Jestem Grinchem. Niezawodnie. Albo kimś w tym stylu. W większości bajek świątecznych pojawia się figura niechętna Bożemu Narodzeniu. Najczęściej jest to troll, garbus z wielkim nosem albo karzeł, w każdym razie ktoś, skrzywdzony przez życie, także na umyśle. Zgodnie z założeniami fabuły, maszkara taka albo przekona się do grudniowego szczęścia, albo zostanie straszliwie pokarana. Źle mi to wróży, a pocieszenie znajduję w fakcie, że Grinch, karzeł, garbus to pokraki o mikrych duszach za to ja jestem cudny i pełen zalet. W mojej niezgodzie na święta jest natomiast coś dziecinnego, to tupanie nóżką chłopczyka, wleczonego przemocą do dentysty, który liczy, że ząb naprawi się od samej złości. Gówno, niestety, trzeba rwać, będzie karp i choinka, opłatki, szczęściem, mieszkam sam, więc pasterka zostanie mi podarowana. Religijny aspekt świąt mnie nie dotyczy. Bez mydła i oporu kupuję komerchę z Santa Clausem i coca-colą, w końcu każdy sklep musi pozbywać się towaru, no i dzieci czekają na prezenty. Natomiast, tradycyjna, polska wigilia budzi we mnie niekłamane przerażenie, już chyba wolałbym dentystę. Nie do końca rozumiem czemu. Po części, złości mnie fakt, że nasz cudny kraj zamiera na dwa i pół dnia, czynne są nieliczne stacje benzynowe, a ja, z moim darem do rujnowania sobie własnej codzienności zawsze zapomnę kupić rzeczy podstawowych, czyli chleba i wina. Przykry jest praktyczny brak wigilijnych alternatyw, kiedyś jeszcze czytałem o dziwnych, wykrzywionych ludziach, którzy, odbębniwszy kolację z rodzinką pędzili spotkać się we własnym gronie. Potwory. A ja po dziecinnemu chcę koncertów, festynów, wielkich szopek z gwiazdami polskiej i zachodniej sceny zgromadzonymi wokół żłoba (Nergal jako Herod, Kwaśniewscy jako Święta Rodzina, układający w stajence małego Sierakowskiego) oraz sztucznych ogni. Znów kluczę, żeby nie napisać tego, co naprawdę czuję. Funkcją wigilii nie są prezenty. Ani żarcie (jeszcze raz-aspekt religijny odkładamy na bok). Dickens miał rację. W tę noc przypominają się nam złe rzeczy, które wyrządziliśmy, jak i nasze własne krzywdy, o czym autor „Opowieści Wigilijnej” już milczy. Nie krzywdzimy przecież obcych i od nich bardzo rzadko doznajemy krzywdy. Jeśli podsrywam kogoś w robocie, to kumpla, nie obcego, jeśli kłamię to bliskich, bo na co obcemu moja prawda, a jeśli czekam na czyjąś śmierć, to bogatej ciotki, nie sąsiada. I to kumpla spotykamy na opłatku pracowniczym, a ciotkę przy wigilijnym stole. Pamiętamy też o rzeczach, które przeciw nam wymierzono. Gdyby jeszcze wigilia miała tę cudowną zdolność zmazywania zeszłego roku, dało by się znieść, ale są różne, przykre cuda, których nie sposób zapomnieć, ani sobie ani innym i których nie można naprawić. Bo gdyby jeszcze możliwa była jakaś zmiana, nie jednak, wszystko potoczy się po staremu, gdzieś, torem pomiędzy kruchym pokojem a skakaniem sobie do gardeł, ten magiczny czas świąt jest pusty jak Grób Pański, nic z niego nie wyniknie, nic nie zostanie zmienione i tylko będę się złościł.
Dużo jeżdżę pociągami i zastanawiam się, jak można występować przeciwko kapitalizmowi. No jak? Tłumaczę to sobie niewiedzą, wcale nie wynikająca z głupoty. Ludzie wyrastają w określonym klimacie intelektualnym, nasiąkają systemami pojęć i potem trudno im otworzyć się na nowe prawdy, zwłaszcza, że retoryka wolnorynkowa silnie kojarzy się z głodnym robotnikiem. Dla innych, lewicowość, etatyzm koresponduje z własnym interesem i trudno się im dziwić, nawet ja, jako artysta powinienem domagać się państwowych subwencji i otoczenia mnie opieką, przy zachowaniu pełnych wolności (twórca nie rozumie-państwo płaci, państwo wymaga). A jednak nie. Regularnie jeżdżąc do Warszawy kląłem jak szewc na złodziejskie ceny biletów, generowane przez praktycznego monopolistę, mówta co chceta, jak na mnie, stówka w jedną stronę to rozbój w biały dzień. Interregio wprowadziło parę tanich składów, Intercity najpierw toczyło pianę, a teraz, proszę, proszę, jeżdżą tabory za pół ceny. Ludzie korzystają. I na tym polega cudowność, prawdziwy fenomen kapitalizmu, pojawia się odrobina wolnej konkurencji, rozumianej przeze mnie po prostu jako wolność i zaraz, w obszarze zjawiska, wszystko tanieje i zyskuje na jakości. Co to oznacza? Tramwaje mogą jeździć sprawniej. Listy dochodzić szybciej. Prąd potanieć. Podaż być bardziej popytana. A teraz jeszcze na tory pchają się Niemcy i kto wie, może nawet piwo poleją w wagonie.
Co robić, by być inteligentem? Zarabiam na kulturze i wyliczyłem sobie, że, aby być na bieżąco (czyli, więcej wkładać w siebie niż wymować) w ramach planu minimum powinienem czytać dziennie przynajmniej jedną książkę, czyli około trzystu stron (książki dłuższe mógłbym rozłożyć na dwa dni, dobrze, że „Lód” mam już za sobą), od biedy komiks, ale gruby, do tego zobaczyć przynajmniej jeden film, ostatecznie, odcinek serialu, spędzić minimum godzinę w sieci, celem obcowania z opiniotwórczymi blogerami. Prowadzić przynajmniej kilka dyskusji z mądrzejszymi. Prócz tego, normalna praca. Co jeszcze? Jakieś formy higieny psychicznej, w rodzaju siłowni, gry już nie, bo to też kultura, znać trzeba. Słowem, takie zadanie jest zupełnie ponad moje siły, pozostanę cepem, a szkoda. Co mogę zrobić? Ano, z każdego filmu jaki zobaczę postaram się sprokurować krótką notatkę, po części na potrzeby prywatnego archiwum którego nie mam, po części, w odniesieniu do horrorów – z myślą o tym blogu. Czynię to w ramach postanowień noworocznych, lecz zaczynam dzisiaj, żeby nie było jak z rzucaniem wódy.
Może ktoś pamięta, jak pisałem o pani, nauczającej w tramwajach o Bogu i siostrze Faustynie. Wciąż jeździ ósemką. W ramach globalnego ocieplenia zamarzła Wisła. Ludzie, poradźmy sobie jakoś w te święta, co? Wszystkiego dobrego.