Archiwa dla June, 2010

warszawiacy. rozdział XV

Kiedy chowają młodego gliniarza, Wisła milczy, jak rzece przystało. Szum ulega wyciszeniu, mewy przestają skrzeczeć, psy milkną na bulwarach, ciężkie krople bezgłośnie wpadają w wodę. Wiedzą to starzy mieszkańcy Warszawy i spacerują w ciszy.

Ale kiedy chowają starego glinę, Wisła milczy, jakby zaraz miała ryknąć, coś w niej zbiera się i nie potrafi wytrzymać, za dzień, może dwa woda rozwścieczy się i ruszy, zacznie tłuc o brzegi, wyć i się miotać. W te dni lepiej nie wychodzić na bulwar. Na północ płyną połamane drzewa.
Do ziemi szedł Werner, komisarz, któremu pękła głowa. Użyto kuli ze spiłowanym czubkiem. Gazety tak pisały.
Przed kościołem Wincentego a Paulo kłębił się tłum, który nie zmieścił się w środku. Ludzie gięli się pod ciężarem wieńców, paru mundurowych trzymało instrumenty. Bębenek i trąbka. Starsze panie chlipały w ramiona staruszków, ponury dryblas pociągał nosem. Ławkę przed kościołem zajmowała pomarszczona kobiecina. Uśmiechała się od ucha do ucha, zadowolona, że jeszcze nie ją chowają.
Kamila czuła się naga mimo czarnej sukienki, miała wrażenie, że twarz jej stoi w ogniu, schowała ją czym prędzej za naręczem kwiatów. Spóźniona. Inaczej nie umiała. Chryzantemy w górę, jęła przepychać się między żałobnikami, byle do środka. Pod kościelnym murem gliniarz okładał chłopaka z JP na czarnej koszulce.
Wewnątrz, białe ściany i jasne drewno. Święci ukryci wśród zdobień i do ścian przylepieni, wysokie obrazy, złoto, na ławach tłok, że nie widać trumny. Krzyż wystawiony na przedzie, obok trumna i poważny ksiądz. Ołtarz jakby się cofnął przed tą grozą, w końcu policjant umarł, w głębi smutno spoglądała kopia Maryi z Częstochowy. Niżej cykało sześć lamp jak świeczki. Kamila bała się, żeby ktoś niej nie poznał, nie wskazał – co ty tutaj robisz? Policjanci zabarwili kościół na niebiesko. W pierwszym szeregu (jak dostrzegła z ukosa) stali ważni wiceurzednicy: wiceprezydent miasta, wiceminister, wice ktoś. Zrobiło się jej słabo.
– Niech ta śmierć wyprowadzi nas z cywilizacji śmierci ku cywilizacji życia – grzmiał ksiądz. – Nie możemy poddać się rozpaczy i zwątpić w miłosierdzie Boże.
I tak dalej. Głos mu drżał. Nagle sapnął i oświadczył, że nadkomisarz Werner był jego przyjacielem i on nie może, bardzo przeprasza, bo jeszcze nie wierzy i się nie spodziewał. Nikt nie wiedział. Policjanci go podtrzymali, szmer poszedł przez kościół. Kamila nigdy nie słyszała, by Werner mówił coś o księżach. Wycofała się. Za duszno. Ksiądz chwiał się na cudzych rękach, już w jego stronę biegli zaaferowani ministranci. Kamila wycofała się, rozepchała żałobników. Błysnęło słońce. Obity chłopak zbierał się z ziemi.

dalej

o “never sleep again” w Nowej Fantastyce

Nowe wersje starych filmów mają pewne uzasadnienie, wynikające z tego, że film stary jest właśnie stary – i cześć. Powiedzmy sobie szczerze: ogrom rzeczy niegdyś kultowych dziś sprawia wrażenie kompletnej ramoty i zwyczajnie prosi się o odświeżenie. Freddy to jednak kult w ciapki – rozumiany jako seria przemienia się w czarodziejskie zwierciadełko, w którym nieoczekiwanie pięknieje przaśność lat osiemdziesiątych.

