dwa razy ja w Nowej Fantastyce

raz, czyli opowiadanie „Głowa węża”

(…)

Belladonna. Dosłownie „piękna kobieta”. Wilcza jagoda. Schronienie.
Maks garbił się nad planami i zdjęciami. Było ciepło, więc zabrał od ciotki plastikowy stół, krzesło i usadowił się na trawniku, w gardle budynku. Mury Belladonny otaczały go z czterech stron, słońce odbijało się w ekranie laptopa. Zamknął komputer. Czytał. Z kubka parowało.
Belladonnę wzniesiono dokładnie siedem miesięcy temu, w lesie za wsią. Budynek zaprojektował Robert. Robert skoczył. To wiedział. Wykupiono tereny w promieniu trzech kilometrów, ogrodzono, w lesie ponoć znajdowali się ochroniarze, których Maks nie dostrzegł. Budynek ma cztery kondygnacje, dwanaście mieszkań plus apartament na poddaszu. Własność Roberta.
Na trawniku pojawiła się ciotka. Tym razem przyniosła ciastka. Talerz ozdobiony był esem-floresem, sama ciotka wskoczyła w bluzę i sukienkę w kratę, światło obnażyło plamistą brzydotę tej kobiety: guzy na szyi, sterczący nos, przebarwienia na dłoniach i policzkach.
– Porozmawiają z tobą – oświadczyła. – Pytałam i wszyscy się zgodzili. Basia i Szczepan nie, ale wiadomo, jak to z nimi. Mówiłam ci o nich? Straszne nieszczęście.

Za Belladonną jest kryty basen, kort tenisowy, pusta siłownia, garaże na wielkie samochody, osobliwy rodzaj sklepu, skąd po prostu towary się bierze, niczym z lodówek hotelowych: chleb kosztuje dwadzieścia złotych, butelka piwa ponad pięć. Papierosy normalnie. W Belladonnie obowiązuje zakaz palenia.
Mieszka tu siedem osób, jeśli nie liczyć dziwek Karola.
Maks przypomniał sobie o Robercie. Zaznaczył. Sześć głów plus dziwki.
– Co właściwie z tym Robertem, ciociu?
Pomógł rozłożyć jej leżak.
– Wiedziałam, że tak będzie. Zalazł tu ludziom za skórę, nie ma co. Nie mówię tylko o Karolu, który nikogo nie lubi. Albo o Szczepanie z żoną, którzy, wiadomo, mają swoje trudności. Tłukł się. Wrzeszczał po nocy. Ale nie miał gości. Basię to chciał stąd wyciągnąć. Od Szczepana. Mało Szczepan go nie zabił. To dobrze. Nie miał. Myślę, że gdyby… Wybudował ten dom i dom go rozczarował – ciotka zamilkła.
Znalazł wyciąg z regulaminem, sięgnął po czerwony marker.
– Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wyszedł na dach i skoczył. W gruncie rzeczy uderzył tutaj, metr od miejsca, gdzie siedzisz.
Na Maksie ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. Czytał.
„Nikt nie może zamieszkać w Belladonnie bez zgody wszystkich mieszkańców”.
– Długo tu mieszkasz, ciociu?
– Pół roku. Prawie co do dnia.
– A dlaczego się tu przeniosłaś?
– To już wywiad?
– Powiedzmy.
„Każdy mieszkaniec może zostać usunięty z Belladonny jednomyślną decyzją pozostałych”.
„Z tego powodu mieszkań nie można kupić. Ludzie wynajmują”.

i dwa, czyli felietonik, tym razem o „Grace”

O tym filmie zrobiło się głośno w horrorowym światku, głównie za sprawą doskonałego plakatu. Widzimy na nim butelkę ze smoczkiem, wypełnioną krwią, co dobrze zwiastuje temat „Grace”. Madeline to młoda dziewczyna uwikłana w zimne małżeństwo; ma za sobą intensywny epizod lesbijski i terroryzuje męża wegańską dietą. Facet wsuwa te zdrowe obiadki (trudno o większy dowód miłości), momentami buntuje się, podkładając jej mięso na steka w kopercie, w cieniu ich związku funkcjonuje opresyjna teściowa, wyraźnie niezadowolona, że jej jedynak poślubił taką dziewczynę. Po wielu próbach i dwóch poronieniach Madeline zachodzi w ciążę, poddając się potem wszelkim możliwym obsesjom młodej matki. Dochodzi jednak do nieszczęścia, czyli wypadku samochodowego, niezbędnego w każdym filmie tego rodzaju. Ginie mąż i dziecko w jej łonie. Ona, wbrew wszystkim, decyduje się dotrwać do rozwiązania i urodzić trupa.

Eksperymentalna metoda porodu, zaaranżowana przez byłą kochankę Madeline przynosi nieoczekiwane rezultaty i mała Grace ożywa na dłoniach matki. Rozpoczyna się macierzyństwo niełatwe i obfitujące w niespodzianki.

[ytorbit]_FIsRuIoxLE[/ytorbit]

dwa dalsze ciągi w numerze październikowym