Archiwa dla March, 2010

o “lake placid” w Nowej Fantastyce

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


Niektóre opowieści są jak hydra; odrąbiesz głowę, urosną trzy następne.
A było to tak, dzieci. W szczęśliwym królestwie urzędował sobie król z królewną, a byli tak kochani przez poddanych, że musieli nosić piankowe kombinezony, chroniące przed zaściskaniem na śmierć. Nieszczęściem, zjawił się smok i chciał królewnę zeżreć. W skutek trudności obiektywnych, rekrutował posiłki z niższych klas społecznych, aż zjawił się rycerz, stwora siarką napchał, ewentualnie łeb urżnął. Dostał w nagrodę to co zawsze i cieszył się młodą żoną do dnia, w którym królestwo odwiedził pewien przystojny minstrel.
Zamieńmy królestwo na kurort, zagrajmy szczegółami i wyskoczą nam „Szczęki” Spielberga. Oszałamiający sukces tego filmu dokonał się, w dużej mierze, za sprawą precyzyjnego przeniesienia smoczej opowieści we współczesne realia, rekin Amerykanina przecież nie ma, poza charakterystycznym kształtem, nic wspólnego z rybą drapieżną, to pradawna bestia i potwór, w finale na morzu znajdziemy rycerza w towarzystwie giermków.
A gdyby nakręcić to jeszcze raz, tylko dla hecy?
Przysięgam, nie wiedziałem. Zabrałem się do „Lake placid” kierowany przekonaniem, że doświadczę czegoś poważnego, o ile filmy o potworach mogą być na serio. Już pierwsza sekwencja zrodziła podejrzenia odnośnie zaszytej jajcarności, choć, zarazem, trudno o bardziej horrorowe otwarcie. Mamy tytułowe jezioro, łódkę i dwóch gości, jeden to szeryf, drugi szykuje się do nurkowania. To rozwiązanie fabularne pozwala się domyśleć, kto umrze, a kto żył będzie, póki co, szeryf zasypuje widza sarkastycznymi sentencjami, a że gra go Brendan Gleeson (facet z dziwnym okiem z „Harry’ego Pottera”) radości jest co niemiara. Potem na powierzchnię powraca jedynie pół nurka i się zaczyna.

reszta w numerze

wywiad o “Nadchodzi” i pieniądzach. Gildia.pl



Bartosz Czartoryski: Łukaszu, skąd pomysł na książkę “kompilacyjną”? Pomysł Twój czy wydawcy? Nie bałeś się, że czytelnicy pomyślą, iż uprawiasz literacki recycling?

Łukasz Orbitowski: Wszystkie pomysły wychodzą ode mnie, wydawca co najwyżej ciśnie, usiłujac wymóc na mnie pracę. Poprzedni zbiór opowiadań ukazał się chyba cztery lata temu, nie jest już dostępny, trochę tekstów się ukazało, a antologie, zwłaszcza czasopisma, mają dość krótką żywotność, wznowienia zdarzają się nieczesto, trzeba kompilować. Do powszechnych praktyk należy zbieranie opowiadań wydrukowanych już kiedyś w jedną książke i zwróć uwagę, że każdy tak robi, nikomu jednak się nie dostaje. Mogłem wydrukować „Nadchodzi”, tytułowy tekst, jako powieść i nikt by nawet nie jęknął, cena spadłaby może o osiem złotych. Ale – lepiej mieć grubszą książkę. Ale – publikując samą powieść zamknąłbym sobie drogę do wydrukowania tych opowiadań, przecież te teksty uzupełniają się wzajemnie, trzeba by zbiorek kiedyś znów sklecić, stanąłbym przed podobnym problemem, a do tego, gryzłbym się w związku z koniecznością wypuszczenia dwóch, podobnych tematycznie i literacko książek.

Lepiej więc patrzeć na “Nadchodzi” jak na integralną całość niż zbiór osobnych opowiadań?

