Archiwa dla May, 2010

Mały brat wuja Sama. Na gamezilla.pl

Barack Obama wypowiedział się krytycznie na temat konsol, budząc zrozumiały ferment w środowisku graczy. Niektórzy uśmiechali się i pukali w głowę, ale ja jestem daleki od rozbawienia. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś został prezydentem największego państwa świata i jeszcze załapał się na Nobla, jest raczej mądrzejszy niż ja. Nie umiem bowiem rządzić własnym domem ni organizmem, a zamiast nagrody od Szweda mogę najwyżej zapracować na mandat za picie pod chmurką. Dopowiedzmy: słowa mają wagę w zależności od tego, kto je wypowiada. Gdybym wygłosił tutaj myśli Obamy, dostałbym zasłużone bluzgi i najpewniej poleciał na pysk. Wypowiedź amerykańskiego prezydenta potraktowana serio może rodzić dalej idące konsekwencje. Różnica jak pomiędzy cmoknięciem w policzek a upadkiem szesnastu ton. Jestem też spokojny, że gdyby Barack Obama zwrócił się personalnie do władz Polski i jeszcze tupnął nóżką, nasi dzielni rządzący zaraz popędziliby samodzielnie zrzucać God of War III i inne bezeceństwa ze sklepowych półek.

dalej

tydzień z głowy (86)

Wróciłem z festiwalu w Gdyni odrobinę zasmucony. Mieliśmy się my, pisarze ścierać z filmowcami i generować wrażenie własnej potrzebności. Tymczasem zaraz na początku dowiedzieliśmy się, że filmowcy sądzą dokładnie odwrotnie, uważają nas, literatów, za ludzi kompletnie niepotrzebnych, gdyż piszemy wyłącznie o sobie. Odnoszę wrażenie, niestety, że się nie mylą. Na szerszym planie pisarz w ogóle jest zbędny, gdyby, na przykład wszystkich współczesnych autorów wsadzić na wielki okręt a następnie zatopić, świat specjalnie by tego nie odczuł. W ten sposób, jeśli weźmiemy pod uwagę rząd dusz, potęgę wpływu znajdujemy się mniej więcej tam gdzie filateliści. Jesteśmy. Zwariowane ludki takie. Kiedyś oczywiście było trochę inaczej, ludzie byli nasi, za to każdy o zdrowych zmysłach miał artychę za postrzelonego menela. Teraz trochę wzrośliśmy, próbujemy nawet być opiniotwórczy i mam wrażenie, że w pewien sposób zamieniliśmy chwałę na komfort. Nie twierdzę, że to źle, pewno nawet odwrotnie – życie w chłodnym świecie bez rycerzy mi odpowiada, zresztą, piekło komfortu jeszcze nam jajca pourywa. Oby nie razem z dupą. Wracając do wątku, kino pisarza nie potrzebuje wcale. Czasem potrzebuje książek. Książka to nie człowiek, który ja napisał, uświadommy sobie te prosta prawdę. Książkę się bierze i przerabia na film wedle własnych oczekiwań, pisarz co najwyżej w tym poprzeszkadza, złoszcząc się na charakter zmian jakby nie mógł wbić sobie do durnego łba, że książka w momencie wypuszczenia jej świat nie należy już do niego (nie mam na myśli kwestii praw autorskich). Niekiedy pisarze sprawdzają się jako scenarzyści, tylko znów, pisarz i scenarzysta to dwie różne sprawy, film potrzebuje tych drugich i nikogo więcej. Tylko ludziom pióra w głowie się merda i mylą porządki. Z mojej wiedzy wynika, że scenariusz to przede wszystkim fajny pomysł i dobre dialogi. Resztę ekipa filmowa domyśli, decydujący głos maja reżyser z producentem. Pomysły to może literaci mają i najgorsze, choć sam uważam, że konkretnie pomysł ma najmniejsze znaczenie. Przeszkoda są pieniądze. „Lód” Dukaja, „Wichry smoczogór” Szostaka, „Przedksiężycowi” Kańtochowej, czy nawet moje powieści (celowo wymieniam autorów zacnych a nawet wspaniałych) kręcone w miarę wiernie kosztowałyby ciężkie miliony dolców, których przemysł filmowy w Polsce nie ma i mieć nie będzie, choćby Andrzej Wajda złowił wszystkie złote rybki na świecie. Jeśli odejmiemy niemal onanistyczne zainteresowanie sobą, wyjdzie, że największym problemem literatury polskiej są właśnie dialogi. Tych pisać najzwyczajniej w świecie nie potrafimy, błagam nie pokazujcie mi teraz wyjątków, te znajda się zawsze. Niezdolność do pisania dialogów, pisanie dialogów po prostu kiepskich nie jest samo w sobie zbrodnią: żaden pisarz nie potrafi wszystkiego, Cormac McCarthy nie napisze „Firmy” tak jak Grisham „Drogi” i dobrze, wspaniale, tylko akurat zdolność pisania dialogów, oddawania charakteru rozmowy, czego nie da się zrobić przez proste zasłuchanie i przeniesienie, jest kluczowa dla kina. Żeby nieszczęście było kompletne pisania dialogów nauczyć się po prostu nie da bez predyspozycji ku temu, to trochę jak z muzyką, jeśliś głuchy jak pień nie zrobimy z ciebie ani Mozarta, ani nawet Michała Wiśniewskiego. Poza tym, zdaniem kolegi po piórze największy spór polskiego kina uległ dezaktualizacji. Chodzi oczywiście o najgorszy film ostatnich lat dwudziestu: „Stara baśń” czy „Pręgi”? z tego co mówią, starcie rozstrzygnął dla siebie „Made In Poland”.
Za to podoba mi się Trójmiasto. Ostatni raz miałem podobne wrażenie przy Wrocławiu, co mam nadzieję nie oznacza, że zabiorę się kiedyś za powieść nadmorską. Właściwie wszystko mi tam odpowiada. Od niesamowitej, naprawdę nieprawdopodobnej rafinerii, ze wszystkim czego oczekuję od takiego ustrojstwa: wielki komin bijący ogniem w ciemniejące niebo, z tyłu jakieś misterne konstrukcje z rur, bijące trupim światłem. O, to można by filmowo rozegrać jak mistrzostwo świata. Znakomite „Medium” nakręcono przecież w Sopocie, uwielbiam tamtejsze masywne domy sprzed stulecia, z ich dziwacznie rozrzuconą garścią okien, wieżyczkami, niepokojącymi kątami dachów. Sympatyczna knajpka irlandzka, gdzie posiedzieliśmy sobie z kolegami z Blackastriala, gadając o metalu z perspektywy ludzi znużonych i entuzjastycznych zarazem, niezwykle zacny pub Kinski (związki z aktorem pozostają niejasne), tam, po nocy starszawa prostytutka tak dokazywała z klientem w ubikacji, że nie bardzo mogłem skupic się na prostej przecież czynności jest wreszcie samo morze nad którym można sobie usiąść z piwem specjal i pomyśleć że w sumie, mimo wszystko i tak dalej życie to piękna i dobra sprawa.

