Archiwa dla April, 2010

warszawiacy, rozdział VI

Piotrek z Kosmą i Świętkiem przedzierał się przez kanały. Tamci zostali trochę z tyłu, rozmawiali, rechotali w głos.
Był to paskudny odcinek na starej Pradze, schodziło się niedaleko pomnika Berlinga po śliskiej drabince, niżej ciemno i smród. Dołem płynęły martwe skarby: niedopite flaszki, pogubione papierosy, zabawki i potrzaskanych twarzach. Między nimi śmigały zadowolone szczury.

– Młody, co tak się rwiesz! – darł się Kosma, ale Piotrek miał go w dupie.
Kanał pozwala zapomnieć, jest jak wielka kicha, która nie przepcha wątpliwości, gładzi nawet śmierć brata i miękką ziemię, która pochłonęła ciało. Piotrek szedł, skryty podwójnie, w podziemia i kombinezon, z latarką i maską na szczurzej twarzy, przed nim rozświetlały się rdzawe mury – świadkowie nie wiadomo jakich nieszczęść.
– Moja też miała jazdę na pieski, można się wyrzygać z tym dziadostwem. Mówię ci, chłopie, w życiu nie kupuj sobie psa.
– Stefa mówi, że dla córki – echo niosło głos świętka.
Piotrek zerknął. Leźli z piętnaście metrów za nimi, zwaliści i powolni. Warszawscy kanalarze nigdy się nie spieszą.
– Pierdoły tam, nie dla córki. Dla ciebie – wyrokował Kosma – sam tak miałem. Moja przyszła i nawija, truje, że dziecko, jak przeczytała, to musi dorastać ze zwierzęciem. Kupiłem spaniela.
– Fajny spaniel?
– Cudowny. Zaraz zaczął żreć gówno. Ale jak go brałem, było jasne, że to ona wychodzi na spacery. Gdzie tam – zadudnił Kosma – rano to nie, bo idzie do pracy, popołudniu trzeba obiad robić, wieczorem, wiadomo, gwałcą w Skaryszewskim. Sam musiałem dymać, świątek, piątek, ulewa.
Świętek kopnął puszkę.
– Kurde, no, z psa to się nie wywinę.

ciąg dalszy

próbuje wklejać regularnie ale nie idzie.

o “fourth kind” w nowej fantastyce

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Filmy popękane są najpiękniejsze. Być może skaza, rozpad, niedoskonałość wszyta w dzieło odpowiada za czarowanie. Dobry film przypomina dziewczynę bez zęba na przedzie, komplet klawiatury odebrałby cały urok. W wypadku “Czwartego stopnia” rodzą się wątpliwości – nie wiem już, zwyczajnie nie umiem sobie przypomnieć: dziewczynie tej wybito tylko dwójkę czy zdemolowano całą szczękę. Bo tak: najpierw pojawia się Milla Jovovich – cudna, ale jakby chciała wyskoczyć ze swojej prześlicznej skóry, by mnie przekonać, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Dalej jedziemy paradokumentem. Oto historia Abbey, młodej pani psycholog, prowadzącej badania w małym miasteczku na Alasce. Wszyscy mieszkańcy śnią dziwadła o sowie, co wcale sową nie jest – w rzeczywistości kosmici zrobili sobie małe laboratorium, testują, kombinują i nie trzeba być asem, by się domyślić, że małoletnia córka bohaterki jest następna do uprowadzenia. Jednocześnie twórcy gnoją się i troją, by tchnąć ciut świeżości w kostniejącą formułę udawania prawdy, ekran dzieli się na czworo, zaś aktorzy ulegają zdublowaniu: “inscenizowane” fragmenty przeplatają się z “autentycznymi” fragmentami nagrań.

reszta w nowym numerze

metal na dziś (27)

