Archiwa dla January, 2010

Ludzie jak motyle. SFFH.


Mniej więcej rok temu byłem w trakcie dopinania powieści „Ludzie jak motyle”, pomyślanej jako następną, po „Świętym Wrocławiu”. Tekst wykluł się z opowiadania, przybrał całkiem spory rozmiar, a pozwalałem mu rosnąć, urzeczony prostotą samego pomysłu wyjściowego. Oto książka co się zowie, romans i horror w prawdziwie nowoczesnym wydaniu myślałem sobie, a potem przeczytali to ludzie. Usłyszałem dokładnie to, co przeczuwałem, napisałem mętną i nienajlepszą książkę, o przeskoczeniu siebie w ogóle nie było mowy. Zupełnie niepotrzebnie wrzuciłem masę wątków związanych z knajpą, gdzie robił wówczas Urbaniuk, dałem powierzchowne świadectwo własnym stosunkom post-małżeńskim. Główny zarzut jest inny. Pomysł, którym tak się zachwycałem nie ujawnił pod moimi palcami nawet jednej czwartej swojego potencjału, „…motylki” wymagały jakichś ośmiuset stron, wielkiego świata, zamaszystej akcji. Nie byłem gotowy na takie pisanie, no i sam pomysł, co prawda urokliwy, nie dość jednak by poświęcić mu jeszcze półtora roku pracy. Ale ale, usłyszałem, jak nie chcesz się biedzić nad poszerzaniem tekstu to go obetnij. Miało być opowiadanie. Do opowiadania wróć. Tak zrobiłem. Wyrwałem motylkom skrzydełka, dopisałem co nieco i mamy zupełnie sympatyczny tekst, do poczytania w najnowszym numerze Scence Fiction Fantasty&Horror. Wiąże się z tym jeszcze jedna historia. Mianowicie, pierwszy raz zdecydowałem się ocenzurować własne opowiadanie. Dlaczego? O tym już niedługo. Bo, kiedy przygotowywałem tę edycję, nie zdołałem zmienić zdania o książce, za to znalazłem wiele fragmentów, które uważam za nienajgorsze. Więc wytnę je, wrzucę w PDF i dam tutaj, w jakichś sensownych interwałach. Żebyśmy się w miesiąc wyrobili z tym szajsem, dobrze?

o “lifeforce” w nowej fantastyce

Lubię ludzi, którym wyszło, ale prawie – takich zawieszonych pomiędzy chwałą wiekuistą, a niezgulstwem i przemilczaniem. Pierwsi są śmiertelnie nudni – cóż mnie obchodzi taki Peter Jackson, któremu w życiu wszystko wyszło i jeszcze kręci cudne filmy? Drudzy za to wprawiają mnie w głębokie przygnębienie, dowodzą bowiem, że ani talent, ani pracowitość na miarę muła, ani nawet spartański charakter nie uchronią jednostki przed roztrzaskaniem sobie twarzy o własny niebyt.

Taki Tobe Hooper. Zadebiutował genialną, wstrząsającą “Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, pracował ze Spielbergiem przy “Duchu”, a dziś szarpie się w filmowym piekiełku, rozrywany łańcuchami kolejnych niskobudżetowych horrorów i odcinków seriali, które kręci dla kasy. Jeszcze w latach osiemdziesiątych istniała szansa, że ten facet, ze swoją niepodrabialną, surową reżyserią stanie się złotym cielcem gromadzącym dolary i Oskary. Hoopera jeszcze ktoś tam pamięta, zresztą to aktywny twórca, więc istnieje szansa, że jeszcze coś pokaże. Nie można tego powiedzieć o Danie O’Bannonie, zmarłym w grudniu scenarzyście i okazjonalnym reżyserze. O’Bannon popełnił scenariusz do pierwszego “Obcego”, rzecz, na której przykładzie można się uczyć pisarskiej roboty. Patrzę teraz na jego zdjęcie w Wikipedii: za okularami oczy młode i żywe, zdradzające wyraźny ślad obłędu, ale twarz wygląda na starszą niż sześćdziesiąt sześć lat. Cóż, O’Bannon niemal oszalał od pracy w środowisku filmowym, wiadomo – szołbiznes nie oszczędza (uwaga, oto Pierwsze Prawo Orbitowskiego: na jednego żywego Keitha Richardsa przypada stu martwych Jimów Morrisonów). Straszna szkoda. A skoro śmierć, to przypomniałem sobie “Lifeforce”, wysokobudżetowy horror SF, do którego O’Bannon napisał scenariusz. Reżyserował Tobe Hooper. Koledzy sprokurowali jedną z bardziej efektownych klap lat osiemdziesiątych.