“zło po francusku” na onet.pl

Od niedawna możemy cieszyć się komiksami Christophe’a Chaboute’a, francuskiej gwiazdy komiksu. „Czyściec” oraz „Henri Desire Landru” dotykają różnych tematów, oferując jednak zaskakująco spójną wizję świata. Z kolei „Samotnik” uderza niemal balladowym urokiem i optymizmem.

„Czyściec” opowiada historię Beniamina Tartouche’a, grafika, do którego na krótko uśmiechnęło się szczęście. Po latach biedowania wreszcie odnosi sukcesy, zamówienia spływają szerokim strumieniem, do tego niespodziewanie odziedziczył dom po ciotce. Beniamin dzieli więc swój czas na pracę, dopełnianie formalności z ubezpieczycielem i radowanie się perspektywą dostatniego życia: niestety na krótko. Dom idzie z dymem, nieuczciwy ubezpieczycie przeciąga wypłatę odszkodowania, w skutek czego Beniamin przeistacza się w kloszarda. Dalej jest tylko gorzej: wynędzniały, przeganiany z miejsca na miejsce nie ma sił i środków by przeciwstawić się ubezpieczycielowi, wreszcie, wpada pod koła samochodu. Zgaduj-zgadula, kto siedział za kółkiem?

Wiarygodność takiego scenariusza jest dość niska – wolne zawody mają swoich obrońców, istnieją różnorakie instytucje opiekujące się bezdomnymi, a i firmy ubezpieczeniowe nie zawsze mogą ciąć ludzi w tak prostacki sposób. Ta część opowieści Chaboute’a przypomina sen wypieszczonego intelektualisty o okropnościach tego świata i nic dziwnego, że scenarzysta zwraca się ku innym tematom. Beniamin umiera i trafia do czyśćca, multikuturowego zresztą i wypranego z bezpośrednich odniesień do jakiejkolwiek religii. Tam ogląda swoje złe uczynki (bynajmniej nie „grzechy”) i postawiony przed perspektywą piekła powraca na ziemię jako sumienie. Widzą go inne sumienia (te mają twarze najsłynniejszych zmarłych, od Franka Zappy po Einsteina), ludzie za to dostrzec nie mogą. Beniamin staje przed karkołomnym zadaniem. Żeby zasłużyć na niebo musi, nieznanym sobie sposobem znaleźć przeznaczonego mu człowieka i następnie nawrócić na drogę cnoty. Ma też inny problem. Szef zakładu ubezpieczeniowego, który zrujnował mu życie, a następnie przejechał samochodem kandyduje na burmistrza i jest o krok od zwycięstwa.

„Samotnik” również podejmuje wątek przełamania siebie, choć czyni to niemal z baśniowej perspektywy, no i stawka jest inna. Bohaterem jest zdeformowany mężczyzna, potwór o dobrym sercu, żyjący samotnie w latarni morskiej. Nigdy jej nie opuścił, unika nawet rybaków, którzy przywożą mu jedzenie, wiedzę o świecie czerpie ze słownika oraz własnych wyobrażeń. Świat w końcu przenika, oczywiście w formie szczątkowej. Zagubiona kobieta zostawia kolorowe czasopismo, potem rybak przynosi kolejne i tak to się rozkręca – decyzja o opuszczeniu latarni jest już oczywista, tylko co potem? Przeraża nie tylko konfrontacja z własną potwornością, ale i z wyobrażeniami ukształtowanymi w ciągu długich lat samotności.

Z kolei, wydany w zeszłym roku „Henri Desire Landru” opowiada historie francuskiego Kuby Rozpruwacza z wybitnie autorskiej perspektywy. Landru był drobnym oszustem, który swoje wielkie chwile przeżywał podczas pierwszej wojny światowej. Mężczyźni walczyli i ginęli, kobiety pozostały w domach a nasz as, wbrew nikczemnej aparycji, cieszył się niesłychanym powodzeniem. Szybko, z zawodowego uwodziciela stał się mordercą. Wybierał kobiety zamożne, samotne i niezbyt urodziwe, kusił perspektywą wspólnego życia, następnie zabijał, rabował, skrupulatnie odnotowując wszystko w swoim kajeciku. Proces wstrząsnął Francją. Sędziowie posłali Landru na spotkanie z gilotyną.

dalej

tydzień z głowy (85)

