Archiwa dla August, 2009

tydzień z głowy (46)

Polkon 2009 się skończył. Nie jestem najlepszym konwentowiczem – nie chodzę na żadne prelekcje poza własnymi, okupując jakies sympatyczne miejsce, piję piwo, tu akurat na chwałę Kosika, który wreszcie doczekał się Zajdla. Nie umiem więc ocenić, udało się czy nie udało, w końcu fakt, że wyłączyli mi prąd w akademiku nie jest winą organizatorów, podobnie jak deszczowa pogoda. Ale jakos wyszło, wspomnienia są przyjemne. O tym konwencie krążyła masa upiornych plotek, miał się nie odbyć lub zrealizować si w formie niepełnej, organizatorzy mieli uciec lub zwariować w skutek stresu, do niczego takiego nie doszło i jeśli ktoś szalał to na piętrach, których nie raczyłem odwiedzić. Za to z kolegami zaobserwowaliśmy coraz wyraźniejszą separację tych co grają od tych, co czytają, w wypadku Polkonu wyrażona rozmieszczeniem ludzi w dwóch osobnych budynkach. I dobrze, tyle, że sensem jakiegokolwiek konwentu są własnie spotkania graczy, w końcu zycie literacko-towarzyskie kwitnie w wielu innych miejscach, sam czekam na coś w rodzaju salonu dla twórców, gdzie artyści będą uzynać się, na przykład co czwartek, wsuwając ciasteczka (Kasia? Co ty na to?). I tak to chyba się skończy, gracze będą rzucać kostkami, a my, piszacy, przycupniemy sobie z czytelnikami przy jakimś stoliku i nawet  nie zauważymy, że konwent, ten czy inny, już nie jest dla nas.

Prawie zrealizowałem plany pisarskie, trzecie opowiadanie jest na ukończeniu, a Nowa Fantastyka zapowiada moją „Głowę węża” w numerze październikowym. Trochę obawiam się tego opowiadania, nie mam wątpliwości, że tekst ten wycisnął ze mnie co tylko mogłem dać najlepszego, nie wiem tylko czy ludzie chwycą – pisząc takiego „Popiela” miałem przekonanie, że trafiam w bardzo czułe punkty, a to opowiadanko tak sobie przeszło, radując głównie Twardocha z przyległościami. Może dlatego, że temat tak banalny jak historia nie rusza już ludzi? Zwłaszcza jeśli odrze się ją z elementów przygodowych. Anyway, „Głowa węża” jest współczesna i chyba wzięła się, w pierwszym rzędzie, z lektury Huellbacque’a i Palachniuka (oraz Biblii, ku mojemu zaskoczeniu), w drugim z przebywania w moim domu, na pustym osiedlu na końcu świata, gdzie od miesięcy nie widziałem sąsiada i czasem myślę, że nikt prócz mnie tam nie mieszka, że sam siedzę gdzie indziej i tylko śnie o czerwonych dachach, zimnych schodach i huśtawkach między blokami, gdzie nie ma żadnych dzieci.

Obejrzane. Na swoim blogu Guru zdradza lekkie rozczarowanie filmem „Grace”, chyba najbardziej oczekiwanym horrorem tego roku. A ja się nie zawiodłem, film jest mocny i skrojony serio, bez żadnej umowności, jest też kawałkiem „okołowampirycznym” podejmującym temat w nieco nowy sposób. Jeśli coś mi się nie podoba, to lenistwo scenarzystów, którzy doskonały pomysł wyjściowy (niemowlak żywiący się krwią) rozgrywają w ramach starych schematów, w konsekwencji czego doskonale wiadomo, jak „Grace” się skończy. Jednak warto, zwłaszcza, że film jest doskonałym komentarzem weganowego szaleństwa, które z wolna opanowuje świat.

„Wątpliwość” z Meryl Streep i Philipem S. Hoffmanem. Jakby ścisnąć tę opowieśc wyszłoby, że jest sobie zachowawcza zakonnica i postępowy ksiądz, ona jest wredna a on kochany i musi odejść w skutek niejasnych pomówek. Tyle. I dużo więcej. Nie mam pojęcia, jak Streep to robi, z wesołej „Mamma mia” przeskakuje w lata sześćdziesiąte, w habit i ponury grymas, dając koncert aktorski, na który patrzy się jak na dzieło sztuki. Hoffman to wiadomo, nie znam drugiego aktora, który tak znakomicie operuje głosem, koncert tych dwojga zasysa mimo miałkości samej historii. I mała perełka, rozmowa Streep z matką czarnoskórego chłopca, na ulicy, wśród liści targanych wiatrem należy do najlepszych, najmocniejszych dialogów jakie kiedykolwiek widziałem w kinie.

A ja zaraz odbieram mojego synka z lotniska. Przejdziemy się chwilę. Przecież się przyjaźnimy. A potem zrobię to co zawsze robię każdego dnia, czyli siądę z laptopem, będę pisał opowiadanie, felieton, coś poprawię, pójdę na trening i mam jeszcze nadzieję, że pomogę perskiemu księciu przeskoczyć nad paroma rozpadlinami. w związku z tym, że lato dobiegło końca obiecuję zwiększyć aktywność na blogu. Jesień idzie, naród przesiada się z piwa na wódę i niedługo będzie tutaj nie do wytrzymania.,

tydzień z głowy (45, z wakacyjnym opóźnieniem)

