jestem na necroparty
I zapraszam do Rotundy, o 16.00, na Halloweenowe spotkanie autorskie. I nie tylko, bo będą pokazy filmów, koncerty psychobilly, festiwal tatuażu i inne cudeńka.

I zapraszam do Rotundy, o 16.00, na Halloweenowe spotkanie autorskie. I nie tylko, bo będą pokazy filmów, koncerty psychobilly, festiwal tatuażu i inne cudeńka.

wbrew informacjom podawanym przez niektóre strony NIE wezmę udziału w Targach Książki w Krakowie.

Omega
Omegę poznałem na jednym z literackich spotkań, to znaczy, raczej po, jak gnieździł się gdzieś na tyłach knajpy, otoczony kolorowym gronem kompanów, zasłuchanych i zapatrzonych w człowieczka, którego można przeczytać, a nawet zobaczyć w telewizji. Było to już po drugiej książce i Omega brylował w aureoli nadziei młodej prozy, co właśnie się ucieleśnia. Pierwsze wrażenie zrobił fatalne, blady, wręcz siny od zioła, ubrany w najmodniejsze ciuchy (na modzie się nie znam, lecz podobne widywałem w telewizji), nie spoglądał na rozmówców, lecz ponad nimi, w ostateczności na czubki ich głów. To on chyba mnie rozpoznał, podszedł, pogadaliśmy chwilę, wyszło, że czytaliśmy siebie nawzajem, co prawda pobieżnie, lecz wystarczająco, by jeden postawił drugiemu. W gruncie rzeczy postawienie wydaje mi się ważniejsze niż rozpoznanie, przegadaliśmy parę godzin, a bufonada, z której Omega miał słynąć, ani razu się nie ujawniła. Może dlatego, że widział we mnie kogoś równego sobie, a może – wolę tę wersję – ucieszył się zwyczajnie, że jest ktoś, kto nic od niego nie chce i nie podchodzi na klęczkach.
Zainteresowań nie mieliśmy podobnych, za to wrażliwość zbliżoną, świat naciskał nas w ten sam sposób i podobnie rozbieraliśmy ludzi, podobnie mówiliśmy o nich, no i niedawno trafiliśmy do Warszawy, każdy przyszedł tam osobnym kanałem i musiał zmierzyć się z własnym zagubieniem. Omedze szło ciut lepiej, umiał się dogadać, wiedział, gdzie zadzwonić i co powiedzieć, żeby liznąć medialnego blasku, z zasady pisarzom niechętnego. Parę razy mi pomógł, dał zarobić, komuś przedstawił, co zarezonowało miłym przelewem na konto. Robił to z sympatii, choć trzeba dopowiedzieć, że nie byliśmy dla siebie konkurencją, ja osadziłem się mocno jako autor tradycyjnych opowiadań fantastycznych, za to Omega stawał na uszach by być autorem nowoczesnym.
Dzień Omegi zawsze wyglądał podobnie. Budził się koło południa, wyganiał z łóżka kolejną pannę, pilnując, by nie wróciła, a jeśli już to z browarem, następnie siadał, coś pisał (bloga, esej), lub kontemplował kolejną powieść eksperymentalną, ściskając pada do play station lub włócząc wirtualny tyłek po klipach na youtube. Wychodził gdzieś po południu i pędził, cel tego pędu pozostawał jednak tajemnicą dla mnie i dla otoczenia. Widywano Omegę, jak gdzieś gna z lapem na plecach, jak kokosi się w taksówkach, gdzieś dzwoni, nerwowo łączy się z netem, zawsze będąc w ruchu, wpada i wypada do budynków redakcji i organizacji pozarządowych, coś notuje po drodze, na kogoś wrzeszczy i tak dalej. Wieczorami lądował w knajpie, intensywnie czarując, by następnego dnia nie przebudzić się w samotności. Niczego nie musieliśmy sobie zazdrościć.