Byłem u syna w małym miasteczku, gdzie teraz mieszka. To ponure miejsce. Julka oczywiście ta ponurość nie przeszkadza, być może świat widziany z wysokości jego niskiej przecież perspektywy jawi się dużo przyjaźniej. Ponure twarze trudniej dostrzec. Gdy twarz się nachyla ku takiemu chłopcu, przeważnie jest wesoła. Bliżej ziemi są kamienie, muszle, psy, błyszczące szkiełka. Wyrastamy więc z dobra ku paskudztwom, ulgę, jak znam życie, przynosi przygarbienie starością, demencja, odwrót od wzroku. Jest jednak cos boleśnie przykrego w rozwoju małych zapomnianych miast. Te przecież się jednak rozwijają. To miasto, gdzie byłem ma wszelkie możliwości by błyszczeć, region się pnie, ono jednak tkwi w rozkopanych ulicach i zniszczonych elewacjach. A są tam dobre, niemieckie budynki, baszta średniowieczna i najprawdziwszy zamek piastowski, podobny teraz do wielopiętrowego, zrujnowanego kurnika któremu wybito szyby. Człowiek któremu oko wybito, ma je ze szkła. Oślepiony dom – z kartonu. Na czym polegają zmiany? Przyjeżdżałem tam lata temu, widziałem tylko remonty w centrum i niezliczone wręcz szmateksty, gdzie zaopatrywali się mężczyźni wyruszający robić do reichu. Remonty zastałem i teraz, szmateksty wymiotło – Wielka Brytania jest pełna tanich ubrań. Ich miejsce, miejsce ciucholandów zajęły saloniki z automatami. Nie wiem co jest w środku. Kolory na szybach wszystko przesłoniły. Ale chyba zwykła zgraja jednorękich bandytów. Cóż, zawsze to jakaś zmiana, ze szmatekstu w dziurę do przepuszczania drobnych, może i grubych, takie prowincjonalne przeobrażenie, tylko nie wiem czemu, napełnia mnie smutkiem. Jakbym zobaczył w jaki sposób kształtuje się nadzieja, od dobrobytu w Niemczech, do zabicia czasu dla wątpliwej wygranej, cóż, nigdy nie grałem, a pracowałem w Ameryce. Jakiś niepokój mnie ogarniał, gdy wracałem od Julka. Za to załapałem się na jaskółkę następnego przeobrażenia: koło mojego hotelu znajdowała się klitka z automatami, ozdobiona stosownym szyldem. Ostatniego dnia zauważyłem dwóch wesołych gości podmieniających ten szyld na inny, konkretnie, dopalaczy. „Spróbuj tego co legalne” przeczytałem, wspomniałem dawne szaleństwa, nie tylko szaleństwa ale i wiele rzeczy które kiedyś się wydarzyły, następnie kierowany mądrością reklamy odkorkowałem bronka.
Próbowałem napisać o Smoleńsku zaraz po katastrofie i wyszedł smętny bobek, teraz nie potrafię dla odmiany sensownie naknocić coś o powodzi, co mnie nawet cieszy – kto powiedział, że pisarz ma kłapać paszczą kiedy dzieje się coś przejmującego? Morda w kubeł lepiej, odczekać ze trzy lata – i do jakiejś fabuły. Moją pasją są odległości. Te między krajami i miastami, także między ludźmi. Kraj zalało. Siedziałem w hoteliku na Dolnym Śląsku, rzeczka płynęła nie dalej jak sto metrów, a do tego wyraźnie wyżej, gdyby tylko przelała, miałbym mokro pod sam nos. Nic się nie podziało. Sunęło takie brudne, ledwo uniesione. Potem sprawdziłem wszelkie możliwe połączenia, przypomniałem sobie znajomych na trasie, którzy mogliby służyć noclegiem i ruszyłem, z miasteczka, przez Wrocław, ku Warszawie. Świeciło słońce, mijałem zieloną Polskę, niekiedy tylko pomoczoną jak pampers: zalane pola, korony drzew sterczące z wody. Oczekiwałem opóźnień, wielkiego poruszenia i napięcia w stolicy. Telewizor informował mnie o zrozpaczonych Warszawiakach, możliwościach wycieku i aż bałem się, że nie dostane się do siebie, na Saską, zwłaszcza, że przyjechaliśmy we dwoje niemal równocześnie: ja i fala. Zajechałem punktualnie, dworzec śmierdział jak zwykle, wsiadłem sobie w tramwaj i heja. Gdybym nie odwrócił głowy, w ogóle nic bym nie widział, powódź mogłaby nie istnieć. W tramwaju, wstrząśnięci pasażerowie szeptali „ale jaja”. Cały pojazd Bohdanów Smoleniów. Jeszcze potem przeszedłem się mostem, jeszcze włączyłem telewizor, żeby dowiedzieć się co będzie , ale nic poza tym, mógłbym całą tę powódź przespać, wszyscy by mogli poza tymi, których akurat zalewa, szczęściem inni ruszyli. Mieszanina przerażenia i ciekawości. Utrata i ofiarność. Oraz szabrownicy na pontonach. A wszystko nie przystaje mi do siebie, jakbyśmy żyli w preparatach ze światów, ale, wydaje mi się, to wszystko jest bardzo autentyczne. Preparaty pod szkłem, samo szkło, tarcia, oddech, „ale jaja” i łzy między nimi.
Czy żaba może napierdalać? Gdybym zadał to pytanie, powiedzmy, Kaziowi, usłyszałbym zapewne coś takiego „Nie, niemożliwe. Żabę Pan Bóg stworzył dla wielu różnych celów, żadnym z nich nie jest napierdalanie”. Lekceważące mrugnięcie. A gdyby jednak, pytam Kazia, gdybyśmy sobie wyobrazili taką napierdalającą żabę i to na ósme piętro? „Nie”, rzecze Kazio, „żaba napierdalająca na ósme piętro, jest zupełnie niedorzeczna”. No to ja się śmieję, obracam straszny wzrok w stronę Kazia zupełnie nie świadomego swojej klęski i wołam: otóż nie jedna żaba napierdala, lecz tysiąc razy tysiąc!. Albo i 666. Nigdy, proszę Kazia, nie słyszałem czegoś podobnego, koło mojego bloku płynie sobie strumyk, w tym strumyku żyja żaby w wyżej wymienionej ilości i tak napierdalają, że słyszę je na ósmym piętrze, jakby darły mi się prosto w ucho, zwłaszcza wieczorami, można by pomyśleć, że życie całego żabiego rodu zależy od tego ryku. W życiu nie słyszałem czegoś podobnego, mało co a dom się nie zatrzęsie, jak to mówią starzy Japończycy: milion żab to jedna Godzilla. Zacząłem opracowywanie nowego opowiadania pod roboczym tytułem „Noc sobowtórów”.

