Archiwa dla July, 2009

o zombie w Nowej Fantastyce

Norweski „Dead snow” nakręcono przy minimalnych kosztach i właściwie mamy do czynienia z dziełkiem półamatorskim, co tylko dodaje uroku. Grupa młodych ludzi wybiera się na weekend do chatki w mroźnych górach… znacie? To posłuchajcie! Pierwsze pół godziny daje dokładnie to, czego oczekujemy, czyli prezentacje postaci w sekwencji świńskich żartów, piwko przy kominku, miejscową legendę oraz seks ubikacyjny, dość heroiczny ze względu na spadek temperatury (spółkowanie dokonuje się w wygódce na zewnątrz). Każdy dialog i wydarzenie służy jedynie temu, by jak najszybciej, po kosztach, przejść do jatki.Tak się nieszczęśliwie poukładało, że za Hitlera, gdzieś w okolicy stacjonował sobie oddział krwawych esesmanów. Miejscowi dali im wycisk, przegnali, zarżnęli. Co z tego, skoro prawa horroru są nieubłagane i nasi Niemcy wracają zza grobu, gnijąc sobie i jedząc, kogo popadnie. A że nasi Norwedzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, cieszymy oczy efektowną masakrą, pełną rozpędzonych zombie w mundurach, mamy dyndanie na flakach, fruwające członki, a nawet prawdziwy karabin maszynowy, pojawiający się zresztą – jak wszystko w tym filmie – kompletnie bez sensu. Reżyser uważa fabułę za zbędną, świadomie buduje sprzeczności, w zamian dając wszystko to, co w filmie o zombie pojawić się musi. Rozumie, że widz, tak jak bohaterowie, zna wszelkie możliwe zagrania i da się go zaskoczyć jedynie nowym rozłożeniem starych elementów.

Inaczej w „Świątecznej opowieści” Paco Plazy, filmie pozornie pozbawionym wątków fantastycznych. Piątka dzieciaków tuż przed Bożym Narodzeniem znajduje sobie dół, a w dole Rebekę, przestępczynię przebraną zresztą za Świętego Mikołaja. Dziewczyna miała pecha, ledwo co obrabowała bank a tu zdarzyła się dziura i nie można wyjść. Młodzi, zamiast zadzwonić po policję lub pomóc Rebece, decydują się ją przetrzymać, by zmiękła i wyznała, co zrobiła z forsą. Dziewczyna w końcu przekazuje pieniądze, by zaraz potem udać martwą, zniknąć, wrócić. Z siekierą i po zemstę.

dalszy ciąg tu

a tu film w filmie, czyli “Zombie invasion” ze “świątecznej opowieści”

metal na dziś (10)

są dwa powody, by wkleić ten kawałek i jeden żeby nie. w sierpniowej Machinie będzie mój kawałek o Vikernesie z okazji tego, że wyszedł, a wczoraj, po nocy, siedziałem z ST i opowiadałem mu, jaki ten Burzum to zły był.  Nie mam żadnych wątpliwości odnośnie tego, że Vikernes jest cepem i powinien dostać czapę, zarazem, nie mogę uwolnić się od wspomnień. Kto nie dorastal, metalowcem będąc, na początku lat dziewięćdziesiątych ten nie zrozumie tego opętania północnym mrokiem, doświadczania zła skrojonego na potrzebę nastoletniości, zła, wykreowanego przecież przez bogatych osiemastolatków, którzy palili kościoły i załamywali się podczas pierwszej nocy w komfortowej celi, tych gówniarzy, co najpierw zabijali, a potem dzwonili z płaczem do mamy i tak, to właśnie jest ciemność. natomiast, czemu nie powinienem wrzucać tego kawałka, nie pod tym szyldem? Muzyka Burzum, zagrana z wykorzystaniem metalowego brzmienia i instrumentarium, ze swego charakteru, struktury i klimatu nie ma z metalem nic wspólnego, to techno, proste, niemieckie wystukiwanie rytmu na ludzkich czaszkach, dyskotekowa plwocina, germański spust, ten numer może najmniej jeszcze ze wszystkich skleconych przez tego pana, ale jednak, rock obraca się przeciw samemu sobie.

tydzień z głowy (41)