całość w numerze lutowym, tu trailer

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


a tu całość z tubka

Horror, horror (10)

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Makabryczne to trochę: uwięziona kobieta musi jeść zgnile mięso, choć boi się śmiertelnie nawet świeżego i wypieczonego. Macha sobie siekiera. Mamy też zapowiedź kanibalizmu w końcówce i seks z paskudnie oszpeconą kobietą. A wszystko dlatego, że studenci pod przewodnictwem faceta który ma kuku postanowili zrobić sobie studium o lęku. Ludzie przyłażą, gadają jak boją się lalek, zimna, narośli na ciele, komuś kogoś zabili a potem sprawa wymyka się spod kontroli. Kolejny film o torturowaniu, tym razem nakręcony na podstawie tekstu speca, czyli Clive’a Barkera. Nie pamiętam tego opowiadania, zresztą, mało Barkera w Barkerze. Ten „Dread” nie jest znowu tak koszmarnie zły, tylko zupełnie niepotrzebny, do tego jedzie Freudem, co można jeszcze wybaczyć, nudy jednak wybaczyć się nie da. Ten specyficzny przecież rodzaj kina psychologicznego wyraża się w długich, bełkotliwych rozmowach pozorujących sens, szczęśliwie przedzielanych przez ładne biusty. Te jednak znikają na rzecz krwi, dobrze nawet, myślę sobie, niech się tną do woli, ale to pitolenie o docieraniu do źródeł lęku jest zwyczajnie nie do zniesienia.

Tydzień z głowy (67)