Sama idea powtórzenia zakłada przywołanie nie tyle filmu, co zmarłego dawno świata: jego upiory dzwonią łańcuchami w zamku pełnym wspomnień. Mając lat dwanaście (taki mały, a już Orbitowski), ganiałem do wypożyczalni, gdzie pijany sprzedawca wręczał mi kasetę wideo z dwoma, uwaga, odcinkami „Nocnych marów”. Targałem ten skarb pod koszulką, by mama nie dostrzegła, następnie nastawiałem budzik, ale i tak przejęty oczekującą mnie grozą nie mogłem zasnąć. Maszerowałem przez nocny dom mojego wujka, cienie miały ostrza, aż kucałem z pysiem przyciśniętym do kineskopu. Uszy zwijały się w trąbkę, dźwięk bowiem skręciłem, ile się dało. Bałem się strasznie: i Fredka ze szponami, i że ulubiona aktorka nie pokaże biustu, wreszcie, że ktoś przyjdzie i znajdzie mnie bezbronnego w obliczu rzeczonej golizny i innych potworności.

Reszta w numerze lipcowym

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

tydzień z głowy (90)

O niepotrzebności dobrych uczynków. Poszedłem do sklepu nocnego kupić po piwku dla bliskich – nie wypada przecież iść w gości z pustymi rękami. Tam natrafiłem na awanturę. Pijany mężczyzna domagał się alkoholu, próbował przejść za ladę i pyskował do cokolwiek zdezorientowanej sprzedawczyni. Kiedy podjął próbę przejścia przez ladę postanowiłem, o głupi, zareagować. Czyli zwróciłem mu uwagę w słowach dosłownych. Facet nazwał mnie Kubusiem i oddalił się w celu wezwania kolegów. Pani podziękowała mi ślicznie i oświadczyła, że piwa jednak mi nie sprzeda. Spróbowałem jej wyjaśnić, że ocaliłem sklep od demolki, w konsekwencji czego pani podziękowała mi raz jeszcze i trwała w swym straszliwym postanowieniu. Byłem tak zdziwiony, że nie potrafiłem pyskować. I co? jak tu być dobrym człowiekiem, co Jerofiejew zrobiłby na moim miejscu? W jaki sposób odnaleźć się w tak straszliwej sytuacji? Nie wiem i drżę, gdyż istnieje możliwość, że przeprowadzając staruszkę przez jezdnię wpadnę pod ciężarówkę, a gdy dam drobne pijakowi spadnie na mnie cegła. Odradzam więc bohaterstwo w wymiarze codziennym, przyziemnym, lepiej już walczyć o Anglię i zdobywać Monte Cassino, choć jak na to spojrzeć, nagroda w wypadku tych wydarzeń historycznych jest dokładnie taka jak moja.
Strasznie dobre dni. Dostałem dwie nominacje do Zajdla z czego się cieszę, gdyż jestem istotny. Następnie pojechałem do Wrocławia, który jedną z tych nominacji mi przyniósł. Odbywały się tam Dni Fantastyki, na leśnickim zamku. I cóż mam napisać? Było niezwykle przyjemnie i bardziej konwentowo niż zwykle. Cieszę się, że zobaczyłem tylu dobrych znajomych, cieszę się, że stałem na parkingu i gadałem do piątej rano, co było zaskakująco młodzieżowe, zacne, ciepłe. Do tej pory myślę, jak było fajnie, myślę też o synku, który skończył w sobotę trzy latka. Zobaczyliśmy się. Przywitał mnie słowami „a co mi przyniosłeś” czyli kojarzę mu się raczej z czymś dobrym niż złym. Poza tym doświadczyłem szczęścia. Żeby dostać się do syna musiałem polecieć na autobus przed ósmą rano, to dla mne pora jakoś tak wczesna. Ale zdążyłem. Na huśtawkach połapałem się, że nie mam portfela. Mądrość wynikła z wiedzy, że jestem idiotą każe mi parcelować dobra. Kasa osobno. Karta osobno i portfel też. Tylko dowodu szkoda. Posprawdzałem gdzie mogłem, upewniłem się, że nie ma go w hotelu i zacząłem się smucić. Wracam na busa, ten sam którym przyjechałem. Tylko cztery godziny później. Pytam kierowcy, nie znalazł. Patrzę na swoje miejsce – leży! Pod nogami i nienaruszony. Zdębiałem, ucieszyłem się jak diabli, nie tylko dlatego, że nie muszę ganiać za nowymi dokumentami, ale ze względu na fakt, że jestem jedynym człowiekiem na świecie, który może portfel niefrasobliwie porzucić i znaleźć go w tym samym miejscu.
Od jutra zaczynam współpracę z Przekrojem jako felietonista. Zapraszam więc do czytania i milknę.