Skoro wpisy metalowe są cokolwiek warte, to jedziemy, dzieciaki. Mieliście metal z baletem był metal z trąbką, to teraz proszę, metal bez niczego. Nazywają się Van Canto, mają trzy płyty i odkryłem ich w przedostatnim numerze „Hard Rockera”, świętując w ten sposób piętnastą rocznicę ignorowania polskiej prasy muzycznej. Jest ich bodaj szóstka i oszczędzają na instrumentach, konkretnie uzbierali na gary i tyle. Resztę sekcji, gitary, a nawet wokal robią głosami. W konsekwencji, chcąc ułatwić słuchaczom metalowe rozpoznanie, koncentrują się na cudzych kawałkach. W repertuarze jest Blid Guardian, Iron Maiden, wielu innych, tu konkretnie Metallika i Manowar, oto klipy. Mają też autorskie numery, ale kogo to obchodzi? Apocaliptyca się chowa. Strasznie chciałbym zobaczyć ich na żywo, nawet w filharmonii, abstrakcyjności przedsięwzięcia przegrywa z jego radosnością. Tylko ta dziewczyna zupełnie niepotrzebna, choć broni się biustem. Ogólna wesołości i energetyka zabiera podstawową funkcję metalu, jaką jest, w odniesieniu do mnie, tworzenie tła dla pracy. Za skoczne, za fajne, za zachwycające, rzucam zaraz pisanie i macham kulasami.

Zwracam uwagę na synchroniczne wykorzystanie mnichów:

Tydzień z głowy (81)