Przyjemnie. Siedzę sobie na kompletnym zadupiu, otoczony przez pola i drzewa i gdybym wystawił łeb zza płotu, od biedy zobaczyłbym jeden domek, gdzieś daleko. Tak pusto i głos się niesie, słyszę czasem ujadanie psów z bardzo daleka, albo i nie psów – sarny, podchodzące wieczorami po jedzenie wydają dosyć podobne dźwięki. Komputer mam na kolanach, a gdy skończę, jakoś niedługo, zabiorę się do lasu po drewno, porąbię je siekierką, choć może nie – nawet najgrubsze pniaki ustępują przed naciskiem nogi. O zmierzchu siądę przy ognisku i będę gapił się w płomienie, jadł kiełbaski i ziemniaki, co z kolei przywoła smak dzieciństwa. Pamiętam, jak dwadzieścia lat temu paliłem ogniska i uczyłem się piec ziemniaki. Nie lubię jeść i męczę się spożywaniem, ale ten smak jest dla mnie szczególny. Gorący kartofel wsuwany z masłem i solą, tak, że całe ręce oraz mordkę mam upaćkaną.
Również niebo na wsi zdarza się inne niż w mieście. W dzień oczywiście jest zwyczajnym niebem, pełnym pierzastych chmurek, udowadniających mi łagodnie, że nie jestem już dzieckiem. Nie układają się w żadne kształty, nie ma świnek i smoków, tylko kłęby skroplonej wody. To bardzo smutne. Za to wieczorem wschodzą gwiazdy. Siedziałem sobie przy ogniu i nawet gdy zerknąłem w niebo, widziałem tylko parę jasnych punktów, samemu siedząc w pięści pomarańczowego światła. Potem poszedłem dołożyć drewna (no dobrze, drewno przyniosłem wcześniej, podreptałem po browar) i znalazłem się w mroku przeszytym srebrem, nade mną migotały tysiące, naprawdę tysiące gwiazd, widziałem nawet drugą warstwę i pasmo drogi mlecznej, wszystko niezwykle wyraźne i tylko cieszyć się, że w pobliżu nie było studni czy innego dołu. Wpadłbym niezawodnie, drepcząc z podniesionym łbem. I naszła mnie dziwna refleksja, z której teraz mogę się już trochę pośmiać, co nie znaczy, że przestała we mnie siedzieć. Przeszła pod skórę. Pomyślałem, że ufolodzy się mylą i jesteśmy sami we wszechświecie, tak jak życzą sobie co bardziej ortodoksyjni chrześcijanie. Otacza nas bezkresne, martwe piękno. Stubarwne mgławice, faktury supernowych, gazowe kule bezdusznych planet, komety bez zmysłów i wypalone światy. Gdzieś tam istnieje martwa woda Europy, gwiazdy to tylko trupie kule nuklearnego światła, wokół nich krążą wypalone ciała, tam wiatr wyślizgał skały na podobieństwo miast, nikt jednak tam nie mieszkał. Tędy nie wędrują statki, żadna bakteria nie wyrosła w tym bezkresie, jest tylko ta wielka, kosmiczna maszyna kręcąca się w niewiadomym celu, więcej, to grób bez żadnego ciała, gdyby chociaż leżały tam zwłoki Boga, czułbym się pocieszony. Ale ich tez nie ma. Jesteśmy kompletnie sami wśród martwego piękna, które nigdy nie miało nawet pozoru życia. No bo czemu nie? Logicznie, gdy o tym myślę, jakieś życie istnieć powinno, cywilizacje nawet, skoro wszystko to jest takie wielkie i jeszcze trwa szmat czasu, sam rzut kością wystarcza by powiedzieć tak. Tyle, że podstawą życia, naszego, jako ludzi nie jest logika lecz kpina, życie jest nieprzewidywalną, ironiczną zgrywą i ten trupi ogrom kosmosu doskonale się wpasowuje w ten żart, bo gdy tracimy wszelką nadzieję, krzepimy się myślą, że nie jesteśmy sami. A w końcu jesteśmy, no nie?
Mam za to nową zabawę. Uczę obcokrajowców najważniejszych słów polskich, co daje wiele radości. Próbowałem wytłumaczyć, co to znaczy, gdy ktoś jest „na cyku” (Peter is na cyku), pomagając w ten sposób odnaleźć klucz do polskiej świadomości. Jakoś przeszło. Więcej kłopotów miałem z niewątpliwie najważniejszym słowem w naszym słowniku, które, jakby było mało, nie posiada odpowiednika w angielskim ani bułgarskim jak się okazało. Słowo to brzmi „fucha”. Wchodziłem od jednostkowych przykładów, z których kreśliłem zasadę funkcjonowania naszego pięknego kraju, gdzie każdy zarabia dwa kawałki, a jednak ma domy, ogrody i samochody (przecież nie kradnie, Polak umie buchnąć stówkę albo kosz ziemniaków, nie poważne sumy), gdzie Polska Ludowa podniosła fuchę do zasady trwania i zasada ta uległa przedłużeniu po nazbyt krótkim eksperymencie z dzikim kapitalizmem na początku lat dziewięćdziesiątych? Następnie usiłowałem znaleźć odpowiednik fuchy w języku obcym, wreszcie, wprowadziłem konieczne rozróżnienie między fuchą a robotą (You have a job, fucha happens to you) wysilając przy tym wszelkie możliwości, jakie daje mi mój kulawy angielski. Następnie obserwowałem zdumione twarze moich rozmówców i śmiałem się, jak składają usta do tego dziwnego, ciepło brzmiącego słowa. Odeszli nauczeni. Ciekawe, czy nauczyciele polskiego dla obcokrajowców mają to słowo w swym repertuarze, przecież powinni organizować całe wykłady i seminaria poświęcone tym dwóm sylabom, wspierać się historyjkami obrazkowymi i prezentacjami w power poincie. I najważniejsze, co już zaznaczyłem i powtarzam. „Fucha” w innych językach nie istnieje, nie ma czegoś takiego jak budowanie z fuch życia na całe lata, no i po co, skoro na zachodzie za przerzucanie gnoju można mieć małą stabilizację z wakacjami na Majorce. Jesteśmy więc bogatsi jedno słowo od wszystkich w około, za słowem idzie zespół znaczeń i zachowań składających się na naszą, polską, osobliwą dzielność. Tak ubogaceni możemy wyruszać tam gdzie nam się podoba i jeśli „Księgi pielgrzymstwa polskiego” przez „fuchę” prześwietlić, wyjdzie, że Mickiewicz jednak się nie pomylił.
Obejrzane. „Rzym” sezon drugi, dalej rewelacja tyle, że mniejsza.. „John Adams” wydawał się ciekawszy przez syntetyzację wątków politycznych, tu mamy wyraźny rozpad na część historyczną i komiksową, związaną z postaciami Veronusa i Pullo. Ta wyraźnie kuleje, podobnie jak doklejony na siłę wątek żydowskich spiskowców, rozwiązanie przygód byłych legionistów nie trzyma się kupy. Ale jednak działa. Po części ze względu na aktorów, po części dzięki imponującym dekoracjom, no, a ten okres w historii Rzymu to właściwie samograj i mogliby kręcić to nawet z braćmi Mroczek, gdzieś tak przynajmniej do roku czterech cesarzy. Atia jest piękna. Oktawian potworny, a Pullo taki jakiego wszyscy kochają; Oglądając miałem zgryz innej natury. Drugi sezon opowiada o wojnach domowych po śmierci Juliusza Cezara. Już dwadzieścia lat temu, czytając Krawczuka wolałem wesołego Marka Antoniusza od Oktawiana i jego odnowy moralnej. Następne dwie dekady czytania książek, a przede wszystkim zbierania doświadczeń utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
Trailera nie wklejam, bo tu gdzie jestem, youtube jeszcze nie istnieje.

