Archiwa dla December, 2009

horror, horror (6)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Udana czkawka po „Bastionie” Kinga, wyprana z wszelkiego mistycyzmu. Nie sprecyzowany bliżej wirus wytrzebił ludzkość. Dwóch braci w towarzystwie kobiet przemierza wyludnioną Ameryką, konkretnie, jej prowincję ze względu na ograniczenia budżetowe. Zarażonym nie da się pomóc, zostają z tyłu. Obawiałem się więc seansu, bo informacja, że każde pęknięcie cywilizacyjnych szwów budzi bydlę w człowieku nie jest tym, na co miałbym już ochotę. W zamian dostałem wariację na temat i jestem zadowolony. Drogi przetrwania mamy dwie, pierwsza to zbydlęcenie, druga – oddanie się pod opiekę komuś, kto chroniąc swoich nie zawaha się zabić bezbronnego. Nie wiadomo co gorsze z punktu widzenia moralności, chyba bramka numer dwa, w końcu, żeby być draniem w czasach zarazy też trzeba odznaczać się jakimiś przymiotami charakteru, a jak człowiek ma jakąś świadomość wartości, to już całkiem – zbydlęca się by chronić najbliższych. Ci z kolei mogą czynić mu wyrzuty, nadając przymioty Samsona i Azazela. Zrealizowane nieźle, zagrane tak sobie, bez zgrzytów, a ludzie psioczą na ten film. Mało horrorowi w sensie struktury, przerażający pozagatunkowo. Ech. I tak o nim zapomnimy.

lśnienie nr 2. felieton i słuchowisko.


jest drugi numer czasopisma “Lśnienie” redagowanego przez Łukasza Śmigla. a w nim, mój felieton, oraz dźwiękowa wersja opowiadania “Rzeczy i cuda”. wersję bezdźwiękową (pozadźwiękową) macie Państwo tu.

horror, horror (5)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Lubię tę serię – dostarcza mi krwawej, bezpretensjonalnej rozrywki. Tym razem, paskudnolicy kanibal poluje na więźniów, którzy nawiali z transportu i przejęli kontrolę nad strażnikami. Jednemu twarz utnie, drugiego zaplącze w drut kolczasty i powlecze za autem, na deser mamy posiłek w stylu Hannibala Lectera. A jednak, nie nasyciłem się i właściwie nie wiem czemu: anemiczne to dziełko, nakręcone bez polotu. Prowadzi to do pytania, czemu sequele tego rodzaju są gorsze od pierwowzorów. W wypadku, powiedzmy, „Egzorcysty” nie mam takich wątpliwości, trudno jest dwa razy nakręcić arcydzieło, a dom spłacić jednak trzeba. Tu jednak wiele się nie wymaga, starczy paru przeciętnych aktorów i weekend, pzez który obmyślmy finezyjne sceny mordowania, czyli – utrzymanie poziomu tych wszystkich serii („Piątek 13go”, „Koszmar z ulicy Wiązów”) nie powinno nastręczać kłopotu. A nastręcza. To tak, jakbym dostał zimne frytki. To samo i nie to samo. Więc czemu, do diabła i nie piszcie teraz, że ludzie są durni i wsuną wszystko co im się da pod ryj.

tydzień z głowy (63)