Widok z okna przepełnia mnie poczuciem bezpieczeństwa; mam się, jakbym wpełzł do jamy, wczołgał pod ciepłe liście. Bezpieczeństwo wydaje mi się wartością szczególną, bo polską, z reguły, w skutek różnorakich hec historycznych strasznie jej brakowało, nawet teraz, w sytuacji zakredytowania każdej głowy nad Wisłą „bycie bezpiecznym” jest czymś odrobinę złudnym. Bo chyba dalej można zabrać ludziom wszystko. Niektóre słowa zniknęły z codzienności, na przykład wojna, którą należy uznać za przeciwieństwo bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od nie wiem kiedy, przez sześćdziesiąt lat nie było żadnej wojny w naszym rejonie, w konsekwencji czego każdy myśli, być może słusznie, że wojna już zdarzyć się nie może. A jeśli? Trudno, myślę sobie, wzruszam ramionami i wstaję, spoglądnąć jeszcze raz na zieleniące się ogródki działkowe. W centrum miasta. Już staruszkowie walą tam ze swoimi tobołami, mimo wczesnej pory. Już rozgrzewają się piecyki w altankach i właśnie ten widok budzi we mnie poczucie bezpieczeństwa. Niech zdarzy się ta wojna, na przykład: wejdą ruskie. Oni raz na czas tak właśnie przychodzą. Jeśli dobrze rozeznałem sprawę, nasz kraj nie ma właściwie wojska, z NATO też może być różnie, poza tym wizja Niemca broniącego nas przed ruskimi jest przerażająca mimo swej abstrakcyjności. Jak mogłoby to wyglądać? Więc wchodzi to wojsko od wschodu, a ja natychmiast udaję się do ogródków działkowych, przeczekać. Nie istnieje bowiem taka siła, która mogłaby ruszyć działkowca z jego ogryzka ziemi, działki oprą się armiom, te zwyczajnie roztrzaskają się o siatkę, maszyny kroczące runą, a bomba atomowa nie wybuchnie. Potoczy się jak metalowa piłka. Oczywiście, działkowa potęga, mocniejsza niż bramy Mordoru także jest dla mnie zagadką. Jakie pierścienie, krzyże, amulety musieli zdobyć ci starcy? Co stało się spoiwem ich bezlitosnej jedności? I wreszcie, czy można jakoś wykorzystać tę moc z pożytkiem dla kraju, na przykład, zmienić cała Polskę w działkę, a przynajmniej obsadzić granice, węzły komunikacyjne działkowiczami? Albo użyć tego w sztuce, nakręcić zgrabną, działkową komedię frontową, Pasikowski nada się w sam raz.
Ta mniej więcej rodzą się pomysły. Wczoraj siedziałem do późna, przerzucając się w towarzystwie kumpla ideami na film i nagle zorientowałem się, że mam w sobie pogrzebanych, lekko licząc, dziesięć historii z którymi nie mam pojęcia co zrobić. Niektóre noszę tak jeszcze od czasu studiów, inne mają rok, dwa. Tak samo ważne. Może nie powinienem o tym pisać, bo kogoś jeszcze ruszy „a jakie to pomysły są”, jednocześnie, mam pewność, że pomysł, w odniesieniu do książki jest sprawą przereklamowaną. Moje ulubione horrory literackie, jak „Księżyc” Jamesa Herberta, „Miasteczko Salem”, „Obcy” Castle’a czy „Dziewczyna z sąsiedztwa” Ketchuma stoją na bardzo prostych ideach. O, taki Gaiman ma błyskotliwe pomysły i te błyskotliwość można wiadrami wynosić z każdego nawet shorta. Więc, myślę o swoich pomysłach jako o czymś klarownym, kto inny by rzekł – prostackim. Jednocześnie, żal nie wykorzystania, tyle, że pomysł zawsze jest przypisany do określonego medium, od lat na przykład dręczy mnie historia rozgrywająca się w forcie, współczesna i wojenna jednocześnie (żadnych działkowiczów), próbowałem pisać, nawet robić szkice, no nie ma ludzkiej siły, to musi być film, czyli zapewne nigdy się nie dowiecie, co mi się tam, w związku z tymi fortami ubrdało. Musiałbym napisać scenariusz i jeszcze samemu rzecz nakręcić, żeby wyglądała tak jak chcę, co jest zupełnie niewykonalne, także dlatego, że nie chcę. Nowelka, którą teraz piszę, zawiera masę moich amerykańskich wspomnień, niekiedy przeniesionych „jeden do jeden”, co robię bardzo rzadko. W Stanach byłem pięć lat temu i pięć lat właśnie szukałem sposobu, żeby o tym opowiedzieć. Tyle, że musiał być nie tylko pomysł, temat, linia fabularna, ale także wydawca, który wypuści tekst, mam nadzieję, w dość szczególnej formie. Tak się poskładało. Lubię to wrażenie głębokiego zżycia się z historią, jest sobie we mnie przez lata, raz na czas mruknie i wraca do spania, poza tym mam głębokie przekonanie, że w podniecaniu się pomysłami jest coś niestosownego, niskiego i dziecinnego, odpowiedniego dla ludzi, którzy sądzą, że w rockandrollu najważniejsze są solówki. W każdym razie, znów piszę opowiadania.