Warszawiacy. R. X

Żaden Nowy Jork z Warszawy; dziewczyna policjanta nie ma powodów do obaw.
A jednak, środek nocnej ciemności nadawał grozę niewinnym sprzętom; szklane koty przemienił w czarne tygrysy szykujące się do skoku, porcelanowy słoń stał się starym samotnikiem, złośliwą istotą zainteresowaną wyłącznie krzywdzeniem innych.

Masa zdjęć w oprawach. Na stoliku nocnym. Na ścianach. Kamila dobrze wiedziała, co przedstawiają. Teraz, świeżo rozbudzona nie była taka pewna, widziała tylko czarne prostokąty. Kto wie, może psy, koleżanki, bliscy, widoczki ustąpiły miejsca jakimś strasznym obrazom. Kondukt przez las. Zbiorowy grób. Ciało komisarza Wernera tak podziurawione od kul, tak z niezrozumiałych przyczyn napuchłe, że trudne do rozpoznania. Kamila sięgnęła ręką na jego połowę łóżka. Pusto. Ale mokro. Można by z potu prześcieradło wyżąć.
Czasem znikał w środku nocy. Nie wiedziała, dokąd się wybiera. Może miał inną. Albo całą rodzinę, jakiś brzdąc podjuszony przez matkę (niewątpliwie sukę) wystukał sms: „gdzie jesteś tato wróć”. Czy coś w tym stylu. Od strony kuchni przywiało swąd papierosa. Tylko owinąć się w coś, nie tylko śmierdzi, ale i chłodno.
Werner siedział przy parapecie i wydmuchiwał lucky strike’a przez uchylone okno. Ledwo oblekł się w koszulę, bosy, bez niczego na dole. Jego nogi nie pasowały do reszty, takie białe i kanciaste. Siorbał gin. Ledwo ją zobaczył, ale jak zobaczył. Trwali tak chwilę przy sobie. Nawet za oknem nie działo się nic ciekawego.
– Gnębi mnie to – powiedział Werner, zaraz się zreflektował. Winny jest coś tej dziewczynie, a może wcale? – taka tam sprawa – rzucił.
– Tak. Teraz ja tu jestem.
Przez moment wydawało jej się, że widzi wdzięczność w jego oczach. I już poszło.
– Sam nie wiem, co o tym myśleć. Gdybym nie widział, puknąłbym się w głowę, widziałem i dalej chcę się pukać.
– Nie kuś.
Roześmiał się.
– Najpierw jakiś facet wywala z dwieście szyb na samej tylko Międzynarodowej, a skarbie tylko po to, żeby zaraz sobie łeb roztrzaskać. Jeszcze dobrze. Wygląda, jakby uciekł z cyrku, a Himler, ten stary konował o mokrych łapkach…
– Himler?
– Nazywamy go doktorem Mengele.
Teraz oboje się śmiali.

dalej

ars fantastica i ja

zapraszam na spotkanie ze mną w ramach międzynarodowych targów książki, które odbywają się, jak co tydzień, w Warszawie.

oto dane:
ARS FANTASTICA
55. Międzynarodowe Targi Książki
Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, Sala Sienkiewicza
21-23 maja 2010 r.

Organizatorzy: Agencja Wydawnicza Runa, Ars Polona S.A.

spotkanie ze mną w piątek, 21 maja o 17.30. celem zachęty informuję, że potrwa tylko pół godziny.

o “sons of anarchy” w tygodniku powszechnym

Rodzinność, rozumiana jako bezgraniczne poświęcenie dla bliskich. Honor. Zaufanie i lojalność wobec ludzi, którym coś zawdzięczamy. Prawdomówność. Solidarność międzyludzka. Te wartości zdają się być w defensywie, wyparte przez kulturę używania. Niemniej tęsknimy do nich i chciałoby się znaleźć miejsce, gdzie wciąż są respektowane. Nic prostszego! Wystarczy wstąpić do motocyklowego gangu.

Witajcie w Charming, w Kalifornii, mieścinie z amerykańskiego snu. Wzdłuż szerokich ulic pysznią się jasne domy, w nich uśmiechnięci obywatele cieszą się ze swej praworządności. Ale najważniejszym miejscem w Charming jest warsztat samochodowy z siedzibą klubu motocyklowego „Sons of Anarchy”. Motor to rzecz ważna, magiczna z punktu widzenia profana, lecz nie o motory tutaj chodzi. Synowie Anarchii to brutalni gangsterzy, handlarze bronią, toczący krwawe wojny z konkurencyjnymi gangami. Klubem rządzi Clay, stary wyga, ograniczony, lecz niepozbawiony sprytu bandzior, zdolny zapewnić w mieście status quo. Rywalizuje z nim Jax, młody gniewny, który znalazł pamiętnik swego zmarłego ojca i uznał, że należy klub zreformować, zminimalizować przemoc i wejść w legalne interesy, choćby w kręcenie filmów porno.

