolejce do kasy w lokalnym Lewiatanie chciałbym bardzo, by ślamazarna, tępa i szkaradna kasjerka nawciągała się amfy aż po niskie czoło, wpadła w amok i obsłużyła mnie szybciej niż zdołam wyciągnąć kartę kredytową; ta sama kasjerka jednak obraca ku mnie nienawistne oko, pragnie przecież bym zniknął razem z tym pieprzonym koszykiem, odjął jej pracy i ofiarował spokój, schodząc samemu w nieistnienie. Niepalący nienawidzą rzekomego smrodu szlugów, w imię bezsensu zdrowego istnienia, a palacze, ja także, złorzeczą tym dziwnym istotom, winiąc ich za wzrost podatku akcyzowego i rugowanie kopcących z przestrzeni publicznej. Starym przeszkadzają młodzi, czyli zezwierzęcone chamstwo, młody odwraca się od starego, widząc w nim przyczynę wysokiej składki ubezpieczeniowej i sukinsyna, któremu trzeba ustąpić miejsca w tramwaju; Katolik przeklina metalowców, a ci nagrywają płyty o tej nienawiści, wściekając się zarazem, gdy ktoś poda ich do sądu za sranie na Biblię, lekarzowi przeszkadza pacjent żywy lub zmarły, dla żywego pacjenta doktor jest krwiopijcą, świeży ojciec pomstuje na gówniarzy imprezujących obok do rana, a ci skręciliby małemu gnojkowi miękki kark, bo drze się o żarcie nie bacząc na skacowanych blixnich. Skurwysyny bez uczuć rządzą motłochem bez mózgów i tak pozostanie w świadomości stron, choćby anieli Pańscy zasiedli w Sejmie, a naród stał się mądry jak Bartoszewski i piękny niby Olejniczak. Zastanawiam się, gdzie temu koniec, bo rzecz można rozciągnąć międzynarodowo, my przeszkadzamy Niemcom a Niemcy nam i komuś tam jeszcze, czyli – czy są figury, żyjące w poczuciu tego, że nikt im nie przeszkadza. Nawet Batman miał swego Jokera. A może postać, od której zacząłem? Madonna. Co może przeszkadzać Madonnie, czyli osobie, która ma wszystko i właściwie wycisnęła pełnię soków ze świata? Tęskni za dobrym, spokojnym życiem na zadupiu? Bez jaj. Zezłości się na panią Najfeld czy kogoś takiego? A skąd! Być może należałoby wskazać na jej otoczenie, w naturalny sposób zaludnione dwunożnymi hubami, oraz wredne bachory, adoptowane przez gwiazdę ze względów marketingowych. Madonna nie zgadzałaby się więc na fikcję wokół siebie, co wydaje się nieporozumieniem, bo sama jest nie tylko starsza niż gwiazdy, ale też sztuczna niby terminator z cyckami. I chyba jeśli coś naprawdę Madonnie przeszkadza to sama Madonna, a konkretnie niesamowite ograniczenia, które musi pokonywać, by pozostać w ekstraklasie, przecież tą panią, poza genialną intuicją do sztuki natura nie obdarzyła właściwie niczym, jest głupia jak cegła, paskudna nawet w dawnych latach, a jak zaśpiewa bez efektów to płoszą się dromadery, więc, największym wysiłkiem jest właśnie przełamanie tym czym jest naprawdę, tworzenie fikcji silniejszej niż prawda, z popiskującej dziewczyny do królowej popu, z czupiradła ku seksualnej ikonie i from „Holiday” to „Sorry”, Madonnie Madonna przeszkadza, będąc czymś koniecznym, a zarazem organicznie funkcjonującym wbrew samej i co skończyć musi się jak zwykle, patrzę na ostatnie zdjęcia, na te potworne ramiona i zniszczoną mordę, rozumiem coraz lepiej, że Królowa skończy tak jak i Król musiał. Czysto fizycznie, nie marketingowo, ale prędzej czy później, Madonna zmieni się w monstrum na wzór Michaela Jacksona.
Obejrzane. Nowy „Terminator” właśnie, a propos Madonny i to w kinie, czyli powinno być wydarzeniem, a nie jest, wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z bezładnym poskładaniem efektownych sekwencji filmowych, nie dość rewolucyjnych jak w pierwszych dwóch częściach i zupełnie nie zabawnych, żeby przywołać trójkę. Cykl staje się całkowicie wsobny, zbudowany na odniesieniach do przeszłości i bez świadomości tychże nie sposób wywołać w widzu jakiekolwiek emocje. W gruncie rzeczy mamy do czynienia ze sprawnie zrobioną, bezduszną księgą cytatów (Michael Bay słynie właśnie z braku duszy), do tego, po kadrze pęta się Christian Bale, rzekome objawienie ekranu, wykorzystując pełny wachlarz dostępnych sobie środków aktorskich (zaciskanie szczęki) i plecący androny drogą radiową. Ciekawe jak temu facetowi ogląda się własne filmy skoro zawodowo przyjmuje funkcję zbędnego tła, pal sześć „Mrocznego rycerza” gdzie był zdecydowanie najsłabszym ogniwem, ale chyba cała jego kariera polega na tym, że marnieje w cieniu lepszych: Russela Crowe’a albo Hugh Jackmana, teraz ograł go niejaki Sam Worthington i to wcale nie dlatego, że jest wielkim aktorem. Pamiętam jak lata temu nabijałem się w „Nowej Fantastyce” z filmów złożonych wyłącznie ze środka, „Terminator” zaś przewodzi grupie, w której wszystkie role są drugoplanowe.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Za to przypomniałem sobie „Oszukać przeznaczenie” z okazji tego, że nadciąga część czwarta. Aż się zdziwiłem, jaki to świetny film! Nie przepadam za hollywoodzkim horrorem, zwłaszcza jeśli akcja rozgrywa się w środowisku szkolnym, tu jednak się udało, mimo, że pozornie mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem, ot, grupa nastolatków ginie jedno po drugim, a o wartości filmu świadczy właśnie atrakcyjność uśmiercania. Wystarczy jednak trochę uwierzyć w tę formułę, dodać inteligentny scenariusz i otrzymujemy całkiem porządne kino, zwłaszcza, że śmierć, w odróżnieniu od Freddych i pana z „Piły” naprawdę nie może umrzeć.