Taka była moja intencja, nie zamierzam nikomu nakładać okularów – wyszło albo nie wyszło, z tego co umiem ocenić, raczej tak. Na pewno pierwszy tekst budują wyraźną klamrę, a między nimi taplają się jeszcze trzy opowiadanka. Wszystkie bardzo lubię. Więc, mówiąc uczenie, mamy jakąś spójność fabularną, ale i scenografii, nastroju, tematu. Zarazem dużo tu skakania, z lasu na księżyc i do szpitala. Bywa i tak. Też mam świadomość, że do pewnych rzeczy nie wrócę, dziś, kiedy czasem wezmę do ręki „Wigilijne psy” myślę sobie „rety, co za facet to pisał”, z tym zbiorkiem będzie podobnie. Liczy się teraz. Teraz jestem cholernie zadowolony. Ludziom podoba się ta książka. A pisze się dla ludzi.

Mówisz, że pisze się dla ludzi, a jednocześnie przyznajesz, że bycie pisarzem to prostu Twój zawód. Więc może po prostu to jest tak, że piszesz dla siebie, dla pieniędzy?

Nie widzę sprzeczności. Większość publicystyki piszę dla pieniędzy i nie ma co ściemniać, nie robiłbym tego gdybym nie musiał. Wszystko sprowadza się do kwestii, jaką cenę jestem gotów zapłacić. Realia rynku wydawniczego sprawiają, że należy wypuszczać ze dwie książki rocznie, próbowałem i zwyczajnie nie umiem, musiałbym stanąć w miejscu i nie przebijać siebie. Skończyłoby się na zjeździe z jakości. Próbowałem jakoś odnaleźć się w tym systemie, pisząc książki z Jarkiem, wydając bloga. W końcu znalazłem inne wyjście. Większość mojego dochodu stanowi praca przy filmach i publicystyka, tego rodzaju kompromis daje brak kompromisu gdzie indziej. Moje książki są dokładnie takie jak chcę i mogę pisać je bez oglądania się dla innych. Co nie znaczy, że lekceważę czytelnika, mam naturalną potrzebę dawania z siebie tyle ile tylko można, słowem, powinno to, przynajmniej w założeniu, przełożyć się na dobrą literaturę. Nie mi oceniać. Aspekt komercyjny wydawania książek ujawnia się później. Gdybym nie zarabiał na książkach, pewno rozlazłbym się trochę, wydawał wolniej, bo jednak termin, zobowiązania też coś znaczą, świadczą także o mojej solidności. Rzeczy pisane a muzom powstawałyby wiec wolniej, nie uczestniczyłbym w działaniach promocyjnych, może zmieniłby się charakter wydania. I trzeba jeszcze dodać – jak myślimy o życiu, także zawodowym. Ja pomyślałem, praca ma być dla mnie przyjemnością, chcę robić to co lubię i tak mam. Czy to brzmi dobrze? Wydaje mi się, że nawet publicystyka, którą tłukę często przekracza zjawisko chałtury.

całość

tydzień z głowy (76)