tydzień z głowy (44)

Czasem jest tak, że przychodzi czas, kiedy powinienem zasiąść do cotygodniowych zapisków, a ja nie wiem co powinienem wklepać, wcale nie dlatego, że nic się nie wydarzyło. Przeciwnie, dzieje się u mnie dosyć sporo, tempo pracy mam wysokie i nawet, ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu mogę zamknąć lato z trzema napisanymi opowiadaniami. Pęd ma jednak tę cechę, że zagłusza myśli, z tego też powodu czasem lubię poganiać sobie z wywieszonym ozorem. Zarazem, nie dzieje się nic co miałoby wartość anegdoty, co mógłbym tu przytoczyć i kogoś rozbawić. Na przykład, czy cały dzień spędzony z dzieckiem jest wydarzeniem? W mojej perspektywie z pewnością, bo raczej spędzam z małym urywki, wieczory, albo popołudnia, a tutaj Julek obudził się przy mnie by następnie sobie zasnąć, w międzyczasie zwiedziliśmy dwa place zabaw, pochodziliśmy sobie po parapecie, naoglądaliśmy się bajek i właziliśmy pod kołdrę, co jest doskonale znane każdej mamie i każdemu ojcu, który jest przy dziecku cały czas. Nie ma we mnie żadnej skargi czy niezadowolenia, przeciwnie, uważam, że moje życie jest dobre i piękne, że może nawet zdarza mi się zdolność ofiarowania komuś tego dobra i piękna (dar zasmucania innych posiadłem z pewnością) a taki dzień z dzieckiem przypomina otwieranie drzwi prowadzących do słonecznego pokoju. No i proszę, miało być o pisaniu, a zeszło na dzieci.
Lubię pisać „tydzień z głowy” dla paru przyczyn. Pamiętam, jak kilka lat temu szedłem sobie do knajpki, najczęściej był to nieistniejący już bar Skorpion na Podgórzu (tam, gdzie siadywał również narrator mojego „Popiela Armeńczyka”), zamawiałem piwo, wyjmowałem karteluszek, albo po prostu prosiłem panią za barem o parę świstków i pisałem bajkę o kotach. Zajmowała mi dokładnie jedno piwo, chyba, że bajka była długa i trudna, wówczas koniecznie należało wypić drugie (jedno dla Prezesa i drugie dla Kreski), po tym biesiadno literackim wysiłku wracałem do domu. Potem przestałem pisać bajki i nigdy do nich nie wrócę, tęsknota za takim sobie, o, snuciem słówek pozostała, próbowałem parę razy trafić w coś innego, nie wyszło i wreszcie, w czasie jakiegoś psychicznego zamętu pomyślałem sobie, że wartałoby popisać o sobie otwartym tekstem, skoro mam już tutaj to poletko pod narcyzm. I wyszło, to znaczy wychodzi. Istotny jest ruch. Gdybym się nie ruszał, był pisarzem gabinetowym pewno nie umiałbym tego robić. Ale nie jestem. Niektóre „tygodnie” powstawały w pociągach, inne w knajpach, a jeszcze inne w hostelach, pisywałem w parku i pizzeri, czasami tylko w domu, na sam koniec dnia, to zresztą odzwierciedla mój rytm pracy i podejrzewam, że doskonale by mi się pracowało na plaży a jeszcze lepiej na łódce.
Skoro już wspomniałem o bajkach i sposobie ich pisania, niech będzie też o piweczku i piweczka krewnych, hojniej nasyconych procentami. Znam wielu pisarzy, o trybie życia pisarzy czytuję i sam fakt obecności alkoholu wydaje mi się jak najbardziej zrozumiały, fajnie jest dawać w palnik, zwłaszcza, jeśli niekoniecznie trzeba wstawać do roboty na ósmą i dopuszczam możliwość, że szereg ważnych dzieł fantastyki polskiej oraz obcej powstało w skutek błogiego zamroczenia (tylko Lem łaził trzeźwy, to zarazem jedyny powód dla którego nowym Lemem można nazwać Dukaja). Tyle że ja nie umiem, nie rozumiem nawet jak można umieć, co wydaje się dziwne w kontekście reputacji pijaka, którą wypracowałem podczas szeregu zdarzeń konwentowych. Tymczasem nie umiem pisać nawet po jednym piwie (wyjątkiem były bajki i niniejsze zapiski), do tego pisuję wcześnie rano i trzeba mi jasnej głowy, więc trudno mi skłonić się ku nieskrępowanej zabawie dzień wcześniej, nie odurzam się tez niczym innym – w tym sensie mój zawód uchronił