O, a tutaj trailer czwartej odsłony. Zwraca uwagę nawiązanie do „Flaków” Palahniuka, w migawce z basenem.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

drugi wywiad dla Horror Online

Horror Online: Witaj, Łukaszu. To prawdziwy zaszczyt móc rozmawiać z królem polskiej grozy. Pewnie pytano Cię już o to niezliczoną ilość razy, ale muszę to zrobić raz jeszcze. Skąd pomysł na „Święty Wrocław”?

- Bez przesady z tym królem, może prędzej książę? Księciunio. To mi odpowiada. Czasem jest tak, że korona leży na ulicy i wystarczy się po nią schylić, chyba tak właśnie mi się przydarzyło. Zapytaj Jarka Grzędowicza, skąd bierze pomysły, usłyszysz zabawną odpowiedź, ja takiej udzielić ci nie umiem. Bo z pytaniami o pomysły, ich źródło, sposób ujawniania się w głowie pełnej struktury na książkę, kłopot jest taki, że prawda wypada dość banalnie. Co mam powiedzieć? Powstawała pewna antologia opowiadań fantastycznych poświęconych Wrocławiowi, skłoniono mnie, bym tam coś napisał i tak, na zasadzie impulsu, pojawiło się to czarne osiedle, zarys fabuły, zakończenie, i zaraz, w trakcie pisania wyszło, że to żadne opowiadanie nie będzie, tylko powieść. I tak to było, nie doszło do żadnego cudownego wydarzenia, Bóg mi w twarz nie chuchnął. Podobnie było z postaciami, poszczególnymi wątkami, one rodziły się podczas pisania, ja w ogóle podczas pisania myślę.