Uświadomiłem sobie, że za dwa, trzy lata zaleje nas ciemność. Mam na myśli wymianę żarówek na energooszczędne, czyli po prostu droższe. Polska rodzina jakoś wysupła te parę stówek na oświetlenie całego mieszkania, najwyżej mama nie kupi sobie szminki, tatuś piwka a dziecko lalki czy tam czegoś. Momentami odnoszę wrażenie, że cały ten ekologiczny cyrk sprokurowano tylko po to, by żyło się ciut gorzej, kanalizując przy okazji nienawiść społeczeństwa ku pokoleniom przyszłym, a więc nieistniejącym. Lepiej nienawidzić czegoś, czego jeszcze nie ma. Skąd mrok? Gdzie mrok? Ano w windach, na klatkach schodowych, w szkołach i kiblach knajpianych. Ciemność wygeneruje ten prosty fakt, że energooszczędna żarówka kosztuje od dwóch dych w górę, czyli jest dobrem, które opłaca się ukraść. Tę zdolność naród polski opanował na piątkę z plusem. Student, jadący na garnuszku rodziców woli przeznaczyć te dwadzieścia złotych na obiad lub butelczynę, następnie wsiądzie do windy jasnej by zostawić ją pogrążoną w ciemności. Żeby tylko studenci i inni zapobiegliwi, przecież ujawnią się gangi złodziei żarówek, pędzlujące w obłędnym tempie całe bloki, szkoły, szpitale. Dwie dychy wiszące u sufitu to dobro, którym wprost nie sposób wzgardzić, zwłaszcza, że każdy z dziką rozkoszą taką żarówkę kupi za pół ceny. Bo taniej i jeszcze antysytemowo. Okradzione instytucje mogą stawać na częściach intymnych, wkręcać te żarówki i trzy razy dziennie, nic to nie da, student i złodziej błyskawicznie się zorientują i będą kraść jeszcze intensywniej. Następnie, pojawią się żarówkowe milicje, zastępy ochroniarzy oddelegowani wyłącznie do tego jednego celu. Pilnowania światła. Naród oczywiście się nie podda, a nawet zaskoczy wyobraźnią. I nie mogę tylko zrozumieć, czemu nikt nie zadumał się nad tą perspektywą kradzieży, a może przeciwnie, skalkulował i liczy na zyski. Wyglądam więc mroku, pocieszając się myślą, że przynajmniej młodzi będą mieli gdzie się kryć ze swoją miłością. Ciemnej.
Przeżyłem te święta bez strat własnych, cieszę się, że dobiegły końca. Przedziwne są te ostatnie dni, takie zawieszone przed Nowym Rokiem. Niby normalne, ludzie przecież śmigają do pracy, a jednak, cały kraj osuwa się w odrętwienie. W sklepach inwentaryzacje, szkoły puste i nawet chorować nie wypada. Dziś pewno dzieci odbierają rodziców ze szpitali, gdzie ulokowali ich na święta, bo tak jest najprościej, czyli dopiero niedziela eksploduje nam rodzinnością. Zwłaszcza, że od jutra wszyscy będą się rozjeżdżać, wracać do życia i do siebie. Dzieci targają prezenty przez Polskę. O właśnie. Dziś odbieram małego z dworca i nie mogę się zdecydować, co mu kupić (kierowany tradycją biernego oporu odpuściłem sobie wizyty w markecie). Smok albo taki pindol z kółeczkami, nie umiem jaśniej określić tej rzeczy. Przypomina powyginane liczydło i mały, z jakiś przyczyn wariuje na punkcie tej zabawki. Ale smoki też lubi, tak bardzo, że bajkę o tym wawelskim potargał na strzępy. Więc może to i to? Przejdę się pustą galerią a potem pomarznę na peronie.
Może teraz o książkach? Niesamowita sprawa, bo istnieje realna szansa, że tym razem zrealizuję swoje plany. Trzeci rozdział „Widm” jest prawie ukończony, powinienem go zamknąć przed Nowym Rokiem. Obawiam się tej książki, bo jestem zadowolony z tego, co mam do tej pory. Dziwne, bo wyobrażałem sobie tę rzecz zupełnie inaczej, marzyła mi się ponura, powolna analiza rozpadu wieloletniej miłości, plus satyra na środowisko literackie w tle. Gdzie tam! Jest kolorowo i hałaśliwie, z wątkiem kryminalnym, który zaczyna poważnie dominować nad warstwą romantyczną i fantastyką. Podoba mi się ta moja Warszawa, której mogłem przedłużyć życie. O dwanaście lat, ale zawsze. I naprawdę, szczerze i od serca, chciałbym wyrobić się z pisaniem do wakacji, jest to w miarę realne, nawet jeśli przyjmę dwumiesięczną przerwę po czwartym rozdziale. Pisanie książki ciurkiem jednak ciut mnie przerasta, ot co. Nigdy tak nie umiałem, o, znów, z jednym wyjątkiem: mowa o „Nadchodzi”. Rzecz wychodzi w lutym. To opowiadania znane z prasy i antologii, plus kawałek tytułowy, rozmiarów krótkiej powieści. Krótkiej, to znaczy, że niektóre wydawnictwa podzieliłyby ją na tomy. Miałem zgryz z tą książką – podparty słowem beta czytelników nabrałem przekonania, że „Nadchodzi” jest najlepszą rzeczą jaką napisałem. Tekst petarda, jak cios w ryj. Jestem strasznie zadowolony z efektów swojej pracy. Może powinienem puścić go samodzielnie? Ale komponuje się z opowiadaniami, dotyka tych samych tematów, czyli potem druk opowiadań nie miałby sensu. A szkoda. Może ten tekst nie zginie. Zabawne i zastanawiające, w jaki sposób książki korespondują z życiem. „Horror show” i „Wigilijne psy” to wspomnienie po czasach wybitnie używkowych. „Tracę Ciepło” z kolei przypominają mi moją Amerykę, powrót do kraju i wielkie nadzieje związane z budowaniem nowego życia. Prywatnego, i zawodowego. W tym sensie „Święty Wrocław” jest zapisem krachu tych marzeń, właściwie, książka ta trwała przy mnie przez cały niemal czas rozpadu mojego małżeństwa. A teraz „Nadchodzi”, jedyny tekst tych rozmiarów napisany w miesiąc z kawałkiem. Pamętam. Znalazłem się na nowym mieszkaniu, nie miałem jeszcze netu ani telewizora, do którego mógłbym podpiąć konsolę. Roboty nie było, za to długi, owszem, więc siadłem i pisałem non stop, waliłem w tę klawiaturę jakby mnie diabeł opętał, wyrzygiwałem z siebie kolejne zdania a potem czułem się, jakbym zebrał centralny wpierdol. Nie pamiętam też ani sekundy z tego pisania. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, nigdy wcześniej nie pisałem bez żadnego planu, pędząc radośnie w ciemność. No i jest. I będzie. W lutym.