Świat graczy uległ wewnętrznemu poruszeniu, a to za sprawą akcji Microsoftu „Nie przerabiam-nie kradnę”. W dużym skrócie chodzi o to, by zwalić na głowę naszych dzielnych policjantów ściganie żuczków przerabiających Xboxa 360, tak by hulały na tym piraty. O piractwie już się napisałem aż palce spuchły, więc krótko, piractwo nie jest kradzieżą, lansowanie tego skojarzenia uważam za wynik histerycznego pomieszania pojęć – no bo co ukradziono? Jeśli ściągam grę, nie ginie ona z żadnego magazynu czy półki sklepowej. Dalej, ważniejszy od interesu artysty jest swobodny dostęp do kultury, zwłaszcza w sytuacji polskiej, gdzie gra, film, książka wciąż ma cechy dobra luksusowego, wreszcie nie chcę, nie życzę sobie, by gliniarze ganiali za piratami, bo jeszcze zabraknie ich w tej ciemnej uliczce, gdzie oczekuje mnie trzech gości, ich noże i pałki. Tu jednak chodzi o coś innego, nawet nie o straszliwą zbrodnię pojmania czyjejś intelektualnej własności, ale właśnie – o przerobienie. Możliwość włożenia płytki w konsolę, tak, by zagrało. Ten rodzaj obawy można dalej ślicznie ciągnąć, obetnijcie mi proszę ręce bo jeszcze komuś dam w pysk, wybaczcie, że plotę rzeczy oczywiste, ale skoro gra kosztuje dwie stówy to lepiej zostawić ją w pudełku i śmigać na kopii. Jasne, to margines, większość po prostu pojedzie na piratach, co ma ten walor, że forsa zostaje w kieszeni, w dalszej perspektywie zarobi sobie kto inny. Pieniądz pokrąży i dobrze. Niezadowoleni z tego cyrku internauci przypomnieli sobie, że w Polsce nie ma usługi xbox Live. Dla tych, co nie wiedzą, chodzi o możliwość załogowania się w sieci, ściągania (za opłatą lub bez) nowości, łatek, dodatkowych leveli i tym podobnych. Microsoft, tak chętny do angażowania naszych organów ścigania nie zaoferował chamom z Polski tej usługi, więc wiara musi kombinować jak za okupacji, logując się gdzieś po świecie. Kwiatek przy kożuchu pachnie tak oto: wiele gier w tym momencie wymaga downloadingu, wiele też, jak dwójka Modern Warfare powstała z myślą o zabawie z ludźmi w sieci. A tu wała, nie jesteśmy godni, natomiast można nas, biednych durni, nazwać złodziejami, zwyczajnie opierdolić i zawezwać do uczciwości względem molocha, który ma wyraźnie nas w czterech literach. Co zwyczajnie złości, nawet mnie, choć to nie mój interes, kupuję oryginały, choć teraz, jak o nich pomyślę, czuję się jak skończony frajer. Pozornie związek nie istnieje, brak xbox live i walka z przerabianiem konsol, a jednak: koegzystencja polskich graczy z Microsoftem przypomina nieudane małżeństwo, w którym jedna strona zajmuje się wrzeszczeniem na tyle intensywnym, że zapomina o dopełnieniu tak istotnych, przyjemnych przecież obowiązków.
W ogóle, myśląc w duchu punkowskim, całą tą hecę z piractwem w Polsce rozegrano głupio i bez sensu. Po prostu, wprowadzono restrykcje, w skutek czego dostęp do kultury (tak, gry są częścią kultury, podobnie jak książki, komiksy i filmy) zaczął sobie kaszleć, trzeba było go przetkać dopiero upowszechnieniem stałego łącza. To był 1994 rok, kiedy weszła ustawa, prawda? A ja bym zrobił to tak. Objął ochroną twórców rodzimych, następnie, wezwał na rozmowę pana, powiedzmy, z Microsoftu i powiedział: obejmiemy cię ochroną, ale daj nam coś niecoś w zamian, choćby bezpłatne staże za oceanem dla naszych młodych zdolnych, pierdolnij, proszę jakieś cudne centrum informatyczne w Budzigniewie, dostarcz programy dla szkół. Odmówi, to wała, niech ludzie piracą do woli. I tak z każdym, z wytwórniami płytowymi i filmowymi, co