O powtarzalności i niepowtarzalności. Ten odcinek ukazuje się z niewielkim opóźnieniem i okazuje się inny niż planowałem. Wiodę dość uporządkowane życie w którego ramach jest to niedzielne pisanie, wyewoluowane na gruncie literackiego zgonu „Prezesa i Kreski”. Siadam za biurkiem i piszę, czasem popijając sobie piwko, co przy pisaniu czegokolwiek innego zwyczajnie nie ma prawa się zdarzyć. Ale piwka w weekend było dosyć z okazji Pyrkonu, za to w konwentowym zgiełku, rozmowach pociągowych niewiele słów umiem wymyślić, o składaniu ich nie ma mowy. No i nie napisałem. A dziś od rana spędzam czas z synkiem, nie czując zmęczenia, w przekonaniu kompletnej nieważności kaca i przepełniony jakąś spokojną radością. Więc teraz ma chwilkę, mały próbuje zasnąć, zerkamy na siebie i mogę pisać. Cieszę się, bo plan comiesięcznych spotkań póki co się sprawdza i jeśli sięgam pamięcią w przeszłość wychodzi, że rozjechanie się po całej Polsce nie było najgorszym rozwiązaniem. Jest coś takiego jak radość jechania ku komuś, związana z wyobrażaniem sobie emocji, rozgrzewania uczuć przed pierwszym przytuleniem. Ale nie tylko. Jest przecież jakaś zmienność w nim większa niż we mnie i to dopiero jest cudnie frapujące: co przeobraziło się w tym małym facecie, kto wie, może i duży się zmienił. Patrzę teraz na rozrzucone zabawki. Julek ma ich bardzo wiele, a teraz dołączyły kolejne, bezcenne ramoty, którymi ja igrałem, jak nie przymierzając dziecina z Zielonej Gęsi w niezapomnianej interpretacji kabaretu Potem: jest sfatygowany pies Czaruś, dwa drewniane smoki, cokolwiek obtłuczone. Klocki lego w drodze. Te rzecz są w ewidentny sposób atrakcyjne dla mojego syna. Nie ma wątpliwości, należy bawić się nimi. Ich rola nie uległa żadnej zmianie przez trzydzieści lat, choć wystawy sklepów z zabawkami przemieniły się dokumentnie. Dzisiaj też poszliśmy na spacer w pobliże mieszkania mojej mamy, gdzie spędziłem kawał dzieciństwa. Pokazywałam i mówiłem: tu tato grał w piłkę, a tam wchodził na drzewa. Tak dotarliśmy do Akademii Pedagogicznej i tam spodziewałem się zastać półdziki skwerek. Tam dopiero dokazywało się, o rany. Były krzaki jak jaskinie i zamki, garaż, na który dało się wspiąć i machać kulasami, niski długi daszek przy budynku uczelni, po którym ganiałem do upadłego z kumplem, wpieprzając studentów i wykładowców tej wstrząsającej placówki edukacyjnej, oraz nasyp, betonowy rów, szyby, co je wybijałem z uporem godnym szlachetniejszego zadania. Już tam pędzimy, myślę sobie, ja ci teraz mały pokażę, gdzie tato dokazywał, oczy Julka płoną, a tu nic. Plac budowy, głębokie wykopy, rozumnie ogrodzone. No i co? Dobrze, ze miasto inwestuje, edukacja ma się lepiej i tak dalej, ale coś nieodwołalnie zdechło. Zburzono moje jaskinie i królestwa pełne potworów, cała baśń zbudowana na banalnej scenerii osunęła się, została zmyta przez metalowe fale. Nie będę umiał o tym opowiedzieć, tego przywołać i nie jest to nawet jakaś straszliwa szkoda, po prostu ukłucie smutku.
O saunie. Odkryłem saunę i po treningach siedzę sobie, wypacam. Rewelacyjna sprawa. Uważam, że każdy artysta, pisarz to już na stówę powinien sobie w saunie siedzieć. Naturalnym odruchem człowieka przeczuwającego przynajmniej prawa rządzące tym światem jest unikanie myślenia. Dzieje się to na różne sposoby. Ja chodzę po sieci, oglądam filmy, gram, słucham muzyki, sięgam po książkę i na jedną, wolną minutę, żeby myślenie od siebie odpędzić. Dlatego ludzie piją. Żeby zasnąć bez jednej myśli. Pieprzą się z tego samego powodu. Starość, demencja jest łaską niemyślenia. A przecież powinienem myśleć, na tym polega mój zawód: nazywanie nieznośności myśli, malowanie w słowach twarzy które wyłaniają się z mroku i inaczej niż przez słowo nie mogą zostać nazwane. W ten sposób tracą na swojej straszności. Obowiązek myślenia kontra naturalny zespół uników. Sauna to rozwiązuje, bo w saunie myśleć po prostu trzeba, gdyż nie sposób wykonać coś innego w tym miejscu. Nie będziesz czytał, grał, ćwiczył, do tego najczęściej siedzę tam samotnie i wbijam wzrok w ciurkający piasek klepsydry. I myśli pojawiają się w naturalny sposób, są jednak mniej groźne ze względu na relaksujący charakter tej parówy. Wygrzewają się, zyskują na lenistwie, mogę je zabrać do domu i zaraz zamknąć w pliku Worda nim staną się naprawdę groźne.
Dziwnie mi w tym Krakowie, bo już czuję się obco. Ludzie są bliscy jak byli, z racji dzielącej nas odległości każdy wspólny moment zyskuje charakter nielichego święta. Ale mury, ulice nie należą do mnie, jakbym nigdy tu nie dorósł i nie zamieszkał, jakby wszystkie ważne rzeczy w moim życiu wydarzyły się zupełnie gdzie indziej. Nie wiem czemu, bo przecież nie zostaję żadnym tam fanem Warszawy, prawie nie wychodzę tam z domu, nawet „Warszawiacy” będą się bronić przewrotnością tytułu. I dobrze. Po prostu tu, w Krakowie czuję się gościem i wcale mi nie jest wstyd.
Boję się, że Julek zaczął chodzić do kościoła. Biegał po mieszkaniu i powtarzał przez pół dnia: „moja wina”, „moja wina”.