Nie jadę na Brutal Assault. Rok się cieszyłem, dokładnie od poprzedniej imprezy i trzeba wreszcie to sobie powiedzieć – nie jadę. A to dlatego, że jestem idiotą i uznałem, że skoro rok temu trafiłem miejscówkę bez żadnego trudu, to teraz będzie podobnie, tymczasem wała, każdy kawałek podłogi wykupiony był już w lutym, więc mogę sobie co najwyżej łbem pomachać w domu, słuchając muzyki z laptopa. Zastanawiałem się, czy w takim razie, nie pojechać na jakiś inny festiwal, no ale też się nie da. Wacken jest za daleko, poza tym może zdziecinniałem trochę od grania na konsoli i oglądania horrorów, jednak nie tak doszczętnie, by pakować się między kindermetali i niemieckie błoto. Zostaje więc Polska, tu jednak chwyciłem się za głowę, uświadamiając sobie, co wyrabia się zawsze, gdy Polak bierze się za organizowanie koncertów metalowych, ten rodzaj zadania wydaje się ponad jego siły, tak jak mrówka nie przetarga przez pustynię wielbłąda, po prostu nie da się i cześć, mimo kapitalnego wsparcia promocyjnego ze strony pana Nowaka i katolickich protestów. Już w latach osiemdziesiątych Dziuba zapowiadał w Czechach koncerty Kata, w zamian stawiał się zespół Turbo, gotów zagrać za gażę dwukrotnie mniejszą (mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem, może więc nie koniecznie Turbo i niekoniecznie za połowę, ale Dziuba i Kat na pewno) i teraz mogę co najwyżej potęsknić za szczenięcym wiekiem, kiedy wiara darła się „Dziuba chuj” przed każdym koncertem organizowanym przez tego pana. Jedziemy dalej. Pamiętam sławetny Mystic Festiwal w Chorzowie, gdzie żar lał się z nieba, a organizator sprzedawał wodę po 20 pln za butelkę, aż ochroniarze się wściekli i chlustali ze szlauchów na każdego, kto sobie tego zażyczył. Jakąś dekadę temu pewien pan z Lublina postanowił zaprosić do Polski Kinga Diamonda, sprzedał kilka tysięcy biletów i najzwyczajniej w świecie uszedł, unosząc przychód ze sobą. Diamond zachował się ładnie, bo wylazł do fanów, powiedział o sytuacji, a potem zagrał za darmo i tylko potem wspominał, że już kiedyś ktoś próbował go tak orżnąć, nie był jednak dość, po polsku, szybki i załapał się na łomot od samego gwiazdora. Jeszcze niedawno, inny orzeł z naszego kraju zapraszał ludzi na Unholy Fest w Ostrawie, gdzie skład miał być niemal taki jak na Ozzfeście, zapowiadano też liczne atrakcje  w rodzaju występu Cradle of Filth w jakiejś stodole, najpierw, różne bandy dziwowały się na swych stronach i myspace’ach, że mają w jakiejś Ostrawie wystąpić, wreszcie, organizator zrobił koszulki festiwalowe i zaraz obwieścił, że żadnej imprezy nie będzie. Wszystkich jednak przebił zespół Hunter organizujący festiwal swojego imienia na północy Polski: zapowiedziano Motorhead, Epicę, Machin Head i moje ukochane Arch Enemy, kapele wykruszały się jedna za drugą, aż na końcu ze składu wyłamał się… sam Hunter, gospodarz imprezy, zasłaniając się konfliktem z menedżerem. Cóż, Diamond zachował się ciut taktowniej, co jeszcze nie ma specjalnego znaczenia, ważne, że jest tylko jeden kraj na świecie tym i wszelkich alternatywnych światach, w którym takie rzeczy się dzieją.
Skoro już o metalu, to i o Nergalu będzie, skoro nowa płyta w drodze, a tabloidy grzmią o wartościach Dodanych w życiu pomorskiego muzyka. Dopuszczam możliwość, że para ta spontanicznie i szczerze cieszy się swoim towarzystwem, lecz ze względów marketingowych znajomość ta jest strzałem w dziesiątkę. Królowa sypia z antychrystem i jestem pewien, że z łóżka, prędzej czy później wskoczą do studia nagraniowego. Pasują do siebie, oboje przecież są inteligentnymi, pracowitymi ludźmi, którzy świetnie znają biznes i wiedzą czego chcą, są też największymi rodzimymi gwiazdami, odpowiednio na Polskę i świat. Doda potrzebuje kariery na zachodzie, co idzie jej średnio, zaś Nergal ma publiczność w każdym kraju, gdzie mają internet. A co on będzie miał z tego? Ludzie kochani, ile można napierdalać ekstremalny metal, wywrzaskiwać androny o Crowley’u, nosić, kurwa, zbroje i maski, fotografować się z wypchanym orłem i robić groźne miny, tak zwyczajnie się nie da, najlepsi nawet, jak Slayer, dostają zadyszki, że o tych wszystkich nieszczęsnych reaktywacjach starych kapel nie wspomnę, nawet ten durny Diamond śpiewa razem z żoną, więc czy nie byłoby mądrze, dobrze i sympatycznie powycinać ciężkiego rocka z cycatą wokalistką? Nergal kuma taką muzykę, o czym świadczą stare nagrania w stylu Danzig, czy wykonywany na koncertach cover Turbonegro, a publiczność tylko czeka, złakniona kolejnych Nightwishy i Everescence (jak oni się tam zwą). Kompletną brednią jest też gadanina, że polski metal nie przełknie takiego duetu, lata tresury ze strony Dziuby i niezapomnianego Kmioła („jechałem szybciej bo mam szybszy samochód”) sprawiły, że metal rzeczony będzie radośnie wsuwał ciepłe gówno, mlaszcząc z zachwytem, że kawior podali, mało tego, jeśli błyśnie kawałek cycka, zwariuje ze szczętem i kupi wszystko co rzucą na ladę w Media Markcie. Doda, powiedzmy to na koniec, stanowi spełnienie mokrych snów każdego metalowca, który, najczęściej babę ogląda gdy babcia wypuści go z komórki i pośle po schab, wystarczy nawet popatrzeć sobie na śpiewające metalówki by pojąć, że z Dodą łączy je wszystko ze stylem na czele, tylko niestety, najczęściej są brzydsze.