Debiutancki tomik wierszy Omegi przeszedł właściwie bez echa, więc młody autor zwrócił się w stronę prozy, imponując zabiegiem formalnym. Na jego Wolałbym nie składało się kilkanaście krótkich opowiadań, małpujących dokonania czołowych pisarzy polskich, od Iwaszkiewicza po Żulczyka i Masłowską. We wszystkich tekstach Omega zastosował identyczną metodę: wybierał temat właściwy dla danego autora, genialnie kopiował język, podejmował podobną tematykę, tylko po to, by dokonać dekonstrukcji – zdania wykrzywiały się gwałtownie, każdy następny akapit zdawał się prześladować wszystkie poprzednie, miażdżyć je lub parodiować, słowem, koniec opowiadania oznaczał pod względem językowym masakrę punktu wyjścia. Podobnie było z tematyką. Omega dobierał właściwą dla każdego autora tylko po to, by ją efektownie roztrzaskać – przykładowo wprowadzał postać prześladowanego geja, który z pomocą organizacji pozarządowych walczy z dyskryminacją aż do ostatecznego zwycięstwa – straciwszy sens życia, dyskryminuje się sam. Książka sprzedała się średnio, budząc jednak żywe zainteresowanie krytyków, mediów, oraz wściekłość twórców w niej opisanych. Ci ostatni niewiele mogli zrobić. Omega pożywił się nimi, przeskoczył, brylował, ujawniając się jako prawdziwe zwierzę medialne, do tego jego imponująca postura, byczy kark i potężne ramiona zniechęcały obrażonych do prób rewanżu w starciu bezpośrednim.
Kiedy zaprzyjaźniałem się z Omegą, stał przed przykrą koniecznością napisania drugiej poważnej książki. Rozumiał bowiem, że się nie wyśliznie, że życie z felietonów o podkulturze, z prasy kobiecej i mamrotania w programach telewizyjnych kiedyś się skończy, że przyjdą inni, bardziej oblatani, ładniejsi, a nade wszystko, lepiej mamroczący. Zwierzał mi się przy wódce, aż to robiło się nudne, nieustannie jęczał, kiwając głową, że owszem, młody był, na debiut pomysł był prosty, wystarczyło umieć czytać i pisać, a teraz – co robić. Radziłem mu, żeby napisał coś bardziej w moim stylu, dla ludzi, na przykład historię miłosną albo coś o trudach pracy w wielkiej firmie, może thriller prawniczy w stylu Grishama, które Omega bardzo lubił. Marszczył wówczas swój wydatny nos, nad wysokim czołem zbierały się chmury. Mówił mi coś takiego:
– Wolałbym nie. – Robił pauzę i tłumaczył: – nie mogę uzależnić się od czytelnika. Książka się sprzeda albo nie. Tego, chłopie, nie przewidzisz, możesz włożyć forsę w promocję, być wszędzie, na każdym kanale, zejdzie tysiąc z kawałkiem, co zrobisz, co za to kupisz? A żyć trzeba. Słowem, nie przewidzisz zachowania konsumenta książek, opinię krytyka i owszem, za tą opinią idą granty, stypendia. Mówię ci. A nie wiem, co pisać, żeby utrafić, z kim ścigać się, a komu odpuścić.
Znaliśmy się rok z kawałkiem, gdy Omega oznajmił mi, że zabiera się za pisanie nowej powieści, konkretnie, fikcyjnego bloga homoseksualisty, który dokonuje exodusu z rodzinnej wsi w wielkomiejską społeczność, zanurza się w życie klubowe, ujawnia się wreszcie, co w konsekwencji rodzi konflikt z najbliższymi, ze społecznością małopolskiej prowincji. Prócz bloga, będącego tekstem zasadniczym, planował włączyć zdjęcia, fragmenty recenzji nieistniejących książek, plan miasta, pełen klubów gejowskich, fikcyjnych lub nie, do tego dossier co bardziej wpływowych luminarzy homoseksualnego światka, równie prawdziwych i zmyślonych. Rzecz wyglądała ambitnie. Omega przystąpił do pracy z zapałem, dbając, by o książce mówiono, nim powstała choćby linijka. Nie znałem wówczas jego faktycznych zamierzeń, nie wiedziałem nawet, czy zna środowisko gejowskie, jeśli znał i bywał, skrywał ten fakt przede mną.