Z rozpaczą godną lepszej sprawy próbuje nadążać. Wydaje mi się, że doskonale zakumałem zasady funkcjonowania współczesnej telewizji, natomiast z netem w wersji 2.0 nie radze sobie wcale, co może stwierdzić każdy wchodząc na mój profil, a zwłaszcza stronę facebooka. Blipy i twittery są sekretem dla mnie, zarazem Mik klaruje mi jak sołtys krowie, że takie cuda są teraz konieczne, bym promował siebie i tak zwane majstersztyki, wydawane w okładkach. Więc przechylam się, a potem nie mogę. Blip. Twitter. Zupełnie tego nie rozumiem, tak samo jak nieustannych wpisów na facebooku, na przykład, waham się poważnie przy pisaniu o metalu tutaj, bo nigdy nie wiem czy to jest dla kogokolwiek ciekawe (czekam na entuzjastyczny wpis od S.T.), a w informowaniu, jak to coś zeżarłem, przeczytałem, albo jak fantastycznie dłubało mi się w nosie, innych dziurach, oby moich, widzę coś głęboko nieskromnego. No, nieskromnego właśnie. To poczucie wstydu zamyka mi ryja, kiedy mam zareklamować swoją książkę, a przecież nie mam zastrzeżeń co do jakości mojej pracy literackiej, kto więc wie, może i dłubię w nosie dużo ciekawiej niż inni piszą swoje książki. Tyle, że w tych wszystkich portalach jest coś jeszcze niedobrego, zaszytego w samej ich zasadzie, czyli sprzeciw wobec mądrości. Logujesz się i piszesz o sobie, tymczasem, mądrość każe mówić jak najmniej na swój temat, milczeć nawet wśród przyjaciół, a co dopiero w towarzystwie obcych, tych rekinów żeglujących po sieci. Nigdy nie wiadomo, która informacja jest ważna, która nie, a która będzie za lat cztery, powiem lepiej, są tacy co wiedzą. Mądry człowiek milczy, głupi papla, zas wszelkie modne dzisiaj portale wręcz zmuszają do paplaniny. Prawdą też jest, że dokładnie to samo czynię, tutaj, paplam na blogu, nie chcę być jednak dwa razy głupcem.

“święty wrocław” nominowany do nagrody żuławskiego

dziękuję

SOD wraca, silniejszy niż wcześniej!

Łukasz Orbitowski: Pogadajmy o horrorze. O strachu, lęku i niepokoju. Możliwościach, jakie daje literatura w tym zakresie.
„Rękę mistrza” przeczytałem z przyjemnością, opowiadania także. Ale nie bałem się ani trochę. Sięgnąłem pamięcią wstecz. Wybaczcie ten wtręt osobisty, ale ostatni raz bałem się chyba niecałe dwie dekady temu, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem. Było to, przyznaję, podczas lektury właśnie Stephena Kinga. A teraz nie mogę. Dociera do mnie niesamowitość niektórych rozwiązań, jak malowanie przy pomocy fantomowej kończyny, uzasadnienie obsesji pacjenta w „N.”, duchy w innych tekstach także wydają się wiarygodne. Ale się nie boję, czyli sens gatunku gdzieś się zatracił. Książka nie spełniła swojego zadania.
Wątpliwości: może sam jako fan horroru i twórca nie jestem najlepszym testerem, zużyłem się po prostu podczas obcowania z tym rodzajem literatury? Ale na filmach dalej zdarza mi się przestraszyć. Bałem się, grając w „Dead Space” na konsoli. Czy horror literacki nie jest więc gatunkiem pomylonym? Nie spełnia swojego założenia. A może jest, wbrew całej brutalności i intensywnej (choć nie w książkach Kinga) obecności erotyki, gatunkiem dla młodzieży? W tym sensie to ogromne oszustwo: człowiek łapie bakcyla w wieku lat -nastu, a potem szuka tamtych emocji, co musi się skończyć rozczarowaniem.
Chyba że sensem horroru jest coś innego. Tylko co?
Jacek Dukaj: Ty się zmieniłeś albo sytuacja kulturowa się zmieniła.
Spotykam się zasadniczo z dwoma sposobami ujęcia ewolucji kultury. „Konserwatyści” twierdzą, że spektrum wzruszeń kulturowych człowieka, przeżyć wyzwalanych przez sztukę pozostaje z grubsza stałe. Zmieniają się epoki, technologie, mody, ale odbiór wszelkiej produkcji artystycznej mieści się w tych samych ramach. „Ewolucjoniści” uważają natomiast, że nowe dziedziny sztuki, nowe technologie, nowe konteksty cywilizacyjne tworzą nowe kategorie przeżyć; spektrum się rozszerza, a także zmienia rozkład wewnętrzny.
Można więc odpowiedzieć na Twoje rozterki tak: owszem, kiedyś literatura grozy naprawdę straszyła, ale współcześnie tę rolę przejęły inne metody pobudzania wyobraźni. Bez problemu daję wiarę takim scenom sprzed kilku wieków: wieczór-noc, wicher duje za zatrzaśniętymi okiennicami, ludzie skuleni przy ogniu, nie ma co robić, jedyna rozrywka to opowiadanie i słuchanie opowieści, więc słuchamy, reszta zmysłów wyłączona, bo na zewnątrz tylko ciemność i dzikie bestie, i jeśli opowiadacz zdolny, niewiele wtedy było trzeba, by z przerażenia zasłonić oczy i zakopać się pod futrami. Bardzo podobną genezę miały moim zdaniem klasyczne romanse gotyckie – kto nie czytał ich przy lampie naftowej na zimnej angielskiej prowincji, ten czytał już co innego.
Ewolucjonista odpowie inaczej: nowe rodzaje produktów kultury oferują nowe wrażenia, nie można oczekiwać, że lektura tekstu wywoła u ciebie takie skoki adrenalinowe jak nagły atak potwora z ekranu; ani żadna literatura nie zaangażuje cię w takie interakcje jak gry swobodnego wyboru, w których dosłownie wchodzisz do wnętrza kreacji. Równie dobrze można żądać od malarstwa, żeby dało się przy nim tańczyć jak przy muzyce.
Co więc pozostało? Drugorzędowe cechy gatunkowe.
Wit Szostak: Nie jestem pewien, czy trzeba wytaczać od razu działo „ewolucja kultury”. Jednak ten sam Orbitowski bał się kilkanaście lat temu, a książki Kinga sprzedają się w milionowych nakładach jako „powieści mistrza grozy”. Ktoś się jednak boi. Stawiam na indywidualną wrażliwość u różnych czytelników, ewentualnie na syndrom wypalenia u Łukasza.

