Archiwa dla September, 2009

dwa razy ja w Nowej Fantastyce

raz, czyli opowiadanie “Głowa węża”

(…)

Belladonna. Dosłownie “piękna kobieta”. Wilcza jagoda. Schronienie.
Maks garbił się nad planami i zdjęciami. Było ciepło, więc zabrał od ciotki plastikowy stół, krzesło i usadowił się na trawniku, w gardle budynku. Mury Belladonny otaczały go z czterech stron, słońce odbijało się w ekranie laptopa. Zamknął komputer. Czytał. Z kubka parowało.
Belladonnę wzniesiono dokładnie siedem miesięcy temu, w lesie za wsią. Budynek zaprojektował Robert. Robert skoczył. To wiedział. Wykupiono tereny w promieniu trzech kilometrów, ogrodzono, w lesie ponoć znajdowali się ochroniarze, których Maks nie dostrzegł. Budynek ma cztery kondygnacje, dwanaście mieszkań plus apartament na poddaszu. Własność Roberta.
Na trawniku pojawiła się ciotka. Tym razem przyniosła ciastka. Talerz ozdobiony był esem-floresem, sama ciotka wskoczyła w bluzę i sukienkę w kratę, światło obnażyło plamistą brzydotę tej kobiety: guzy na szyi, sterczący nos, przebarwienia na dłoniach i policzkach.
- Porozmawiają z tobą – oświadczyła. – Pytałam i wszyscy się zgodzili. Basia i Szczepan nie, ale wiadomo, jak to z nimi. Mówiłam ci o nich? Straszne nieszczęście.

Za Belladonną jest kryty basen, kort tenisowy, pusta siłownia, garaże na wielkie samochody, osobliwy rodzaj sklepu, skąd po prostu towary się bierze, niczym z lodówek hotelowych: chleb kosztuje dwadzieścia złotych, butelka piwa ponad pięć. Papierosy normalnie. W Belladonnie obowiązuje zakaz palenia.
Mieszka tu siedem osób, jeśli nie liczyć dziwek Karola.
Maks przypomniał sobie o Robercie. Zaznaczył. Sześć głów plus dziwki.
- Co właściwie z tym Robertem, ciociu?
Pomógł rozłożyć jej leżak.
- Wiedziałam, że tak będzie. Zalazł tu ludziom za skórę, nie ma co. Nie mówię tylko o Karolu, który nikogo nie lubi. Albo o Szczepanie z żoną, którzy, wiadomo, mają swoje trudności. Tłukł się. Wrzeszczał po nocy. Ale nie miał gości. Basię to chciał stąd wyciągnąć. Od Szczepana. Mało Szczepan go nie zabił. To dobrze. Nie miał. Myślę, że gdyby… Wybudował ten dom i dom go rozczarował – ciotka zamilkła.
Znalazł wyciąg z regulaminem, sięgnął po czerwony marker.
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wyszedł na dach i skoczył. W gruncie rzeczy uderzył tutaj, metr od miejsca, gdzie siedzisz.
Na Maksie ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. Czytał.
“Nikt nie może zamieszkać w Belladonnie bez zgody wszystkich mieszkańców”.
- Długo tu mieszkasz, ciociu?
- Pół roku. Prawie co do dnia.
- A dlaczego się tu przeniosłaś?
- To już wywiad?
- Powiedzmy.
“Każdy mieszkaniec może zostać usunięty z Belladonny jednomyślną decyzją pozostałych”.
“Z tego powodu mieszkań nie można kupić. Ludzie wynajmują”.

i dwa, czyli felietonik, tym razem o “Grace”

O tym filmie zrobiło się głośno w horrorowym światku, głównie za sprawą doskonałego plakatu. Widzimy na nim butelkę ze smoczkiem, wypełnioną krwią, co dobrze zwiastuje temat “Grace”. Madeline to młoda dziewczyna uwikłana w zimne małżeństwo; ma za sobą intensywny epizod lesbijski i terroryzuje męża wegańską dietą. Facet wsuwa te zdrowe obiadki (trudno o większy dowód miłości), momentami buntuje się, podkładając jej mięso na steka w kopercie, w cieniu ich związku funkcjonuje opresyjna teściowa, wyraźnie niezadowolona, że jej jedynak poślubił taką dziewczynę. Po wielu próbach i dwóch poronieniach Madeline zachodzi w ciążę, poddając się potem wszelkim możliwym obsesjom młodej matki. Dochodzi jednak do nieszczęścia, czyli wypadku samochodowego, niezbędnego w każdym filmie tego rodzaju. Ginie mąż i dziecko w jej łonie. Ona, wbrew wszystkim, decyduje się dotrwać do rozwiązania i urodzić trupa.

Eksperymentalna metoda porodu, zaaranżowana przez byłą kochankę Madeline przynosi nieoczekiwane rezultaty i mała Grace ożywa na dłoniach matki. Rozpoczyna się macierzyństwo niełatwe i obfitujące w niespodzianki.

dwa dalsze ciągi w numerze październikowym

tydzień z głowy (50)

