tydzień z głowy (59)
Oglądam bajki. Julkowi niezwykle się podobają. Pokazałem mu przygody Toma i Jerry’ego, dzięki czemu mały zyskał szansę dowiedzieć się na czym polega przemoc. Mam wyrzuty sumienia związane, że pozwoliłem mu się zachwycić tym akurat filmem, jednak nie ze względu na okrucieństwo weń wmontowane (scenarzyści, maltretując kota kładą szczególny nacisk na wybijanie mu zębów), w końcu nie będę okłamywał własnego dziecka udając, że przemoc nie istnieje, a przynajmniej nas nie dotyczy. Nie pokażę ja, to dowie się w przedszkolu. Demoralizacyjny aspekt tej kreskówki zasadza się na czymś innym, czyli, że nie warto. Pojedynek, powiedzmy, Bugsa i Elmera jest starciem dwóch równorzędnych inteligencji, starciem wybitnych pomysłowości, jednostek aktywnych aktywnych nawet przebojowych, ujawniających, oczywiście dwa różne rodzaje przebojowości. W wypadku Toma i Jerry’ego relacja jest zasadniczo inna. Tom wydaje się jednostką zasadniczą, lecz pełną zalet i talentów, na przykład muzykuje z dość dużym powodzeniem, opiekuje się domem, dbając o ordung, a jego dzień wypełniony jest szeregiem różnych aktywności. Mysz z kolei jest typem utracjusza dzielącym swój czas pomiędzy spanie oraz kradzież, przecież ich konflikt zaczyna się najczęściej od prób rabunku. Kot staje w słusznej obronie cudzej własności, za co zbiera gigantyczny łomot – w tym sensie jawi się bohaterem polskim, a nawet romantycznym, niesłychanie mi go szkoda, w końcu jeśli ja się za nim nie ujmę, kto to uczyni? A dziecko, konkretnie mój synek oglądający wszelkie jego krzywdy, wpadający w dziką radość na widok kolejnych klęsk tego dzielnego zwierzęcia, zacznie sobie przyswajać prostą informację że w życiu nie warto, że trzeba kombinować taak, by leżeć do góry brzuchem, ukraść a potem się przebiec. Zwycięża mysz.
Oczywiście piszę to wszystko dla hecy, nie do końca jednak – skoro traktujemy poważnie własne dzieci, to bajki, które te dzieci oglądają domagają się również poważnego traktowania. Sam chyba nie umiałbym już napisać bajki, ale umiem o nich myśleć, konkretnie, o przestrzeni pozabajkowej. Przecież, prawem statystyki któreś z nich umrze, Tom albo Jerry. Albo, czym jest miejsce do którego zmierza Struś Pędziwiatr. Przecież nie chcę uwierzyć, że gania sobie tak bez sensu po tym cholernym Teksasie, wolę przyjąć, że poznajemy go w wielkiej podróży, której cel nie został jednak nam ujawniony. Pielgrzymuje do Mekki, czy co? Nie wiem co to za miejsce, chciałbym jednak zobaczyć film w tym właśnie miejscu osadzony. Może to eldorado dla bohaterów kreskówek, magiczne miasto gdzie spełniają się marzenia wszystkich, tam skunks wreszcie spiknie się z kotką, Elmer zje Bugsa, a Tom wymierzy Jerry’emu sprawiedliwość.
Nie wiem jak mają inni pisarze, ale dla mnie szalenie istotnym jest problem ściany. Tej, która wyrasta w najbardziej nieoczekiwanym miejscu, mało tego wygląda na taką ścianę, którą można przebić głową, wręcz zachęca do tej czynności. Tymczasem, próżny trud, tylko guzy rosną. Specyfika pracy, nieregularnego przepływu honorariów (o gospodarce cudów już tutaj pisałem) sprawia, że człowiek odczuwa potrzebę robienia raczej więcej niż mniej, co, w pewnym momencie owocuje niezdolnością to zrobienia czegokolwiek. To z kolei rodzi ogromne niezadowolenie, z którym przynajmniej ja nie umiem nic zrobić, w tym sensie, że namówienie mnie do odpoczynku jest równie trudne co nauczenie słonia fruwać. Więc siedzę, gapię się w kompa. Niekoniecznie teraz, zyję jednak w poczuciu realnego zagrożenia. Bo jest to kwestia, która za rzadko przychodzi mi do głowy. Nigdy nie koncypowałem moich książek, nigdy nie ułożyłem konspektu, zwyczajnie pewne rzeczy pojawiały się w głowie i domagały się napisania. Jedną książkę piszę, mam pomysł na następną, tylko co będzie, jeśli pewnego dnia coś we mnie zamilknie? Przecież tego nie wywołam, nie umiem upominać się o pisanie. No to się nie upomnę. Zostanę sobie eseistą, albo, kto wie, zabiorę się za zupełnie inną aktywność, bo jeśli czegoś nauczyłem się przez te lata to własnie tego, że życie bez przymusu jest jednak możliwe.




