Jakub Winiarski: Wydajesz się być zapracowany. A jeszcze wziąłeś sobie na kark pisanie powieści w odcinkach. Skąd pomysł na „Warszawiaków”? I czemu dajesz to na stronę „Ha!artu”, a nie do zwykłej gazety?
Łukasz Orbitowski: Nie przesadzajmy z tym zapracowaniem, nie piszę po godzinach, to moje główne zajęcie i bardzo się pilnuję, żeby mieć oddech, ale i znaleźć czas na rzeczy różne. „Warszawiacy” chodzą mi po głowie gdzieś tak rok z kawałkiem, tylko nie miałem pojęcia co z tym zrobić, jak ugryźć ten pomysł. Bo na normalną powieść, nie bardzo, nie czułbym takiego pisania. Więc ta idea leżała w towarzystwie innych, które leżą sobie dalej. Zdarzyła się okazja, konkretnie miała twarz Piotrka Mareckiego z Ha!artu i przyniosła też ze sobą portfel, który zaraz zabrałem. Musiałem tylko wymyślić jakiś tytuł i znów chyba wyszło. Wracałem sobie do domu i jak głupi powtarzałem pod nosem „Warszawiacy”, „Warszawiacy”, cały zadowolony. Ha!art dał pewność, że rzecz zostanie doprowadzona do końca. Wiesz, z gazetami bywa różnie. Trzeba sprofilować numer, wejdą jakieś reklamy i książkę zdejmujemy. Takie jest życie, nie ma co się złościć, zresztą, żaden dziennik, tygodnik nie zameldował się u mnie. Ta sytuacja zresztą dość dobrze oddaje mój sposób pracy. Nie szukam, nie kombinuję. Życie przynosi pomysły, jak i zatrudnienie.
J.W.: Przeniósłbyś „Warszawiaków” na papierowe łamy, gdyby pojawiła się taka propozycja?
Ł.O.: To zależy od ostatecznego kształtu książki, czy będę zadowolony, czy ludzie zareagują życzliwie. Ale nie tylko. Jak każdy twórca pozostaję związany umowami wydawniczymi, wydanie „Warszawiaków” łączyłoby się, być może z jakąś próbą dogadania się pomiędzy podmiotami, co nie zawsze wychodzi, zawsze za to generuje koszta, a rzecz wisi w necie.
J.W.: Nie obawiasz się, że forma „powieści w odcinkach” to szacowna ramotka, której wskrzeszanie, w dobie takiego rozbuchania innych mediów skazane może być na porażkę
Ł.O.: Nie boję się. A to dlatego, że perspektywa klęski nie jest władna mnie przestraszyć czy zniechęcić. Nie wiem za bardzo, jak Oramusowi poszło z jego „Kankanem…”, nie znam innych, którzy mierzyli się z tą formą. Może się nie udać, jasne, ale głównie z tego powodu, że nie każdy i nie koniecznie uwielbia czytanie z ekranu. Ale jednak ludzie sięgają po blogi, na których wciąż znajdziemy czasem ociupinkę tekstu, słowo rządzi w twitterach wszelkiej maści. Boję się raczej, że nie znajdziemy sposobu na określenie wartości tego projektu. Ocena książki drukowanej jest jasna, wyrażają ją słupki sprzedaży. „Warszawiacy” są za darmo i dla każdego, więc czego mam się chwycić? Opinii w necie na temat? Liczby wejść? Maili do mnie i klepania po plecach? Nie ma to wielkiego znaczenia, za to powiem co się naprawdę liczy. Darmocha. Ludzie oszczędzają, żeby móc kupić sobie książkę. Także moją książkę. Więc teraz, dzięki Mareckiemu przynajmniej jedna moja książka będzie kompletnie za darmo, pozostaje nadzieja, że mimo tego będzie coś warta.
J.W.: Skąd te wątpliwości? Nie wierzysz w obiektywność netowych komentarzy? Tylko słupki sprzedaży księgarnianej są wyznacznikiem wartości?