Dopisane. Kupiłem dinozaura. Konkretnie, jest to tyranozaur, który ryczy.

o “Ginger snaps II” w Nowej Fantastyce.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Wilkołaki mają przechlapane na całego.
W księżycowe noce cierpię na bezsenność i na pocieszenie wyobrażam sobie, że mogłoby być i tak: gną mi się kości, obrastam futrem i pędzę nie wiadomo gdzie, by obudzić się gołym w parku lub dostać srebrną kulkę. Seksualna wartość mojego kudłatego ciała wydaje się co najmniej wątpliwa. Przypuszczam, że wampiry śmiałyby się ze mnie (występowały przecież w dużo lepszych filmach), a wtórowałyby im zombie, jako że wilkołaki nie doczekały się swojego “Cronosa” czy “Świtu żywych trupów” (nawet Jack Nicholson im nie pomógł).

Obawiam się, że jeszcze jedna noc bez snu wzbudzi we mnie nieodparte pragnienie zmiany losu, choćby i na gorsze. Z chęcią poniosę to brzemię, czy raczej pobiegnę z tym brzemieniem i powyję. Mam tylko jedno zastrzeżenie. Jeśli już mam być wilkołakiem, to tym ze “Zdjęć Ginger”, konkretnie z drugiej części. Przynajmniej jak mnie ubiją, nie skonam z poczuciem obciachu.