Jestem bardzo niezadowolony, bo w ostatniej chwili dowiedziałem się, że nie jadę na Hard Rocker fest, gdzie, wedle mej najlepszej wiedzy, miałem pomagać kumplowi przy stoisku, pić piwo i słuchać zespołów na które w życiu bym się nie wybrał gdyby nie okazja szerzenia dobra tkwiąc na stoisku z winylami. Mekong Delte jeszcze jakoś zarejestrowałem jako fajny skład z lovecraftowskimi inklinacjami, ale już taki Wild Knight zwyczajnie nie mieści mi się w głowie ze względu na samą ich historię, otóż, chłopaki, jeśli tak można mówic o zacnych pięćdziesięciolatkach rekrutowali się z ruin grupy X-wild, rekrutującej się natomiast z byłych członków Running Wild, tych samych co przebierali się za piratów, niedawno zagrali ostatni koncert i poszli się jebać razem z papugą i Jolly Rogerem. Boję się myśleć, co będzie, gdy w Wild Knight nastąpi jakiś rozłam, na szczęście mam inne problemy, na przykład taki, że nawet ich sobie nie posłucham, a nie posłucham dlatego (o czym chcę napisać od pierwszej linijki), że obudziłem się z zapaleniem torebki stawowej w kostce, wiec o machaniu  głową dla Szatana mogę zapomnieć, w gruncie rzeczy samo kiwnięcie nogą przywołuje łzy. Przyjmijmy więc, ze są to łzy za grzechy.

Ból w nodze uprzytomnił mi pojęcie komfortu, o którym ładnie pisze Tyrmand w dziennikach i zorientowałem się, że komfort oznacza dla mnie tę tylko sytuację, kiedy nic mnie nie napierdala, kiedy gnam przez miasto, klepię w kompa z obłędem w oczach, siedząc na twardym krześle mam poczucie jasnej komfortowości.  Mieszkam bez żadnych wygód, co nawet sobie chwalę, choć niejasno przeczuwam konieczność jakichś porządków, choćby zawalczenia z agresywną kulturą pajęczyn. Co ważniejsze, nie pomyślałem nigdy, żeby to zmienić. Gdyby w skutek cudownego zdarzenia nagle wylądowałbym na miękkiej kanapie w przestronnym mieszkanku, przede mną pyszniłby się wielki telewizor a na ścianach wisiała sztuka, wyraziłbym pewno jakiś rodzaj zadowolenia ze zmiany mojego losu, nie znajduję jednak w sobie nic, co pchnęłoby mnie do czegokolwiek, poza wyczekiwaniem cudu właśnie. Jest we mnie jakieś głębokie poczucie, że tak właśnie jest dobrze, że może nie zasłużyłem, a w życiu trzeba walczyć o to, co ważne i nic więcej.

Nie mam pamięci do nazwisk, a wraz z nogą popsuło mi się wyszukiwanie w kompie, więc będzie bez konkretów. Najpierw przeczytałem rozpaczliwy artykuł o tym, że wściekły naród połapał się, że nie musi płacić bandyckich składek ubezpieczeniowych w ZUSie, wystarczy zatrudnić się na jedną setną etatu w UK (załatwiają to odpowiednie firmy) i haracz ponad ośmiu stówek kurczy się o połowę. Wypowiedzi urzędników wyższego szczebla zdradzały strach z trudem maskowany oburzeniem, było coś o ABW, bezpieczeństwie państwa z cudowną puentą, że jak to, bo co, przecież nie można składek nie płacić. Podobne przerażenie może odczuwać wampir, zaskoczony przez świt. Furtkę dla spryciarzy otworzyła dyrektywa Unii, a taka dyrektywa jest jak słonce, niewiele można z nią zrobić – stąd paniczny strach. Zaraz potem jaki facet orzekł, że ZUS niedługo trafi szlag, co właściwie należy uznać za potwierdzenie opinii wyrażanej gdzieś od dekady z kawałkiem. Oczywiście, można nie płacić składek, sam, jako artycha, jestem tego dobrym przykładem. Mógłbym, skruszony perspektywą biednej starości zacząć bulić, mam jednak świadomość, że choćbym wpłacał tysiąc złotych dziennie, to prędzej Christina Ricci wpadnie do Krakowa kibel mi przepchać niż ja cokolwiek zobaczę z odkładanych pieniędzy. W cieniu każdego wydarzenia, czy nawet ujawnienia słabości naszego tytana ubezpieczeń podnoszą się głosy oburzenia, że ZUS kupił sobie nowa siedzibę, ma tam złote klamki i tym podobne. Każda nowa nieruchomość nabyta przez tę instytucję, choćby był to garaż na merole zarządu budzi mą radość, wynikającą z troski o starzejące się społeczeństwo, pragnę, by tych nieruchomości było jak najwięcej i cieszyły me oko rozmachem nowoczesnej architektury. Uważam zresztą, że ZUS czyni to z rozmysłem i gdybym sam wylądował na stołku prezesa postąpiłbym podobnie. Zawsze to jakaś inwestycja, nieruchomości raczej nie tanieją i gdy system ubezpieczeń wreszcie szlag trafi znajdzie się przynajmniej coś, co będzie można zlicytować, sprzedać, wynająć, dać najbardziej oszukanym, najbardziej potrzebującym na margarynę i bełta, w ostateczności w dawnych gabinetach powstaną przytułki i noclegownie, co brzmi teraz zupełnie nieprawdopodobnie czyli najpewniej doczeka się spełnienia.