reszta na esensji

aktualności. “Warszawiacy” i nie tylko

W zeszłym tygodniu nie uaktualniałem bloga i nie informowałem o nowościach. Pora to nadrobić.
Czyli tak. Na stronie Ha!artu wiszą dwa nowe odcinki „Warszawiaków”
Czwarty
Piąty

Na gamezilla mój felieton o grach
A onet przyjął mój esej o „Osiedlu Swoboda” Śledzińskiego.

miłej lektury.

tydzień z głowy (80)

Przez ostatni tydzień nie uaktualniałem bloga, choć sporo się działo – milczenie, jak sądzę, było próbą nie zaśmiecania Internetu, skoncentrowanego na tragedii w Smoleńsku. Choć w gruncie rzeczy dobrze było odpocząć od bloga. Sporo się u mnie działo, spróbuje jakoś, może jutro zrobić literackie, publicystyczne resume zeszłego tygodnia, bo kto wie, może są ludzie, którzy tropią mnie wyłącznie za pomocą tej strony i alias na facebooku. Ale przydałby się również komentarz na temat nieszczęścia zeszłej soboty, choć nie jestem pewien, lub odwrotnie, jestem prawie pewien, że nie bardzo nadaję się do tego zadania. Zeszłą sobotę spędziłem przylepiony do telewizora (ciekawość mą ogniskował również stock), dokładnie pamiętam, jak ramówka kolejnych kanałów na kablówce ulegała rozpieprzeniu, nikt nie wiedział o co chodzi, nie wiedziałem i ja. Kiedy stało się jasne, kiedy w pełni ujawnił się rozmiar nieszczęścia rozbudziły się we mnie jak najzdrowsze uczucia: współczucie, zadumanie w niedowierzaniu, wreszcie konieczność jakiegoś działania, pognania na Krakowskie Przedmieście, odległe o parę przystanków tramwajowych od mojego domu. Powstrzymałem się niespecjalnym wysiłkiem, nie tylko dlatego, że z tłumem mi nie po drodze, ale uważam, że facet, który na czwartej stronie okładki „Horror show” miał to co miał, winien teraz siedzieć cicho. No i siedziałem, a inni nie mogli i mówiąc bez ogródek, zrobiło mi się niedobrze jak widziałem Jolantę Kwaśniewską z Olejnikową, wylewające krokodyle łzy nad Pierwszą Parą, w którą każdy, kto mógł, walił jak w bęben. Żeby tylko one. Co, niski wzrost nagle przestał być śmieszny? Noski, wąsy, krótkie łapki już nie bawią? No żesz kurwa mać. Dopuszczam oczywiście możliwość, że ktoś przez długie lata obdarzał jakąś osobę agresywną niechęcią na forum publicznym, a gdy tej osoby, tych osób niespodziewanie zabrakło, złapał się za głowę. Można było inaczej, no można, ale wyszło jak wyszło, więc rozterki sumienia należy przezywać w samotności, z dala od kamer. Taki sposób przyznania się do błędu, pewnej niewłaściwości zachowań uważam za uczciwy, zwłaszcza względem tych, których dzisiaj chowamy. Wolę już cwaniaków, sprzedających zegarki, koszulki, kubki z ofiarami tragedii, czy handlarzy wejściówkami pod Wawel, w nich nie umiem dopatrzeć się obłudy, kłamstwa.