Film, choć jest kontynuacją części pierwszej, bez kłopotu funkcjonuje jako samodzielne dzieło. Jedynka jest godna obejrzenia ze względu na wartości profetyczne, przewidziała bowiem pokolenie emo oraz żarty z nim związane. Stworzyła też rzadko spotykaną trudność w kręceniu sequela. Ginger, zakochana w gotyku i horrorach nastolatka, zginęła w finale, więc żadnych zdjęć robić nie może. Nawiedza za to swoją siostrę jako widmo. Tak je poznajemy w drugiej odsłonie.

Cześć, dziewczyny!
Siostra, Brigitte, nie ma lekko (w tej roli perfekcyjna Emily Perkins, dziw bierze, że nie zrobiła kariery). Ginger rozszarpana, a jednak gada. Sama Brigitte, zainfekowana likantropią, umyka przed włochatym prześladowcą. Ten nie chce jej schrupać, lecz posiąść, działając w zgodzie z instynktem podtrzymania gatunku. Ujawniają się inne aspekty sytuacji. Brigitte odkryła antidotum, które podawane dożylnie powstrzymuje przemianę. Wstrzykiwanie owego specyfiku łączy się z cierpieniem jak przy łamaniu kości, wskutek czego dziewczyna, targana bólem, wiecznie w drodze, zmienia się w strzęp o uroku wieloletniej użytkowniczki heroiny.

prócz kontynuacji, w nowym numerze nowy naczelny i nowy layout. strach się bać.

okładka “nadchodzi”


autorem projektu jest Tobiasz Piątkowski. a w książce:
Popiel Armeńczyk
Zatoka Tęczy
Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj
Cichy dom
Nadchodzi

horror, horror (4)


Bava to był gość, a ja mam jego pięciopak. Thx Bart. Odrabiam pomalutku, wszystkie tytuły już kiedyś widziałem, co pozwala radować się ponownie. „Kill, baby kill” zwiastuje slasher jest jednak sympatyczny, gotyckim staruszkiem utrzymanym w poetyce wytwórni Hammer z tą różnicą, ze Bava miał oko do kadrów jak nikt. Scenariuszowo to już ramota, ale pełna -uroku. Jest sobie wioska odcięta od świata, dziecięcy upiór w tej wiosce, a dzielny przybysz o sceptycznym usposobieniu musi jakoś się z tym szajsem uporać. W odróżnieniu od innych rzeczy Bavy „Kill…” źle znosi upływ czasu, natomiast warstwa wizualna wciąż robi niesamowite wrażenie. Dziś takie rzeczy są możliwe tylko jako zabawa w retro lub pastisz, wtedy, w latach sześćdziesiątych ludzie naprawdę wierzyli w duchy, dzwony bijące same z siebie, grube pajęczyny, złowieszczą mgłę.
Kill, baby… Kill, reż. M. Bava, Włochy 1966

tydzień z głowy (62)