zapraszam do wrocławia na dni fantastyki.

punkty programu w których biorę udział:
piątek, g. 17.00. Panel dyskusyjny – Stephen King a polski horror – Dawid Kain, Stefan Darda, Łukasz Orbitowski, Łukasz Śmigiel
sobota. g. 21.00. spotkanie autorskie. Prowadzi Adam Wieczorek.
sobota. g. 22.00. prowadzę spotkanie ze Szczepanem Twardochem
niedziela. g. 14.00 panel dyskusyjny: dokąd zmierza polska groza? – Dawid Kain, Robert Cichowlas, Łukasz Orbitowski

szczegóły imprezy na oficjalnej stronie

“dziewczyna która została popkulturą”. O Lady Gaga w Dużym Formacie

Swój pseudonim wzięła z przeboju Queen. Inwencja w wymyślaniu cudacznych strojów pozwalałaby sądzić, że Lady Gaga nie ma już czasu na wymyślanie sensownych kawałków, ale nie – każdy jej kolejny numer podbija listy przebojów.

Ma tylko jedną płytę, za to wydaną dwukrotnie, opowiada o przygodach seksualnych z wibratorem. Tańczyła na rurze, podpalała stringi i planuje wytatuować sobie Matkę Boską na plecach. Żadna gwiazda nie miała tak mocnego wejś-cia, nikt w tak krótkim czasie tak mocno nie wrył się w świadomość ludzi – przynajmniej od czasu Nirvany. Sądzi, że jej wagina jest bytem osobnym, który łatwo zezłościć lub zasmucić. Wszystko zawdzięcza mamie oraz homoseksualistom – ci już przyjęli ją za ikonę. Z jej sutków strzelają sztuczne ognie. Wideo do “Bad romance” na YouTube obejrzano 180 milionów razy.

Naprawdę nazywa się Stefani Joanne Angelina Germanotta i jest Amerykanką włoskiego pochodzenia, choć niektórzy sądzą, że przyleciała z kosmosu. Biografia Gagi wydaje się niemal mozartowska. Na pianinie grała już w wieku przedszkolnym, komponowała od wczesnej nastoletniości, bardzo szybko zaczęła koncertowanie i tzw. używanie życia. Gaga, nim Gagą została, uczęszczała do szkoły katolickiej, odebrała konserwatywne wychowanie i jeśli wierzyć portalom plotkarskim, siostrzyczki oniemiały, ujrzawszy ją po latach w telewizji.

Przy narodzinach gwiazdy asystowały dwie sławne akuszerki, z czego jedna odebrała poród mimo woli. Gaga zatrudniła się przy pisaniu piosenek w wytwórni Interscope i tam usłyszał ją raper Akon, pchnął wyżej, pomógł stać się rozpoznawalną. Status gwiazdy zdarzył się przypadkowo: Christina Aguilera, występując w teledysku “Super Bitch”, żywo przypominała piosenkarkę, co zaraz dostrzegli internauci. Zważywszy na fakt, że Aguilera cieszyła się statusem gwiazdy, a Gaga dopiero walczyła o swoje, sprawa wydała się kuriozalna. Aguilera oświadczyła, że nie ma pojęcia, o co chodzi, kim jest ta dziewczyna, jeśli to w ogóle jest dziewczyna, a nie facet. W efekcie o “Super Bitch” zapomniano, bo na pierwsze miejsca wbijało się już “Just Dance” odkrytej właśnie piosenkarki.