HO: Ile czasu zajęło Ci napisanie „Świętego Wrocławia” i jaki etap był najtrudniejszy?

- W sumie ze trzy lata. Pracuję dość wolno, a raczej niejednorodnie. Podczas pracy nad „Wrockiem” powstały chyba dwa tomy „Psa i klechy”, kilka opowiadań, wyszły bajki o kotach. I tak, co miesiąc, dwa przysiadałem do trzydziestostronicowego rozdziału, wyjątkiem był finał, pisany ciurkiem, jakieś siedemdziesiąt stron i to rzeczywiście była droga przez mękę. Ta książka wysuszyła mnie na wiór. A najtrudniej było pod koniec, podczas tysięcznej poprawki, jeśli piszesz coś tak długo, jesteś tym w końcu znużony. Jak każdą robotą. Do tego, tak długi czas pracy, bez konspektu rodzi wiele powtórzeń, błędów w umieszczaniu miejsc, wydarzeń, na mapie, właściwej chronologii i tym podobnych. Wyłapywanie tych niuansów, czyszczenie książki z brudu to była mordęga, w którymś momencie miałem dosyć, zwłaszcza, że przerabialiśmy, na ostatnią chwilę, całą geografię miasta.

HO: Jesteś zadowolony ze swojej świeżo wydanej powieści (chodzi oczywiście o „Święty Wrocław”)?

- Tak. W przeciwnym wypadku, nie dopuściłbym jej do druku.

całość

wampiry i studyta

właśnie dostałem parę maili z prośbą o przybliżenie tematów, tez warszawskiej pogadanki wampirzej i zaraz potem okazało się, że Studyta Arseniusz zdjął ze mnie ten ciężar, całe moje ględzenie streścił, do tego lepiej, niż gdybym ja miał ciąć samego siebie. Pisze:

(…)

W prelekcji Orbitowskiego nie znalazłem może odpowiedzi jak doszło do tej redukcji, ale jego występ był na tyle interesujący, że warto streścić kilka jego wątków na blogu:

1/ Orbitowski przedstawił ewolucję wampirycznego bohatera od posępnego siedmiogrodzkiego potwora z powieści Stokera do jego podrasowanej w latach siedemdziesiątych, amerykańskiej wersji z powieści „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. O ile Drakula Stokera mógł żyć w Londynie wraz ze swoimi strzygami niezauważony a jego działalność, ograniczona do wąskiego kręgu osób, nie wpływała właściwie na życie miasta, o tyle pan Barlow z książki Kinga to prawdziwy amerykański rzeźnik, działający na masową skalę i niszczący w krótkim czasie spokojne życie miasta Salem. Jako że u Kinga każdy ukąszony skazany jest na zostanie wampirem, tworzy on podwaliny pod późniejsza innowację, jaką jest wampirza społeczność. W „Miasteczku Salem” jednak jeszcze jej nie ma – ofiary Barlowa są bowiem ściśle od niego zależne, to wampiry drugiej kategorii, służące swemu panu.

dalszy ciąg na jego blogu

Metal na dziś (4)

rzadko jest tak, by nazwa zespołu oddawała nastrój muzyki, jej charakter. w wypadku Kataklysm też tak się podziało, mianowicie, rzeczony kataklizm kojarzy mi się z chaotyczną rozpierduchą, tymczasem, ta kanadyjska kapela to niemal matematyka czadu, rzadko trafia się  równie precyzyjny zespół. Pewno przeminą, nie wpiszą się nawet w gatunkową historię, brak im szczególnej oryginalności, czy nawet szaleństwa wyróżniającego nagrania innych. Co z tego? metal nie ma być sztuką najwyższych lotów, ma urywać głowę, a moja toczy się juz, hen, po mieście, mam nadzieję, ku jakiemuś miłemu miejscu. Ewidentnie, poniedziałkowy kawałek.

Next Page »