Jestem Grinchem. Niezawodnie. Albo kimś w tym stylu. W większości bajek świątecznych pojawia się figura niechętna Bożemu Narodzeniu. Najczęściej jest to troll, garbus z wielkim nosem albo karzeł, w każdym razie ktoś, skrzywdzony przez życie, także na umyśle. Zgodnie z założeniami fabuły, maszkara taka albo przekona się do grudniowego szczęścia, albo zostanie straszliwie pokarana. Źle mi to wróży, a pocieszenie znajduję w fakcie, że Grinch, karzeł, garbus to pokraki o mikrych duszach za to ja jestem cudny i pełen zalet. W mojej niezgodzie na święta jest natomiast coś dziecinnego, to tupanie nóżką chłopczyka, wleczonego przemocą do dentysty, który liczy, że ząb naprawi się od samej złości. Gówno, niestety, trzeba rwać, będzie karp i choinka, opłatki, szczęściem, mieszkam sam, więc pasterka zostanie mi podarowana. Religijny aspekt świąt mnie nie dotyczy. Bez mydła i oporu kupuję komerchę z Santa Clausem i coca-colą, w końcu każdy sklep musi pozbywać się towaru, no i dzieci czekają na prezenty. Natomiast, tradycyjna, polska wigilia budzi we mnie niekłamane przerażenie, już chyba wolałbym dentystę. Nie do końca rozumiem czemu. Po części, złości mnie fakt, że nasz cudny kraj zamiera na dwa i pół dnia, czynne są nieliczne stacje benzynowe, a ja, z moim darem do rujnowania sobie własnej codzienności zawsze zapomnę kupić rzeczy podstawowych, czyli chleba i wina. Przykry jest praktyczny brak wigilijnych alternatyw, kiedyś jeszcze czytałem o dziwnych, wykrzywionych ludziach, którzy, odbębniwszy kolację z rodzinką pędzili spotkać się we własnym gronie. Potwory. A ja po dziecinnemu chcę koncertów, festynów, wielkich szopek z gwiazdami polskiej i zachodniej sceny zgromadzonymi wokół żłoba (Nergal jako Herod, Kwaśniewscy jako Święta Rodzina, układający w stajence małego Sierakowskiego) oraz sztucznych ogni. Znów kluczę, żeby nie napisać tego, co naprawdę czuję. Funkcją wigilii nie są prezenty. Ani żarcie (jeszcze raz-aspekt religijny odkładamy na bok). Dickens miał rację. W tę noc przypominają się nam złe rzeczy, które wyrządziliśmy, jak i nasze własne krzywdy, o czym autor „Opowieści Wigilijnej” już milczy. Nie krzywdzimy przecież obcych i od nich bardzo rzadko doznajemy krzywdy. Jeśli podsrywam kogoś w robocie, to kumpla, nie obcego, jeśli kłamię to bliskich, bo na co obcemu moja prawda, a jeśli czekam na czyjąś śmierć, to bogatej ciotki, nie sąsiada. I to kumpla spotykamy na opłatku pracowniczym, a ciotkę przy wigilijnym stole. Pamiętamy też o rzeczach, które przeciw nam wymierzono. Gdyby jeszcze wigilia miała tę cudowną zdolność zmazywania zeszłego roku, dało by się znieść, ale są różne, przykre cuda, których nie sposób zapomnieć, ani sobie ani innym i których nie można naprawić. Bo gdyby jeszcze możliwa była jakaś zmiana, nie jednak, wszystko potoczy się po staremu, gdzieś, torem pomiędzy kruchym pokojem a skakaniem sobie do gardeł, ten magiczny czas świąt jest pusty jak Grób Pański, nic z niego nie wyniknie, nic nie zostanie zmienione i tylko będę się złościł.
Dużo jeżdżę pociągami i zastanawiam się, jak można występować przeciwko kapitalizmowi. No jak? Tłumaczę to sobie niewiedzą, wcale nie wynikająca z głupoty. Ludzie wyrastają w określonym klimacie intelektualnym, nasiąkają systemami pojęć i potem trudno im otworzyć się na nowe prawdy, zwłaszcza, że retoryka wolnorynkowa silnie kojarzy się z głodnym robotnikiem. Dla innych, lewicowość, etatyzm koresponduje z własnym interesem i trudno się im dziwić, nawet ja, jako artysta powinienem domagać się państwowych subwencji i otoczenia mnie opieką, przy zachowaniu pełnych wolności (twórca nie rozumie-państwo płaci, państwo wymaga). A jednak nie. Regularnie jeżdżąc do Warszawy kląłem jak szewc na złodziejskie ceny biletów, generowane przez praktycznego monopolistę, mówta co chceta, jak na mnie, stówka w jedną stronę to rozbój w biały dzień. Interregio wprowadziło parę tanich składów, Intercity najpierw toczyło pianę, a teraz, proszę, proszę, jeżdżą tabory za pół ceny. Ludzie korzystają. I na tym polega cudowność, prawdziwy fenomen kapitalizmu, pojawia się odrobina wolnej konkurencji, rozumianej przeze mnie po prostu jako wolność i zaraz, w obszarze zjawiska, wszystko tanieje i zyskuje na jakości. Co to oznacza? Tramwaje mogą jeździć sprawniej. Listy dochodzić szybciej. Prąd potanieć. Podaż być bardziej popytana. A teraz jeszcze na tory pchają się Niemcy i kto wie, może nawet piwo poleją w wagonie.
Co robić, by być inteligentem? Zarabiam na kulturze i wyliczyłem sobie, że, aby być na bieżąco (czyli, więcej wkładać w siebie niż wymować) w ramach planu minimum powinienem czytać dziennie przynajmniej jedną książkę, czyli około trzystu stron (książki dłuższe mógłbym rozłożyć na dwa dni, dobrze, że „Lód” mam już za sobą), od biedy komiks, ale gruby, do tego zobaczyć przynajmniej jeden film, ostatecznie, odcinek serialu, spędzić minimum godzinę w sieci, celem obcowania z opiniotwórczymi blogerami. Prowadzić przynajmniej kilka dyskusji z mądrzejszymi. Prócz tego, normalna praca. Co jeszcze? Jakieś formy higieny psychicznej, w rodzaju siłowni, gry już nie, bo to też kultura, znać trzeba. Słowem, takie zadanie jest zupełnie ponad moje siły, pozostanę cepem, a szkoda. Co mogę zrobić? Ano, z każdego filmu jaki zobaczę postaram się sprokurować krótką notatkę, po części na potrzeby prywatnego archiwum którego nie mam, po części, w odniesieniu do horrorów – z myślą o tym blogu. Czynię to w ramach postanowień noworocznych, lecz zaczynam dzisiaj, żeby nie było jak z rzucaniem wódy.
Może ktoś pamięta, jak pisałem o pani, nauczającej w tramwajach o Bogu i siostrze Faustynie. Wciąż jeździ ósemką. W ramach globalnego ocieplenia zamarzła Wisła. Ludzie, poradźmy sobie jakoś w te święta, co? Wszystkiego dobrego.