Ł.O.: Wierzę w subiektywność netowych komentarzy, ich suma może złożyć się na jakiś tam obraz. Możemy wymienić wiele wyznaczników wartości książki: zdolność do przekształcenia kultury, recepcja krytyczna, wpływ na literaturę, wreszcie te nieszczęsne słupki. Z nimi nie ma źle. Nieskromnie sądzę, że dość mocno oddziałałem na literaturę fantastyczną. Tylko widzisz, słupek to jest konkret, wszelkie wpływy kulturowe, wymiana idei z innymi twórcami, nawet zapładnianie innych twórców można w pełni sobie unaocznić dopiero po śmierci autora, ten rodzaj wiedzy więc będzie poza mną. Życzę sobie, aby i inni zapoznali się z nią możliwie jak najpóźniej.
J.W.: Ponieważ może nie wszyscy wiedzą, chciałbym zapytać cię o pisarskie początki. Jak to z tobą było, jak się zaczęło, pamiętasz jeszcze?
Ł.O.: Ano myślę, że byłem smutnym bucem, mało kto mnie lubił, więc miałem czas na pisanie, jeszcze wymyśliłem sobie, że będę na te knoty podrywał koleżanki. Szło jakoś, ale kumple z technikum radzili sobie o niebo lepiej. Wiesz, miałem lat naście i chciałem być kimś. Naprawdę kimś, bo pisarz to jest, kurwa, ktoś. Tymczasem nic mnie wtedy do pisania nie pretendowało, nie było szczerego powodu, by pisać. Po prostu chciałem się pokazać, wrzasnąć „ja!”, zapominając, że zaimki mają ciąg dalszy, ty, my i tak dalej. Dobrze, że kariera nie poszła łatwo, dobrze, że teraz nie mam dwudziestu lat, bo jeszcze nie daj Boże bym ją zrobił na tym starym szajsie. Obijałem się po jakichś domach kultury, drukowałem w niskonakładowych almanachach napuszone teksty, a przecież chodziło tylko o to, żeby sobie poszczypać i napić się wódeczki. A potem zassało mnie życie, w dobrym i złym sensie, miałem przygody. Rozsądku zostało na ćwiczenie technik literackich w domu. I nagle obudziłem się z tym, że chcę coś powiedzieć, dopuściłem do siebie wątpliwość – że jednak mogę mieć coś do powiedzenia, że mi w jakiś sposób wolno prosić o głos i wysłuchanie. Z tego zrodziły się pierwsze prawdziwe teksty, te z „Wigilijnych psów” i „Horror show”. Potem już poszło.
J.W.: „Szeroki, głęboki, wymalować wszystko”. Jak wspominasz to swoje dziełko? Jest ważne, czy też liczysz dopiero od „Horror show” (albo jeszcze inaczej)?
Ł.O.: Może prędzej od „Wigilijnych psów”, choć powinienem chyba później. Stawiam na pieski, bo była to moja pierwsza książka, która została zauważona i skomentowana, mimo licznych błędów popełnionych przez wydawcę. Teraz ten sam partacz przyleciał do mnie, żeby audiobooka z tego robić, nawet nie wiesz ile radości sprawiło pokazania mu fucka. A z „Szerokim…” była śmieszna historia. Miałem wówczas z Urbaniukiem grupę poetycką Czarna Rozpacz, był z nami jeszcze M., dziś as black metalu, oraz niejaki Pazur, który co prawda nie pisał, ale „robił klimat jak chuj”. Gdybyśmy cokolwiek ogłosili, może by się który dochrapał do czegoś na tych wierszach, ze względu na ich neoklasycystyczną formę. Było to przed Dehnelem. Choć Wencel, fakt. W każdym razie zaprosili nas na offowy festiwal, byśmy czytali. Po drodze zwinęliśmy dwóch zacnych meneli spod budynku Lotu w Krakowie, dostali po piętnaście złotych plus browara, by przeczytali wiersze przed licznie zgromadzoną publicznością. Udało się! A ja jeszcze zdołałem wywołać bójkę. W tych okolicznościach poznałem Piotrka Mareckiego i, jak sądzę, zachęciłem do wydania swojej prozy – Czarna Rozpacz rozpadła się wkrótce potem. Wydaje mi się, że teksty w „Szerokim…” były czymś ciekawym, nikt nie próbował wtedy w Polsce pisać w stylu „Opowieści z krypty”, z drugiej strony, wartość literacka, objętość, wydanie wskazują na tomik półamatorski. Raz na czas zjawia się ktoś, kto chce go wznawiać. Zawsze odmawiam. Bo tak, mógłbym albo wypuścić go bez jednej zmiany w tych opowiadaniach, powtarzając wszelkie możliwe błędy… albo napisać te teksty od nowa. Byłby to taki literacki remake, chyba jednak nie całkiem sensowny.
