Archiwa dla July, 2010

przerwa

Wymyślił, narysował i pokolorował Rafał Kosik
Znikam z Polski, wrócę dopiero z początkiem sierpnia. W tym czasie blog jest zawieszony, chyba, że zmienię zdanie. Nie będzie „Tygodnia z głowy” ani żadnych newsów odnośnie publikacji i tego co wyrabiam. Wydawnictwo Ha!Art udostępni kolejne odcinki Warszawiaków, co piątek na swojej stronie: www.ha.art.pl. Nie będę odpowiadał na komentarze i zrobię wszystko, żeby nie czytać maili. Tych, którzy mają mój numer proszę, żeby nie dzwonili, bo pójdę z torbami. A wszystkim czytelnikom sympatykom oraz jawnym wrogom życzę serdecznie: miłych wakacji!

warszawiacy. rozdział XVI

Najgorsze były jego ręce. Przypominały węże świeżo wywleczone z mokrej ziemi, nawet miał żałobę za paznokciami, z pewnością nie po komisarzu Wernerze. Krótkie paluszki śmigały nad obrusem, jakby te nerwowe sploty ruchów mogły przyspieszyć nadejście przystawki. Garnitur też paskudny, błyszczący seledynową łuską, ciut przyciasny, gotów by go zrzucić.

– Często pan tu przychodzi? – zapytała Kamila.
– Tylko w towarzystwie kobiet tak pięknych jak pani. Czyli po raz pierwszy – uśmiechnął się doktor Łukasz Himler. Droga woda kolońska, którą obficie się skropił nie zdołała stłumić woni trupa. Himler miał też dziwny zwyczaj przekrzywiania głowy podczas mówienia.
– To takie dziwne – dodał – myśmy z Bronkiem zeżarli beczkę soli, a tak niewiele o pani wiedziałem.
Pili wino. Kamila wytrawne, Himler zamówił sobie karafkę półsłodkiego.
– A wiedział pan o innych? – Kamila ze zdziwieniem przypomniała sobie, że Werner miał jakieś imię.
– Mówił niewiele, ale jak już, tylko o słodkiej pani.
Siedzieli we włoskiej restauracji, zagubionej wśród uliczek Saskiej Kępy. Pasowała tutaj jak Kamila do Łukasza Himlera, wciśnięta między szkła poczty a brud bloków, rzucona na pięterko, jakieś schody, biel zdrapana ze ścian, tu mógł się mieścić szmatek, buda z pornolami. A nie – wewnątrz elegancja na miarę dzielnicy, przygaszone światła, okrągłe stoliki szczęśliwie nie stworzone do przytulania, zdjęcia, prawdziwie włoskie żarcie.
– Naprawdę byliście przyjaciółmi?
– Widzę, że nie tylko mi mało opowiadał – wężowa łapa wystrzeliła w stronę Kamili, zatrzymała się w połowie ruchu. – znaliśmy się, och, prawie dwadzieścia lat, taka praca. A bujaliśmy się trochę. Wie pani szanowna, jeździliśmy pod namioty. Wspólne wakacje w Bułgarii, morze wypitej wódki przy tylu okazjach. Znam tyle jego tajemnic, co chyba nikt. On starannie dobierał sobie przyjaciół. I jestem dumny, że… Dobry Boże, jeśli ja czuję się tak jak się czuję, nawet nie chcę myśleć jak pani musi czuć się teraz.
Himler oblizał usta.

dalej

nowy blackastrial

a w nim jak zwykle mój felieton o metalach i dla metali

tydzień z głowy (91)