byłoby z nielichą korzyścią dla społeczeństwa, teraz posądzanego o złodziejstwo, nie wiem po jaką cholerę polski podatnik ma finansować ochronę jakieś firmy ze Stanów, w gruncie rzeczy jednak głupio mi, jak oglądam tych wszystkich ludzi z magazynów branżowych, programów o grach, jak się produkują, plotą androny do kamerki, a miny mają takie, jakby kto wbił im lufę między żebra. Nie zapominajmy. Z każdej oryginalnej gry konsolowej ściągany jest haracz, który frunie sobie do M$, a mi coś czule dzwoni, że gdyby każdy, łącznie z babcią nieboszczką, popędził teraz do Empiku i kupił wszystkie gry jakie tam są, to dalej mielibyśmy, panie kochany, psinco, a nie xbox live.
No i tu dochodzimy chyba do tego, że albo nie chcę się zestarzeć, albo moje rozumienie wolności zawiesiło się gdzieś na pierwszych płytach Dezertera, jest bowiem punkowskie, prymitywne, a ja, siedząc w tramwaju złoszczę się, że ten nie jedzie szybciej. Chciałbym, żeby można było palić na poczcie, podrywać koleżanki w pracy i vice wersa, żeby Nergal targał Biblię na scenie, a w kościele obok ludzie modlili się w spokoju i jeszcze poszli na procesję, niech będzie sobie Sierak z Korwinem i tak dalej, niech księża jednak nie złoszczą się na Madonnę a femnstki na księży, słowem, dziecko we mnie wierzy, że świat jest wielki jak karuzela i zmieścimy się w nim wszyscy.
Był Zamiastkon i się udał. Zebraliśmy pełną salę, lało się piwo, ludzie rozmawiali do późna w każdym razie, dużo dłużej niż ja zdołałem ustać. To już trzeci raz pod rząd impreza wypaliła. Pamiętam, że na pierwszej było chyba największe stężenie pisarzy na metr kwadratowy. A trzeba tak niewiele, wystarczy wrzucić linka na forum, wysłać ze trzy maile, zarezerwować salę, potem już sama radość. Dzieje się to równolegle z moją rosnącą niechęcią względem konwentów, nie one się zmieniły, za to ja owszem, po części dlatego, że nie daję rady siedzieć do świtu nad szklaneczką. Woła mnie ciepły sen. Rozumiem coraz lepiej, unikając fałszywej skromności, że czasem jest tak, że moje słowa mają większą wagę dla ludzi niż dla mnie. Chyba dotyczy to też książek i tego bloga, tu jednak mogę skasować, zmienić, tego co powiem nie bardzo i nie wiem też, jak sobie z tym radzić.
Cholera, spakowałem się. większość moich rzeczy pojechała dzisiaj do Warszawy, nie ma kotów, nie ma prawie wszystkich książek, zniknęły filmy, gazety, wyjechała nawet biblioteczka literatury klozetowej, a ja siedzę tutaj, w moim domu, który niedługo przestanie być domem. Jeszcze trzy noce chyba. Potem pojadę. Oczywiście, jeszcze przyjadę tutaj posprzątać, oddać klucze, żeby właścicielka była, koniec końców, zadowolona ze mnie. Ale to już koniec. Patrzę sobie na te puste ściany, z których zleciały już obrazy i czuję się dziwnie. Jeszcze dziwniej było mi podczas pakowania, nigdy nie lubiłem rzeczy i trzymałem przy sobie tylko te ważne. Co ja poznajdowałem! Stare metalowe ziny, w których maczałem łapki, jakieś tomiki poetów sprzed dekady, ci ludzie już nie piszą a nawet nie żyją, płyty z muzyką, którą kiedyś lubiłem, fotografie co kiedyś stały mi na biurku poszły do kosza, wszystko inne do pudeł i będę to rozkładał. Nic z tych rzeczy nie jest naprawdę potrzebne. Większości pewno nie otworzę. Nie zerknę. Ale są. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, tak samo jak czasem, często, nie umiem wyjaśnić lęków, które mną targają. Albo tego, że idę sobie i się śmieję do własnych myśli. Nastrój jest w rzeczach, w rzeczach się rodzi. Nie w ludziach. My zasysamy.