Pisałem już o mojej drodze do domu (awaria nogi wyłącza mnie z przykrej konieczności spaceru pod wiaduktem, choć, jak znam swe szczęście, zaraz jakieś ważne wydarzenie zmusi mnie do kuśtykania). Za to nie wspomniałem o zniczach. Znicze przydrożne najczęściej mijamy w samochodzie i wówczas myślimy o sobie. Jak to dobrze, że żyjemy. Ja nie jeżdżę tylko chodzę, więc mogłem choć raz pomyśleć o innych. Często zdarza mi się wracać koło dziesiątej, jedenastej i wówczas się palą, to znaczy, mogą palić się i wcześniej, ale w słońcu nie umiem ich zobaczyć. Dwa albo trzy, zmieniane nieregularnie. Czasem, pod wiaduktem nic się nie świeci przez długie tygodnie i muszę schylić się, by zobaczyć zimne szkło. Zeschłe kwiaty. Ktoś je jednak wymienia na nowe. I tak sobie stoją. Miedzy mocnymi słupami podpierającymi wiadukt. Zacząłem się zastanawiać, co tam się stało i w jaki sposób ktoś umarł. Przyglądałem się miejscu. Najpierw myślałem o zderzeniu dwóch samochodów. Tylko jak to możliwe, skoro albo sa ta korki na całą długość albo luz, nie ma po co wyprzedzać? No i kto by wyprzedzał na ostrym podjeździe? Chyba nie. Skoro znicze błyszczą po lewej stronie, jak idę do mojego domu, to może jakiś kierowca stracił panowanie nad samochodem, zwyczajnie zasnął i walnął w słup wiaduktu? Albo spieszył się do domu? I też walnął z pośpiechu. Musiał mieć sakramenckiego pecha, bo można tam uderzyć głównie w te słupy, jakby prasnął w skarpę to chyba by przeżył. Jakby nie, to znicze stałyby gdzie indziej. Nie przy słupie. Czyli słup jednak. Bez śladu na żelbecie. Wydaje mi się, ze po uderzeniu samochodu coś by pozostało. Musiałem wreszcie pomyśleć o sobie i zrozumiałem. Raz na jakiś czas przechodzę w poprzek ulicę, żeby szybciej wrócić do domu, światła są daleko i musiałbym robić kółko. Nie zawsze się chce. Człowiek, zapewne młody i pijany zrobił podobnie, tylko nie popatrzył, zapewne też wyłonił się spomiędzy słupów (padało?), będąc niewidocznym dla kierowcy. Wyskoczył pod koła, trach. Tu uspokajam wszystkich, zazwyczaj chodzę jednak na około, a jeśli przejdę na rympał to rzeczywiście ostrożnie. Nie o mnie jednak, o tym człowieku miało być – nie mam pojęcia kim był, kto mu te znicze pali. Domyślam się, że mieszkał na moim osiedlu, no bo gdzie indziej? Może szedł, wracał, do pracy w KFC? Tego już się nie dowiem, nie widziałem nikogo, kto by te znicze zapalał, nie miałbym zresztą odwagi zapytać. Ale, kierowany dziwnym impulsem poszedłem do sklepiku osiedlowego, kupiłem dwa znicze i postawiłem obok starych. Pomyślałem, że jeśli ktoś we mnie wjedzie, teraz właśnie, w momencie zapalania to będzie niezła heca i zaraz pokrzepiłem się innym wyobrażeniem. Nikt tam nigdy nie umarł, nie pod moim wiaduktem, zwyczajnie, jakiś gówniarz zapalił znicz dla zgrywy, a może żeby ostrzec kierowców przed rozwijaniem nadmiernej prędkości i tak to już się kręci, ktoś kto tak jak ja drepta tą najsmutniejszą trasą w całym Krakowie znicze te zauważy, zżyje się z nimi i nie wytrzyma, jeśli zgasną.

horror, horror (1): Dorothy Mills

Słyszałem dużo dobrego o „Dorothy Mills”, nadrobiłem zaległości i jestem prawie nie zawiedziony. Towarzyszy mi tylko wrażenie marnowania dobrego materiału. Zwraca uwagę senna atmosfera irlandzkiej wyspy, a nade wszystko rewelacyjny debiut Jenn Murray, wcielającej się w kilka różnych postaci. Czemu się wciela? Dorothy poznajemy, gdy w niesłychanie brutalny sposób karmi dziecko, którym miała się opiekować, sprowadzona na prędce pani od głowy ma sprawdzić co jest grane. W dziewczynce siedzą duchy trojga młodych ludzi, zmarłych, a jakże, w skutek podejrzanego wypadku samochodowego: dokładnie wskazanie winnych tego wydarzenia zamyka filmową intrygę. Murray odgrywa te postacie z klasą dojrzałej aktorki którą niewątpliwie jest, wszystko inne także znajduje się na miejscu, składając się na standardową fabułę dobrego horroru. Jest tylko jedna krótka scena, kiedy matka jednego z zabitych mówi, że nie może stracić Dorothy bo ta oferuje jej kulawy, ale jednak kontakt z jej dzieckiem. Nie pociągnięto tego wątku, a mnie w głowie wystrzeliła opowieść, horror totalny: oto mieszkańcy wioski przetrzymują w ukryciu tę opętaną dziewczynkę, nie godzą się na lekarza i egzorcystę, bo dzięki niej dostają na powrót swoich zmarłych. Niech pani psychiatra walczy o nią teraz. I ze sobą. Też kogoś pochowała. W dobrych rękach mielibyśmy, coś tak czuję, prawdziwe arcydzieło, film graniczny i wychodzący poza gatunek. Nie rozumiem, czemu nie pociągnięto „Dorothy…” w tę właśnie stronę, czemu uporczywie trzymać się zasad poskładanych jeszcze w latach siedemdziesiątych dla celów innego kina. Sam bym o tym pisał, ale nie mogę. Scenarzysta zrobił rzecz najstraszniejszą: miał doskonały pomysł i wypowiedział jego połowę. 