Gdzieś w jednej czwartej prac nad nową książką, spostrzegłem zmiany, jakie zaszły w Omedze. Wyraźnie schudł, zarazem nieco zmężniał, spod koszulki wystawały mu kształtne bicepsy, choć nie słyszałem, żeby odwiedzał siłownię. Do tego zmienił styl ubierania, wskoczył w wąskie dżinsy i obcisłe koszulki, rozszerzane w barkach, tak by sylwetka układała się w seksowne „fał”. Dawniej zarośnięty niczym glina z amerykańskiej strzelanki, objawił się z gładziutki, z włosami precyzyjnie ułożonymi na żelu, nawet głos mu wyszczuplał, pojawiła się w nim miękkość, idąca w parze z ostrożnością dobieranych słów. Zaskoczony tą zmianą, nie śmiałem pytać, może temat go wciągnął, może coś w sobie odkrył – faktem jest, że dziewczyny podrywał coraz rzadziej, wolniej, aż jakoś tak w połowie twórczego wysiłku, odpuścił. Mężczyzn przy nim nie widywałem. Zagadywany o zmiany, zbywał mnie żartem lub zgoła milczał, wpatrzony w obrączki i sygnety mnożące się na jego palcach.
(…)
ciąg dalszy w antologii. Na prośbę Werwolfa16 wklejam też info o niej. Przy okazji przypominam podział black metalowej, czteroosobowej hordy który kiedyś wymyślił Urbaniuk. Czteroosobowa black metalowa horda dzieli się na dwie dwieoosobowe watahy, wataha z kolei na dwa pojedenycze werwolfy. O antologię pytajcie w Ha!arcie. Oto obiecane info:
“Wolałbym nie” – Chutnik, Czerniawski, Czerski, Dehnel, Dzido, Franczak, Orbitowski, Pawluśkiewicz, Shuty, Zygmunt, Żulczyk, Żurawiecki – antologia pod red. Grzegorza Jankowicza
Antologia młodej prozy “Wolałbym nie” prezentuje teksty polskich pisarzy urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w których na różne sposoby protestują oni przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego.
W tle przewija się postać Bartleby’ego, którego słynna fraza “I would prefer not to [wolałbym nie]“, była wielokrotnie odczytywana w kontekście społecznego i politycznego zniewolenia jako lapidarna formuła sprzeciwu wobec opresji społecznych, konwencji i instytucjonalnych norm.
Uważam, że wszystkie filmy zaczynające się od wypadku samochodowego należałoby komisyjnie zniszczyć – z zagłady ocaliłbym jedynie “Zejście” Marshalla i właśnie “Zemstę po latach”. John, kompozytor w sile wieku, traci żonę i dziecko pod kołami ciężarówki: już ta scena, niezwykle dramatyczna i śnieżnobiała, zwiastuje, że będziemy mieli do czynienia z czymś szczególnym. Zmasakrowany tym nieszczęściem nasz geniusz pianina próbuje się odnaleźć, a ponieważ każdy, kto hurtem stracił bliskich powinien wprowadzić się do nawiedzonego domu, John też tak czyni. Szybko zaprzyjaźnia się z sympatyczną agentką nieruchomości, obwąchują się nawzajem oraz jeżdżą konno. To ona właśnie stanie się powiernikiem tajemnic i sprzymierzeńcem. W końcu samotny facet ledwo ogarnie skarpetki do pary, a tu trzeba się zmagać z upiorami.