metal na dziś (21)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Co jak co, od muzyki nie oczekuję żadnej wybitności, żadnego wyśrubowania i szukania granic, chłopcy i dziewczynki mają grać i cześć. W innym wypadku musiałbym słuchać tak nieznośnego objawienia jak Mastodont, albo wracać do starych nagrań Mekong Delta, którzy wrócili, choć nikt za nimi nie tęsknił. A ten, kawowo śledziowy poranek spędziłem, słuchając kawałków Hypocrisy z tubka, nowa płyta w drodze, koncert za miesiąc, więc już powoli się nakręcam. Poza wypracowaniem brzmienia, Szwedzi nie dołożyli żadnej nowej cegły do metalowego murku, a tłuką się tak fajnie, z umiarem, że noga sama chodzi. W gruncie rzeczy, nie rozróżniam ich płyt, nie wiem nawet ile ich dokładnie mają, co nie przeszkadza w porannej radości. I jeszcze ta zacna ufologiczna otoczka, w końcu kosmita to ciekawsza sprawa niż diabeł, a znam takich, którzy twierdzą, że mamy do czynienia z jednym i tym samym. Tak czy inaczej, zamiast tego numeru mógłbym wrzucić ze dwadzieścia innych, takich hitów na miarę klubu na trzysta osób, chciałbym w tym klubie się znaleźć i pomachać łbem do zerwania karku. W zamian, spróbuję reaktywować obie, zapomniane nieco rubryczki, metalową i horrorową, umordowałem się już wrzucaniem linków do własnych tekstów i pisaniem co niedzielę o tym, że im zimniej tym smutniej.