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

gdzie jestem? Zdjęcia Piotra Derkacza z Pyrkonu 2009

nie ma to jak pół roku opóźnienia, wynikłego z mojej winy. Pytanie zadane w tytule wpisu pozostaje, oczywiście, aktualne i nawet ja nie znam odpowiedzi. reszta zdjęć z serii: tutaj

metal na dziś (666)

Nowa płyta w drodze, po nieudanym koncercie w Spodku obawiam się rozczarowania. Ekstremalny metal, którego Slayer jest przedstawicielem trudno grać w pewnym wieku, formacje łagodniejsze, w rodzaju Ironów czy Saxon mają łatwiej w tym względzie. Nie zmienia to potężnego wrażenia, jakie ekipa Toma Aray’i zrobiła i robi swoimi pierwszymi kilkoma płytami. Nawet teraz, gdy się starzeją, zostawiają w tyle większość młodych kapel. W ogóle, bardzo lubię Toma Aray’a, uwielbiam ludzi potrzaskanych formacyjnie: katolików bedących zwolennikami reinkarnacji, feministki nie dające zgody na aborcję, czy wegan zatrudnionych w rzeźni. Araya, jako katolik wywrzaskujący sataniczne treści doskonale wkomponowuje się w ten schemat. Kolega Twardoch rzucił kiedyś, że wokalista w ten sposób szykuje sobie pewne miejsce w piekle. Może i szykuje, ja tam nie wiem, wiem za to, że jego przypadek jest jedyną znaną mi, współczesną i autentyczną sytuacją faustowską. Czy nie jest to wielki wybór, pomiędzy Bogiem i chwałą? Żyć tak jak nakazuje wiara, czy grać w największym zespole metalowym, jaki kiedykolwiek istniał?

tydzień z głowy (49)

Myślę sobie o Stalowej Woli. Może dlatego, że jestem akurat w Zielonej Górze, albo ze względu na świetny debiut Palińskiego, który niedawno przeczytałem. Ostatnio poznaję masę ludzi ze Stalowej, właściwie poznawałem zawsze, choć nigdy tam nie byłem. Za to wiem bardzo dobrze, jak podkurwić Stalowolanina, wystarczy zapytać o Chopina i cyrk gotowy. Uważam również, że przyszłość leży w aktywnym kreowaniu przeszłości, skoro to my rozpętaliśmy II wojnę światową i jesteśmy słusznie winni za wszelkie jej nieszczęścia, to cóżby szkodził mały plan rozwoju dla tego miłego chyba miejsca, jakim jest Stalowa Wola? Przedstawiam go tutaj nieodpłatnie, jednak z nadzieją, że władze miasta wypłacą mi jakąś premię. Należy zacząć od postawienia jebutnego pomnika Chopina w samym centrum miasta, stopniowo zapełniać kolejne dzielnice kopiami w mniejszych rozmiarach, na koniec przearanżować krasnale ogrodowe, doklejając im pianino oraz odpowiedni nos. To dopiero początek inicjatywy. Dalsza jej sekwencja zakłada nadanie imienia wielkiego kompozytora przynajmniej jednej szkole i zorganizowanie Tygodnia Chopinowskiego, cyklicznie, raz do roku. A potem już z górki: należy stworzyć publiczne Muzeum Chopina i kilka prywatnych, na odpowiednio mniejszą skalę, następnie, koniecznym wydaje mi się wskazanie i oflagowanie domu, w którym urodził się Chopin, budy, do której chodził oraz miejsca, gdzie pracował Jego ojciec, w konsekwencji czego powstanie Szlak Chopinowski w Stalowej Woli. I to już wszystko. Potem trzeba tylko wysprzątać hotele i czekać na tabuny Japończyków, którzy, jak powszechnie wiadomo kochają fortepianowe plumkanie Wielkiego Polaka nad swoje żółte życia.

Nie wykonałem swojego planu, to znaczy wakacje się skończyły, o czym informują mnie tabuny wyjątkowo ponurej młodzieży na ulicach – ja nie napisałem trzech opowiadań, tak jak sobie zakładałem. A jednak napisałem, tyle, że ostatnie skończyłem w czwartek, dwa tygodnie po założonym terminie. Nie jest najgorzej, biorąc pod uwagę, że z każdą kolejną ksiażką spóźniam się dwa lata. Czuję się jednak troszeczkę jak romantyk, taki Słowacki na miarę rudery z konsolą po środku. I głupio mi z tym. „Głowa węża”, jak i świeżo ukończony „Kanał” połamały mi gnaty. Za każdym razem siadałem do kompa, jakbym miał sznurek na szyi i jakaś złośliwa siła szykowała się do wyrwania mi stołka spod stóp. A przecież to tylko historie. Fikcyjni ludzie doświadczają nieprawdziwych zdarzeń. Trysku trysku z serducha  i główki. Nie umiem znaleźć żadnej sensownej myśli, by to ogarnąć: czemu cierpię gdy piszę, czemu jednak sytuacja nie-pisania jest dla mnie dwadzieścia razy bardziej przykra? Nie rozumiem tego. I, jako dopowiedzenie, cień, taka kwestia: czy gdybym znalazł sposób na  usunięcie tego bólu, na przykład w drodze terapeutycznego wygrzebania kulki z mózgu, to czy poszedłbym na to? Co wtedy bym pisał? Bo pisałbym przecież choćby po to, żeby mieć na życie. Chyba, że poszedłbym do ochrony. I, psia krew, jakim bym był człowiekiem? Ale oczywiście tego nie zrobię, co najwyżej kiedyś ból sam zniknie, a ja przemienię się w tępego podróżnika-eseistę. Mam wrażenie, że te doświadczenia potrzebne są nie tylko mnie ale i innym, w końcu, my, ludzie, potrzebujemy także złych emocji, żeby żyć. A po co to piszę? Opowiadania są skończone (będę jeszcze poprawiał) i nic nie dzieli mnie od powrotu do „Widm”. Zaczynam w poniedziałek i mam nadzieję pisać bez większych przerw, aż książka zostanie ukończona. Przerasta mnie w każdą możliwą stronę, nie mam pojęcia, w jaki sposób to dźwignę. Kiedyś przyrównałem pisanie do wyciskania na ławeczce prostej. Chcę napisać „Widma” i wycisnąć 140 kilogramów. Recepta jest prosta: osiem godzin snu, dobre śniadanie, odżyweczka i asekuracja bliskich. Dam radę.

