pradziadek na koksie. w nowej machinie

STADA MOTYLI TOPIONE W SZAMPANIE. POTWORY WYPEŁZAJĄCE SPOD ŁÓŻEK. SZPIEG, PRZEMIERZAJĄCY SOWIECKĄ GRANICĘ Z DWUDZIESTOMA GRAMAMI KOKAINY W KIESZENI I PRZYNAJMNIEJ JEDNYM W NOSIE. NASI PRADZIADKOWIE UMIELI TAK POSZALEĆ, ŻE PETE’OWI DOHERTY’EMU WYWALIŁOBY GAŁY

Robert Anton Wilson, autor kultowej gdzieniegdzie trylogii „Iluminati”, we wspomnieniach z lat 60. przywołuje spotkanie z niejakim Leonardem i jego małżonką w swoim domu. Rozluźniony Leonard zapytał, czy mógłby sobie ulżyć ręka. Żona, znając swojego męża, zareagowała spokojnym uśmiechem, za to gospodarz pozbierał szczękę z podłogi i zaczął wypytywać, o co właściwie chodzi: czy masturbacja, czy tutaj, czy teraz. Leonard radośnie potwierdził, Wilson jął szukać ratunku, wreszcie zasłonił się dziećmi, klarując cierpliwie, że onanizujący się facet nie byłby dobrym spektaklem dla sześciolatków. Leonard pojął, skłonił się, poszedł do łazienki, radować się czynnością w samotności. Jest w tej scenie coś smutnego – parodia ruchu i rewolucji seksualnej – jeden spalony facet, którego cieszy autoerotyzm. Ale to i tak lepsze od tego, co mamy dziś. Zamiast zabawnej rozwiązłości lat 60. – techniawki, seks ubikacyjny, amfa zmieszana z tłuczonym szkłem. Wyobrażam sobie pradziadka grożącego palcem dzisiejszej młodzieży. Ma ponad setkę, ledwo umie gadać, sztuczna szczęka tego nie ułatwia, jednak mówi: „Zle się bawicie, młodzi. Ja bawiłem się lepiej”.

ZAPODAJ MI DOŻYLNIE

Popularność kokainy, jej powszechna dostępność oraz akceptacja wiązały się z tym, że urok tego specyfiku poznaje się natychmiast. Na przykre konsekwencje, jak utrata przegrody nosowej, trochę się czeka. Zygmunt Freud tak ukochał kokainę, że napisał na jej cześć piosenkę. Stevenson stworzył „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” podczas kokainowego tripu, a jego kolega po fachu, Artur Honan Doyle kazaŁ Holmesowi zapodawać narkotyk dożylnie, z entuzjazmem. Na kokainie zdobywano bieguny i ośmiotysięczniki. „Kokaina” Pitigrilliego, pseudonim Segre Dino, powieść wydana w 1921 roku, wywołała skandal, jakiego Doda z Madonna nie potrafiłyby sobie nawet wyobrazić. Opisy narkotycznej orgii, kłamstw, konfabulacji, rozpustnego życia narratora szokowały nawet największych liberałów. Stanowiły jedyna chyba przyczynę, dla której czytano to marne dzieło. Pornograficzny charakter powieści stanowił zresztą furtkę dla potoku mądrości życiowych autora, klarującego nieustannie, że nie ma lepszej żony niż była prostytutka albo że od Murzyna gorszy jest tylko chłop na wsi. Pitigrelli musiał uciekać z Włoch, naraziwszy się Mussoliniemu, by w końcu, jak większość rozpustników, nawrócić się na katolicyzm, dożyć późnej starości, przepraszając Boga za to, co nawywijał jako młody człowiek. Opisy kokainowego Paryża przyprawiają o zawrót głowy, a oprawa związana z zażywaniem narkotyku budzi religijne skojarzenia – kobiety przyjmują dawkę niby komunię, „relikwię albo święty symbol”. Mont Martre trzeszczy o „białych mszach” organizowanych przez ormiańską piękność, zaś sam główny bohater, jak tylko sobie wciągnie, truje otoczeniu o Bogu, świętych i księżach.

reszta w Machinie