Wydaje mi się też, że Polacy kochają wyłącznie martwych polityków, żeby wskazać Piłsudskiego, Gierka, ofiary Smoleńska. Naturalnym wydaje się przekonanie o istnieniu głębokiego konfliktu pomiędzy ludem i władzą, co ten lud w ryzach próbuje utrzymać. Trwa to gdzieś tak od cara, komuna przypieczętowała tę w gruncie rzeczy szkodliwą sytuację. Władza kradnie, wiadomo, czyha niby zbój na nasze zarobki, wprowadza kolejne zakazy, dzięki którym „da się żyć” lecz trochę większym kosztem, wreszcie, funkcjonuje w oderwanym świecie wielkich koron i pieniędzy, traktując obywatela jak dojna krowę lub dziwkę do bicia i nie tylko, w zależności od stanu kasy i dobrego humoru. Polityk martwy, zmarły tragicznie zyskuje na powrót człowieczeństwo, okazuje się na przykład, że miał bliskich, żony, dzieci, kumpli, którzy nie umieją, zwyczajnie nie potrafią poradzić sobie z jego odejściem, czyli był dla kogoś ważny, tak jak my jesteśmy ważni dla ludzi wokół, a przynajmniej ważni być chcemy. Doktor Jekyl Jekylem umiera, choćby ostatnią dekadę, jako pan Hyde, wyżywał się w potwornościach. W tym umiłowaniu trupa, uznaniu człowieka człowiekiem w momencie jego śmierci jest coś naprawdę przerażającego, chyba do tego polskiego w najbardziej polski z możliwych sposobów, zarazem ta niska cecha zapewnia nam poczucie wspólnoty. Bo frontów jest więcej, zatomizowaliśmy się strasznie, swąd spalonych ciał umie jednak nas połączyć.
Dużo porównań pomiędzy atmosferą ostatniego tygodnia a klimatem po śmierci Jana Pawła II. Miłość do papieża, przynajmniej w kontekście pielgrzymkowego fenomenu była czymś autentycznym, ludzie pędzili na Błonia, stąd przeżywanie kwietniowej śmierci miało silny powiew autentyzmu. Świadomość końca pewnej sekwencji zdarzeń. W konsekwencji pokolenie JPII gasło i rozpadało się, nie wiem, przez pół roku, rok z kawałkiem i nikt o nim dziś nie pamięta (za to o pokoleniu JP owszem), zjednoczenie narodowe wokół Smoleńska wytrzymało dni cztery, kiedy wymyślono ten nieszczęsny Wawel, w gruncie rzeczy szkoda że tak się stało, szansa na cywilizowany dyskurs polityczny uległa zaprzepaszczeniu. Jesteśmy jednak niezmienni. I znów dochodzimy do dziwacznych zachowań: mogę sobie prywatnie sądzić, ze Wawel jest zupełnie bez sensu, że Kraków za diabła rogatego nie ma warunków do należytego przygotowania takiej uroczystości bez szkody dla mieszkańców (ci, świadomi sytuacji, nawiali z miasta), ale tez rozumiem, że w takiej sytuacji, jaka nastała może dochodzić do pewnej przesady, nam z kolei wypadałoby na tę przesadę się zgodzić i cześć pieśni. Nie domagam się teraz nagłego wzrostu wrażliwości, świadomości politycznej, sumienia, zrozumienia drugiego człowieka, choćby był bęcwałem, zastanowienia się, bo może jednak bęcwałem nie jest i tak dalej – małostkowości moglibyśmy sobie jednak oszczędzić.