Teraz o rzeczach strasznych. Kiedy byłem w Stanach fakt, że jestem niewierzący budził podejrzliwość i zdumienie. Oczywiście, w niedzielę śmigałem do kościoła mając na względzie giełdę pracy, odbywającą się po nabożeństwie – niewierzący, niereligijny facet urastał w oczach polonusów do rozmiarów jakiejś amoralnej Godzili, takiego stwora który poważy się na wszystko, skoro dziesięć przykazań władował tam, gdzie słońce nie sięga. Pomijam to, że katolicyzm polskich emigrantów ma charakter formacyjny, zresztą, szlag już z tą Ameryką. Zrobiłem w życiu kilka złych rzeczy, ale chyba żadnej straszliwej – najwyżej doprowadziłem do sytuacji, w której straszliwość staje się koniecznością, nie wiedziałem jednak, że tak się może podziać. Niejasno rozumiem, że złe uczynki pokazują swoją prawdziwą naturę o zmierzchu, maski opadają w nocy, gdy drzwi za nami są zamknięte. Zupełnie jak w „Needful things” Kinga, gdzie handlarz fałszywych marzeń oczekuje tylko drobnego psikusa w zamian za cuda ze swego katalogu: psikusy te eskalują, doprowadzając do zagłady całego miasteczka. Nic się nie dzieje, a zarazem dzieje się wszystko, drobne gesty wywołują upiory i wsadzają mordercom noże w ich wielkie dłonie – no i co ja mogę, pytam. Poruszanie się w tym świecie wymaga zmysłu, który posiadam, którego często nie słucham i zupełnie nie chwytam zasad działania, momentami mam wrażenie, że ci mądrale od faktu moralnego mieli rację. Pewne rzeczy są złe. Pewne rzeczy są dobre. I nie ma na to żadnego uzasadnienia, wszelkie systemy moralności stanowią pustą próbę uporządkowania poszczególnych działań ludzkich, czego te zwyczajnie nie potrzebują. Czerwień będzie zawsze czerwienią, niezależnie od widm i pasm, widzialnych i nie widzialnych dla ludzkiego oka. Dobrze, źle, nie wiem dlaczego, czemu te kundle ujadają w psiarni mojej czaszki, wiem za to, że z nimi trudniej zbłądzić, a i wycie do księżyca, w takim towarzystwie zwyczajnie daje się znieść.

metal na dziś (14)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

No i co ja mogę napisać o Megadeth? Nie napiszę przecież, że niewiele obchodzi mnie te parę riffów które Mustaine sklecił z Metalliką nim wyleciał na pysk, nie chce mi się nawet wspomnieć, że nawet w okresie heroicznym mego metalowego rozwoju miałem serdecznie w czterech literach ten band na który spalali się wszyscy w około, nie napiszę o heroinowych wyczynach rudego leadera, dość barwnych nawet jak na rocka lat osiemdziesiątych, tak samo jak guzik mnie obchodzi droga do Boga, którą teraz odnalazł. Mam nadzieję, ze mu z tym lepiej, bo to chyba sympatyczny choleryk. Nie interesuje mnie też jego postawa polityczna, choć w zalewie pacyfistycznej histerii pan Mustaine wypadł dość pozytywnie. Nawet pieniądze wydane na ich idiotyczny, mdły koncert w Spodku parę lat temu przebolałem, zwłaszcza, ze z tego co pamiętam bilet dostałem w prezencie. No to co mogę napisać? No co? Kolega Tomek twierdzi, że nowa płyta to arcydzieło i kto się nie zgadza ten ma w pysk.

czy zombie trombi. o prozie Briana Keene na Onet.pl

W cieniu wielkiej przemiany wampira (od ludowej legendy, przez Drakulę, aż do przyjemniaczka o twarzy Pattisona) dokonuje się ciche przeobrażenie innej figury z horroru. Zombie. Żywego trupa.

Pozornie, zombie w swojej wersji wyjściowej, znanej z lat sześćdziesiątych jest mniej atrakcyjny od swego kuzyna z długimi zębami. Brak mu pomyślunku i “żyje” stosunkowo krótko, poddając się procesom gnilnym. Nie umie fruwać ani w nic się zmienić, trudno też, by takiego cuchnącego drania z muchami w nosie – dosłownie – pokochała amerykańska nastolatka. Właściwie sam z siebie nie jest nawet groźny. Zombie jednak mają tę cechę, co szarańcza w opowieści o Muminkach. Roją się, występując tuzinami, a w powieściach Briana Keene ich liczba sięga miliardów. Prawie tylko, co ludzkość.