J.W.: W tej opowieści jest duch błazenady. Nie traktowałeś z początku kultury, a zwłaszcza tej wysokiej zbyt poważnie. Dlaczego?
Ł.O.: Ależ ja traktuję kulturę, wysoką i niską poważnie. Tylko tobie się pomerdała powaga z nabożnością. Jestem zresztą osamotniony, bo mało kto podchodzi poważnie do takiej Dody, ja akurat tak robię. Wracając do pytania, żartujemy sobie z miłości i śmierci. Śmiejemy się z kochanego dziadunia, tego samego, co by dla nas sobie żyły wypruł tylko dlatego, że mu sos z wąsa melancholijnie zwisa. No i co? przestajemy go kochać, przestaje być naszym kochanym dziaduniem? No nie, więc o co chodzi?
J.W.: Nobilitujesz swoim pisaniem gatunku powszechnie wciąż uważane za brukowe: horror, thriller. Zajmujesz się legendami miejskimi. Do tego próbujesz przekonać ludzi, że gry komputerowe staną się niebawem standardowym wyposażeniem intelektualisty. Skąd w tobie taki pociąg do tego, co w kulturze zepchnięte na margines, traktowane z przymrużeniem oka. I czemu chcesz, żeby to zostało podniesione do rangi czegoś ważnego?
Ł.O.: Niczego nie nobilituję, bo horror, thriller, gry video (jakie tam komputerowe!), żadnej nobilitacji nie potrzebują. Wolę myśleć, że jestem obrońcą ich dobrego imienia. Tak samo nie muszę podnosić niczego, co zostało już wyniesione. Jestem ostatnim, który psioczyłby na kino „wysokie”, literaturę „głównonurtową”, gdyż zwyczajnie lubię poobcować sobie z jednym czy drugim, ale nie wartościuję. To znaczy, literatura groszowa, kino klasy C nie jest gorsze w sensie wartościującym i z automatu od innego kina, innego pisania. Nawet łączy się w prawdzie, że 90% wszystkiego to gówno. Tak zwane arcydzieła też się na to załapują. A tym marginalizowanym (choć masowo obecnym) rodzajom sztuki wiele zawdzięczam i zwracam się ku nim celem zaspokojenia ważkich dla mnie potrzeb. Ja lubię wielkie słowa i pytania jeszcze większe, o sens życia i miłości, zasady świata, Boga, funkcjonowanie przyjaźni i czemu jest ważna, weźmy dalej figurę ojca, rodziny i tak dalej, wiesz, te zużyte, wyśmiane przez kulturę tzw. wysoką tematy. Pop jest im bliski. Mamy komedie romantyczne, a wampir boi się krzyża. Tylko nie zrozum źle, nie jestem naiwniakiem ani konserwatystą, po prostu dręczą mnie wątpliwości określonego rodzaju, inne rodzaje sztuki zajmują się czymś innym. Tam znajdę inną część siebie. Dalej, są struktury narracyjne, rodzaje narracji, czy raczej snucia opowieści które zwyczajnie z parnasu wyrzucono, zapominając, jak bardzo ludzie ich potrzebują. Mógłbym tak dalej, zejść do świata emocji, porozmawiać o wahaniach. Podkultura jest religią odwagi. Dwie istotne sprawy. Nie jestem rycerzem popu, wsadzam łeb w różne dziury, walczę o te zjawiska w kulturze, które walki wymagają, oczywiście tylko na arenie intelektualnego sporu, bo rząd dusz i kasę mają od dawna. A, i to wszystko nie dotyczy jeszcze gier. Gry są świetne. Branża zrobiła gigantyczny postęp i znajduje się w fazie przełomu. Niedługo pojawi się „Obywatel Kane” segmentu. Tu włącza się moja próżność, egoizm, poszukiwanie chwały. Bo widzisz, jak ta przemiana gier się dokona, wyskoczę w górę i ryknę: „Pierwszy! A nie mówiłem!”.
reszta