Mistrzostwa dobiegają końca co oznacza dla mnie powrót do normalności. Będę mógł pójść do pubu, restauracji czy nawet włączyć telewizor. Piłka nożna zupełnie mnie nie interesuje, byłem nawet kiedyś dość samotny z tego powodu, za to zjawiska okołofutbolowe uważam za frapujące. Z tego powodu bardzo żałuję wyniku wczorajszego meczu. Niemcy spuścili Argentynie zasłużony łomot („wodzu Hegemonie, to nie klęska, to pogrom”), a ja byłem ciut przerażony cyfrową precyzją drużyny zza Odry. Jak znam życie będą dalej grali blitzkiriegiem. Pamiętajmy, że ten działa niezawodnie dopóki teren ofensywy nie będzie zbyt wielki alb przeciwnik wykaże się posiadaniem nieoczekiwanej liczby rezerw. Lubię gdy ktoś, kto raz był wielki wraca olbrzymem w drugim wcieleniu. Żałuję tej klęski gdyż, jako człowiek życzliwie odnoszący się do pogaństwa chciałem być świadkiem narodzin boga w ludzkiej skórze. Maradona do wczoraj cieszył się w ojczyźnie statusem świętego, miał swój kościół i swoje kapliczki, gdyby zdołał doprowadzić do szczęśliwego finału, niewątpliwie dostąpiłby przebóstwienia. Nie mam pojęcia jakby to wyglądało, przemawialby do ludzi z wysokości, miał swoje procesje, składałoby ofiary przed jego domem, każdy chłopiec w Argentynie urodzony w 2010 nazywałby się Diego, a kiedy wreszcie Maradona oddałby ducha, ludzie zaczęliby widywać jego zjawę na kolejnych meczach reprezentacji. Zdarzyłoby się wiele innych ciekawych rzeczy ale się nie zdarzy za sprawa jedenastu patałachów prowadzonych przez radosnego matoła.
Dochodzę do wniosku, że jestem człowiekiem potrzebującym w bardzo szczególny sposób. Nie interesują mnie samochody. Kolega woła „patrz, patrz”, ja odwracam głowę myśląc, że idzie ładna dziewczyna albo ktoś malowniczo zdeformowany, każą mi jednak patrzeć na metalowe cacko, z mojego punktu widzenia różniące się od innych głównie kolorem. Chce jednak jechać w komforcie oraz prędko. Marki telewizorów niewiele mnie obchodzą, pragnę jedynie wysokiej jakości obrazu. W życiu – także ze względu na wiek – nie przyszło mi do głowy uczestniczenie w sporach konsolowych. Mam xboxa, mógłbym mieć PS3, interesuje mnie tylko żeby gry chodziły. Żałuję bardzo że nie mogę (jeszcze) popykac w trójkę God of War albo Heavy Rain, najchętniej, zamiast kupować czarne pudełko za tysiaka zapłaciłbym tysiąc sto żeby wymienione tytuły chodziły na tym co już mam. I tak dalej mógłbym wymieniać, taka postawa z jednej strony budzi zdziwienie – ludzie uważają, że powinienem mieć jakieś zainteresowania. Z drugiej ułatwia życie a z trzeciej je utrudnia. Niedługo będę musiał sprawić sobie nowy telefon i zupełnie nie wiem jaki wybrać, nie pragnę słuchac niczyich rad, więc jak znam siebie pójdę do salonu, zezłoszczę się, wezmę cokolwiek i pójdę do domu z szajsem.
Wczoraj powędrowałem sobie po Warszawie i trudno mi zrozumieć, czemu ludzie nie lubią tego miasta. Są górki i dołki, cepeliada starówki, Pałac Kultury ślicznie oświetlony, każdy budynek przywleczony z zupełnie innego tyłka, wszystko jednocześnie ściśnięte i rozstrzelone, jakby po wszystkich historycznych załamaniach załamała się także przestrzeń. Ale przecież ja nie mam pojęcia o Warszawie. Równie dobrze mógłbym gadać, że przemieszkawszy pół roku w Bostonie znam świetnie Amerykę. A Utah to co? Amerykańskie porównanie ma sens tożsamościowy. Jeśli w Ameryce mieszkam i pracuję, wiążę z tym krajem swoją przyszłość to znaczy, że jestem Amerykaninem co w niczym nie ujmuje mi polskości. Mogę być Włochem i Amerykaninem. Innych krajów to nie dotyczy. Za to odnośnie Warszawy mam podobne wrażenia. Tu każdy jest skądś, przytargał swoje baśnie, akcent, zwyczaje, nawet wewnętrzne kłótnie kto dłużej tu zyje, kto gdzie się urodził i czemu na Bródnie, czy Bródno to Warszawa – przypominają wewnętrzne pyskówki w Ameryce. Mnie cała ta sprawa nie dotyczy, nie mam rzeczy w sensie posiadania z umilowaniem więc trudno żebym grzał serce heimatem, zapiekał vaterlandem, diabli wiedzą, gdzie jeszcze mnie rzuci.
Na razie wycieczka. Zrobiłem niemal wszystko co planowałem (nie wyrobię się jedynie z „Nocą sobowtórów”, czyli opowiadanie będzie ukończone w sierpniu) i czeka mnie miesięczny okres prawie-nie-pracowania. Rzadko jeżdżę na wakacje, w zeszłym roku byłem pierwszy raz od ho ho, Orbitowski na wakacjach w ogóle jest niedorzeczny, mam nadzieję, że z tego także można słynąć. Piątkowy wyjazd oznacza, że najprawdopodobniej zawieszę tę rubrykę do początku sierpnia. Jak i całego bloga. Chyba, że nabiorę ochoty na pisanie, co byłoby jednak czymś grubo niezdrowym.