Keene jest nową gwiazdą horroru. Sławę zyskał powieściami o żywych trupach, choć, na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje, że jego książki są gorsze niż zło, jak przytomnie mówi pewien pisarz z Poznania. Pierwszy tytuł (“Noc zombie”) jest po prostu fatalny, ale i tak przy drugim (“Miasto żywych trupów”) wyraźnie zyskuje. Okładka jest paskudna w najgorszym sensie tego słowa, format też dziwny, słowem, Keene odpycha od siebie jakby sam był żywym trupem. Tymczasem, te krótkie książeczki nie tylko przebijają dzisiejszych tuzów horroru w rodzaju Grahama Mastertona, ale też stanowią zwieńczenie transformacji żywego trupa, jakby nie było, figury ważnej dla wyobraźni, zwłaszcza Polskiej. No bo kim był Konrad-Gustaw?

Zombie, w odróżnieniu od wampira jest bestią wyraźnie filmową. To jednak literatura dała nam Drakulę, Miasteczko Salem oraz Eddiego Cullena, z kolei nieumarli zaznaczyli się poprzez kino – czy ktoś pamięta jeszcze powieść “Noc żywych trupów”, na podstawie której Romero nakręcił swój słynny film? Historia zombie, której zwieńczeniem jest proza pana Keene napawa optymizmem. Wampir przeszedł wędrówkę od władcy nocy do potulnego supermana. Żywy trup w tym samym czasie wędrował od statusu łajzy ku potędze.

dalej

tydzień z głowy (48)

Urbaniuk zapytał mnie niedawno, czemu nie zabiorę się za felietony do magazynów kulturystycznych, zdradzając w ten sposób nadzieję, że polski świat pakerów mnie potrzebuje. Możliwe, że tak, tylko do czego? Roboczo nadawałbym się do takiego zadania. Na siłownię chodzę od lat, a od początku roku nawet regularnie, mniej więcej trzy razy w tygodniu. Ruchy wykonuję chyba prawidłowo, młodzi czasem pytają mnie jak dane ćwiczenie wykonać i posiadam chyba ten przyjemny rodzaj wyobraźni, który pozwala ćwiczenia modyfikować, zmieniać, wynajdować nowe (oczywiście już dawno wynalezione) co sprawia, że na treningu nie jest nudno. W przeglądanych magazynach dla pakerów znalazłem odpowiedź i już rozumiem, że nici z tego zajęcia (chyba, że jakiś producent odzywek zapłaci mi, bym prężył muskuły z papierochem w gębie – na tak miłe wydarzenie jednak nie bardzo liczę). Dziesięć procent materiału tekstowego rzeczywiście poświęcono treningom, reszta natomiast dotyczy suplementacji oraz kulturystycznego trybu życia, który przepełnia mnie niewysłowioną zgrozą. Odżywki są nawet smaczne, a ponieważ jedzenie nigdy nie sprawiało mi przyjemności, mógłbym wsuwać tego jebanego kurczaka z ryżem bez przypraw. Co z tego jednak? Przemieniony w prawdziwego pakera musiałbym natychmiast odstawić piweczko oraz fajki, co jeszcze przysłużyłoby się zdrowiu, następnie, powinienem jednak znaleźć w sobie trudną zdolność nie wkurwiania się na zdrowy tryb życia, oczywiście w trosce o najdroższą masę. Musiałbym spać całe dnie, przemieszczać się ospale i z rzadka, jeść posiłki o określonych porach pod rygorem wahań wagi, a wolny czas spędzać na gapieniu się w wielkie lustro, którego przecież nie mam i kombinować w jaki to sposób wyrównać klatę z barkami czy czymś podobnym, dalej, nie mógłbym pojechać na wakacje czy nawet na weekend, bo w Bieszczadach o pakę jednak trudno, słowem, całe moje życie musiałoby ulec nieodpartej potrzebie poprawiania własnego ciała. Jeszcze w Kaliforni, być może, miałoby to jakieś uzasadnienie, ale szczęśliwie żyjemy w Polsce gdzie przez większość roku piździ, wali żabami oraz wieje i najcudowniejsze nawet muskuły trzeba wepchać pod sweter. Generalnie, w kulturystyce kryje się ten rodzaj próżności, którego nie umiem zaakceptować, nie widzę też żadnego sensu w podporządkowywaniu sobie życia ćwiczeniom: na suplementy trzeba wydać kupę forsy, dziewczyny i tak wolą samochody, a wielki, zwalisty koleś z najpiękniejszą nawet definicją tricepsa naraża się na wpierdol od byle kogo prowokując rozmiarem i obwodem karku. Gdzieś zaginęła zdrowa idea, w końcu grecka, ale sensownie przedłużana jeszcze w latach siedemdziesiątych, w końcu każdy facet powinien dobrze wyglądać i zdradzać jakąś siłę, zwłaszcza w smutnym szeolu roboty biurowej i nie wiem czemu, ani jakim sposobem skończyło się to na nadmuchanych mężczyznach, zdolnych, owszem, wycisnąć trzy setki na ławeczce prostej a zarazem, z okazji zawodów, funkcjonujących na granicy omdlenia ze względu na odwodnienie organizmu (mięśnie ładniej wówczas widać).

