porusza i prowokuje...

28 października 2009

wolałbym nie

Omega

Omegę poznałem na jednym z literackich spotkań, to znaczy, raczej po, jak gnieździł się gdzieś na tyłach knajpy, otoczony kolorowym gronem kompanów, zasłuchanych i zapatrzonych w człowieczka, którego można przeczytać, a nawet zobaczyć w telewizji. Było to już po drugiej książce i Omega brylował w aureoli nadziei młodej prozy, co właśnie się ucieleśnia. Pierwsze wrażenie zrobił fatalne, blady, wręcz siny od zioła, ubrany w najmodniejsze ciuchy (na modzie się nie znam, lecz podobne widywałem w telewizji), nie spoglądał na rozmówców, lecz ponad nimi, w ostateczności na czubki ich głów. To on chyba mnie rozpoznał, podszedł, pogadaliśmy chwilę, wyszło, że czytaliśmy siebie nawzajem, co prawda pobieżnie, lecz wystarczająco, by jeden postawił drugiemu. W gruncie rzeczy postawienie wydaje mi się ważniejsze niż rozpoznanie, przegadaliśmy parę godzin, a bufonada, z której Omega miał słynąć, ani razu się nie ujawniła. Może dlatego, że widział we mnie kogoś równego sobie, a może – wolę tę wersję – ucieszył się zwyczajnie, że jest ktoś, kto nic od niego nie chce i nie podchodzi na klęczkach.
Zainteresowań nie mieliśmy podobnych, za to wrażliwość zbliżoną, świat naciskał nas w ten sam sposób i podobnie rozbieraliśmy ludzi, podobnie mówiliśmy o nich, no i niedawno trafiliśmy do Warszawy, każdy przyszedł tam osobnym kanałem i musiał zmierzyć się z własnym zagubieniem. Omedze szło ciut lepiej, umiał się dogadać, wiedział, gdzie zadzwonić i co powiedzieć, żeby liznąć medialnego blasku, z zasady pisarzom niechętnego. Parę razy mi pomógł, dał zarobić, komuś przedstawił, co zarezonowało miłym przelewem na konto. Robił to z sympatii, choć trzeba dopowiedzieć, że nie byliśmy dla siebie konkurencją, ja osadziłem się mocno jako autor tradycyjnych opowiadań fantastycznych, za to Omega stawał na uszach by być autorem nowoczesnym.
Dzień Omegi zawsze wyglądał podobnie. Budził się koło południa, wyganiał z łóżka kolejną pannę, pilnując, by nie wróciła, a jeśli już to z browarem, następnie siadał, coś pisał (bloga, esej), lub kontemplował kolejną powieść eksperymentalną, ściskając pada do play station lub włócząc wirtualny tyłek po klipach na youtube. Wychodził gdzieś po południu i pędził, cel tego pędu pozostawał jednak tajemnicą dla mnie i dla otoczenia. Widywano Omegę, jak gdzieś gna z lapem na plecach, jak kokosi się w taksówkach, gdzieś dzwoni, nerwowo łączy się z netem, zawsze będąc w ruchu, wpada i wypada do budynków redakcji i organizacji pozarządowych, coś notuje po drodze, na kogoś wrzeszczy i tak dalej. Wieczorami lądował w knajpie, intensywnie czarując, by następnego dnia nie przebudzić się w samotności. Niczego nie musieliśmy sobie zazdrościć.
Debiutancki tomik wierszy Omegi przeszedł właściwie bez echa, więc młody autor zwrócił się w stronę prozy, imponując zabiegiem formalnym. Na jego Wolałbym nie składało się kilkanaście krótkich opowiadań, małpujących dokonania czołowych pisarzy polskich, od Iwaszkiewicza po Żulczyka i Masłowską. We wszystkich tekstach Omega zastosował identyczną metodę: wybierał temat właściwy dla danego autora, genialnie kopiował język, podejmował podobną tematykę, tylko po to, by dokonać dekonstrukcji – zdania wykrzywiały się gwałtownie, każdy następny akapit zdawał się prześladować wszystkie poprzednie, miażdżyć je lub parodiować, słowem, koniec opowiadania oznaczał pod względem językowym masakrę punktu wyjścia. Podobnie było z tematyką. Omega dobierał właściwą dla każdego autora tylko po to, by ją efektownie roztrzaskać – przykładowo wprowadzał postać prześladowanego geja, który z pomocą organizacji pozarządowych walczy z dyskryminacją aż do ostatecznego zwycięstwa – straciwszy sens życia, dyskryminuje się sam. Książka sprzedała się średnio, budząc jednak żywe zainteresowanie krytyków, mediów, oraz wściekłość twórców w niej opisanych. Ci ostatni niewiele mogli zrobić. Omega pożywił się nimi, przeskoczył, brylował, ujawniając się jako prawdziwe zwierzę medialne, do tego jego imponująca postura, byczy kark i potężne ramiona zniechęcały obrażonych do prób rewanżu w starciu bezpośrednim.