zapraszam na pyrkon

znów tam jadę i to zaraz. Pamiętam kolejkę po akredytacje z zeszłego roku. Była jak po cukier w osiemdziesiątym czwartym. ciekawe czy ludzie w ttm roku też postoją. zapraszam serdecznie na tę imprezę: jest hotel robotniczy, knajpa z Sai Babą zamiast Boga nad drzwiami, mnóstwo fajnych ludzi oraz prelekcje, jeśli takowe kogoś interesują. wszystkie informacje na www.pyrkon.pl

“Warszawiacy”. Rozdział I

Nie wolno pić tak wcześnie. Pić trzeba, żeby ręce się nie trzęsły.
Królu wypadł z marketu Europa, okutany po białka oczu, tylko dłoń, w której trzymał strzelca, była goła. Tak źle i tak nie dobrze, myślał, niby wyszedł tylko po jajka i boczek, a tu taki szajs. Z ust poszedł mu obłok pary, ni chuja marzec i gówno prawda, że klimat się ociepla.

Saska Kępa nie pachniała wiosną ani niczym innym, Królu deptał bezwonne psie gówna, stwardniałe od mrozu. Spod biednego śniegu wyzierała martwa trawa. Że też ci się chciało, kochanie, tak spieszyć. Ludzie spali jak Międzynarodowa długa i szeroka, gdzieś daleko tam, że aż boli patrzeć, śmigały sobie tramwaje. I Mądry Macio też nie spał, tylko tkwił w załomie.
– Chodź no tu – Mądry Macio dostrzegł strzelca.
– Spieprzaj, Maciu.
– E, daj spokój – Mądry Macio machnął łapą. Mógłby śmigać kajakiem bez wiosła – mam kwasa.
Na dowód rozchylił prochowiec.
– A to inna rozmowa – Królu zawrócił. To nawet był ciepły kąt dla dwóch, starego i młodego. Nie wiało. Mądry Macio przypominał świętego Mikołaja wyrzuconego z Laponii za pijaństwo. Wiedział, że tacy jak on sprawiają wrażenie gości zupełnie pozbawionych wieku. Miał może czterdzieści parę, może siedemdziesiąt. Zawsze powtarzał: mam pięćdziesiąt trzy lata, ileś miesięcy, ileś tam dni.

Całość

metal na dziś (25)

Muzyka jest chyba jedynym gatunkiem sztuki w którym programowo nie szukam wybitności – nawet swoje nędzne horrory oglądam z nadzieją na nowego „Wickermana”. Solidność, o, to jest dobre słowo, a zespół Dark Tranquillity jest właśnie solidny jak diabli. Diabli, też dobre słowo. Chłopcy czterdziestoletni są ze Szwecji i funkcjonują w cieniu popularniejszych kolegów: Soilwork, In Flames, choć biją ich na głowę i chyba nawet im należy się laur za wymyślenie małżeństwa death metalu z Iron Maiden. Pamiętam ich debiutancką kasetę z lat dziewięćdziesiątych, byłem wówczas zdumiony energią kapeli, oraz rzadką zdolnością wokalisty do wywrzaskiwania w krótkim czasie niezwykle długich tekstów. Dziś mają nowego gardłowego, który imponuje żywiołowością na scenie, skacze, śmieje się, przybija łapki i drze koparę za czterech. Radość się udziela, zwłaszcza w świecie groźnych, smutnych albo przynajmniej wkurwionych zespołów metalowych. Jaka kariera? Ta kapela to solidna firma z górnych rejonów stanów średnich, trzymają się mocno, na stadionach grac nie będą, pamiętać o nich trzeba. Właśnie, właśnie. Nowa płyta jest kapitalna, a jak płyta to i klip.