Klip promujący “Nadchodzi”

metal na dziś (23)

Mam dwa kłopoty. Raz, ten kącik robi się już całkiem wspominkowy (pocieszam się myślą, że lepsze dobre wspomnienia niż teraźniejszość paskudna, bo mająca pysk pani z Nightwish), dwa – nie mam pojęcia, od czego teraz ludzie zaczynają słuchać metalu. Dla mnie była to inicjacja i wtajemniczenie, takie spindranie się od AC/DC do „jedynek” Deicide i Napalm Death. Uświadamiał mnie człowiek o wszystko mówiącej ksywie Stajnia. Miałem, jak chyba każdy, przedziwny okres fascynacji niemieckim heavy, uważałem nawet, że niczego lepszego w muzyce nie wymyślono, co jest radykalną tezą nawet dla dwunastolatka, no ale bandy w rodzaju Helloween, Running Wild czy Accept grały same hymny, prawdziwie teutońskie, do marszów z pochodniami. Running Wild zagrał niedawno ostatni koncert błyszcząc ciut wcześniej kretyńskimi zdjęciami, Accept dziwacznie funkcjonuje, grając okazjonalne trasy i próbując sił z nowym wokalistą. I tylko Helloween się trzyma. Jest środowiskowy sentyment, który nawet mnie przerasta, a wyrażający się w palącym uczuciu do klasycznych, pierwszych płyt i ukochaniu nieznośnego pienia wokalisty. Zwłaszcza, że za jego sprawą teraz co drugi tak zawodzi. Szczęśliwie odszedł, fani drugą już chyba dekadę jęczą, by powrócił, a dla mnie, wartością kapeli jest właśnie obecny gardłowy. Bo nuta to zwykły heavy metal, wyróżniający się prawdziwie niemieckim poczuciem hecy, za to ten pan, pozbawiony szczególnej skali wygrywa wiele przepalonym i przepitym gardłem. O to chyba w tej muzyce chodzi, nie o smoki. Ale o czym to ja? Otóż, chłopcy mają jubileusz i machnęli na nowo stare kawałki, co niemal nie mogło się udać, a jednak: mamy Praską Orkiestrę Symfoniczną, dęciami, luz, niesłuchanie mi się podoba. Tylko od czego zaczyna się teraz? Amon Amarth? Rhapsody of Fire? Mamusiu.

Dla przypomnienia, stara wersja, jeszcze z wyjcem.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

o “śmierci bunny’ego munro” nicka cave na onet.pl

Syn Bunny’ego Munro pyta ojca o czym są marzenia. Bunny odpowiada po chwili namysłu: marzenia to ja.

W sieci można natrafić na Nicka Cave wykonującego kawałek Elvisa “In The Ghetto” nagrany jeszcze w latach osiemdziesiątych. Cave wkłada w ten numer kawał duszy, czy raczej strzępów, które z niej pozostały, a energię, która w nim się zachowała, rozkłada po równo na śpiew i próby zachowania postawy pionowej. Oczy mu lśnią po heroinie, od wódy jest chwiejny, słowem, wygląda, jakby miał wyzionąć ducha zaraz jak tylko przestaną grać. Nagranie nie jest świadectwem pojedynczego wybryku – Australijczyk za młodu dawał czadu jak mało kto, nawet na tle branży rozrywkowej, i wiele wskazywało, że podzieli los innych gniewnych: Hendrixa, Morrisona, Bona Scotta, czyli znajdzie się w grobie. Przeżył jednak, wytrzeźwiał, a przynajmniej odłożył strzykawkę. I jak wielu, co szalało za młodu, wiek dojrzały wita jako moralista. Przynajmniej takie wnioski płyną z lektury “Śmierci Bunny’ego Munro”, drugiej książki wokalisty.

Przeważnie, gdy muzyk, aktor, nie daj Boże, sportowiec bierze się za literaturę piękną, dostajemy koszmarek, który w normalnych warunkach wylądowałyby w koszu redaktora, nie w księgarniach. Tu wątpliwości nikną. Cave jest prawdziwym pisarzem, nawet ober-pisarzem: składa słowa w najdziwniejsze zbitki, piętrzy metafory, łamie zdania jak Pudzian kości, usiłując udowodnić otoczeniu, że owszem, grajek, ale pisać potrafi i nie wymaga taryfy ulgowej. Rzeczywiście. „Śmierć Bunny’ego Munro” to świetna powieść, do tego moralitet – a że wyszedł spod pióra rockowego buntownika szykującego się do emerytury, jest moralitetem w stylu Ellisa i Palahniuka.

Bunny Munro pochodzi ze starego rodu komiwojażerów, dziś powiedzieliśmy – pracowników działu sprzedaży bezpośredniej; jego niezwykłe imię przechodzi zresztą, jak zawód, z ojca na syna. Tato Bunny’ego kona pomalutku, doznał pomieszania zmysłów i wyżywa się na opiekunce, syn, Bunny Junior ma dziewięć lat, świat poznaje dzięki encyklopedii i kocha ojca miłością bezwarunkową. Jest jeszcze matka, Libby, niegdyś kobieta niezwykłej urody, teraz znerwicowana, zadręczona przez męża wariatka, uzależniona od leków psychotropowych.