Fakt, że matka Jaxa jest teraz żoną Claya, ustawia niemal hamletowski czworokąt, z ojcowskim pamiętnikiem w roli ducha. Odbiciem pary Clay–Jax są dwaj gliniarze, jeden stary, skorumpowany i bardzo chory, drugi młody, uczciwy i kipiący zdrowiem. Pouczające. Klub to galeria morderczych osobowości. Psychopata Tig, gruby Bobby, który równie dobrze radzi sobie ze spluwą, jak z przebieraniem się za Elvisa, chłop wyrzucony z IRA, narwany świeżak i wielu innych. Do tego dochodzą gangi indiańskie, murzyńskie, plus intensywna obecność skinheadów, koncentrujących się na wytwarzaniu amfetaminy.

Innymi słowy – życie w Charming przypomina potańcówkę w składzie nitrogliceryny.

dalej na stronach TP

rozmowa dla “literatura jest sexy”

Jakub Winiarski: Wydajesz się być zapracowany. A jeszcze wziąłeś sobie na kark pisanie powieści w odcinkach. Skąd pomysł na „Warszawiaków”? I czemu dajesz to na stronę „Ha!artu”, a nie do zwykłej gazety?

Łukasz Orbitowski: Nie przesadzajmy z tym zapracowaniem, nie piszę po godzinach, to moje główne zajęcie i bardzo się pilnuję, żeby mieć oddech, ale i znaleźć czas na rzeczy różne. „Warszawiacy” chodzą mi po głowie gdzieś tak rok z kawałkiem, tylko nie miałem pojęcia co z tym zrobić, jak ugryźć ten pomysł. Bo na normalną powieść, nie bardzo, nie czułbym takiego pisania. Więc ta idea leżała w towarzystwie innych, które leżą sobie dalej. Zdarzyła się okazja, konkretnie miała twarz Piotrka Mareckiego z Ha!artu i przyniosła też ze sobą portfel, który zaraz zabrałem. Musiałem tylko wymyślić jakiś tytuł i znów chyba wyszło. Wracałem sobie do domu i jak głupi powtarzałem pod nosem „Warszawiacy”, „Warszawiacy”, cały zadowolony. Ha!art dał pewność, że rzecz zostanie doprowadzona do końca. Wiesz, z gazetami bywa różnie. Trzeba sprofilować numer, wejdą jakieś reklamy i książkę zdejmujemy. Takie jest życie, nie ma co się złościć, zresztą, żaden dziennik, tygodnik nie zameldował się u mnie. Ta sytuacja zresztą dość dobrze oddaje mój sposób pracy. Nie szukam, nie kombinuję. Życie przynosi pomysły, jak i zatrudnienie.

J.W.: Przeniósłbyś „Warszawiaków” na papierowe łamy, gdyby pojawiła się taka propozycja?

Ł.O.: To zależy od ostatecznego kształtu książki, czy będę zadowolony, czy ludzie zareagują życzliwie. Ale nie tylko. Jak każdy twórca pozostaję związany umowami wydawniczymi, wydanie „Warszawiaków” łączyłoby się, być może z jakąś próbą dogadania się pomiędzy podmiotami, co nie zawsze wychodzi, zawsze za to generuje koszta, a rzecz wisi w necie.

J.W.: Nie obawiasz się, że forma „powieści w odcinkach” to szacowna ramotka, której wskrzeszanie, w dobie takiego rozbuchania innych mediów skazane może być na porażkę

Ł.O.: Nie boję się. A to dlatego, że perspektywa klęski nie jest władna mnie przestraszyć czy zniechęcić. Nie wiem za bardzo, jak Oramusowi poszło z jego „Kankanem…”, nie znam innych, którzy mierzyli się z tą formą. Może się nie udać, jasne, ale głównie z tego powodu, że nie każdy i nie koniecznie uwielbia czytanie z ekranu. Ale jednak ludzie sięgają po blogi, na których wciąż znajdziemy czasem ociupinkę tekstu, słowo rządzi w twitterach wszelkiej maści. Boję się raczej, że nie znajdziemy sposobu na określenie wartości tego projektu. Ocena książki drukowanej jest jasna, wyrażają ją słupki sprzedaży. „Warszawiacy” są za darmo i dla każdego, więc czego mam się chwycić? Opinii w necie na temat? Liczby wejść? Maili do mnie i klepania po plecach? Nie ma to wielkiego znaczenia, za to powiem co się naprawdę liczy. Darmocha. Ludzie oszczędzają, żeby móc kupić sobie książkę. Także moją książkę. Więc teraz, dzięki Mareckiemu przynajmniej jedna moja książka będzie kompletnie za darmo, pozostaje nadzieja, że mimo tego będzie coś warta.

J.W.: Skąd te wątpliwości? Nie wierzysz w obiektywność netowych komentarzy? Tylko słupki sprzedaży księgarnianej są wyznacznikiem wartości?

Ł.O.: Wierzę w subiektywność netowych komentarzy, ich suma może złożyć się na jakiś tam obraz. Możemy wymienić wiele wyznaczników wartości książki: zdolność do przekształcenia kultury, recepcja krytyczna, wpływ na literaturę, wreszcie te nieszczęsne słupki. Z nimi nie ma źle. Nieskromnie sądzę, że dość mocno oddziałałem na literaturę fantastyczną. Tylko widzisz, słupek to jest konkret, wszelkie wpływy kulturowe, wymiana idei z innymi twórcami, nawet zapładnianie innych twórców można w pełni sobie unaocznić dopiero po śmierci autora, ten rodzaj wiedzy więc będzie poza mną. Życzę sobie, aby i inni zapoznali się z nią możliwie jak najpóźniej.