Królowa muzyki pop ledwo zipie i wiele wskazuje na to, że Gaga rzeczywiście zostanie nową Madonną. Szkołę teledysku odebrała z kolei od Michaela Jacksona, a jej kolejne klipy są przedłużeniem wizualnego szaleństwa realizującego się w strojach gwiazdy: bajecznie kolorowe, surrealistyczne, kiczowate w najlepszym sensie tego słowa i jeszcze cudacznie roztańczone wracają do formuły opowieści. Jak w wypadku Jacksona każdy snuje jakąś wybijaną w tanecznych rytmach historię. Mamy kryminał, historię więzienną, a nawet przaśne science fiction w “Bad Romance”.

dalej

nowe fotografie





Autorem zdjęć jest Jarosław Urbaniuk. Nie można z nich korzystać bez jego zgody. Aby ją zdobyć proszę o kontakt ze mną.

sfinks

KK zapytała czemu nie chwalę się nagrodą. z chwaleniem się u mnie nie jest najlepiej, ale dziewczyna ma rację. więc: na Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki w Nidzicy dostałem nagrodę Sfinks za opowiadanie roku. Konkretnie: “Głowa węża”.

Tydzień z głowy (89)

Dopadają mnie pierwsze symptomy wczesnoletniego zmęczenia, ich wczesność objawia się tym, że łeb huczy ale jeszcze nie chce pęknąć, umiem tez zebrać myśl na godzinę, nie w tydzień nawet z głowy. W zeszłym roku doszedłem jak sadzę do interesującej granicy pełnego wypróżnienia, pozostała skórka z człowieka i plasterek mózgu. O ten stan obwiniam instytucje urlopu, która zadomowiła się w moim kalendarzu właśnie rok wcześniej. W poprzednich latach instytucja wakacji pozostawała mi nieznana, przynależała do wczesnego okresu studenckiego i mrocznych lat licealnych (wówczas odmówiłem opłaconej wycieczki do Włoch, żeby pić rum z kumplem w lesie na Słowacji). Sama świadomość wypoczynku, zwłaszcza tak długiego jak mój – cztery tygodnie to nie przelewki – zmusza do większego wysiłku. Żeby zdążyć. Nikogo nie zawieść. W konsekwencji zwalam na siebie ciężary nieprzeliczalne, potem próbuję dźwigać i jeszcze cieszę się z życia, wydaje mi się przynajmniej, że radość odczuwam. Radość która się wydaje w ogóle jest ciekawym doświadczeniem. Smutek z kolei nie zna wątpliwości. Czyli, gdybym na urlop nie pojechał nie odczuwałbym zmęczenia, na nic bym nie czekał, nie drażniłaby możliwość odmiany. Z kolei, charakter zawodu warunkuje że podczas tych dziwnych amerykańskich wakacji cos w ten komputer będę musiał naklepać. Uratuje mnie to czy pogrąży? Ile można pracować będąc na urlopie? Wiele podobnych pytań skłania do jednego: czy świat bez urlopu nie byłby odrobinę lepszy?
Mógłbym napisać, że na wakacje wybieram się powodowany egoistycznym poszukiwaniem przyjemności. Wówczas jednak spędziłbym ten czas w knajpie (raz tak było). Zobaczenie czegoś nowego? Przecież wszędzie jest tak samo. Inspiracja do książki? odsyłamy do wątku barowego. Lubię sobie wyobrażać, że w ten sposób realizuję swoją postawę obywatelską. Niektórzy płacą wysokie podatki, ja żyję w baśni pięćdziesięciu procent kosztów uzyskania. Inni udzielają się na forum publicznym, przez szacunek dla tegoż forum postanowiłem tej czynności zaniechać. Jeszcze ktoś tam zasila zbiorowy