Powoli, w sekwencji niesamowitych zdarzeń, John uświadamia sobie, że w domu jest ktoś jeszcze: ktoś, kto generuje dziwne dźwięki i lubi bawić się piłeczką, ktoś niewidzialny, może nie tyle pragnący zemsty, co sprawiedliwości za zgon przedwczesny i do tego w wannie. Po fiasku seansu spirytystycznego nasz kompozytor decyduje się na małe śledztwo – właśnie ono, a nie muzyka czy rodzący się romans może ukoić jego cierpienie. Od człowieka, przez trupa, widmo i człowieka znowu, odsłania się prawda tyle złowroga, co nie pozbawiona życiowości. Kogoś zabito, by ktoś inny przeżył. I tapla się w pieniądzach. Trop prowadzi do wiekowego senatora, który jeszcze przed wojną zamieszkiwał dom, w którym teraz straszy.
Wątki, rozwiązania znamy aż za dobrze, wszelkie próby streszczeń kończą się banałem. “Zemsta po latach” ujawnia jednak całą czarodziejskość kina, zdolną do ożywienia wszelkich Frankensteinów. Dziełu Medaka właściwie trudno nie uwierzyć, zassany przez scenę wypadku towarzyszyłem już Johnowi, czując jego bezbrzeżny smutek, a jego nadzieja stawała się moją. Wszystko tu gra, nie wychodząc zarazem przed orkiestrę: aktorzy nie udają, że są ważniejsi od scenariusza, scenariusz z kolei nie obraża głupotą ani nie złości nadbłyskotliwością; sam Medak jest jak najdalszy od chwalenia się, jak to świetnie trzyma kamerę. Nawet finał, obowiązkowo w ogniu i bieganinie, nie niszczy atmosfery filmu, choć na dobrą sprawę ten jeden drobiazg dałoby się odpuścić. Atmosfera, właśnie – nie mam pojęcia co to takiego, czym jest ów klimat i czemu używa się go, by wybronić największą nawet kichę ekranową. Tu jednak działa, dociska i można się zakrztusić.
całość w numerze listopadowym
jakiś czas temu puściłem “Szklaną skórę” w Playboyu. Kto się nie załapał, może teraz spokojnie posłuchać sobie tekstu na stronie Tchnienie Grozy, zupełnie za darmo. proszę, oto link.
Miał być podwójny wpis jubileuszowy ale nie będzie, to znaczy będzie jak być miało, a jednak bez sensu. Wyszło, że nie znam się na kalendarzu, byłem pewien że rok ma pięćdziesiąt cztery tygodnie, a tu bęc, o dwa mniej. Znaczy to, że te moje cotygodniowe wpisy mają pierwszy roczek już za sobą – zaglądnąłem sobie do pierwszego i stwierdziłem, że optymizm ma jakiś sens. Świat wciąż istnieje i jest usieciowiony. „Tydzień z głowy” miał mi zastąpić bajki o kotach, które nieodwołalnie przestałem pisać i czułem potrzebę niedzielnego, niezobowiązującego klepania słówek. Klawiatura to nałóg jak każdy inny. I te, cotygodniowe wpisy zaskoczyły mnie podwójnie (coś dużo dziś tej podwójności). Rok temu nie miałem się najlepiej, do tego towarzyszyło mi wrażenie nieznośnie umykających dni, żeby mknęły – one rozłaziły się jak ciasto. Pomyślałem sobie, że jeśli będę klepał coś w stylu, że we wtorek byłem tam i tam, potem obejrzałem to i to, a do tego ktoś przyszedł i coś zrobił odzyskam kontrolę nad sobą, co wówczas było mi potrzebne. Teraz jednak nie wiem, czy kontrolę rzeczywiście odzyskałem, czy po prostu pogodziłem się z jej brakiem. Ale „tzg” odpłynął od formuły kroniki bezrodzinnej do luźnego kwa-kwa na tematy najróżniejsze, czasem ciekawe, czasem nie. Nie mam też pojęcia ile razy palnąłem tutaj jakąś głupotę, zaprzeczyłem sobie w ramach jednej szpalty bloga, albo napisałem oczywistą nieprawdę. Myślę, że dalej będę łgał i sobie przeczył. Zaskoczony jestem natomiast tym, że ludzie polubili ten kącik, że wyjście polubili. Nie mam wątpliwości odnośnie własnej wartości jako pisarza, lecz jako melepety internetowego już owszem. Tym fajniej, że te słowa, tutaj, chwytają. Bo chyba o to chodzi w pisaniu, że jest ono potrzebne mnie i innym, pewno mnie bardziej i moglibyśmy w ogóle żyć bez siebie tylko po co. Tak pomyślałem sobie o tym, co teraz właśnie piszę (nigdy nie czytam swoich wpisów) i nie chciałbym wywołać wrażenia pożegnania, wcale nie zamierzam zamykać tej rubryczki, więcej nawet – jeśli nie wydarzy się coś dramatycznego, jakaś całościowa zmiana, „Tydzień z głowy” będę prowadził do końca życia.