tydzień z głowy (79)

Z reguły zbieram się do tego bloga, rzeczy wpadają do głowy i akurat na ten tydzień miałem naszykowaną zgrabna kolekcje dykteryjek – nie ma i nie będzie. Wczoraj jechałem nocą przez miasto i nie przypominam sobie tak cichej Warszawy. Młodzi pijaczkowie, którzy zawsze drą ryja po nocy, w każdy weekend jakoś zamilkli, wymiotło nocnych spacerowiczów z browarem, wszystko zamarło. Nie umiem tez wydusić z siebie jakiejkolwiek mądrości i chyba nawet powinienem przestać teraz pisać. Myślę o rodzinach tych, którzy zginęli. Bo nie wiem w ogóle jak to jest, stracić kogoś bliskiego. Nagle i nieodwołalnie. Wykreślenie z życia, okaleczenie świata. Straszne, co mogę więcej powiedzieć? Akurat spędziłem weekend z bliskimi przyjaciółmi, przesiedzieliśmy dwa dni przyklejeni do telewizora, niemal zapominając o wszystkim innym. I pomyślałem, że gdyby tych ludzi, tych gości, którzy są dla mnie jak bracia nagle zabrakło, nie umiałbym sobie z tym poradzić. Zwyczajnie, w żaden sposób, nie mógłbym.

Warszawiacy. Rozdział III

Kiedy chowają starego kanalarza, Wisła wzbiera – co bardziej doświadczeni mieszkańcy Warszawy nie muszą sprawdzać nekrologów by to wiedzieć. W takie dni rzeka staje się dzika jak za Piasta i pędzi przez miasto, rozwścieczona niepotrzebną śmiercią.

Lecz gdy młody kanalarz idzie do piachu, spieniona woda napiera na bulwary, poboczem prują brudne strugi i grzechoczą klapy studzienek. Kosma nie mógł powstrzymać łez.
Stał w ostatnim rzędzie i ocierał oczy. Mężczyźnie wypada płakać właśnie w takich chwilach. Bo chłopak ledwo skończył dwudziestkę i miał marzenia. Nigdy nie pojedzie do Irlandii z tą swoją Elką (ta to dopiero wyła, mało, a skoczy na trumnę), nie otworzy knajpy z tajskim żarciem ani się nie spasie, jest człowiekiem zamkniętym, skończonym, oprawionym w sosnę. Tak sobie myślał Kosma i pociągał nosem.
Ojciec ledwo panował nad sobą. Przygarnął ręką Piotrka, młodszego chłopaka.
Matkę właśnie wyprowadzono z kaplicy. Pokładała się na grobach.
A Kosma łkał, bo młode życie, nieszczęście weszło między dobrych ludzi, a pewne rzeczy muszą zostać zrobione. Ruszyli grzebać faceta.
– Zapędziliśmy się – szepnął Świętek. Cały się trząsł. Wielkie chłopisko.
– Zawsze tak było – odparł Kosma.
– Ale żeby tak?
– Zamknij się.

Całość

Next Page »