Kiedy zaprzyjaźniałem się z Omegą, stał przed przykrą koniecznością napisania drugiej poważnej książki. Rozumiał bowiem, że się nie wyśliznie, że życie z felietonów o podkulturze, z prasy kobiecej i mamrotania w programach telewizyjnych kiedyś się skończy, że przyjdą inni, bardziej oblatani, ładniejsi, a nade wszystko, lepiej mamroczący. Zwierzał mi się przy wódce, aż to robiło się nudne, nieustannie jęczał, kiwając głową, że owszem, młody był, na debiut pomysł był prosty, wystarczyło umieć czytać i pisać, a teraz – co robić. Radziłem mu, żeby napisał coś bardziej w moim stylu, dla ludzi, na przykład historię miłosną albo coś o trudach pracy w wielkiej firmie, może thriller prawniczy w stylu Grishama, które Omega bardzo lubił. Marszczył wówczas swój wydatny nos, nad wysokim czołem zbierały się chmury. Mówił mi coś takiego:
– Wolałbym nie. – Robił pauzę i tłumaczył: – nie mogę uzależnić się od czytelnika. Książka się sprzeda albo nie. Tego, chłopie, nie przewidzisz, możesz włożyć forsę w promocję, być wszędzie, na każdym kanale, zejdzie tysiąc z kawałkiem, co zrobisz, co za to kupisz? A żyć trzeba. Słowem, nie przewidzisz zachowania konsumenta książek, opinię krytyka i owszem, za tą opinią idą granty, stypendia. Mówię ci. A nie wiem, co pisać, żeby utrafić, z kim ścigać się, a komu odpuścić.
Znaliśmy się rok z kawałkiem, gdy Omega oznajmił mi, że zabiera się za pisanie nowej powieści, konkretnie, fikcyjnego bloga homoseksualisty, który dokonuje exodusu z rodzinnej wsi w wielkomiejską społeczność, zanurza się w życie klubowe, ujawnia się wreszcie, co w konsekwencji rodzi konflikt z najbliższymi, ze społecznością małopolskiej prowincji. Prócz bloga, będącego tekstem zasadniczym, planował włączyć zdjęcia, fragmenty recenzji nieistniejących książek, plan miasta, pełen klubów gejowskich, fikcyjnych lub nie, do tego dossier co bardziej wpływowych luminarzy homoseksualnego światka, równie prawdziwych i zmyślonych. Rzecz wyglądała ambitnie. Omega przystąpił do pracy z zapałem, dbając, by o książce mówiono, nim powstała choćby linijka. Nie znałem wówczas jego faktycznych zamierzeń, nie wiedziałem nawet, czy zna środowisko gejowskie, jeśli znał i bywał, skrywał ten fakt przede mną.
Gdzieś w jednej czwartej prac nad nową książką, spostrzegłem zmiany, jakie zaszły w Omedze. Wyraźnie schudł, zarazem nieco zmężniał, spod koszulki wystawały mu kształtne bicepsy, choć nie słyszałem, żeby odwiedzał siłownię. Do tego zmienił styl ubierania, wskoczył w wąskie dżinsy i obcisłe koszulki, rozszerzane w barkach, tak by sylwetka układała się w seksowne „fał”. Dawniej zarośnięty niczym glina z amerykańskiej strzelanki, objawił się z gładziutki, z włosami precyzyjnie ułożonymi na żelu, nawet głos mu wyszczuplał, pojawiła się w nim miękkość, idąca w parze z ostrożnością dobieranych słów. Zaskoczony tą zmianą, nie śmiałem pytać, może temat go wciągnął, może coś w sobie odkrył – faktem jest, że dziewczyny podrywał coraz rzadziej, wolniej, aż jakoś tak w połowie twórczego wysiłku, odpuścił. Mężczyzn przy nim nie widywałem. Zagadywany o zmiany, zbywał mnie żartem lub zgoła milczał, wpatrzony w obrączki i sygnety mnożące się na jego palcach.
(…)

ciąg dalszy w antologii. Na prośbę Werwolfa16 wklejam też info o niej. Przy okazji przypominam podział black metalowej, czteroosobowej hordy który kiedyś wymyślił Urbaniuk. Czteroosobowa black metalowa horda dzieli się na dwie dwieoosobowe watahy, wataha z kolei na dwa pojedenycze werwolfy. O antologię pytajcie w Ha!arcie. Oto obiecane info:

„Wolałbym nie” – Chutnik, Czerniawski, Czerski, Dehnel, Dzido, Franczak, Orbitowski, Pawluśkiewicz, Shuty, Zygmunt, Żulczyk, Żurawiecki – antologia pod red. Grzegorza Jankowicza

Antologia młodej prozy „Wolałbym nie” prezentuje teksty polskich pisarzy urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w których na różne sposoby protestują oni przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego.

W tle przewija się postać Bartleby’ego, którego słynna fraza „I would prefer not to [wolałbym nie]”, była wielokrotnie odczytywana w kontekście społecznego i politycznego zniewolenia jako lapidarna formuła sprzeciwu wobec opresji społecznych, konwencji i instytucjonalnych norm.