Rozpisałem się straszliwie, rozumiejąc jednak, że człowiek woli poczytać sobie co tam u Dody i Nergala, niż co u Orbitowskiego. U Orbitowskiego dobrze. Powoli kończę drugie z trzech zapowiadanych opowiadań (Lovecraftowski pastisz), piszę dużo publicystyki, dłubię sobie wesoło w produktach filmowych, chodzę na siłownię, jeżdżę z małym na działkę, a w wolnych chwilach gram w Call of Duty: World at war i głaszczę koty, słowem, wyjątkowo, od bardzo dawna, wszystko jest dokładnie na swoim miejscu.
Obejrzane. „Dust Devil” jest filmem tak dziwnym, że nie wiem co o nim myśleć i muszę poczekać do drugiego seansu, żeby wyrobić sobie zdanie, być może mamy do czynienia z bełkotem w stylu „Zagubionej autostrady” a może z czymś autentycznie wielkim. Nie rozumiem do końca tej dziwnej historii ducha zaklętego w człowieku, który morduje, ale tylko tych, którzy pragną umrzeć, nie zlepiłem pobocznych wątków w sensy, wreszcie wcale się nie bałem, choć film podobno jest horrorem, za to uklękłem i rozpłynąłem się w realizacyjnych znakomitościach, precyzyjnych kadrach jak u de Palmy, dałem się uwieść morderczej urodzie Afryki.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

metal na dziś (9)

Harry i czary na onet.pl

Kiedyś świat był prostszy.

Zapytajcie prababci, albo wybierzcie się na głęboką wiochę. U mnie, pod Krakowem, wciąż wierzy się, że Lucyfer spadł na Ziemię w postaci deszczu, a z każdej kropli wyrósł zły człowiek, co nam, Polakom, nie wróży szczególne dobrze – w końcu leje u nas jak z cebra przynajmniej przez połowę roku. W tych samych wsiach spotkacie baby (proszę się nie złościć, baba jest ludową nazwą czarownicy) czyniące uroki, lub spędzającą płody. Dzisiaj, na siłowni, pewien muskularny mężczyzna z ogniem w oczach opowiadał mi o klątwie, popularnej w jego stronach. Rzuca się ją na kobietę, lecz nieszczęście spotyka jej kochanka. Bezpośrednio po stosunku, członek pozostaje w erekcji, która nie chce ustąpić pod żadnym pozorem, co powoduje, na początku radość, choć nie powinno – każdy, kto obejrzał serial “True Blood” wie co mam na myśli. Męskość w wzwodzie dłuższym niż kilka godzin kończy się śmiercią delikwenta, lub amputacją narządu. Tylko nie wiadomo, co gorsze, powiedział mi ten facet i wrócił do machania sztangą.