J.W.: Ponieważ może nie wszyscy wiedzą, chciałbym zapytać cię o pisarskie początki. Jak to z tobą było, jak się zaczęło, pamiętasz jeszcze?

Ł.O.: Ano myślę, że byłem smutnym bucem, mało kto mnie lubił, więc miałem czas na pisanie, jeszcze wymyśliłem sobie, że będę na te knoty podrywał koleżanki. Szło jakoś, ale kumple z technikum radzili sobie o niebo lepiej. Wiesz, miałem lat naście i chciałem być kimś. Naprawdę kimś, bo pisarz to jest, kurwa, ktoś. Tymczasem nic mnie wtedy do pisania nie pretendowało, nie było szczerego powodu, by pisać. Po prostu chciałem się pokazać, wrzasnąć „ja!”, zapominając, że zaimki mają ciąg dalszy, ty, my i tak dalej. Dobrze, że kariera nie poszła łatwo, dobrze, że teraz nie mam dwudziestu lat, bo jeszcze nie daj Boże bym ją zrobił na tym starym szajsie. Obijałem się po jakichś domach kultury, drukowałem w niskonakładowych almanachach napuszone teksty, a przecież chodziło tylko o to, żeby sobie poszczypać i napić się wódeczki. A potem zassało mnie życie, w dobrym i złym sensie, miałem przygody. Rozsądku zostało na ćwiczenie technik literackich w domu. I nagle obudziłem się z tym, że chcę coś powiedzieć, dopuściłem do siebie wątpliwość – że jednak mogę mieć coś do powiedzenia, że mi w jakiś sposób wolno prosić o głos i wysłuchanie. Z tego zrodziły się pierwsze prawdziwe teksty, te z „Wigilijnych psów” i „Horror show”. Potem już poszło.

J.W.: „Szeroki, głęboki, wymalować wszystko”. Jak wspominasz to swoje dziełko? Jest ważne, czy też liczysz dopiero od „Horror show” (albo jeszcze inaczej)?

Ł.O.: Może prędzej od „Wigilijnych psów”, choć powinienem chyba później. Stawiam na pieski, bo była to moja pierwsza książka, która została zauważona i skomentowana, mimo licznych błędów popełnionych przez wydawcę. Teraz ten sam partacz przyleciał do mnie, żeby audiobooka z tego robić, nawet nie wiesz ile radości sprawiło pokazania mu fucka. A z „Szerokim…” była śmieszna historia. Miałem wówczas z Urbaniukiem grupę poetycką Czarna Rozpacz, był z nami jeszcze M., dziś as black metalu, oraz niejaki Pazur, który co prawda nie pisał, ale „robił klimat jak chuj”. Gdybyśmy cokolwiek ogłosili, może by się który dochrapał do czegoś na tych wierszach, ze względu na ich neoklasycystyczną formę. Było to przed Dehnelem. Choć Wencel, fakt. W każdym razie zaprosili nas na offowy festiwal, byśmy czytali. Po drodze zwinęliśmy dwóch zacnych meneli spod budynku Lotu w Krakowie, dostali po piętnaście złotych plus browara, by przeczytali wiersze przed licznie zgromadzoną publicznością. Udało się! A ja jeszcze zdołałem wywołać bójkę. W tych okolicznościach poznałem Piotrka Mareckiego i, jak sądzę, zachęciłem do wydania swojej prozy – Czarna Rozpacz rozpadła się wkrótce potem. Wydaje mi się, że teksty w „Szerokim…” były czymś ciekawym, nikt nie próbował wtedy w Polsce pisać w stylu „Opowieści z krypty”, z drugiej strony, wartość literacka, objętość, wydanie wskazują na tomik półamatorski. Raz na czas zjawia się ktoś, kto chce go wznawiać. Zawsze odmawiam. Bo tak, mógłbym albo wypuścić go bez jednej zmiany w tych opowiadaniach, powtarzając wszelkie możliwe błędy… albo napisać te teksty od nowa. Byłby to taki literacki remake, chyba jednak nie całkiem sensowny.

J.W.: W tej opowieści jest duch błazenady. Nie traktowałeś z początku kultury, a zwłaszcza tej wysokiej zbyt poważnie. Dlaczego?

Ł.O.: Ależ ja traktuję kulturę, wysoką i niską poważnie. Tylko tobie się pomerdała powaga z nabożnością. Jestem zresztą osamotniony, bo mało kto podchodzi poważnie do takiej Dody, ja akurat tak robię. Wracając do pytania, żartujemy sobie z miłości i śmierci. Śmiejemy się z kochanego dziadunia, tego samego, co by dla nas sobie żyły wypruł tylko dlatego, że mu sos z wąsa melancholijnie zwisa. No i co? przestajemy go kochać, przestaje być naszym kochanym dziaduniem? No nie, więc o co chodzi?

J.W.: Nobilitujesz swoim pisaniem gatunku powszechnie wciąż uważane za brukowe: horror, thriller. Zajmujesz się legendami miejskimi. Do tego próbujesz przekonać ludzi, że gry komputerowe staną się niebawem standardowym wyposażeniem intelektualisty. Skąd w tobie taki pociąg do tego, co w kulturze zepchnięte na margines, traktowane z przymrużeniem oka. I czemu chcesz, żeby to zostało podniesione do rangi czegoś ważnego?