mnie przed zatonięciem w butelce, co jest o tyle śmieszne, że rytm pracy pisarza dla wielu oznaczał odkręcenie kurka z wódeczką. Wydaje się też, że moja zgoda na życie, na to jak wygląda i co ze sobą niesie, powolna, oporna, a jednak konsekwentna zmniejsza potrzebę odgradzania się i odurzania. Romek Kostrzewski, nafta pierwszej wody orzekł kiedyś, że należy pić w „dobrze osadzonych momentach klimatycznych”, trafiając przypadkiem w Chestertona (nafciarz ponownie). Trudno mi się godzić z poglądami tego pisarza, ale odnośnie alkoholu miał kompletną rację: nie wolno pić na smutno i zalewać robaka, gdy mamy problem, miast zapić, trzeba go rozwiązać, piwo, wino oraz wódkę dano nam byśmy się radowali i polewali nią szczęśliwe chwile, a nie, żeby trząść się nad kieliszkiem rozpatrując, jak to los nas skrzywdził.
Skoro już tyle napisałem o tym, jak to nie piję, wbrew wszelkim plotkom, to teraz wartałoby przywołać jakąś zabawną historyjkę z pijaństwem związaną. Są sobie Dni Fantastyki we Wrocławiu, gdzie każdorazowo zjawiam się z ogromną przyjemnością. Kiedyś nie wpuszczono mnie tam na własną prelekcję, a gdy tłumaczyłem ochronie, że jestem przecież na plakacie, orzekł surowo, że nie mogę wejść po są tam dzieci. Nie dałem się i wlazłem przez mur. Nie o tym jednak. Chyba rok później udałem się ponownie do Wrocławia by spotkać się z czytelnikami, a także puścić im fragmenty moich ulubionych horrorów, opatrzone stosownym komentarzem. Niestety, czytelników spotkałem też w pobliskiej kawiarni, a jeden był tak bardzo wdzięczny mi za moją prozę, że wlewał we mnie wódkę bez umiaru. Tłumaczyłem mu, że mam pogadankę, na co orzekł „będę z tobą do końca” i rzeczywiście, zostawiłem go śpiącego na fotelu w salce prelekcyjnej. Wydarzenia następnej godziny pamiętam dzięki relacji Jarka Urbaniuka i tylko dzięki niej. Ludziom bardzo się podobało. Podobno, puszczając słynną scenę z rekinem u Fulciego („Zombie fleash eaters” ) orzekłem „rekin symbolizuje zagrożenie”, a kiedy pan Argento szlachtował na ekranie jakiegoś przystojnego młodzieńca poinformowałem licznie zgromadzoną publiczność, że „to nie jest zwykły ziom. To najpiękniejszy ziom we Włoszech”. Na koniec, gdy kamera pokazała pyzaty księżyc podrapałem się po głowie i oświadczyłem: „Szanowni państwo, to jest księżyc w pełni. Po angielsku fullmoon”.
O, a scena z rekinem jest tutaj. Zastanawiam się, co miał w głowie człowiek, który ją wymyślił:

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na wieś, pisać w spokoju ostatnie z opowiadań i nie mam pojęcia, jak będzie z Internetem, czy akurat na tę wieś sieć dowieźli, czy może jednak nie, więc jeśli w przyszłą niedzielę „Tydzień z głowy” się nie pojawi, znaczy to, że mam się dobrze, chwilowo rozwiedziony z cywilizacją.

metal na dziś (11)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Nowa płyta Behemoth „Evangelion” jest, jak się zdaje, najlepiej sprzedającym się krążkiem w Polsce. Jarek Urbaniuk twierdzi, że Doda jako event to zabawna sprawa, trudno się nie zgodzić, choć w sumie się cieszę. Muszę pójść na ich koncert, posłuchać jak sobie radzą, choć do ich muzyki mam stosunek zaledwie życzliwy, „Evangelion” noszę na słuchawkach, traktując jako mur dźwięku pomiędzy mną a jakąś uporczywie niesympatyczną myślą, a gdy ktoś mnie zagada lub muszę kupić papierosy nie wyłączam tylko zdejmuję na chwile słuchawki i potem wbijam się gdzieś w połowę następnego kawałka, bez poczucia straty. To główna różnica miedzy Behemoth a Morbid Angel na których Nergal tym razem się wzoruje. Ale cieszę się że takiego ambasadora mamy na świat, mógłby Polsce trafić się jakiś klon Nightwish czy czegoś podobnego – w ten sposób, Behemoth wyłamał się z ogólnej miernoty polskiej muzyki popularnej.