Przyznam się ze wstydem, że odczuwam jakąś chorobliwą fascynację tym zjawiskiem i czasem gapię się na zdjęcia tych ogromnych mężczyzn znalezione w sieci, gapię się dokładnie z tego samego powodu, dla którego śledziłem fotki Jacko w jego okresie schyłkowym i czasem oglądam hollywoodzkie porno z silikonowymi dziewczynami. Co dziwne, a może normalne, jest to dla mnie wrażenie wyrugowane z wszelkiej seksualności, zarazem mocne – fascynują mnie wszelkie próby porzucania człowieczeństwa, już nie walka z ciałem ale jego kompletne odrzucenie. Mówię o tych wszystkich dziewczynach z cyckami jak furgonety, o ludziach jaszczurkach i kotach, o nieszczęsnym Jacko i Marylin Mansonie, który także przestaje mieć powody do zadowolenia, o gościach napchanych syntholem, z bicepsami większymi od mej głowy. Jest w tym coś fascynującego, to ten rodzaj chorego skrzywienia który sprawia, że ludzie zatrzymują się by patrzeć na ofiary wypadków samochodowych. Ich drgawki. Nogi bijące o ziemię. A ja mam to i właściwie zostaję z samymi pytaniami: dlaczego ludzie sobie to robią i co w ich głowach sprawia, że czują się w ten sposób piękni? Ten rodzaj potwora, to myślenie o potworności na życzenie nie potrafi mnie opuścić.

Koledzy radzili, żebym wyłączył z tygodniowych zapisków moje wrażenia filmowe. Przeniósł je do osobnego działu, tak jak wymyśliłem sobie „metal na dziś”. Nie wiem co o tym sądzić bo nie mam pojęcia kto czyta te moje wpisy i w jaki sposób znajduje do nich odniesienie. Może tak zrobię. Tylko, no właśnie – horror jest moja starą miłością, odkryłem, że kochamy się nieco rzadziej i postanowiłem nadrobić. Zaopatrzyłem się w najnowsze filmy nakręcone w Stanach, Europie, Azji, obejrzałem ciurkiem i jestem po prostu smutny, mam nawet chęć zapytać: coście gnoje nawyczyniali. Nie natrafiłem na nic czemu mógłbym poświęcić choćby notkę tutaj, o felietonie do Nowej Fantastyki nie wspomniawszy, nic nie nadaje się choćby na wyśmianie w ogródku piwnym, jak zagra aktorstwo to scenariusz jest do dupy, jak scenariusz daje radę, to rzecz posklejano, jakby, przepraszam Państwa bardzo, ktoś zesrał się na stół monażowy, smutnym cieniem kładzie się też brak nawet pozorowanej wiary w te filmy, ot, machnąć fuchę i można iść do banku. Nie wyczerpałem się, to pewne, bo gdy wracam do starych – wcale nie znanych mi tytułów – wciąż odczuwam dreszcze. Szukam przyczyn, znajduję, jedną w sobie a drugą z poza. Poznawanie zdobyczy gatunku zaczyna się, najczęściej, od najładniejszych wyskoków filmowych, uśrednianych co najwyżej zacnym pulpem, po prostu, zły film trafia się nieco rzadziej, czego konsekwencją bywa nadzwyczajne docenienie gatunku. Dobry dostęp do filmów też robi swoje, można zobaczyć więcej, nakręcając sobie spiralę rozczarowań, w końcu 90% czegokolwiek to gówno. Sprawa zewnętrzna: nie umiem wyróżnić jednoznacznej traumy promieniującej na dziełka kręcone choćby w piwnicy. Bo tak: horror w latach siedemdziesiątych jest świadectwem rozpadu wartości rodzinnych i amerykańskiego mitu rodziny jako najmniej zaropiałej dziury we łbie społeczeństwa, dziesięć lat później siekiera pełni rodzaj komentarza dla rozrywek młodzieży, ujawniają się też lęki związane z AIDS, w ostatniej dekadzie zeszłego wieku wskazywanie palcem przychodzi trudnej – na upartego wymieniłbym lęki sieciowo-technologiczne i tożsamościowe. Świat łże. A teraz co? Właśnie nie wiem, ale jeśli wolno mi zabawić się w proroka, gatunek może skręcić w stronę rasizmu/homofonii i tłuc opowieści o wrednych emigrantach wrzucone w horrorową metaforę, ewentualnie, groza może wyjść ze zwyczajów żywieniowych i proekologicznych („Grace” jest tutaj dobrym przykładem). Lub odwrotnie. Opresyjnie traktowani homoseksualiści oraz motyle zgnębione przez bezdusznych plantatorów osiedli podejmą krwawą pomstę. Albo wątki religijne, gdyby komuś starczyło jaj i pogrzebał w demonologii islamu może znalazłby się kod dla dwóch wież i nie tylko. Na razie jednak nie wiem. I smutno.

Jestem akurat w Warszawie, wyszedłem i zobaczyłem bomby. Stały sobie dwie dzióbkami w dół, na chwałę klęski wrześniowej. To trochę tak, jakby postawić pomnik Kennedy’ego z kulą w głowie.

prince of persia-próba recenzyjna

Postaram się teraz napisać parę słów o ostatnim „Prince of Persia”, a potem postaram sobie obiecać, że postaram się pisać o każdej następnej grze która mi się spodoba. Gdybym w tej chwili urwał ten wpis, przynajmniej byłoby wiadomo, ile warte jest to moje staranie. Zastanawiałem się czy to jest potrzebne. To znaczy, nie wychodząc na bufona, wiem, ze parę osób czyta tego bloga, czerpiąc radość z tej czynności. Tylko czy jest sens, abym pisywał o grach? Nie pytam samego siebie, próbuje raczej się przekonać. Bo chyba jest. Czytam „:Neo+” i uważam ten miesięcznik o grach konsolowych za kompetentne źródło informacji. Za to z ogromną trudnością przebijam się przez makaronizmy, nowomowę, młodzieżowe wtręty. Wcale nie piorunuję na schamienie młodej polszczyzny, przeciwnie, to cudowne, że język żyje, zmienia się pod wpływem nazwisk i absorbuje słowa, tyle, ze mi ciężko jest tego nowego języka się nauczyć. I myślę, że wielu graczy po trzydziestce ma podobny kłopot. Więc może spróbuję popisać o grach normalnie, dla ludzi, którzy, tak jak ja, mogą im poświęcić ze trzy godziny w tygoniu, a przy okazji zawsze pozwalczam fałszywe wrażenie, że konsolowe strzelanki, kosmiczne starcia, rajdy i perscy książęta winny zostać w świecie przedmaturalnym.