O “warszawiakach” w życiu warszawy

Na portalu wydawnictwa Ha!art ukazał się pierwszy odcinek powieści Łukasza Orbitowskiego „Warszawiacy”. Znając twórczość polskiego mistrza grozy, można przypuszczać, że szykuje się mocna rzecz osadzona w realiach stolicy.
(…)
Skąd taka forma?

– Miałem pomysł, z którym nie wiedziałem, co zrobić. Formuła nie pasowała do normalnej powieści. Myślałem o komiksie czy czymś podobnym – mówi Orbitowski. – A tu zjawił się Piotr Marecki w towarzystwie swojego entuzjazmu. Uzgodniliśmy wszystko przy kawie i jest.

– Chciałem nawiązać do popularnych w XIX i na początku XX wieku powieści drukowanych cyklicznie w czasopismach – dodaje Marecki, redaktor naczelny wydawnictwa Ha!art. – Myślałem o pozyskaniu do tego projektu pisarza pierwszoligowego i poczytnego. Orbitowski jest takim pisarzem.

Autor „Świętego Wrocławia” ma nie byle jakich poprzedników – dość wspomnieć, że w odcinkach ukazywały się najważniejsze powieści Prusa, Reymonta, Sienkiewicza czy Żeromskiego. Po długotrwałym okresie zapaści takiej formy publikacji odzyskała ona popularność w ostatnich latach, gdy wykorzystywało ją wiele dzienników i czasopism.

Zazwyczaj jednak był to rodzaj inteligentnej zabawy w pisanie (swego czasu czytelnicy „Polityki” mieli dopisać kolejne odcinki powieści rozpoczętej przez Jerzego Pilcha). Częściej jednak tworzono na łamach prasy bądź na internetowych portalach „powieści wielogłosowe”, w których każdy odcinek pisany był przez innego autora.

Pomysł Orbitowskiego to powrót do klasycznej autorskiej formy powieści w odcinkach.

całość

no i po literackiej niespodziance. well, well.

tydzień z głowy (75)