Magia kiedyś otaczała nas zewsząd. Teraz wygoniono ją z miast, na prowincji zdycha sobie pomału (kolega z siłowni może wierzyć sobie w klątwy, ale sam raczej nie będzie ich rzucał), tęsknota za nią pozostaje. Stąd najpierw sukces konwencji fantasy, gdzie czarodziejskie przedmioty i sami magowie odgrywają kluczową rolę, potem, międzynarodowe powodzenie Harry’ego Pottera, obecnie ambasadora magii na ten świat. Harry uzdrowił, uprawomocnił czarostwo, wcześniej kojarzone z czymś paskudnym, w końcu całe chrześcijaństwo potępiło nawet tak niewinne formy praktyk magicznych jak wróżenie z fusów, co odżyło zaskakująco mocno w literaturze i filmie grozy. Drugą zasługą małego czarodzieja jest bez wątpienia wprowadzenie szacunku dla okularników – zetknąłem się nawet z zaskakującą opinią, że cała afera z sukcesem książki powstała za podszeptem firm produkujących oprawki.

dalej

tydzień z głowy (40)

Nie rozumiem ludzi, którzy narzekają na upały, nawet jeśli zasłaniają się zdrowiem. Przystałbym też na ciut bardziej chorujące społeczeństwo pod warunkiem, że średnia temperatura wzrosłaby u nas o pięć procent, w kontekście czego żałuję, że z globalnego ocieplenia wyszedł humbug (płacić na walkę z nim będziemy jednak dalej). Ze świata drobnych przyjemności ta jedna jest mi najprzyjemniejsza: oto wychodzę sobie z domu wedle trzeciej po południu, na żar taki, że kot chce pić topiący się asfalt, koszulka na ramiączkach lepi mi się do ciała, a ja zmierzam ku jednemu z miejsc, które tak lubię: jeśli będzie to Kraków, padnie na Tajemniczy Ogród, w Warszawie wybiorę stolik na zewnątrz Planu B przy Placu Zbawiciela, z kolei we Wrocławiu niechybnie wybór mój padnie na Więzienną; tam, umordowany wyżłopię jedno piwo niemal duszkiem, za to dwa następne już wysączę, patrząc na młode, dziwne dziewczyny, czytając sobie książkę, lub, na przykład, pisząc Tydzień z Głowy. Szkoda, ze nie może trwać to dłużej, już w sierpniu pogoda zacznie się załamywać, może jeszcze coś wyrwę, ale zaraz potem nastanie wrzesień, październik, a potem przykry, deszczowo śnieżny, lodowaty nawet czas wyczekiwania upalnej kochanki. Z wielu przyczyn żałuję, że nie jest u nas cieplej na stałe, pewien popularny pisarz klarował mi kiedyś, że nastrój nas, Polaków, w dużej mierze zależy właśnie od klimatu. Właściwie to się z tym zgodzę, jest u nas zimno i mokro przez dwie trzecie roku, parę ciepłych miesięcy jedynie nas rozdrażnia, jakby grzesznika wysłać na wycieczkę do raju, a potem, jeszcze boleśniej zakuć w dyby u Lucyfera. Czy to dziwne, że, urodzeni pod deszczową chmurą jesteśmy krnąbrni i skłonni do bitki, do tego tak rozdrażnieni, ze najlepiej wychodzą nam rozłamy w partiach kanapowych? Wyobrażam sobie teraz cudowne kosmiczne wydarzenie polegające na przekręceniu naszego globu o parę stopni, by zrobił się u nas, nad Wisłą zrobił się klimat jak na południu Włoch lub w Czarnogórze, o której tak pięknie opowiadał mi Jarek Urbaniuk, mógłbym wówczas grzać się nieustannie, nawet w nocy i nie mówcie mi, że niedbałym rady – w rzeczonych Włoszech uzyskiwałem szczególną żwawość kiedy inni padali na sjestę. No dobrze, mówi mi teraz aniołek na moim ramieniu, czemu jednak oczekujesz kataklizmu, tego przekręcenia się Ziemi, nieszczęść dla Norwegów, Holendrów, Nowego Orleanu, czemu chcesz wywoływać powodzie i huragany, skoro, nie pracując nigdzie, możesz w każdej chwili zabrać dupę w troki, przenieść się do Portugalii czy gdzie tam sobie życzysz. Aniołku, odpowiem, zbłądziłeś strasznie, jestem przecież Polakiem, wychowanym na ziemi mokrej od deszczu, wiatr jest mi płaszczem, żaba trampkiem, a butelka kocem, moja polskość każe mi siedzieć na czterech literach i wrzeszczeć na Boga, by przekręcił Ziemię specjalnie dla mnie.
Inna sprawa, że pogoda dobrze wpływa na poczucie wspólnoty, często w zaskakujących sytuacjach. Mam kolegę który upałów wprost nienawidzi (rzecz powszechna), witając z radością ulewy, gradobicia, mróz (co już trudno pojąć). Zapytany, odrzekł mi, że kieruje się czystą nienawiścią: nienawidzi ludzi, ci nienawidzą deszczu i kiedy pada, są nieszczęśliwi, mój kolega więc – jak mi klarował – cieszy się gdy pada bo inni wówczas cierpią. Uważam, że mnie okłamał i prawda jest inna, owszem, nienawidzi ludzi, tęskni jednak ku nim i tylko gdy leje może odnaleźć się we wspólnocie, tak samo mokry, wściekły, nienawistny.
Pojechałem na działkę z Julkiem, dwa fajnie, spokojnie spędzone dni. Cieszyłem się, bo ostatnio widuję go trochę rzadziej i brakowało mi go w dziwny dość sposób – dowiadywałem się, że brakuje w momencie, gdy widziałem jego roześmianą buzię. Myślałem wówczas: och, jak smutno mi bez niej. Oddawaliśmy się dość prostym czynnościom, w rodzaju jeżdżenia taczkami, rzucania piłką, czy przekonywania małego, że dym z ogniska to jeszcze nie powód, żeby uciekać. Dziwne, w ogóle kontakt z dzieckiem to dziwna sprawa, przynajmniej w moim wypadku. Zawsze poszukiwałem wydarzeń granicznych, kierując się przy tym, czysto intuicyjnie, tym rozumieniem graniczności, który zna muzyka metalowa: im głośniej, ciężej i szybciej, tym jesteśmy bardziej ekstremalni. A tu inaczej, chwila, w której mały odrzuca mi piłkę z tarasu, czeka, bym mu ją oddał i pędzi za tym powietrznym bąblem, większym zresztą od niego jest zupełnie nowym doświadczeniem graniczności, na które jeszcze nie znalazłem słów, dość powiedzieć, że wyciska ze świata wszystko co zbędne.
Obejrzane. Żyjemy w dziwnym świecie, gdzie filmy dla dzieci kręci się dla dorosłych i na odwrót. Taka „Koralina” na przykład, udana adaptacja najlepszej powieści Neila Gaimana, zrealizowana zresztą w oryginalnej, jak na nasze czasy, animacji poklatkowej, dzięki czemu odpoczywamy od kolorowej perfekcji największych studiów filmowych. Dobrze, że ten film się pokazał, bo nikt już nie musi czytać tego cholernego Gaimana by zapoznać się z dobrze rozpisanym katalogiem dziecięcych marzeń i leków. Wartość dodaną stanowi kot mówiący głosem Iana McShane’a. Warto. A ja czekam na ekranizację „Złodzieja wszystkich czasów” Barkera, książki tematycznie, estetycznie zbieżnej z „Koraliną”, niemniej pozbawionej Gaimanowskiego kuglarstwa.