Bunny’ego poznajemy kiedy odpoczywa po pracy, to znaczy wlewa w siebie kolejne buteleczki z hotelowego barku i zabawia się z prostytutką; potem, zbudzony w środku nocy przez alkoholowe dreszcze, krąży beznadziejnie po pustym pomieszczeniu. Bunny’emu wszystko kojarzy się z seksem, nawet naciek na suficie zyskuje erotyczne skojarzenia. Nie może czytać, gdyż literki mu się “pieprzą”. Tak widzi świat: “Kelnerka jest ubrana w bawełniany, o numer za mały uniform w fioletową kratkę. (…) Gdy Bunny unicestwia w wyobraźni jej ubranie, w jego głowie pojawia się na ułamek sekundy sterta wypełnionych kremem i polanych czekoladą ptysiów, następnie wilgotny worek pełen przejrzałych brzoskwiń, ale i tak kończy się to na mentalnym obrazie waginy, z włosami i dziurą”. Świat naszego komiwojażera składa się wyłącznie z cech płciowych, tam, gdzie ich zabranie, nie występują żadne inne treści, nie zachwyci się na przykład drzewem lub zachodem słońca. Wszędzie tylko biusty, sutki, waginy. Monstrualne, naprężone, wilgotne, wyjęte z mokrego, pornograficznego snu. Nawiedzają go jak duchy. Facet zwyczajnie nie umie myśleć o niczym innym.

Można pomyśleć, że mokre myśli Bunny’ego wynikają z erotycznego niespełnienia. Gdzie tam! Facet ma powodzenie jak mało kto. Mówiąc kolokwialnie, Bunny nie podaruje żadnej napotkanej kobiecie. I odnosi sukcesy. Z wyglądu przeciętny, ani macho, ani wypielęgnowane chuchro, emanuje męskim magnetyzmem. Niesamowity dar uwodzenia służy jego pracy – kosmetyki, które wciska kobietom, schodzą na pniu – jak i zaspokojeniu erotycznych ciśnień. Lista jego klientek w dużej mierze pokrywa się ze spisem jego podbojów miłosnych, do których należy doliczyć jeszcze kelnerki w tanich restauracjach, recepcjonistki w hotelach i przypadkowo napotkane dziewczęta. Jego zdobyczy pozazdrościliby mu nawet Hugh Hefner z Julio Iglesiasem, gdyby nie drobiazg: Munro jest seksoholikiem, nie radzącym sobie z własnym popędem, zaś w jego podbojach kryje się rozpacz.

dalej

tydzień z głowy (66)