Jestem upiornym głosem wyjącym wśród tłumu, a nacisk codzienności tylko zwiększa moje osamotnienie. Chyba rok temu nabijałem się z inicjatywy wymierzonej we właścicieli psów, którym próbowano, próbuje się zresztą nadal wmówić, że sprzątanie psich kup przynależy do zakresu ich obowiązków. Nie chce mi się w tej chwili szukać, kopiować co tam naknociłem, wniosek mniej więcej był taki, że skoro istnieje podatek za psa, to niech miasto, państwo, gmina, czyli instytucja, która ściąga haracz z czworonoga, teraz zadba o czyste trawniki i chodniki, choćby to oznaczało wygonienie wszystkich urzędników z szufelkami na miasto. Potem cała ta inicjatywa psiokupowa przestała mnie złościc i straciłem nią zainteresowanie. Psa przecież nie mam i ani mi w głowie unieszczęśliwienie siebie i bliskich przez jakiegoś ujadającego sukinsyna. Do parku mnie wołami nie zaciągniecie, przynajmniej do czasu, aż wprowadzą przyzwolenie na picie w miejscach publicznych, lecz ta gwiazdka prędko nam nie rozbłyśnie, unikam też wszelkiej zieleni, co bardzo smutne – wszelkiej, naprawdę. Więc co mi do tego? Niech właściciele się żrą z nieprzyjacielami kału, niech wytaczają najcięższe działa przeciw gównu – moje serce koprofaga nie zadrży, a może na trawniku przed blokiem zrobi się przyjemniej. Obserwowałem sobie tylko, jak w akcję antykupią włączają się kolejne gwiazdy, jak jeden z drugim prześciga się w wyszukiwaniu rozwiązań na rozpędzenie smrodu, wolontariusze tłumaczą wszystkim, jaki to obowiązek i tak dalej. Zastanawiałem się co będzie, gdy akcja się skończy, kiedy ostatni właściciel psa nie sprzątnie ostatniej nielegalnej kupy, w skutek czego zostanie zastrzelony i co na to gołębie, które srają i to dużo gorzej. To dopiero odór. Inicjatywę pozbycia się tego skrzydlatego francustwa popieram i chciałem nawet delikatnie ją komuś podsunąć, kiedy znalazłem siebie z opadniętą szczęką. Grupa ludzi wyruszyła na miasto pod hasłem „Sprzątam po moim psie”, by, wbrew tym słowom zbierać wszelkie kupy na jakie natrafią. Czynili to z uśmiechem zdradzającym wiarę w możliwość zmiany świata, pogodnie i z uporem. Zrozumiałem skalę swojej klęski i potęgę innych. Są inicjatywy, stojące za nimi molochy do których trzeba się podłączyć przez szacunek dla ich potęgi i poczucia humoru. Bo nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia jakie teksty musiałbym wyknocić, jakich socjotechnik użyć i jakich sojuszników pozyskać, by lud ruszył w Polskę, zbierał gówno i jeszcze się z tego cieszył.
Wojciech Staszewski w „Dużym Formacie” pochyla się nad problemem ludzi zatrudnionych na umowę o dzieło lub zlecenie, dając swej publikacji wymowny tytuł „Szczury na kiju”. Nie wiem czemu mnie to spotyka, przecież bywamy na tych samych stronach. „Pracują jak w XIX wieku – bez zagwarantowanego urlopu, zwolnienia lekarskiego, nadgodzin, perspektyw emerytalnych i bez poczucia godności.” – tak brzmi lead i dobrze oddaje ton reszty tekstu. To przecież o mnie. Ja jestem wśród tych półtora miliona ludzi, których nie zauważa Ministerstwo Pracy, to ja nie mam urlopów, prawa do zasiłku, a już na pewno nie dostanę emerytury, co złączy mnie z resztą mych rówieśników, także tych płacących ZUS. Rozumiem dobrze, że pan Staszewski kierował się wyłącznie troską o ludzi. Że jak ktoś złamie nogę, a nie ma ubezpieczenia, to sobie ją sklei butaprenem chyba. Lekceważenie pracy na dzieło/zlecenie przez ludzi dzielnie zatrudnionych być może jest faktem, ja nie wiem, się nie spotkałem. Kredyt w banku dostałem bez kłopotu. I naprawdę wierzę i rozumiem, że komuś na sercu leży moje dobro, tylko boję się momentu uszczęśliwiania, czyli chwili w której ludzie dobrej woli rękami ministerstwa zechce mi utraconą godność przywrócić. Zadba, bym miał pełen pakiet socjalny i wyczaruje przepis na prawo do urlopu, co skończy się jak zwykle sięganiem do mojej kieszeni, w konsekwencji czego przelew przyjdzie nie tylko opóźniony ale i umniejszony. Przecież my właśnie tego nie chcemy. Ja nie chcę. Są ludzie którzy wybierają bezpieczeństwo, dla mnie cenniejsza jest większa kasa, a przede wszystkim – wolność.
Chyba zagnieżdżam się w Warszawie i niedługo będę miał warszawską niespodziankę, w odróżnieniu od innych zapowiadanych przeze mnie niespodzianek to pudełko otworzymy i, mam nadzieję, będzie niezłe „bum”. W tym tygodniu skończyłem połowę mojej książki. „Widma” w pierwszej wersji będą miały około miliona znaków. Milion razy klepnąłem w klawiaturkę. Trudno powiedzieć co o tym sądzę, ta książka jest jak kobieta kochana i kłótliwa jak diabli, raz wydaje mi się piękna, a raz jej nie znoszę – czasem spełnia wcześniejsze sny o miłości, a czasem im zaprzecza. A teraz, dwumiesięczna, tak na oko przerwa, poświęcona na pisanie opowiadań. Wszystkie powieści pisałem zrywami, to też zdarzy się „Widmom” a ja bardzo się cieszę perspektywą nurkowania w krótszych tekstach. Mogę sobie na to pozwolić, bo prace nad „Widmami” idą szybko i sprawnie. Jestem zaskoczony i zaniepokojony. Nie przypuszczałem, że zdołam tak łatwo o tym pisać i boję się, że kłamię.
Doda wygrała proces z „Grupą operacyjną” i zdaniem polskiego sądu nie zasługuje na określenie „blachara”. Bardzo mnie to cieszy z dwóch przynajmniej przyczyn. Od lat kibicuję pani Rabaczewskiej, oczywiście, jej piosenki mi się nie podobają, ale też nie są dla mnie. Uważam, że w tekstach ta dziewczyna daje prostą, potrzebną nadzieję dla dziesiątek tysięcy młodych dziewczyn. Nie daj się, masz drugą szansę, moi przyjaciele i tak dalej. To pomaga, pomóc może, więc medal dla tej pani, wara od niej i amen. Poza tym nie umiem w ogóle pojąć jakim cudem twór tak pokraczny jak „Grupa operacyjna” zaczął funkcjonować, jak dobił się do mediów ze swoimi głupimi kawałami przy których kabaret Otto jawi się kopalnią humoru i jeszcze hip hop w tym wszystkim, jakbym był raperem czułbym ślinę na policzku, gdzie w ogóle są ziomy z tamtych lat, czemu polski sąd ma robić porządek z tym szajsem zamiast was. No czemu?