Okazja jubileuszowa numer dwa. Jutro, czyli w poniedziałek, kończę trzydzieści dwa lata. Dużo i mało. Ani ze mnie gówniarz, ani dojrzały facet. Podobno gdzieś od tego wieku zaczyna się jakaś nieprawdopodobna zdolność uderzeniowa u każdego aktywnego mężczyzny, czyli dopuszczam możliwość, że w najbliższych dniach wyrośnie mi taran na czole. Ale ja niezbyt czuję upływ lat, rok temu ciut posypało mi się zdrowie, ale już dawno jest w porządku, nie odczuwam ograniczeń ciała i rzadko kiedy przypominam sobie, że mam organizm. Zastanawiam się tylko, czy jestem dziecinny, czy młody po prostu, nie czuję się, naprawdę ani o dzień starszy niż dziesięć lat temu, a moje całe życie kręci się wokół rzeczy niegodnych dorosłego człowieka, czyli książek, filmów, gier. Słucham cholernego metalu i zbieram koszulki zespołów. Miało być refleksyjnie? No dobra, jedziemy. Tydzień temu spotkałem się z przyjaciółmi napić się wódeczki, usiedliśmy w moim wynajętym mieszkaniu przed dużym monitorem, otworzyliśmy flaszkę, poszedł film, gadaliśmy sobie wesoło, w ogóle było cudnie, tylko raptem naszła mnie myśl, że dziesięć lat temu też tak siedziałem, z tymi samymi ludźmi, też na wynajętym, tylko filmy były lepsze, zaś wódka wyraźnie podlejsza (piliśmy gorzką, aż wszyscy zrozumieli, ze Pilch to blagier, oraz koszmarnie sikliwe piwo Van Gerst sprzedawane w dyskoncie spożywczym plus, powstał nawet poemat „Lato w Van Gerst” poświęcony brzydocie kobiet w Holandii, niestety-zaginął). Czy to znaczy, że stoję w miejscu? Czyli się cofam? Ludzie w moim wieku są już menedżerami, mają rodzinę, też spróbowałem czegoś w tym kierunku (rodziny, nie menedżerowania) co skończyło się jak zawsze. Więc jak, zapytałem siebie, czy naprawdę nic się nie zmieniło, tkwię jak tkwiłem, moje życie jest ciągłą zmianą i przez to absolutnie niezmienne? Potem pomyślałem o Julku. Zazwyczaj zastanawiam się co mógłbym dla niego zrobić, czysto technicznie: co kupić, co zmienić w jego życiu, jaką przyszłość zapewnić. A tu nagle uświadomiłem sobie, jak bardzo uszczęśliwia mnie ten chłopiec, no i poznałem nowy rodzaj miłości. Nie mam na półce swoich książek, ale one też przyszły mi do głowy, dziesięć lat temu nie uwierzyłbym, w to ze zostanę, jakby na to nie patrzeć, zawodowym pisarzem, że o tematach jakie podejmę nie wspomniawszy. Zdarzył mi się Playboy, rubryka w „Dużym Formacie, projekty filmowe ze wskazaniem na pracę z Tomkiem Bagińskim i Tobiaszem Piątkowskim. Przecież to jest niemal jak sen. Tak sobie siedziałem, przywoływałem dobre rzeczy które do mnie przyszły, a potem rozejrzałem się po tych pijanych mordach, tak, z tymi mordami siedzałem dekadę temu, te mordy sprawdziły się ze sto razy każda, nikt nie nawalił i nikogo nie opuścił, ku czemu okazje były. Dzięki, chłopaki.