światopogląd ekstraktem swoich poglądów, mi, jako artyście i to po trzydziestce poglądów posiadać nie wypada. Tymczasem każdy w naszym biednym kraju na urlop wyruszyć musi, w tym celu zaciąga się kredyty w Providencie, sprzedaje samochody, przemocą odbiera się babuni rodzinne klejnoty i targa do lombardu, handluje dzieci do Szwecji, gdyż wakacje to obowiązek gdzieś od czasu pracowniczych wczasów, albo i wcześniej. Ich jakość właściwie jest nieistotna, można, dajmy na to, wywlec się z zamieszkiwanej aktualnie nory do innej rudery z gówna, przesiedzieć tam dwa tygodnie, następnie zainwestować w samoopalacz i bredzić znajomym, że czmychnęliśmy na Teneryfę. Ludzie rozumni nie będą oczekiwali zdjęć, bojąc się, że ktoś też od nich czegoś takiego zażąda. Ale nie jechać? Wstyd, niemożliwe, pewno chory i najbiedniejszy na naszej ulicy. Więc jadę, rozkoszując się obywatelem odkrytym w sobie, jeszcze kulawym, rogatym, niepełnym. Wykrystalizowanie się obywatelstwa wypchnie mnie nad Bałtyk lub do Zakopanego.
Używam sobie na wyjazdowej manii Polaków, a przecież zasada z której ta się wywodzi – ‘zastaw się a postaw się’ – jest mi bliska i wściekam się przy każdej próbie jej ośmieszenia. Takowe pamiętam już z wczesnej podstawówki. Życie hulaszcze, konsekwentne unikanie oszczędzania ma wiele wad, nad którymi góruje zaleta szaleńczej przyjemności. Metodę tego obłędu tak się da wyłuszczyć. Otóż żyjemy w społeczeństwie, to raz, ale i w tzw. otoczeniu. Nie jestem socjologiem. Mam na myśli kumpli, rodzinę, a także sąsiada i panią ze sklepu. Ludzie, którym się kłaniamy. Jeśli stawiam na prawo i lewo w świecie skąpców, jestem frajerem, który traci kasę, za to zyskuje prestiż. Bo sknera myśli: „ma to stawia’. „Ile musi mieć, żeby postawił?”. Uchodzę więc za bogacza z którym trzeba trzymać, co nie wyciągnie mnie z faktycznej nędzy, ale zapewni obiad. Za to życie gdzie wszyscy zastawiają się by postawić wydaje się najsensowniejsze (dopóki nie zastawiamy się u banków), a to dlatego, że różni ludzie mają pieniądze w czasie też różnym. Ja mam to stawiam. Nie mam, też będę syty i opity. Za tydzień ktoś tam znów. I będziemy siebie ratowali. Taka sytuacja wywołuje dwa duchy. Znosi stan biedy, oczywiście nie zewnętrznie, ale w głowie, a przecież większość ludzi tutaj, wedle kryteriów Europy do której już szósty rok szczęśliwie należymy, jest biedna. Tymczasem jeśli zabawa trwa, jeśli korzystamy z życia godząc to z obowiązkiem (niewielka trudność na granicy wykonalności) nikt biedy nie odczuje a za to wyskoczy drugi duch: poczucie wspólnoty, koleżeństwa, czy tam siostrzaności. Jasne, to nieprawda. Będziemy biedni i zakredytowieni, do tego sami, przecież ludzie zajmują się głównie opuszczaniem siebie nawzajem, coraz szybciej z roku na rok, no bo i czas zapierdala jak dziwki na pigułach. Trudno. sam jestem fikcją, z fikcji żyję, w fikcję też wierzę, można mnie mieć tylko za kłamstwo, Więc, jeśli kiedyś – do czego szczęśliwie daleko – w portfelu zostanie mi dziesięciozłotówka, kupię piwo w knajpie i zostawię napiwek dla barmana.

