Widok z okna przepełnia mnie poczuciem bezpieczeństwa; mam się, jakbym wpełzł do jamy, wczołgał pod ciepłe liście. Bezpieczeństwo wydaje mi się wartością szczególną, bo polską, z reguły, w skutek różnorakich hec historycznych strasznie jej brakowało, nawet teraz, w sytuacji zakredytowania każdej głowy nad Wisłą „bycie bezpiecznym” jest czymś odrobinę złudnym. Bo chyba dalej można zabrać ludziom wszystko. Niektóre słowa zniknęły z codzienności, na przykład wojna, którą należy uznać za przeciwieństwo bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od nie wiem kiedy, przez sześćdziesiąt lat nie było żadnej wojny w naszym rejonie, w konsekwencji czego każdy myśli, być może słusznie, że wojna już zdarzyć się nie może. A jeśli? Trudno, myślę sobie, wzruszam ramionami i wstaję, spoglądnąć jeszcze raz na zieleniące się ogródki działkowe. W centrum miasta. Już staruszkowie walą tam ze swoimi tobołami, mimo wczesnej pory. Już rozgrzewają się piecyki w altankach i właśnie ten widok budzi we mnie poczucie bezpieczeństwa. Niech zdarzy się ta wojna, na przykład: wejdą ruskie. Oni raz na czas tak właśnie przychodzą. Jeśli dobrze rozeznałem sprawę, nasz kraj nie ma właściwie wojska, z NATO też może być różnie, poza tym wizja Niemca broniącego nas przed ruskimi jest przerażająca mimo swej abstrakcyjności. Jak mogłoby to wyglądać? Więc wchodzi to wojsko od wschodu, a ja natychmiast udaję się do ogródków działkowych, przeczekać. Nie istnieje bowiem taka siła, która mogłaby ruszyć działkowca z jego ogryzka ziemi, działki oprą się armiom, te zwyczajnie roztrzaskają się o siatkę, maszyny kroczące runą, a bomba atomowa nie wybuchnie. Potoczy się jak metalowa piłka. Oczywiście, działkowa potęga, mocniejsza niż bramy Mordoru także jest dla mnie zagadką. Jakie pierścienie, krzyże, amulety musieli zdobyć ci starcy? Co stało się spoiwem ich bezlitosnej jedności? I wreszcie, czy można jakoś wykorzystać tę moc z pożytkiem dla kraju, na przykład, zmienić cała Polskę w działkę, a przynajmniej obsadzić granice, węzły komunikacyjne działkowiczami? Albo użyć tego w sztuce, nakręcić zgrabną, działkową komedię frontową, Pasikowski nada się w sam raz.
Ta mniej więcej rodzą się pomysły. Wczoraj siedziałem do późna, przerzucając się w towarzystwie kumpla ideami na film i nagle zorientowałem się, że mam w sobie pogrzebanych, lekko licząc, dziesięć historii z którymi nie mam pojęcia co zrobić. Niektóre noszę tak jeszcze od czasu studiów, inne mają rok, dwa. Tak samo ważne. Może nie powinienem o tym pisać, bo kogoś jeszcze ruszy „a jakie to pomysły są”, jednocześnie, mam pewność, że pomysł, w odniesieniu do książki jest sprawą przereklamowaną. Moje ulubione horrory literackie, jak „Księżyc” Jamesa Herberta, „Miasteczko Salem”, „Obcy” Castle’a czy „Dziewczyna z sąsiedztwa” Ketchuma stoją na bardzo prostych ideach. O, taki Gaiman ma błyskotliwe pomysły i te błyskotliwość można wiadrami wynosić z każdego nawet shorta. Więc, myślę o swoich pomysłach jako o czymś klarownym, kto inny by rzekł – prostackim. Jednocześnie, żal nie wykorzystania, tyle, że pomysł zawsze jest przypisany do określonego medium, od lat na przykład dręczy mnie historia rozgrywająca się w forcie, współczesna i wojenna jednocześnie (żadnych działkowiczów), próbowałem pisać, nawet robić szkice, no nie ma ludzkiej siły, to musi być film, czyli zapewne nigdy się nie dowiecie, co mi się tam, w związku z tymi fortami ubrdało. Musiałbym napisać scenariusz i jeszcze samemu rzecz nakręcić, żeby wyglądała tak jak chcę, co jest zupełnie niewykonalne, także dlatego, że nie chcę. Nowelka, którą teraz piszę, zawiera masę moich amerykańskich wspomnień, niekiedy przeniesionych „jeden do jeden”, co robię bardzo rzadko. W Stanach byłem pięć lat temu i pięć lat właśnie szukałem sposobu, żeby o tym opowiedzieć. Tyle, że musiał być nie tylko pomysł, temat, linia fabularna, ale także wydawca, który wypuści tekst, mam nadzieję, w dość szczególnej formie. Tak się poskładało. Lubię to wrażenie głębokiego zżycia się z historią, jest sobie we mnie przez lata, raz na czas mruknie i wraca do spania, poza tym mam głębokie przekonanie, że w podniecaniu się pomysłami jest coś niestosownego, niskiego i dziecinnego, odpowiedniego dla ludzi, którzy sądzą, że w rockandrollu najważniejsze są solówki. W każdym razie, znów piszę opowiadania.
Z rozpaczą godną lepszej sprawy próbuje nadążać. Wydaje mi się, że doskonale zakumałem zasady funkcjonowania współczesnej telewizji, natomiast z netem w wersji 2.0 nie radze sobie wcale, co może stwierdzić każdy wchodząc na mój profil, a zwłaszcza stronę facebooka. Blipy i twittery są sekretem dla mnie, zarazem Mik klaruje mi jak sołtys krowie, że takie cuda są teraz konieczne, bym promował siebie i tak zwane majstersztyki, wydawane w okładkach. Więc przechylam się, a potem nie mogę. Blip. Twitter. Zupełnie tego nie rozumiem, tak samo jak nieustannych wpisów na facebooku, na przykład, waham się poważnie przy pisaniu o metalu tutaj, bo nigdy nie wiem czy to jest dla kogokolwiek ciekawe (czekam na entuzjastyczny wpis od S.T.), a w informowaniu, jak to coś zeżarłem, przeczytałem, albo jak fantastycznie dłubało mi się w nosie, innych dziurach, oby moich, widzę coś głęboko nieskromnego. No, nieskromnego właśnie. To poczucie wstydu zamyka mi ryja, kiedy mam zareklamować swoją książkę, a przecież nie mam zastrzeżeń co do jakości mojej pracy literackiej, kto więc wie, może i dłubię w nosie dużo ciekawiej niż inni piszą swoje książki. Tyle, że w tych wszystkich portalach jest coś jeszcze niedobrego, zaszytego w samej ich zasadzie, czyli sprzeciw wobec mądrości. Logujesz się i piszesz o sobie, tymczasem, mądrość każe mówić jak najmniej na swój temat, milczeć nawet wśród przyjaciół, a co dopiero w towarzystwie obcych, tych rekinów żeglujących po sieci. Nigdy nie wiadomo, która informacja jest ważna, która nie, a która będzie za lat cztery, powiem lepiej, są tacy co wiedzą. Mądry człowiek milczy, głupi papla, zas wszelkie modne dzisiaj portale wręcz zmuszają do paplaniny. Prawdą też jest, że dokładnie to samo czynię, tutaj, paplam na blogu, nie chcę być jednak dwa razy głupcem.