Jest zimno i mam tego dosyć. Chyba fakt starzenia się (wolę mniej agresywne słowo – dojrzewanie) da się poznać po tym, że człowiek zwraca uwagę na to, co dzieje się za oknem i nawet modyfikuje swoje plany, uwzględniając pogodę. Jak miałem dwadzieścia lat mogło prać żabami, dąć jak na morzu oraz „jebać frostem”, żeby przywołać wyrażenie używane przez wybitnego krakowskiego twórcę literatury mówionej. Nic to, podrywałem dupsko i okryty tym, co akurat znalazłem pędziłem na miasto, paląc się do wszelkiej zabawy. Wczoraj szedłem przez lodowatą Warszawę, a gdy zatrzasnąłem za sobą drzwi nie istniała już siła zdolna mnie wywabić na zewnątrz (miałem już piwo). I w życiu bym na mróz nie powrócił. Teraz przylepiam nos do szyby, jest poniedziałkowy ranek, a ja zastanawiam się czy przypadkiem nie poczekać troszeczkę w nadziei na upowszechnienie się teleportacji. Chyba, że zwyczajnie przyjdzie wiosna. A jak nie, to może jakoś zmuszę się do pójścia na siłownię i, co ważniejsze, do biblioteki UW. Tylko cały się wykręcam w sobie, żeby tego uniknąć. Bo zimno, paskudnie. W ogóle to jakiś skandal, walczymy z globalnym ociepleniem zamiast je wspierać, kto wie, może zrobiłby się u nas klimat włoski, co szalenie by mi odpowiadało – dotąd planowałem przenieść się do Włoch czy Portugalii na stare lata, w każdym razie do jakiegoś miejsca, gdzie da się żyć. Gdyby jednak klimat się ocieplił, zmienił specjalnie dla mnie, uznałbym to za dowód docenienia mojej osoby, za coś, na co z całą pewnością zasługuję. Niestety, przyszłość zmian klimatycznych jawi się raczej niepewną, w ogóle skandal jakiś: mamy nanoroboty, latamy w kosmos, wymyśliliśmy seks analny, a tutaj podstawowe problemy pozostają nierozwiązane: jest zimno i umieramy. Jednem plus śniegu: można pójść z dzieckiem na sanki i zachwycać się prostą radością małego człowieka. Tak nie śmieje się nikt inny. My, dorośli już tak się nie cieszymy.
Z tą biblioteką to w ogóle poważna sprawa. Nie lubię i nie umiem zbierać materiału. Podejrzewam, że koledzy po piórze znajdują dziesięć razy więcej informacji w dziesięciokrotnie krótszym czasie niż ja. Mam niczym nie uzasadnione poczucie marnowania czasu. Napisanie felietonu, rozdziału książki, czy nawet tego nieszczęśnego wpisu to jest robota, którą można wymierzyć. Która da satysfakcję. Czytanie to pół biedy, ale zbieranie informacji? Jak to zmierzyć, jak ocenić siebie? Dobrze zebrałem czy nie? Więc mam poczucie marnowania, pogłębione jeszcze przekonaniem, że niezbyt się nadaję, że biblioteka nie jest moim miejscem: choć ta Warszawska wyraźnie wygrywa z ponurą Jagiellonką. I jeszcze gdybym szukał czegoś konkretnego, ale ja siedzę, czytam Przekroje, Trybuny, Tygodniki Powszechne z lat pięćdziesiątych, nasiąkając odpowiednim klimatem. Jestem dośc wyporny i przyjmuję dużo wilgoci. Swoją drogą, straszne czasy, łapię się na myśli, że mamy kupę szczęścia żyjąc akurat teraz, tak dobrze, sensownie i fajnie nie było w Polsce chyba nigdy, a od 300 lat to na pewno. Trzeci rozdział „Widm” skończony. Przede mną jeszcze pięć, w sumie jakieś 600 stron, mniej niż planowałem. Zaskakuje mnie ta książka. Jest hałaśliwa, dużo weselsza niż wyobrażałem sobie na początku. Chyba dlatego, że i ja jestem bardziej głośny i pogodny niż kiedyś.
Fantastycznym światkiem wstrząsnął Jakub Ćwiek, upubliczniając szczegóły współpracy z Fabryką Słow. Oj, nie był chłopak zadowolony. Dla mnie to żadna nowość, słyszałem co ludzie mówili, ale teraz wiedzą już wszyscy, zwłaszcza, że kilku młodych autorów wypowiedziało się w podobnym tonie. Nie przesadzałbym jednak z grzebaniem Fabryki, a całe zjawisko może przysłużyć się polskiej fantastyce. Odpływ autorów jest faktem, wszyscy przecież nie zwieją i lubelski wydawca popędzi może i sprawniej, ciągnięty przez kilka niezawodnych lokomotyw. Reszta wyląduje po innych wydawnictwach, jadąc, oczywiście, na opinii autora fabrycznego, czyli dyspozycyjnego, cieszącego się dużymi nakładami. Zobaczy jak funkcjonuje się w nowych warunkach i też będzie klął, w końcu wydawca to nie jest dobry misio, ale istota zainteresowana tym, by jak najmniej włożyć, a wyjąć jak najwięcej. Korzyść może być taka, że pisarz wyląduje w katalogu tytułów nie tylko fantastycznych, co może choć trochę osłabić mury naszego getta, wreszcie, okaże się, czy ważny jest pisarz, czy doskonała oprawa graficzna książek fabrycznych, której teraz zabraknie. Bo może jest i tak, że pisarz wcale nie jest ważny, ale linia, w której sobie staną, być może to tak jak z kupowaniem muzyki na kilogramy, nieważne kto gra, ważne, by plumkało. Niezależnie od tego, po czyjej stronie jest racja, kończy się pewien mit, mianowicie cudowna baśń o wydawcy kreującym zjawiska literackie i napędzającym sprzedaż, przyjacielu autorów, do tego, życzliwie odnoszącym się do czytelnika, otóż, kochani, nie ma, nie było i nie będzie, wcale nie dlatego, ze w Lublinie mieszkają potwory, po prostu „życie takie jest” i kropka, tego nie zmienimy, nikt, kochani pisarze, nie będzie was kochał i nosił na rękach. W rozmowie dobrym, do tego piszącym przyjacielem doszliśmy do wniosku, że my, twórcy jesteśmy najmniej istotni w całym tym biznesie. Jeśli rozebrać cenę okładkową, wyjdzie, że wydawca, dystrybutor hurtowy i detaliczny, wreszcie, kochane państwo polskie biorą więcej niż my, co jest dziwne o tyle, że od nas się zaczyna, my robimy najwięcej i wkładamy furę serca. No, ale nikt nam nie każe, nie ma przymusu pisania książek, choć znam i takich, którzy sądzą inaczej. Jednak je piszemy. Ja przynajmniej nie umiem już inaczej żyć. Książka. Własna książka. Kawałek życia i serca, powielony i rozprowadzony. Jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie są.