„Epoka lodowcowa III”. Część druga jest moją ulubioną animacją, wybrałem się więc do kina (swoją drogą, 33 pln za bilet to rozbój w żywe oczy) i otrzymałem dokładnie to, czego oczekiwałem, film, po słabym początku jest sekwencją gagów nanizanych na przedszkolną fabułę, z sympatycznym, wiewiórczo-orzechowym refrenem (tym razem wiewióry są dwie), całość zrobiono w 3D, choć siedziałem w środku sali kinowej, paszcza tyranozaura kłapała mi tuż przed nosem. Zabawne, trójwymiar w kinie należy do tych wynalazków, które przyszły na świat zbyt wcześnie. Wymyślono to bodaj w latach pięćdziesiątych, nie przeszło, trzy dekady później próbowano pomysł wskrzesić z równie miernym skutkiem (technologia 3D służyła głównie uatrakcyjnianiu sequeli popularnych horrorów, nadając przemocy dodatkowy wymiar), ale sens jest dopiero teraz. 3D nie było pomysłem na czas gumowych potworów, czy trzecią część przygód Jasona, znajdując zastosowanie w czasach cyfrowych efektów specjalnych, ekranów perełkowych i animacji, na których nawet włos na dupie mamuta różni się od miliona innych, też różnych, włosów.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Serial HBO „John Adams”, o drugim prezydencie Stanów Zjednoczonych, nim jeszcze został prezydentem. Do oglądania skusił mnie Paul Gamatii odtwarzający rolę główną. Jestem w trakcie, bardzo zacna rzecz, także dowód na to, że historię da się opowiadac bez popkulturowych kluczy w rodzaju Pullo/Vorenus w „Rzymie”, tu mamy tylko politykę, gadaninę, podaną w sposób na tyle emocjonujący, że półtoragodzinny odcinek zlatuje w tyle, co odcinek zwykły. Serial należy też do najbardziej feministycznych produkcji, jakie ostatnio oglądałem, stawiając tezę, że bez Abigail Adams nie poradziłby sobie ani jej małżonek, ani Jerzy Waszyngton, śmigający do niej po radę, słowem, bez tej bystrej kobiety nie mielibyśmy dzisiaj ani Marylin Masona, ani Obamy.