Ł.O.: Niczego nie nobilituję, bo horror, thriller, gry video (jakie tam komputerowe!), żadnej nobilitacji nie potrzebują. Wolę myśleć, że jestem obrońcą ich dobrego imienia. Tak samo nie muszę podnosić niczego, co zostało już wyniesione. Jestem ostatnim, który psioczyłby na kino „wysokie”, literaturę „głównonurtową”, gdyż zwyczajnie lubię poobcować sobie z jednym czy drugim, ale nie wartościuję. To znaczy, literatura groszowa, kino klasy C nie jest gorsze w sensie wartościującym i z automatu od innego kina, innego pisania. Nawet łączy się w prawdzie, że 90% wszystkiego to gówno. Tak zwane arcydzieła też się na to załapują. A tym marginalizowanym (choć masowo obecnym) rodzajom sztuki wiele zawdzięczam i zwracam się ku nim celem zaspokojenia ważkich dla mnie potrzeb. Ja lubię wielkie słowa i pytania jeszcze większe, o sens życia i miłości, zasady świata, Boga, funkcjonowanie przyjaźni i czemu jest ważna, weźmy dalej figurę ojca, rodziny i tak dalej, wiesz, te zużyte, wyśmiane przez kulturę tzw. wysoką tematy. Pop jest im bliski. Mamy komedie romantyczne, a wampir boi się krzyża. Tylko nie zrozum źle, nie jestem naiwniakiem ani konserwatystą, po prostu dręczą mnie wątpliwości określonego rodzaju, inne rodzaje sztuki zajmują się czymś innym. Tam znajdę inną część siebie. Dalej, są struktury narracyjne, rodzaje narracji, czy raczej snucia opowieści które zwyczajnie z parnasu wyrzucono, zapominając, jak bardzo ludzie ich potrzebują. Mógłbym tak dalej, zejść do świata emocji, porozmawiać o wahaniach. Podkultura jest religią odwagi. Dwie istotne sprawy. Nie jestem rycerzem popu, wsadzam łeb w różne dziury, walczę o te zjawiska w kulturze, które walki wymagają, oczywiście tylko na arenie intelektualnego sporu, bo rząd dusz i kasę mają od dawna. A, i to wszystko nie dotyczy jeszcze gier. Gry są świetne. Branża zrobiła gigantyczny postęp i znajduje się w fazie przełomu. Niedługo pojawi się „Obywatel Kane” segmentu. Tu włącza się moja próżność, egoizm, poszukiwanie chwały. Bo widzisz, jak ta przemiana gier się dokona, wyskoczę w górę i ryknę: „Pierwszy! A nie mówiłem!”.

reszta

warszawiacy r. IX

Doktor Zembrzycki mieszkał na Cegłowskiej, w piętrowym domu owiniętym bluszczem po sam komin. Za siatką rosły dzikie mlecze, psiak ujadał jakby nie mógł. Komisarz Werner przyglądnął się tej dziwnej istocie: większość kundli doczepionych do starców ma pękate brzuszki wsparte na patyczkowatych nogach, tu zachodziło zjawisko odwrotne.

Potężny łeb stał twardo na rozłożystej szyi, ta karlała gwałtownie, przechodząc w niemal bezwłosy pałąk niby u glisty, zwieńczony smętnie zwisającym ogonem. Całe to cudo stało na łapskach wyrwanych chyba innemu zwierzęciu, te uda dałoby się uwędzić i ze smakiem zeżreć. Niżej wiły się mocne mięśnie.
W drzwiach: ciemno i twarz gospodarza, dostojnego starca pod krawatem. Zembrzycki był łysy, jego nosem można by pole zaorać, błysnął garniturem bieluchnie sztucznych zębów. Zaraz wciągnął Wernera do środka. Warknął na psiaka:
– Gunter, pysk, bo pójdziesz do piachu!
Kiwał na Wernera poplamioną dłonią.
– Z psami, panie kochany, trzeba ostro. Zawszę daję imię po Niemcu – cmoknął – psy to nie żyją długo, a Niemca nie szkoda.
Na oko miał pod dziewięćdziesiątkę, szerokie plecy zdradzały cień dawnej siły, poruszał się sprężyście, brał zakręty w labiryncie korytarzy, pokoi, schodów. Werner ledwo nadążał. Gdyby się uparł, przeskoczył by starca, ale zatrzymywało go samo mieszkanie. Coś w nim nie pasowało, co – nie umiał stwierdzić. Zawieszał wzrok na starych meblach, zdjęciach żołnierzy, kawałkach gazet oprawionych w twarde ramy, na szablach, karabinach skrzyżowanych wszędzie w najwyższych konfiguracjach, rzędach pistoletów lśniących niczym Gunterowe jajcenta, portretach: Bierut, Schab, Berman.
– Komuniści ocalili ten kraj – rzekł Zembrzycki.
– Ano – oparł komisarz Werner.
Zembrzycki odwrócił się gwałtownie, patrzył spode łba.
– Mieliśmy gówno, a nie prąd elektryczny, potem ludzie poszli z dymem, dalej znów gówno tylko na drogach, pieprzone pociągi, zasrane drogie budownictwo. A potem blogi, autostrady. Słyszałeś pan, żeby teraz choć jeden nowy pociąg puścili?
– W życiu.
Ostry paznokieć uderzył w pierś Wernera.
– Ja stary wariat! – roześmiał się Zembrzycki – mi to tam wolno. A pan kto? Jaki ma pan stopień?

dalej

tydzień z głowy (84)