No i ten klip. Diabelsko profesjonalny, fajny, w tym sensie, że metal jest jednak muzyką dla nastolatków, a gdybym miał właśnie lat naście oszalałbym, w gacie narobił od wysokiego poziomu zawodowej kultowości. Teraz już nie działa, za to niespodziewanie się ubawiłem ze względu na scenerię: dziewczyna skacze z wieżowca, obok wznoszą się inne, bliźniacze, a przecież to katowicka „kukurydza”, gdzie do niedawna mieściła się redakcja Science Fiction Fantasty&Horror i kto wie, może infernalną interpretację teledysku można wzbogacić o kontekst niedawnych przetasowań w piśmie.

kolejny SOD. Tym razem Nabokov

Zachwyca nie zachwyca

Wit Szostak: No, panowie, tym razem zapraszam na wycieczkę w nieznane: Vladimir Nabokov, „Ada albo żar”. W nieznane, bo w naszych dyskusjach nigdy nie sięgaliśmy po literaturę z tej półki.

Czym jest „Ada”? Na pewno nie gatunkową fantastyką, na pewno nie literaturą popularną. Wedle współczesnej terminologii to powieść wysokoartystyczna, czyli po prostu: POWIEŚĆ. Jednocześnie cały koncept już od pierwszej strony pachnie fantastycznością, i to nie w szczegółach, nie w „elementach fantastycznych”, ale w radykalnej przebudowie całego świata przedstawionego. Sam jestem ciekaw, czy sobie nie połamiemy na tej prozie zębów, czy nasze narzędzia, którymi przymierzaliśmy się do tekstów zupełnie innego rodzaju, okażą się poręczne.

„Ada” ma już swoją legendę w literaturze współczesnej, wśród krytyków i historyków literatury są specjaliści tylko od tego dzieła, tropiący znaczenia, wertujący ją do upadłego, wyłuskujący sensy, szyfry, którymi hojnie szafował stary Nabokov. Ciekawe, że dopiero teraz, po czterdziestu latach, doczekaliśmy się pierwszego polskiego przekładu.

Mamy przed sobą historię dwojga bardzo blisko spokrewnionych dzieci, Vana i Ady, które podczas wspólnych wakacji w rodowej posiadłości Veenów zapadają na nieuleczalną miłość. Ich kazirodcze uczucie, utrzymywane w tajemnicy przez kilkadziesiąt lat, jest zdolne przetrwać rozmaite zawieruchy i doprowadza naszych bohaterów do sędziwej starości.

Nabokov opowiada o tym językiem brawurowym, który części czytelników może się wydać nieco manieryczny, lecz który jednocześnie zasysa i wciąga, budując świat dziwny i niejednoznaczny. Współcześnie niewielu autorów tworzących w języku angielskim pisze podobnie – zapewne pochodzenie Nabokova i literacka tradycja, w której wyrastał, odcisnęły się na jego wysublimowanej angielszczyźnie. Może jeszcze Pynchon, może Rushdie.

Powiem krótko: mam „Adę” za powieść arcydzielną, co chętnie podejmę w dalszej dyskusji. Przyznaję też, że polecałem Wam tę książkę z pewnym niepokojem. Dlatego ciekaw jestem pierwszych wrażeń.

Jacek Dukaj: Moje pierwsze wrażenia były mieszane.

Precyzyjniej: pierwsze kilkadziesiąt stron, do przybycia Vana do Ardisu, wyrobiło we mnie przekonanie, że Nabokov wpakował się tu w suchą literacką grę pt. „ewolucja gatunku powieści pokazana w jednej powieści” i jedyne delicje, na jakie możemy liczyć, to typowe Nabokovowe F/X, czyli eksplozje jego swawoli językowych.

Ale potem rozgościłem się w Ardisie i przez następne 200-300 stron byłem absolutnie zachwycony. Ta czechowowsko-wiktoriańska idylla prowincjonalnego romansu dziecięcego, w kolorowych ogrodach, w letnim bezczasie, z odczepionymi od postaci ciężarkami grzechu – pomijając już nawet wykonanie literackie, jako czysta wizja jest to przeurocze.

Potem, jakoś w połowie, znowu zwątpiłem, gdy w kilku rozdziałach Nabokov przegiął z grami językowymi. Bohaterowie mówią kalamburami i żyją w kalamburach. Jakkolwiek to uzasadniać, w lekturze bywa irytujące.

A potem już zacząłem podejrzewać, na czym polega ogólny zamysł autora, i włączył mi się instynkt detektywa – do końca czytałem „Adę” prawie jak kryminał, robiąc notatki i sprawdzając wstecz tropy.

Przy czym za absolutnie najlepszy kawałek uważam trzeci rozdział drugiej części. Wydaje się on wpierw cokolwiek absurdalnie rozdętą dygresją na temat infantylnych fantazji erotycznych, ale Nabokov na tych kilkunastu stronach, niczym rozpędzony czołg, przebija i demoluje kolejne bariery nierealizmu: począwszy właśnie od fantazji, marzeń sennych, skończywszy na konwencji literackiego naturalizmu. Majstersztyk!

Łukasz Orbitowski: A ja nie wiem. Wrażenia, które towarzyszyły Jackowi na początku lektury, zostały ze mną do teraz i nie wiem, czy „Ada” jest rzeczywiście arcygenialną powieścią, w pewnym sensie zwieńczeniem powieści jako takiej, dopełnieniem Prousta, czy też arcygenialną hucpą – to znaczy zapisem pewnego zmysłowego doświadczenia, wrzuconym w bezład kontekstów i wyrażonym przepięknym językiem. Podczas lektury skłaniałem się raz ku jednej, raz ku drugiej opcji.