horror, horror (9)


Chyba nie widziałem wcześniej tego filmu, co jest dziwne o tyle, że przez całe życie myślałem, że mam go za sobą. Cóż, może należę do tych nielicznych, którzy mają to dziełko wryte w łeb od życia płodowego, bo gdybym go oglądał, to bym zapamiętał. Niesamowita sprawa, wolna od grzechu sequeli, mało tego, gdyby trochę pokreślić, mielibyśmy rzecz zupełnie samodzielną. Diabeł wrócił, może zawsze był, zagnieżdżony w ciele ojca Karrasa przez piętnaście lat rekonstruował jego mózg, a teraz wziął się za zabijanie, przeskakując od ciała do ciała. Na drodze stanie mu starzejący się policjant. Durnota wyjściowego pomysłu odbiera mowę i może dlatego niknie w znakomitych dialogach. Jejku, ale one są pyszne. Gliniarza gra George C. Scott, pamiętny Patton, Mussolini (a także kompozytor z „The Changeling”, odstawiając koncert ekspresyjnego aktorstwa: miota się po kadrze, dyszy i mamy wrażenie, że zaraz pęknie od tego, co huczy mu w głowie i sercu. Reżyserii podjął się sam W.P. Blatty, autor książki od której zaczęła się cała seria i radzi sobie zdumiewająco dobrze, nawet jeśli zapomnieć o jego braku doświadczenia. Momentami odnosiłem wrażenie, że intencją Blatty’ego jest nie tylko przebicie pierwowzoru, ale i stworzenie najbardziej klimatycznego horroru świata. Figura Jezusa otwiera oczy, baba łazi po suficie, Brad Dourif mówi na wiele głosów i cudnie śpiewa, ten Georgie C. Scott w tym wszystkim, a co najlepsze – „Exorcist” tkwi jeszcze w starodawnej, spokojnej szkole reżyserii, ale wizualnie zapowiada już widowiskowość dzisiejszych horrorów.

radio alfa, dwudziesta druga.

powinienem takie niusy dawać z wyprzedzeniem, ale zawsze zapomnę. Dziś, czyli w czwartek, bedę gościem Radia Alfa. Pogadam o nowej książce i nie tylko. Jeśli ktoś łapie Alfę, zapraszam do słuchania.

Next Page »