Jestem upiornym głosem wyjącym wśród tłumu, a nacisk codzienności tylko zwiększa moje osamotnienie. Chyba rok temu nabijałem się z inicjatywy wymierzonej we właścicieli psów, którym próbowano, próbuje się zresztą nadal wmówić, że sprzątanie psich kup przynależy do zakresu ich obowiązków. Nie chce mi się w tej chwili szukać, kopiować co tam naknociłem, wniosek mniej więcej był taki, że skoro istnieje podatek za psa, to niech miasto, państwo, gmina, czyli instytucja, która ściąga haracz z czworonoga, teraz zadba o czyste trawniki i chodniki, choćby to oznaczało wygonienie wszystkich urzędników z szufelkami na miasto. Potem cała ta inicjatywa psiokupowa przestała mnie złościc i straciłem nią zainteresowanie. Psa przecież nie mam i ani mi w głowie unieszczęśliwienie siebie i bliskich przez jakiegoś ujadającego sukinsyna. Do parku mnie wołami nie zaciągniecie, przynajmniej do czasu, aż wprowadzą przyzwolenie na picie w miejscach publicznych, lecz ta gwiazdka prędko nam nie rozbłyśnie, unikam też wszelkiej zieleni, co bardzo smutne – wszelkiej, naprawdę. Więc co mi do tego? Niech właściciele się żrą z nieprzyjacielami kału, niech wytaczają najcięższe działa przeciw gównu – moje serce koprofaga nie zadrży, a może na trawniku przed blokiem zrobi się przyjemniej. Obserwowałem sobie tylko, jak w akcję antykupią włączają się kolejne gwiazdy, jak jeden z drugim prześciga się w wyszukiwaniu rozwiązań na rozpędzenie smrodu, wolontariusze tłumaczą wszystkim, jaki to obowiązek i tak dalej. Zastanawiałem się co będzie, gdy akcja się skończy, kiedy ostatni właściciel psa nie sprzątnie ostatniej nielegalnej kupy, w skutek czego zostanie zastrzelony i co na to gołębie, które srają i to dużo gorzej. To dopiero odór. Inicjatywę pozbycia się tego skrzydlatego francustwa popieram i chciałem nawet delikatnie ją komuś podsunąć, kiedy znalazłem siebie z opadniętą szczęką. Grupa ludzi wyruszyła na miasto pod hasłem „Sprzątam po moim psie”, by, wbrew tym słowom zbierać wszelkie kupy na jakie natrafią. Czynili to z uśmiechem zdradzającym wiarę w możliwość zmiany świata, pogodnie i z uporem. Zrozumiałem skalę swojej klęski i potęgę innych. Są inicjatywy, stojące za nimi molochy do których trzeba się podłączyć przez szacunek dla ich potęgi i poczucia humoru. Bo nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia jakie teksty musiałbym wyknocić, jakich socjotechnik użyć i jakich sojuszników pozyskać, by lud ruszył w Polskę, zbierał gówno i jeszcze się z tego cieszył.
Wojciech Staszewski w „Dużym Formacie” pochyla się nad problemem ludzi zatrudnionych na umowę o dzieło lub zlecenie, dając swej publikacji wymowny tytuł „Szczury na kiju”. Nie wiem czemu mnie to spotyka, przecież bywamy na tych samych stronach. „Pracują jak w XIX wieku – bez zagwarantowanego urlopu, zwolnienia lekarskiego, nadgodzin, perspektyw emerytalnych i bez poczucia godności.” – tak brzmi lead i dobrze oddaje ton reszty tekstu. To przecież o mnie. Ja jestem wśród tych półtora miliona ludzi, których nie zauważa Ministerstwo Pracy, to ja nie mam urlopów, prawa do zasiłku, a już na pewno nie dostanę emerytury, co złączy mnie z resztą mych rówieśników, także tych płacących ZUS. Rozumiem dobrze, że pan Staszewski kierował się wyłącznie troską o ludzi. Że jak ktoś złamie nogę, a nie ma ubezpieczenia, to sobie ją sklei butaprenem chyba. Lekceważenie pracy na dzieło/zlecenie przez ludzi dzielnie zatrudnionych być może jest faktem, ja nie wiem, się nie spotkałem. Kredyt w banku dostałem bez kłopotu. I naprawdę wierzę i rozumiem, że komuś na sercu leży moje dobro, tylko boję się momentu uszczęśliwiania, czyli chwili w której ludzie dobrej woli rękami ministerstwa zechce mi utraconą godność przywrócić. Zadba, bym miał pełen pakiet socjalny i wyczaruje przepis na prawo do urlopu, co skończy się jak zwykle sięganiem do mojej kieszeni, w konsekwencji czego przelew przyjdzie nie tylko opóźniony ale i umniejszony. Przecież my właśnie tego nie chcemy. Ja nie chcę. Są ludzie którzy wybierają bezpieczeństwo, dla mnie cenniejsza jest większa kasa, a przede wszystkim – wolność.
Chyba zagnieżdżam się w Warszawie i niedługo będę miał warszawską niespodziankę, w odróżnieniu od innych zapowiadanych przeze mnie niespodzianek to pudełko otworzymy i, mam nadzieję, będzie niezłe „bum”. W tym tygodniu skończyłem połowę mojej książki. „Widma” w pierwszej wersji będą miały około miliona znaków. Milion razy klepnąłem w klawiaturkę. Trudno powiedzieć co o tym sądzę, ta książka jest jak kobieta kochana i kłótliwa jak diabli, raz wydaje mi się piękna, a raz jej nie znoszę – czasem spełnia wcześniejsze sny o miłości, a czasem im zaprzecza. A teraz, dwumiesięczna, tak na oko przerwa, poświęcona na pisanie opowiadań. Wszystkie powieści pisałem zrywami, to też zdarzy się „Widmom” a ja bardzo się cieszę perspektywą nurkowania w krótszych tekstach. Mogę sobie na to pozwolić, bo prace nad „Widmami” idą szybko i sprawnie. Jestem zaskoczony i zaniepokojony. Nie przypuszczałem, że zdołam tak łatwo o tym pisać i boję się, że kłamię.
Doda wygrała proces z „Grupą operacyjną” i zdaniem polskiego sądu nie zasługuje na określenie „blachara”. Bardzo mnie to cieszy z dwóch przynajmniej przyczyn. Od lat kibicuję pani Rabaczewskiej, oczywiście, jej piosenki mi się nie podobają, ale też nie są dla mnie. Uważam, że w tekstach ta dziewczyna daje prostą, potrzebną nadzieję dla dziesiątek tysięcy młodych dziewczyn. Nie daj się, masz drugą szansę, moi przyjaciele i tak dalej. To pomaga, pomóc może, więc medal dla tej pani, wara od niej i amen. Poza tym nie umiem w ogóle pojąć jakim cudem twór tak pokraczny jak „Grupa operacyjna” zaczął funkcjonować, jak dobił się do mediów ze swoimi głupimi kawałami przy których kabaret Otto jawi się kopalnią humoru i jeszcze hip hop w tym wszystkim, jakbym był raperem czułbym ślinę na policzku, gdzie w ogóle są ziomy z tamtych lat, czemu polski sąd ma robić porządek z tym szajsem zamiast was. No czemu?