 

kontynuacja oczywiście na Esensji

tydzień z głowy (43)

Lubię wieczory w swoim domu, zwłaszcza niedzielne. Ogarnia mnie wówczas, dokładnie w tej chwili wrażenie, że wszystko dzieje się dokładnie tak, jak miało się podziać, mimo wszelkich niedogodności jakie niesie życie. Zasiadłem sobie do Tygodnia, po mieszkaniu grasują koty, za oknem cykają sobie świerszcze, znak to, że lato się powoli kończy. Doświadczenie spokoju, zwłaszcza po dniach niespokojnych jest magiczne w zupełnie nieefektowny sposób, rozlewa się w człowieku i nagle zaczyna mruczeć, o, dokładnie jak Kreska, która przysiadła sobie, tuż koło mnie i co jest do niej zupełnie niepodobne, zarówno przysiadanie się jak i mruczenie.

Byłem w niezwykłym miejscu. Kolega Emigrant wrócił na chwilę do Polski, zaprosił, przyjechałem do małej wioski pod Mszaną Dolną – swoją drogą, mała wieś pod Mszaną brzmi cokolwiek upiornie. Zdołałem zepsuć autobus, sprawdzając się ponownie jako generator nieszczęść, wysiadłem sobie i fura padła, odprowadzały mnie wściekłe spojrzenia pasażerów, a potem, zajadając kotleta patrzyłem na autobus zastępczy, zasuwający na miejsce awarii. A potem Emigrant wsadził mnie do swojego land rovera i powiózł wpół dziką, górską drogą na sam szczyt, do starego drewnianego domu, gdzie żył pewien popularny niegdyś pisarz, dziadek rzeczonego Emigranta. A tam czaszki zwierząt wisiały na ścianch, były drewniane, cieżkie meble, stare książki i pamiątkowa księga, gdzie znalazłem wpisy wszystkich świętych literatury polskiej ze wskazaniem na urocze wiersze Lema, co jednak wiersze, skoro mieliśmy ognisko trzaskające ponad nasze głowy, kiełbaski, zimne piwko, ziemniaczki wygrzebywane z żaru, a przede wszystkim mnóstwo słów właściwych dla miejsca i czasu, czyli o kumplach, kobietach i książkach, niekoniecznie w tej właśnie kolejności. Na koniec zasnąłem w małym pokoiku, przytulony do baśni o Leninie i co mam powiedzieć po takim dniu, takich chwilach, hę? No, dzięki stary.

Piszę kolejne kawałki do Dużego Formatu i zastanawiam się nad wątpliwościami, czy raczej, wątpliwym posiadaniem prawa do tego rodzaju działalności – czyli, czy pisarz ma prawo pisać o innych pisarzach. Aspekt ekonomiczny tego rodzaju wydarzeń pomijam. A kłopot jest, gdzieś od czasów ogólnej rozpierduchy po dyskusji odnośnie autorów z stajni Fabryki, przeprowadzonej, jak sądzę, w atmosferze profesjonalnego koleżeństwa, rozciągającej się na innych piszących profesjonalistów. Nie rozumiem, dlaczego mam nagle utracić prawo do wypowiadania własnego zdania na temat książek i formułowania opinii, które następnie są upubliczniane, bo skoro mamy już internet gdzie każdy może wrzucić cokolwiek, to skąd próby ograniczenia tego rodzaju działalności? Każdy może, każdy mógł, żeby wspomnieć tylko Sapkowskiego z Dukajem, a zarazem – nie charaszo. Mógłbym oczywiście jęknąć, że o polskim popie mało kto może pisać, ale to chyba nieprawda, piszcie więc ludzie. Drażni mnie podejrzliwość, automatyczne wychwytywanie nieuczciwości, że komentując działalność innych prowadzę jakiegoś rodzaju gry, zwalczanie konkurencji, albo promowanie swoich, otóż nie, świat jest prostszy niż się ludziom zdaje, piszę o książkach bo chcę pisać o książkach, a pomysł, bym planował ścigać się z kimkolwiek (zwłaszcza w perspektywie świerszczy, kotów i tak dalej) jest zwyczajnie kretyński.

Nie mogę wyjść z zachwytu nad lotnością orła, który trzepocząc chorym skrzydłem próbuje wykręcić wiatr w stronę liberalizacji prawa antynarkotykowego. Oczywiście, taka liberalizacja jest potrzebna, ponieważ każdy ma prawo rujnować własny organizm w dowolny sposób, albo i popykać sobie lufkę zamiast wyduldać pół litra, niemniej szczegółowe rozwiązania projektu zjeżyly mi na głowie nieliczne, ocalałe kudły. W skrócie, chodzi o to, by posiadacz zioła (powiedzmy) wywinął się od wyroku, jeśli tylko sypnie dilera. No i ślicznie. Gdybym teraz zechciał przerwać pisanie na rzecz ululania się skunem nie polazłbym pod most szukać męta z odmierzonym gramem, ale zaczął dzwonić po ludziach – w końcu każdy ma znajomych, co jarają, gramca następnie bym kupił i aresztowany przez czujnych gliniarzy miałbym sprzedać nie jakiegoś ciemnego typa, ale dziennikarza, murarza, logistyka w korporacji czy kogoś takiego. I nic z tego nie wynika, poza tym, że mam jednego kolegę mniej. Ale z kolei ten zatrzymany musiałby wydać hurtownika, półkurtownika, czego w życiu nie zrobi, bo lepiej iść do pierdla na parę lat, niż mieć połamane gnaty, dziecko wywalone przez okno, albo i spaść ze skałek na Zakrzówku, więc jeśli jakieś dziecko spadnie, a koleś utonie, to żona, matka, bliscy będą mogli co najwyżej poszukać spokojnego oddechu w lekturze statystyk policyjnych. Nieważne. Polska akurat bije rekordy w generowaniu klimatu donosicielstwa biorąc pod uwagę radosne ganianie ludzi do bezpieki i ja nie chcę, naprawdę nie chcę żyć w kraju, gdzie kumpel podpieprza kumpla o jakieś parę gramów, bo w końcu każdy z więzienia wyjdzie, zaś kablowanie wchodzi w krew i zaczyna sprawiać przyjemność.

