Mistrzostwa dobiegają końca co oznacza dla mnie powrót do normalności. Będę mógł pójść do pubu, restauracji czy nawet włączyć telewizor. Piłka nożna zupełnie mnie nie interesuje, byłem nawet kiedyś dość samotny z tego powodu, za to zjawiska okołofutbolowe uważam za frapujące. Z tego powodu bardzo żałuję wyniku wczorajszego meczu. Niemcy spuścili Argentynie zasłużony łomot („wodzu Hegemonie, to nie klęska, to pogrom”), a ja byłem ciut przerażony cyfrową precyzją drużyny zza Odry. Jak znam życie będą dalej grali blitzkiriegiem. Pamiętajmy, że ten działa niezawodnie dopóki teren ofensywy nie będzie zbyt wielki alb przeciwnik wykaże się posiadaniem nieoczekiwanej liczby rezerw. Lubię gdy ktoś, kto raz był wielki wraca olbrzymem w drugim wcieleniu. Żałuję tej klęski gdyż, jako człowiek życzliwie odnoszący się do pogaństwa chciałem być świadkiem narodzin boga w ludzkiej skórze. Maradona do wczoraj cieszył się w ojczyźnie statusem świętego, miał swój kościół i swoje kapliczki, gdyby zdołał doprowadzić do szczęśliwego finału, niewątpliwie dostąpiłby przebóstwienia. Nie mam pojęcia jakby to wyglądało, przemawialby do ludzi z wysokości, miał swoje procesje, składałoby ofiary przed jego domem, każdy chłopiec w Argentynie urodzony w 2010 nazywałby się Diego, a kiedy wreszcie Maradona oddałby ducha, ludzie zaczęliby widywać jego zjawę na kolejnych meczach reprezentacji. Zdarzyłoby się wiele innych ciekawych rzeczy ale się nie zdarzy za sprawa jedenastu patałachów prowadzonych przez radosnego matoła.
Dochodzę do wniosku, że jestem człowiekiem potrzebującym w bardzo szczególny sposób. Nie interesują mnie samochody. Kolega woła „patrz, patrz”, ja odwracam głowę myśląc, że idzie ładna dziewczyna albo ktoś malowniczo zdeformowany, każą mi jednak patrzeć na metalowe cacko, z mojego punktu widzenia różniące się od innych głównie kolorem. Chce jednak jechać w komforcie oraz prędko. Marki telewizorów niewiele mnie obchodzą, pragnę jedynie wysokiej jakości obrazu. W życiu – także ze względu na wiek – nie przyszło mi do głowy uczestniczenie w sporach konsolowych. Mam xboxa, mógłbym mieć PS3, interesuje mnie tylko żeby gry chodziły. Żałuję bardzo że nie mogę (jeszcze) popykac w trójkę God of War albo Heavy Rain, najchętniej, zamiast kupować czarne pudełko za tysiaka zapłaciłbym tysiąc sto żeby wymienione tytuły chodziły na tym co już mam. I tak dalej mógłbym wymieniać, taka postawa z jednej strony budzi zdziwienie – ludzie uważają, że powinienem mieć jakieś zainteresowania. Z drugiej ułatwia życie a z trzeciej je utrudnia. Niedługo będę musiał sprawić sobie nowy telefon i zupełnie nie wiem jaki wybrać, nie pragnę słuchac niczyich rad, więc jak znam siebie pójdę do salonu, zezłoszczę się, wezmę cokolwiek i pójdę do domu z szajsem.
Wczoraj powędrowałem sobie po Warszawie i trudno mi zrozumieć, czemu ludzie nie lubią tego miasta. Są górki i dołki, cepeliada starówki, Pałac Kultury ślicznie oświetlony, każdy budynek przywleczony z zupełnie innego tyłka, wszystko jednocześnie ściśnięte i rozstrzelone, jakby po wszystkich historycznych załamaniach załamała się także przestrzeń. Ale przecież ja nie mam pojęcia o Warszawie. Równie dobrze mógłbym gadać, że przemieszkawszy pół roku w Bostonie znam świetnie Amerykę. A Utah to co? Amerykańskie porównanie ma sens tożsamościowy. Jeśli w Ameryce mieszkam i pracuję, wiążę z tym krajem swoją przyszłość to znaczy, że jestem Amerykaninem co w niczym nie ujmuje mi polskości. Mogę być Włochem i Amerykaninem. Innych krajów to nie dotyczy. Za to odnośnie Warszawy mam podobne wrażenia. Tu każdy jest skądś, przytargał swoje baśnie, akcent, zwyczaje, nawet wewnętrzne kłótnie kto dłużej tu zyje, kto gdzie się urodził i czemu na Bródnie, czy Bródno to Warszawa – przypominają wewnętrzne pyskówki w Ameryce. Mnie cała ta sprawa nie dotyczy, nie mam rzeczy w sensie posiadania z umilowaniem więc trudno żebym grzał serce heimatem, zapiekał vaterlandem, diabli wiedzą, gdzie jeszcze mnie rzuci.
Na razie wycieczka. Zrobiłem niemal wszystko co planowałem (nie wyrobię się jedynie z „Nocą sobowtórów”, czyli opowiadanie będzie ukończone w sierpniu) i czeka mnie miesięczny okres prawie-nie-pracowania. Rzadko jeżdżę na wakacje, w zeszłym roku byłem pierwszy raz od ho ho, Orbitowski na wakacjach w ogóle jest niedorzeczny, mam nadzieję, że z tego także można słynąć. Piątkowy wyjazd oznacza, że najprawdopodobniej zawieszę tę rubrykę do początku sierpnia. Jak i całego bloga. Chyba, że nabiorę ochoty na pisanie, co byłoby jednak czymś grubo niezdrowym.