Warszawiacy. rozdział XIV

Żeby zejść, musiał schylić głowę. Kosmie kazał trzymać się w kręgu światła, puścił przodem. Kanalarz wyglądał, jakby urodził się w tym miejscu, zwalisty, ale zwinny, szedł z nisko zwieszonymi dłońmi. Przystanął. Oddychał ciężko, no, młody to nie jest.

– Powinieneś mieć kask i inne buty – rzucił z żalem.
– Niech cię o to głowa, synuś, nie boli – Werner machnął pistoletem. Dałby głowę, że Klima, odwracając swoja paskudną gębę, mruknął „chuj ci w dupę, tatku”. Sufit schodził w dół, podłoże nie bardzo, Klima osunął się na kolana, zaczął brodzić. Werner za nim, kazał zwolnić. Było mokro, dawało chłodem, aż trudno wierzyć, że wiosna w pełni. Coś się nie składało w tych szarych ścianach, czy to strop niepewny, czy za grząsko. Zapach nie ten.
Odegnał ponure myśli obserwowaniem tyłka Kosmy, który sunął powoli w smród i ciemność. Był to zad niezwykle osobliwy, raz ze względu na kształt: przypominał pudło na ruski telewizor, umieszczony w gaciach ze względu na boski kaprys. Obdarzony wolna wolą usiłował tę sytuację zmienić szarpiąc się wbrew ruchom reszty ciała. Kosma parł naprzód, zad go stopował, niemal przywierając do ziemi, to znów bujał się na boki, zakłócając rytm wędrówki. Werner patrząc na ten cud przyrody zrozumiał, co nie pasuje mu w kanale.
Takie miejsca są pełne śmiecia: butelki, resztki żarcia, gumki, w których gniła czyjaś słaba męskość, pety, wymiociny. Powinno cuchnąć gównem. A tu nic. Tylko woń brudnej wody.
– Daleko jeszcze? – sapnął?
Kosma zwolnił, ale nie odpowiedział. Dobrze, bo zejście dobiegło końca. Byli w korytarzu, ściany zbiegały się w okrąg. Kosma ciężko dyszał, patrzył na Wernera, jakby ten wyrządził mu jakąś straszliwą krzywdę. Ten tylko postraszył pistoletem, kanalarz spuścił uszy po sobie i poszli. Prawie ramię w ramię. Werner odetchnął, gdy mógł wyprostować plecy i zaraz syknął, gdy wdepnął w coś miękkiego.
Pod butem zdychał rozdeptany ślimak, a jego kumpel, rozmiaru dorodnej frankfuterki zasuwał w stronę ceglanej ściany.
– Pełno tu tego dziadostwa – powiedział Kosma – niektóre są wielkie jak pstrągi.
Stuk, stuk. Niedaleko, przed nimi. Kosma jęknął, gdy poczuł lufę wbitą pod żebro.
– Nie taka była umowa – ostrzegł Werner.
Kosma obejrzał się przez ramię:
– Kiedy jesteś ze mną, ona nic ci nie zrobi.

dalej

Warszawiacy r. XIII

Świętek opuścił dłonie, Figura zerkał w stronę okna, jakby chciał skakać. Oczy Kosmy, nieprzyjemne i raczej chłodne, zwęziły się odrobinę.
– Weź we mnie nie celuj – syknął.
Komisarz Werner znalazł się tuż przy nim, wbił lufę w brzuch.

– Przecież mnie tu nie kropniesz, durny glino.
– Masz mnie – odparł Werner.
Błyskawicznie cofnął łokieć i spuścił kolbę na szczękę Kosmy. Trach i kanalarz runął, zaskuczał, splunął krwią.
– Skurwysyn – syknął Świętek.
– Wy tam cicho lepiej.
– Pierdolony, no – Kosma uklęknął. Gębę miał czerwoną, wargę rozciętą, uniósł dłonie wysoko, wysunął przed siebie. Koledzy pomogli mu wstać. Komisarz Werner przekroczył Piotrka i oparł się o parapet.
– Coście mu zrobili.
– Nic, Jezusie z Marią, urżnął się facet – to Klima próbował odzyskać rezon – myśmy no… człowieku, powiedz czego chcesz. Mogę przepłukać usta?
– W pierdlu ci przepłuczą. A że urżnął się, widziałem. Ganiał po mieście jak ostatni dureń.
– Młode to głupie – Świętek próbował się uśmiechnąć.
Kosma otarł wargę.
– Co w tym dziwnego, człowieku, zgarnęliśmy go, też żeś widzał, nie? Myślisz, że młody ma na izbę? Leży i trzeźwieje.
– Piękne miejsce – Werner rozejrzał się po pokoju – macie dwa wyjścia panowie. Albo zaraz furgacie na dołek, i to szwungiem, albo…
– Za co, hej? – wypalił głupio Figura.
– Moja już w tym głowa. Weźmy Misiunia, albo i Mądrego Macia nie wstyd wam, gnoje? Zwykły, durny pijak. I mam w dupie, czy się spróbujecie wyłgać, zwłaszcza ty – wskazał lufą na Kosmę – poczekasz w ulu do sprawy, roczek albo dwa, to ci się zrobi mała jasność – teraz celował w Figurę – wiesz już za co?
Kosma opuścił dłonie. I zaraz podniósł, Werner nie pozwolił.
– Nie przyszedłeś tu jako glina.
– A coś ty taki wyszczekany?
– To mnie skuj – poprosił Kosma. Albo przypierdol w drugą stronę. Nie zabiłem nikogo. Nic, kurwa o nich nie wiem. Jakie ty masz życie?

dalej

Next Page »