„Udręczeni”. Zupełnie nie wiem czemu ale cieszyłem się na ten film, może dlatego, że gra tam Virginia Madsen, a może internet powiedział, że to arcydzieło. Cóż, zaoferowano mi bezładną pstrokaciznę nieszczęśliwej rodziny z umierającym gnojkiem na ciele oraz duchy wyróżniające się prawdziwie upiornym sprytem – pojawiają się zawsze za plecami bohaterów, tak by ich nie widzieli. Rozumiem tych, którzy klną na nowy, hollywoodzki horror, nawet średnie produkcje wyróżniały się porządną realizacją (nowe „Amytiville” a nawet „Gothika”), „Udręczeni” to reżyserska miernota i kompromitacja montażysty, przypadkowa zbitka ujęć zlanych w sceny i sekwencje, w której nie chodzi o nic. Właśnie, o nic, rozumiem, czemu ludzie kręcą dwudziestą szóstą część „Piły” po społu z remake „Króla trupiogłowego, po co, do cholery, wciąż funkcjonuje Troma – przyczyna, dla której powstali „Udręczeni” jest dla mnie tajemnicą.

metal na dziś (8)

Podróż w przeszłość – miałem dwanaście lat i zespół Kreator wydawał mi sie czyms zupełnie niemozliwym, nieogarnialnym i przez to wspaniałym. trudno mi zrozumieć, co kierowało mna wtedy, może atrakcyjność plastyczna okladek skrojona pod chłopaka w moim wieku, chyba nie rozpoznawałem dźwięków, ciesząc się w zamian energią. Dziś panowie składają kurtuazyjne wizyty w przedszkolach i elegancko jezdżą na trasy koncertowe, tyle, ze wysoce energetyczna, przebojowa siła nowych nagrań nijak się ma do tego, co wyrabiali na samym początku. dochodzę do wniosku, że w muzyce, także metalowej interesuje mnie, w dużej mierze moment wyczuwania trendu, intuicyjna próba zakreślania nowych ram, co potem – jets juz fajne, ale nie ciekawe. ten kawałek poniżej właśnie jest fajny, ciekawym nie będąc ani trochę.

Inna sprawa – czemu pisarz, najczęściej wstydzi się swojego debiutu, a muzyk usiłuje go powtarzać po dwudziestu latach?

hardkor 44 i duży format

wczoraj w Warszawie, na tle zasieków, czerwonych świateł i czegoś tam jeszcze czerwonego, Tomek Bagiński zapowiedział swój nowy film. “Hardkor 44″ będzie fantastycznym, pełnometrażowym filmem o Powstaniu Warszawskim. Z przyjemnością informuję,  że wraz z Tobiaszem Piątkowskim (komiksy: Pierwsza Brygada, 48 stron i inne) odpowiadamy za scenariusz.

Poza tym dziś, w “Dużym Formacie” pierwszy z moich kawałków o polskim pulpie (konkretnie, Vesper), będzie więcej.

wywiad dla gpunkt.pl

Waldemar Mazur: W Twojej wcześniejszej powieści „Tracę ciepło” główny bohater mówi: „Wrocław jest żywy, inne miasta w Polsce to domy umarłych”. Zauroczenie stolicą Dolnego Śląska musiało pojawić się u Ciebie jeszcze na długo przed rozpoczęciem prac nad „Świętym Wrocławiem”, zgadza się?

Łukasz Orbitowski: Ono rodziło się we mnie od dłuższego czasu. Wrocław jest niejednoznacznym miastem, które wymyka się łatwemu definiowaniu. Tutaj skupiają się wątki dominujące w innych miastach, tworzy się pewnego rodzaju tygiel, w specyficzny sposób doświadcza się życia. To miasto nie jest skrojone pod konkretny profil. Dla mnie kojarzy się z przypadkiem.

I to wystarczy, aby od razu umieszczać w nim akcję książki?

W momencie, kiedy chciałem napisać kolejną powieść o Polsce, a mając w świadomości, że Kraków trochę się w moim przypadku zużył, Wrocław okazał się naturalnym wyborem. Przez pewien czas tu mieszkałem, poznawałem ludzi, doświadczałem najróżniejszych relacji międzyludzkich, do tego doszła jeszcze współpraca z Wydawnictwem Dolnośląskim. Wrocław cały czas jakby mnie przyzywał.