Czytam dobra książkę, poświęconą między innymi pustce wewnętrznej, która trapi narratora (co to za książka konkretnie, z przyczyn lojalnościowych muszę zmilczeć). Jest to zjawisko mi obce, więc czytam ze szczególną uwagą. Nigdy nie miałem wrażenia bycia pustym, co najwyżej wyczyszczonym chwilowo z wszelkich treści, nawet namiastkowych. Przypominałem norkę w ziemi, która prędzej czy później napełni się wodą. Z tego powodu problem pustki jakoś nie wzbudza we mnie przerażenia, po prostu nie umiem obawiać się niczego kompletnie nieznanego, tak samo, jak nie boje się wilkołaka i wampira. Stwory te, jak również pustkę traktuję jako maskę nałożoną na inne lęki. Tak też tę książkę czytam. Ale uświadomiłem sobie inny rodzaj lęku, od którego nie jestem wolny, chyba nigdy nie byłem, ale dopiero teraz to wiem: jest to lęk przed wypełnieniem. O co dokładnie chodzi>? Wyobraźmy sobie, że każdy człowiek jest pokojem, konkretnie – przestrzenią pokojową, na człowieczeństwo nie składa się ani podłogą, ani ściany czy okno, ale wszystko to co do pokoju przytargamy. Charakter zyskujemy także ustawiając sprzęty. Ja przypominam pokój na statku, gdzie z obawy przed sztormem nieliczne meble przyśrubowano do podłogi, cała reszta fruwa sobie bezładnie z prawa na lewo i odwrotnie, w zależności od tego jak rozbrykają się fale. Mam więc stałe elementy (te ocaleją, nawet jak lajba pójdzie na dno) i masę przydających charakteru szpargałów. Coś można wynieść, coś znów jeszcze wrzucić, czasem doświadczam ogołocenia, to znów przepełnienia. A lęk budzi sytuacja, kiedy bym się całkowicie napełnił, tak, że szpilki nie wciśniesz: wyobraźmy sobie teraz pudła od podłogi do sufit, szczelnie powpychane, dociśnięte jakimś dziadostwem na wymiar. Nic nie władujesz, wyjąc trudno, wszelki ruch, jak u starożytnego Zenona – nie jest możliwy. Żadnych zmian, niezgoda na przypadek, do tego potworny brak niespodzianek, generowany przez skategoryzowanie wszystkich ludzi w grupy (niekoniecznie pod kątem użyteczności, choć tak najczęściej się dzieje), wyrobiona opinia na dowolny temat i tak dalej. Staję się znany samemu sobie, świat przestaje być zdobny w tajemnice, co znów zakłada brak możliwości zmiany: nawet w toku starzenia będę rozpoznawał siebie zupełnie przeźroczyście, po prostu stanę się mniejszy. To samo dotyczy świata. Na domiar złego, znalezienie się w takim stanie jest chyba ostateczne, czyli przypomina piekło. Jeśli mam w sobie jakaś tajemnicę, to mogę ją odkryć, jeśli wypatruje poruszenia, ono zapewne się wydarzy. Za to w sytuacji, kiedy nie mam żadnych tajemnic to nie jestem też w stanie sprawić aby tajemnica się pojawiła. To nie duch, wywołać nie sposób. A widziałem wielu ludzi wypełnionych po brzegi, pustego nie spotkałem nigdy.
Skończyłem pierwszą wersję amerykańskiej nowelki i zaraz zamierzam posłać ją do ludzi. bardzo się boje to kawał wydarzeń, emocji technicznie – sporo, sporo tekstu. Lęk jest tym większy, że rzecz raz napisana zjada emocje, doświadczenia na zawsze i jeśli tekst się spieprzy, emocje i doświadczenia przepadną. Bezcenna wiedza zbudowana na spartoleniu „Ludzie jak motyle”. Cos jest zabijane, lub utrwalone, zależnie tylko od moich zdolności. Zarazem mam rzadkie wrażenie, że w wypadku „Amerykańskiego horroru” osiągnąłem mniej więcej to co chciałem. Ostatni raz miałem tak z „Popielem Armeńczykiem”, stąd mogę stwierdzić, że zadowolenie się utrzyma. A może się mylę, może spieprzyłem sprawę, opowiadanie jest za bardzo kingowskie, właśnie znów: za mało, bo bardzo się do Kinga, z racji tematu odnoszę, że narracja przeszarżowania, bohater zbyt antypatyczny, do tego źle zbalansowałem grozę i groteskę. Mogę tak dłubać sobie w głowie do końca świata, a tu trzeba maile rozesłać, gryźć pazurki i czekać.
Na moment wyłączyłem sobie polityczność, włączyłem za to telewizor z pięknie wzrastającym sztabem wyborczym Komorowskiego. Nie zostałem porażony tak, jak parę dni temu, kiedy podczas dyskusji z Lepperem i Janowskim Korwin-Mikke zdołał sobie przysnąć, ale i tak nie było źle. Szalik dostał! To, jak sądzę bardzo amerykańskie posunięcie. Strzał w stopę, jaki potem nastąpił wprawił mnie w osłupienie, mianowicie nasz kandydat wyraził radość z faktu, że Tusk nie pochodzi z Poznania i Krakowa. Być może w Poznaniu i Krakowie raduje się z tego powodu? Zastanawiam się jak można coś takiego palnąć, a wymienienie dwóch miast najbardziej „patriotycznie lokalnych” czyli zaludnionych lokalnymi patriotami zasługuje na specjalnego laura, sam mogę wymienić od reki ze dwudziestu których szlag by trafił na taką mowę, nawet jeśli wygłasza ją kandydat na Prezydenta Polski z ramienia partii rządzącej i syn Obornik Śląskich. Zapewne z tego właśnie powodu Jarkacz nie pokazuje się publicznie, od debaty stroni i słusznie, skoro przeciwnicy sami łamią sobie karki. Doskonale zdaję sobie sprawę jak żelazny jest elektorat Platformy, wiem też że kampania dopiero się zaczyna, a byłych miast wojewódzkich mamy w Polsce dobrze ponad czterdzieści.

Next Page »