Obejrzane. Przypomniałem sobie drugą część „Ginger snaps”, najlepszą z trylogii i utwierdzam się w przekonaniu, że to najlepszy film o wilkołakach jaki nakręcono. Warto zobaczyć zwłaszcza teraz, w dobie „Zmierzchu” i pociotków, jako dziełko, które przewidziało i zdefiniowało pokolenie emo. Wciąż kontynuuję przygodę z kinem Larry Cohena i nawet próbowałem pokochać „Powrót do miasteczka Salem”, nie wyszło jak zwykle, choć mniejszy to knot niż ludzie mówią, a przynajmniej zapowiadający, w nieudolnej formie, ideę wampirzej społeczności wyrażoną potem we wszelkiego rodzaju Underworldach. Czyli zagustowałem w kinie profetycznym, nie ma co.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Skończyłem Call of Duty: world at war i zabrałem się, trochę niespodziewanie, za nowe Psince of Persia, dokładnie to, na które wszyscy narzekają. Wady gry, czyli wszelkie uproszczenia w moich oczach okazują się zaletami gra się miło, przyjemnie, myśl, że książę nie jest już księciem i nie ma sposobu by umarł nieco drażni, może dlatego, że nie jestem księciem, za to umrę kiedyś z pewnością. Byle nie za życia. Konstrukcja świata budzi inny rodzaj niepokoju – jeśli tak dalej pójdzie, wątki gnostyckie pojawią się nawet w historyjkach obrazkowych wrzucanych do chrupek, a przecież gnoza jest zabawą dla tych chłopców, którzy już wyrośli z konsoli. W każdym razie, przykład tego cyklu pokazuje, jak rozrósł się świat gier, pierwsza odsłonę z 1989 roku zrobił jeden facet, teraz mamy do czynienia z przedsięwzięciem za wiele milionów dolarów. Wizualne porównanie też robi swoje.

Tydzień z głowy (42)