Samo miasto jednak nie odgrywa aż tak istotnej roli w książce, a stało się motywem przewodnim wywiadów i spotkań z Tobą. Czujesz się rozczarowany, bądź też zmęczony taką sytuacją?

Teraz zastanawiam się, czy może nie było błędem tytułowanie tej książki „Święty Wrocław”. Ale z drugiej strony- jaki inny tytuł można było do tej historii dopasować? Szczerze powiedziawszy, to czuję się zmęczony pisaniem o miastach, a mam jeszcze rozgrzebaną wielką powieść o Warszawie, przedstawiającą historię powstańczą. Już teraz wiem, że znowu będą powtarzać się te same pytania co zwykle, dlaczego właśnie Warszawa? A ja nie piszę przecież o miastach tylko o ludziach.

W trakcie lektury „Świętego Wrocławia” nasunęły mi się skojarzenia z „Tracę ciepło”. Czy nie mamy tutaj do czynienia z rozwinięciem pomysłów z tamtej powieści? Chodzi mi o stosunek bohaterów do wiary, tematów religii oraz o pojawiający się w obu książkach motyw zagłady.

Twoje pytanie dotyczy po części tego, w jaki sposób człowiek kształtuje swoje wyobrażenia o tym co chce napisać, a to zawsze jest pewną tajemnicą. Każdy z nas jest gnębiony przez pewne wątki, one do nas powracają w zdaniach, zdarzeniach, także w książkach. Można ich używać na różne sposoby. Stąd to pytanie odbieram trochę jako pewne rozczarowanie. Miałem nadzieję, że te powieści będą krańcowo różne od siebie. A że w obu poruszany jest temat wiary? O tym chyba zawsze będę pisał. W Polakach są tak ogromne pokłady religijności, że pisząc o Polsce, strasznie ciężko jest uciec od pytania z jakich zasad wynika stosunek Polaka do wierzeń. Przewijający się z kolei motyw apokalipsy, to wynik moich fascynacji mrokiem, ciemną stroną, w której jest coś pociągającego. W końcu wielu twórców, nie tylko pisarzy, ciągnie ku mrocznym tematom. Ciemność jest fajna.

dalej

Tydzień z głowy (39)

Wróciłem do pisania opowiadań, co zapowiadałem szumnie od roku, jakbym przynajmniej nagrywał płytę z Timbalandem. Ale tak. Pierwsza wersja pierwszego pierwszego trzech planowanych tekstów zyskała ramowy kształt. Mam nadzieję, że nie będzie tak jak z Motylkami, które będę przerabiał na opowiadanie – zresztą, jak miałoby to przebiec, przetasowałbym „Głowę węża” na powieść trzyczęściową. Nowe opowiadanie nazywa się własnie tak („Głowa węża” nie „powieść trzyczęściowa”). Jego losy, tak jak losy wszystkich moich tekstów przebiegną następująco. Za chwile przeczytam je po raz drugi, nic nie rozumiejąc, na tak wczesnym etapie zwyczajnie nie wiem czy napisałem to co chciałem napisać, czy też nie, a jeśli nie napisałem, to czy otrzymany efekt jest leprzy od zamierzeń, czy wręcz przeciwnie. Następnie opowiadanie powoduje do ludzi z Asią Miką na czele, Asia stanie na uszach by wysupłać parę godzin i przynajmniej jedno oko, by przeczytać, poprawić, to co naknociłem. Potem, tekst wróci do mnie, kłótnia z Asią ujawni mi swoją małość, więc, jak znam siebie, popędzę do kogo mogę z prośbą o radę, w skutek czego małość ulegnie utwardzeniu. Teraz, zmiany – z reguły gruntownemu przetworzeniu ulega całość, w skutek czego finalna wersja różni się od pierwotnej na każdym poziomie o jakieś trzydzieści procent. Potem już nie ma przebacz, rzecz idzie do druku i „Głowa węża”, jak każde inne opowiadanie, każda moja książka wymknie mi się z rąk i powędruje do ludzi. Z tego powodu nie komentuję tego, co napisałem, nic co zostało wydrukowane nie należy już do mnie, nie mam nic do gadania, nie tylko dlatego, że nie lubię przyznawać się do słabości.