tołstoj jako komiks. o “ibikus” na onet.pl

W 1926 roku Aleksy Tołstoj wydał Przygody Niewzorowa, czyli Ibikus, propagandową powieść o wysokich walorach obyczajowych. Książka mówi o rzeczonym Niewzorowie, małym cwaniaczku, kombinatorze i łajdaku, który próbuje wzbogacić się na zawierusze Rewolucji Październikowej. Wymowa dzieła pozostawała zależną od sytuacji samego Tołstoja. Pisarz zdobył pewne uznanie jeszcze przed I wojną, emigrował z Rosji po dojściu bolszewików do władzy – Przygody Niewzorowa stanowią odbicie doświadczeń tego okresu. Tołstoj na Zachodzie radził sobie nie najgorzej, wykonał jednak zaskakujące posunięcie. Wrócił do kraju i bez większych kłopotów przystał na rolę literackiego trybika w systemie komunizmu, a nawet wzbudził w sobie głęboką miłość do Stalina. walor propagandowy jego książek przyćmiewa inne, choć Tołstojowi talentu – zwłaszcza obserwacyjnego – odmówić nie sposób, tak samo jak nie da się określić Przygód inaczej niż przestarzałego knota, który powinien interesować jedynie historyków literatury. A jednak. Trudno doprawdy stwierdzić, jakie licho skłoniło francuskiego autora komiksów Pascala Rabate’a do podjęcia karkołomnej próby przełożenia książki na komiks. Niemniej, efekt jest oszałamiający.

Cromwell Stone Andreasa był chyba najpiękniej zrobionym komiksem jaki czytałem, ale Ibikus plasuje się tuż za nim. Ale „Cromwell Stone” jest dziełem stosunkowo krótkim, nad którym autor ślęczał długie lata. „Ibikus” to pięćset stron z hakiem, wypełnionych przepysznymi, quasi-malarskimi kadrami, które chciałoby się zobaczyć w muzeum. Rabate umiejętnie balansuje pomiędzy surrealizmem z mistyczną wkładką a brutalną, naturalistyczną estetyką oddawania wydarzeń historycznych i nawet jego błędy u innych stanowiłyby sukces co niemiara. Ludzie jako plamy, rozchlapane kadry, zadziwiająca zdolność do zbliżeń, do twarzy to jeszcze nic – praca plastyczna Rabate’a rozrywa tołstojowski realizm, zlewając go z grozą, ze stanem parszywej duszy niemniej parszywego Niewzorowa. Żeby było prościej: demony z głowy wyłażą wprost na kartkę.

Kim jest Niewzorow? Ano, kanalią jakich mało. Wykonuje umiarkowanie barwny zawód księgowego i kombinuje, jakby tu uszczknąć coś z życia, czyli pofiglować z dziewczynami, napić się wódeczki i poszastać pieniędzmi, wszystko to w Petersburgu roku 1917, kiedy carska Rosja waliła się na łeb. Katastrofa, wyrażona w zabitych żołnierzach, głodujących cywilach i przekonaniu, że najgorsze dopiero nadejdzie, budzi w nim niekłamaną radość. Cyganka przepowiedziała Niewzorowi, że dojdzie do wielkich pieniędzy właśnie w takich czasach: kiedy brat będzie zabijał brata. Nasz księgowy wygląda więc z radością rychłego bratobójstwa. Czekał, czekał i się doczekał. Lenin przypuszcza szturm na pałac zimowy.

Rewolucyjny zamęt stwarza pierwszą okazję zarobienia wielkich pieniędzy. Wiadomo, w trudnych czasach łatwo stracić fortunę, lecz i łatwo się dorobić. Niewzorcow zaczyna od kradzieży, połączonej z morderstwem – sam tłumaczy sobie, że nie zrobił nic złego, skracając cierpienia antykwariusza, którego zranił ktoś wcześniej. Rabunek przynosi sporo pieniędzy, starcza na kokainę i otworzenie nielegalnego kasyna z przygodnie spotkanym wspólnikiem. Interes kręci się jak koło ruletki, oczywiście do czasu – kasyno zostaje zamknięte, wspólnik zapuszkowany a Niewzorow wyrusza na tułaczkę w niesłabnącej nadziei, że przepowiednia cyganki kiedyś jeszcze się spełni.

całość

Next Page »