            Pierwszy Książę był chyba pierwszą grą w jaką zagrałem, a już na pewno przeszedłem – pamiętam, jeździłem do wujka, do Raciborza (komputer wówczas to był niezły cymes) i tłukłem godzinami kolejne poziomy, wściekając się, wznosząc pięści do milczącego Boga, który posłał moja białą figurkę na pikselowe kolce. Zarazem, niejasno śniłem o trójwymiarze, o tym, żeby mój Książę przestał być płaski jak symbol seksu z lat osiemdziesiątych, żebym mógł zobaczyć te mroczne korytarze w trójwymiarze i przestać musieć sobie dopowiadać.

            No i mam. Nie grałem w żadną późniejszą odsłonę Księcia i trudno mi prześledzić rozwój serii, słyszałem, że nastąpiły jakieś straszne odstępstwa, niemniej, najnowsza część wydaje się kontynuacją z ducha i serca, jakoś tam wypełniając mój sen sprzed dwudziestu lat. Identyczny tytuł ma sens. Wstyd też przyznać, ale nie raz zaciskałem pięści lub cisnąć padem, kiedy nie wyszła mi jakas sekwencja skoków. Czułem się jak skończony dureń, raz, że dorosły facet powinien zachować spokój w każdej sytuacji, a dwa, że ludzie na forach pisali, że nowy Książę właściwie przechodzi się sam.

 

            O co chodzi? Nasz as jest Księciem tylko ze względów marketingowych, naprawdę trudni się złodziejstwem i zdradza poważne objawy zniedołężnienia umysłowego (typ „tępy jajcarz” zwany tez „kurą bez głowy”). Akurat wraca sobie z jakiegos rabunku, gdy coś tam się dzieje, książę gubi oślicę objuczoną złotem, w zamian znajdując piękną księżniczkę. Jak dla mnie żaden interes, ale gość w to wchodzi. Dziewczynę oczywiście ktos goni, konkretnie tato, któremu poprzestawiało się we łbie od ciemnych mocy, do tego w okolicy akurat obudził się Aryman, bóg zły i głodny. Książę w towarzystwie dziewczyny musi poskakac po dwunastu poziomach, zabić pięciu boksów i kilkudziesięciu żołnierzy, żeby powstrzymać piekielną łajzę przed zrujnowaniem naszego, i tak niezbyt pięknego, świata.

            Rozgrywka sprowadza się do radosnego hopsania po kolejnych lokacjach. Książe śmiga po ścianach, sufitach, ślizga się po krzywych powierzchniach, przeskakuje po kolumnach i w ogóle bez kłopotu wygrałby Taniec z Gwiazdami. Raz na czas musi chwycic za miecz, tytułem miłej odmiany. I rzeczywiście, momentami idzie bardzo łatwo, rozgrywka sprowadza się do niespiesznego naciskania przycisków w odpowiedniej kolejności, czasem znów trzeba pogłówkować, zawsze zaś radość sprawia oprawa graficzna, przestrzenie, tekstury, zwał jak zwał – momentami gra wygląda jak namalowana. Rozgrywka nie zapewnia wielkich emocji (w odróżnieniu od „Dead space”  czy „Gears of war’) w zamian oferując odprężenie, w takie rzeczy ciupie się w leniwe niedzielne przedpołudnia, lub po ciężkim roboczym dniu, na pół godziny przed snem.

            Największym mankamentem wydaje mi się konieczność zbierania jakiś cholernych kuleczek światła celem przejścia do kolejnego etapu, co właściwie oznacza przechodzenie gry po dwakroć. Dziewczyna zjada te światełka i jest ponoć silniejsza. Idiotyczne odzywki Księcia to osobna bajka, w ich cieniu fakt, że Książę nie może zginąć nabiera niezwykle smutnego wydźwięku. Gdziekolwiek by nie zleciał, jak mocno by w łeb nie dostał, kobita go wyciągnie i zaczynamy od początku. Rozumiem, ze to wymóg pod kątem młodych graczy, ludzie się o to wściekali, ale ja się nie wściekam, w końcu, w pierwowzorze było trochę podobnie. Chłopa cofało w wypadku niepowodzenia, tyle, że wczesniej naprawdę przebijały go kolce. Dziewczyna jest zasadnicza i wredna jak one.

            Jeśli ogarnąć dzisiejszy standard gier wideo, wyznaczony przez „Gears of war” i „Call of duty” wyjdzie, że nowy Książę znajduje się mocno poniżej standardów. Wartość gry leży w warstwie graficznej i sentymentach. Fani serii już ją łyknęli, a dla mnie, podejrzewam, że nie tylko, tra zabawa stanowiła sympatyczne przypomnienie rozrywki sprzed dwóch dekad, dowód, że myślenie o graniu nie musi się zmienić, mimo korzystania z najnowszych zdobyczy techniki. No i co dalej, myślę sobie, dwadzieścia lat  temu, u wujka, skończywszy Księcia zabrałem się za Lemingi, tracąc jeszcze więcej czasu i dziecięcych nerwów. Ten projekt chyba padł lata temu, a szkoda – w koncu, obie gry są głównie o spadaniu w przepaść, co zawsze pozostaje aktualne.

Next Page »