Skoro już podzieliłem się fascynującymi detalami odnośnie postprodukcji opowiadania, to może jeszcze o czymś podobnym, czyli o tym co myślę o ludziach, którzy myślą. O tym co piszę, w końcu pisze właśnie po to, by nikt nie myślał o niczym innym jak o tym, co akurat mi się ubrdało. Teraz jednak serio – nie wiem. Skoro funkcjonuje na rynku i nie umarłem z głodu, to mogę sobie pomyśleć, że istnieje grupa ludzi, dla których moje teksty mają jakieś tam znaczenie. Kogoś wkurwią. Kogoś wzruszą, rozbawią i tak dalej, to znaczy, ze w jakiś namacalny spokój moja wyobraźnia poszła sobie z kimś pod rękę. Na łąkę albo do piekła. Tymczasem, ja zwyczajnie nie wiem, nie mam pojęcia, co z tymi tekstami się dzieje i jak rezonują. Opowiadają mi o nich bliscy, ale oni widzą je przeze mnie i moje życie, z którym tak ładnie się obnoszę od baru do baru i trudno by nożem cięli mnie od napisanego. Poczytam sobie na forum jakąś czkawkę, tylko że fora i listy dyskusyjne są zawsze granicznym wahaniem amplitudy emocji, jednostkowy przykład cieszy lub zmusza do myslenia o grobie, będąc jednak bezużytecznym, tak jak jedna chałupa nie złoży się w landszaft. Ale dalej nie wiem. Co naprawdę zrobiłem i czy znaczę coś dla kogos. W wymiarze jednostkowym, nie medialnym. I gra, naprawdę, super – mój system pracy wymaga pewnej intymności, ktos tam nie wie, czy klepie swoje kawałki w amoku albo na luzie, tak jak nie zgadnę, czy ktoś tam, nad książką, wzruszy się czy go zemdli od mojego czarowania, zabawy w doktora, whatever – dobrze, że jesteśmy zakryci dla siebie wzajemnie,

Żeby dopełnić nastroju refleksji, rozmyślam o swoich wadach, co jest zadaniem rodzącym dwie podstawowe trudności. W naturalny sposób, przedmiotem rozwagi staja się te ułomności, z którymi w miarę szybko mogę sobie poradzić, takim porannym papierosem – niewiele wysiłku trzeba, żeby zjeść śniadanie przed zapaleniem a potem ćmić i rozmyślać o zdrowiu. Łeb podsuwa mi te przykre cechy nie stanowiące sedna problemu, dbając o mój własny komfort, wbrew komfortowi otoczenia. Co jeszcze? Ano to, że jeśli już wyszczególnię przykłady mojej charakterologicznej brzydoty, to zaraz zapadam z pełne błogości zadowolenie, bo skoro zdobyłem się na odwagę, punktując sobie narcyzm, na co mało kto by się zdobył, to teraz mogę w spokoju machać kulasami. Filozofię samorozwoju zbudowano na tym właśnie mechanizmie (chłopaki, dzięki za sobotę!) to można teraz zabawić się w przekraczanie. Istnieją wady które coś dają i te, co nie dają nic. Tych pierwszych mam mnóstwo. Na przykład rozrzutność, zawsze wydaję więcej niż zarabiam, najczęściej na pierdoły, w konsekwencji czego marnuję sobie przyszłość, podmywając sobie grunt na którym stoję – pieniądze najczęściej wydaje wśród ludzi, o kontakt łatwiej, więc zyskuje kontakty towarzyskie i biznesowe. Ten sam walor ubogaca wadę pijaństwa. Nie umiem sobie znaleźć miejsca, ale dzięki temu mam o czym pisać i tak dalej, w końcu, literatura rodzi się w ruchu. Od zazdrości – najgorszej ułomności ze wszystkich – szczęśliwie jestem wolny. Pozostał gniew. Generowany w najprostszych sytuacjach, sytuacjach zatłoczonym tramwaju, w kolejce na poczcie czy sklepie, nie chodzi tu o śmieszność, choć człowiek wychodzący z siebie na widok baby z dwudziestką poleconych jest cholernie zabawny – gdybym przejmował się własnym błazeństwem nie pisałbym książek ani tego bloga, w gruncie rzeczy, sztuka zaczęła zdychać dokładnie w chwili, gdy artycha postanowił zrezygnować z błaznowania. Mam na mysli to wierzgające zwierzę które zaszyto mi w brzuchu, zwierzę to zaczyna kopać, zmuszając mnie do podobnej czynności, co można by jeszcze przeżyć, tyle, że potem wracam do domu i zwierzę w brzuchu zaczyna zdychać, czuję przedśmiertne drgawki, ostatni dech, brzuch mi ciąży, ściąga ku ziemi i potem bekam wonią rozkładu. Nic miłego, zarazem do zniesienia, tyle, że z wadami jest tak, że znosi się je dość dobrze, nawet przyjemnie, w końcu nowe czasy wymagają nie tyle moralności, co przyzwoitości instant.

 

 

Next Page »