Dokonuję zawodowego rozrachunku z samym sobą. Przysiadłem sobie w mojej ulubionej, warszawskiej knajpce, wziąłem notatnik i wypisałem wszystko, czym aktualnie się zajmuję – wyszło, że jestem zaangażowany w szesnaście projektów, od felietonów w Lampie i Nowej Fantastyce, przez recenzje, aż po poważne, obliczone na długi czas projekty w rodzaju „Hardkor 44”, następnie dokonałem dość prostego, choć bezwzględnego rankowania, w konsekwencji czego dowiedziałem się wreszcie do jest ważne dla mnie, a co nie. Oczywiście wyszło zupełnie inaczej niż się spodziewałem, szczegółów nie podam i tylko zaznaczam, że co jak co, ale muszę ostatecznie rzucić redaktorowanie. Euforię związaną z tym jakże sprytnym posunięciem wzmógł jeszcze fakt, że zacząłem się wyrabiać, zgodnie z planem do końca wakacji miałem skończyć trzy opowiadania i proszę, mamy trzeci sierpnia i dwa kawałki z głowy, nawet jeśli to „Głowa węża”. Tytuł drugiego tekstu to „Kot dla Lovecrafta” co jednoznacznie wskazuje na skręt w stronę fantastyki zoologicznej.
Czytam Chestertona. Jeszcze nie wyrobiłem sobie zdania, ale mam parę myśli, zdanie pojawi się, gdy tylko przerobię „Heretyków” ponownie. Nabrałem zwyczajów recenzenckich, więc, żeby przetrawić książkę, zwłaszcza taką, muszę przerobić ją dwa razy. Nie mam żadnych wątpliwości – obcuję z wielkim intelektem do tego obdarzonym rzadkim poczuciem humoru, cóż taka mieszanka pozwala zostać liderem dowolnej formacji intelektualnej, tu wesoły katolicyzm w wersji hard core (dotyczy to zarówno katolicyzmu jak i wesołości). Ten typ umysłowości budzi moją sympatię gdzieś od czasów, gdy z kolegą Urbaniukiem otwieraliśmy pierwszą butelkę wina „Skat” na jabolowej górce. Więc ufam Chestertonowi bez zastrzeżeń, to znaczy, że nie wyobrażam sobie jaśniejszego i bardziej klarownego wyłożenia takiego stanowiska. Trudność kryje się w tym, że świat tego wesołego faceta wydaje się składac wyłącznie z sylwestra, będącego zarazem Nowym Rokiem. Trwa wieczorna zabawa, zakrapiana winem, szampanem, z masą tańców, a może i figlami na sianie, potem następuje kilka godzin snu człowieka sprawiedliwego i poranna msza podczas której człowiek sprawiedliwy żarliwie się modli. Zamiast spokojnego wieczoru następuje kolejny sylwester, strzelają korki od szampana, chłopy leją się po pyskach, pary furczą na sianie, potem znowu sen i nabożeństwo, tak w kółko – na pewnej płaszczyźnie Chesterton-katolik funkcjonuje w Nietzcheańskiej rzeczywistości wiecznego powrotu. W ogóle boję się o nim pisać, bo taki Twardoch przygwoździ to moje blogowe kukuryku bluzgiem eksperta, no ale spróbujmy. Metoda na życie pod tytułem módl się serio i serio się baw może być i atrakcyjna, lecz sprawdza się wyłącznie w czasach głodu. Rozumianego szeroko, jako łaknienie foodu w postaci mięcha, wódeczki, jak i emocji, intelektualnych wyzwań, ssania przygody. Nie jestem ekspertem od czasów w których żył Chesterton, ale chyba żarcie było wówczas droższe, a człowiek musiał zapierdalać intensywniej niż teraz, w konsekwencji czego sobotnia balanga urastała do rangi święta, zwłaszcza, że przestrzegano jeszcze postów. Nie wątpię, że przeżycie mszy zahaczło, przynajmniej zahaczyć mogło o prawdziwy mistycyzm, zas wędrówka w fikcję była ograniczona. Czytano tanie romanse, chodzono do teatru. O tym, że msza straciła wiele ze swojej siły pisałem już tutaj (może rację mają ci, którzy tęsknią za rytem trydenckim) i powtarzał się nie będę. Popkultura: filmy, gry, sieć oferuje surogaty wszelkich emocji i to takie fikuśne, że niektórzy biorą je za prawdę. Dziecko pójdzie na „piratów z Karaibów” i dostąpi wrażeń, których nie zaoferuje mu żaden ksiądz. To trochę tak, jakby pomylić zakochanie z miłością, wszyściutko dostajemy natychmiast i to instant, co czyni ludzi niezdolnymi do świętowania (Chesterton zapewne by sądził, że do modlitwy także). Gdy człowiek, być może ostatni człowiek (znowu Nietzsche) jest nieustannie zadowolony to nie umie się cieszyć, a cierpi, zasadniczo, tylko w sytuacji gdy siądzie w mrowisku. Tak naprawdę, to gra idzie o dwie wizje życia, jedna, w pewnym napięciu, z wielkimi emocjami, wyzwaniami, zanurzonymi w świecie ostrch wartości, druga to mamałyga, rzeczywistość doznań o stałem temperaturze, powiedzmy, plwociny. A wybór nie jest taki znów prosty, jak nam się wydaje, gdybym miał lat naście, nie żywiłbym wątpliwości, powiedziałbym sobie – ma być mocno bez względu na cenę. Ale teraz mam trzydzieści dwa lata i pytam siebie, w jakim świecie chcę żyć. W jakim świecie chcesz żyć Ty? W jakim chcesz, by żyło Twoje dziecko?
Rozważam wyprawę do Bielska celem uśmiercenia Bartłomieja Pastylka, najlepiej w finezyjny, brutalny sposób. Chłop by to docenił. Czytam sobie, na zmianę z Chestertonem, Paszylkowy leksykon  filmów grozy, napisany zresztą po angielsku i nieodwołalnie zainfekowałem się miłościa do kina Larry’ego Cohena. Bartek, czemu mi to zrobiłeś? O „God told me to” pisałem już do Nowej Fantastyki, ale tego jest więcej! Jeszcze „A jednak żyje!”, opowieść o morderczym niemowlaku i jego ojcu, wyraźnie przerażonym tym co zmajstrował z małżonką trzyma się w miarę tradycyjnej formuły horroru, ze wskazaniem na najgłupszych policjantów w historii kina, ale już „Q. The winged serpent” to jazda po bandzie. Mamy azteckiego boga-węża, fruwającego sobie nad Nowym Jorkiem, gdzie składa sobie jaja, zmarłego niedawno Dawida Carradine i absolutnie cudownego, szalonego Michaela Moriarty w roli głównej, nie pojmuję jakim cudem facet nie zrobił kariery, choć może status najlepszego z niedocenianych aktorów też stanowi powód do radości. Dalej, mamy „The Stuff”, szczęśliwie wydaną w Polsce perełkę tandetnego kina, a przy okazji ekstrakt z eightes, z Moriatym w roli przemysłowego szpiega, który ma zbadać skład tajemniczego przysmaku, podbijającego wszystkie rynki świata: substancja wydobywa się z ziemi, wprost z ziemi jest wysyłana do sklepów, żyje i zabija każdego, kto ją zbyt długo zajada. Na koniec perełeczka, czyli „Pick me up”, nakręcona w ramach serii Masters of Horror historia o dwóch seryjnych mordercach, kierowcy ciężarówki (Moriaty, dwadzieścia lat i trzydzieści kilogramów później) i autostopowicza, rywalizujących ze sobą o ofiary na amerykańskiej drodze. Teatr jednego aktora, mieszanina groteski i makabry, zakochałem się na zabój i postanawiam Cohena tropić. Jest co, bo facet kręci rzadko, ale pisze scenariusze, w tym do hitów w rodzaju „Telefonu” Schumachera. W tym akurat filmie dokonał cudu, ożywiając opowieść skazaną na śmierć przed kamerą najbardziej nieczułego reżysera w biznesie.

A ja zapieprzam – może dlatego ten „Tydzień z głowy” wrzucam z pewnym opóźnieniem, cieszę się na pracę, cieszę się na dzień na działce z moim synem, na wrażenia z tym związane. Choć każda chwila z nim jest dobra, a prosty uchwyt mojej ręki, przylgnięcie dziecięcego ciała  do mojego ramienia, tak ufne, tak przepełnione miłością jest wrażeniem, które po prostu roztapia serce.