No i piszę „Widma” wszedłem w rytm, godzę się nawet z chodzeniem do biblioteki, choć wszystkie dane ostatnio szlag trafił i muszę na nowo. Nie chcę dawać już terminów, ale mam nadzieję napisać przynajmniej trzy rozdziały ciurkiem, złapać miesięczny oddech i pisać dalej. Duży projekt, ale chyba nie aż taki wielki jak przypuszczałem, może dlatego, że jestem wciąż na początku i wolę wyobrażać sobie, że góra na którą się wspinam wcale nie jest ogromna.

ja będę na pewno i nawet porobię za kamerzystę. wejściówka tylko 15 pln.
Słucham metalu prawie dwadzieścia lat a mimo tego istnieje poziom kultowości dla mnie niedostępny – mowa o tych wszystkich, starych thrashowych kapelach do których ludzie tu, w Polsce dodrapywali się gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Jakiś Razor. Jakiś Crossfire. Jakaś Mekong Delta. Gubię się w tym jak ślepy bez świeczki czyli zupełnie bez sensu, bo co by było gdybym coś jednak znalazł, do tego większość tych skórzanych fiutów wraca, nagrywa płyty i odbywa tryumfalne trasy po piwnicach i festiwalach plenerowych. Duńskie Artillery dla mnie plasowało się gdzieś w tej lidze wielkich-anonimowych, ot, był sobie, tłukli się jak cholera, wokalista popiskiwał a potem przyszło życie. Ich pierwsza płyta po reunion. Czyli „B.A.C.K” nie mogła wywołać gorszego wrażenia i odtąd unikałem chłopaków konsekwentnie. Tylko zdjęcia mili fajne. Aż pewnego pięknego dnia kolega podrzucił mi nową płytę, włączyłem i natychmiast zacząłem pisać swoje książki trzy razy szybciej i trzy razy lepiej. Energetyczne jak diabli, ani zachowawcze, ani odkrywcze na siłę, doświadczenie starych plus luz thrashowej młodości. Słucham i słucham, momentami wierzę znów w metal. Nowy materiał nazywa się „When death comes” a ten kawałek, tam wyżej, jest nie tylko świetny, ale i należy do najsłabszych na płycie.
Uwielbiam komercyjny, hollywoodzki horror i żałuję, że wszystko teraz tak się psuje, choć może psuło się zawsze: pamiętam, jak w pacholęctwie zachwycałem się kolejnymi częściami Freddy’ego Kruegera. Włączone po latach, natychmiast domagają się wyłączenia. Filmem wszechczasów mojej nastoletniości był oczywiście „Evil Dead”, do którego powróciłem po latach i wciąż się zachwycam. Reżyser też powrócił i po trzech „Spidermanach” zrealizował „Wrota do piekieł”, horrorek od serca, który grano już na świecie a niedługo radość ta przydarzy się Polsce. Ja już widziałem i się zachwycam, każdy powinien, chyba, że liczy na powrót do dzikości debiutu. To se ne vrati i dobrze, Raimi nie musi się z nikim ścigać, zrealizował w zamian energetyczny, straszno-śmieszny film dla starszej młodzieży i dużych dzieci, czyli mnie, ani to mądre, ani wybitne, za to rozrywkowe jak diabli, gapiłem się w ekran, gęba mi się śmiała i powtarzałem w kółko: ale jaja, ale jaja. Dostałem złośliwą cygankę, fruwające demony i świetne, choć możliwe do przewidzenia zakończenie, pozostaje więc nadzieja, że na najbliższą dekadę Raimi powróci do wysokich budżetów, budżetów w 2019 znów pokaże wszystkim, jak się kręci horrory.
w sobotę, 24-go października, na 22.00. Przy Placu Nowym. W ramach Festiwalu im. Czesława Miłosza będę czytał oraz plótł.