“widma” w Lampie.


Kilka lat temu puściłem początek “Świętego Wrocławia” w SFFH, a teraz pomyślałem, że warto kontynuować takie zapowiedzi. więc, w najnowszym numerze Lampy można przeczytać pierwszych kilkanaście stron mojej nowej książki. Miłej lektury.

esej w kulturze (dziennik gazeta prawna)

powinienem wczoraj napisać, że dzisiaj będzie, a tak to piszę dzisiaj, że dzisiaj jest. O grach video, ich przyszłości i teraźniejszości. tak sobie napisałem.

(…)
Sam łapię się na próbie dowartościowania gier poprzez krzywdzące porównania z innym rodzajem mediów. Zwracam na przykład uwagę, że gra aktorska i dubbing zbliżyły się już do poziomu średniej klasy produkcji telewizyjnej, a fabuła stoi na poziomie średniobudżetowego filmu z Hollywood. Graficznie znakomite, przebija większość rzeczy wiszących w galeriach.
Znaczy to tyle, że nie przykładam do gier odpowiednich kategorii , gdyż fabuła, czy nawet wizualizacje, mają charakter akcydentalny, stanowią dodatek do tej wartości gier wideo, jaką jest miodność, rozumiana jako radość z grania. Radość, czyli emocje rodzące się z faktu uczestniczenia w rozgrywce. W niej należy szukać odpowiedzi.
Dziś gry małpują filmy i sztuki plastyczne, próbując udowodnić, że są im równe; próżny trud, to nigdy się nie dokona. Obrazy zawsze będą piękniejsze, a filmy bardziej frapujące, z tego prostego względu, że powstają – odpowiednio – po to, by cieszyć oko i intrygować fabułą. Niemniej takie właśnie są kryteria oceny, poza rzecz jasna grywalnością. Lubimy wskazywać, że w pewnych miejscach dana gra jest filmowa, tak dobra jak film, a postacie, które w niej się pojawiają, skrojono zupełnie przyzwoicie – niemal jak w książce. To błędne myślenie, gdyż gry są wartością samą w sobie i winny podlegać osobnej kategorii osądów. Niestety, ćwierć wieku niepoważnego traktowania zrobiło swoje. Tak długo uważano gry za rozrywkę drugiej kategorii, niejednokrotnie zresztą słusznie, aż twórcy sami zaczęli podtrzymywać tę opinię i szukać usprawiedliwienia. Epicki rozmach, upodabnianie gier do filmów jest właśnie tego wynikiem.

(…)
Reszta w dodatku Kultura.

Next Page »