Archiwa dla August, 2010

Warszawiacy, r. 24

Obserwowała jego nagie ciało. Piotrek był pijany, nieruchomy i piękny.
Leżał na wznak, jak filmowy kochanek z odsłonięta tarczą klatki piersiowej. Lewą rękę ułożył na brzuchu, mała, żylasta kulka bicepsa przebijała spod skóry. Płaski, pocięty mięśniami brzuch unosił się przy każdym oddechu.

Twarz chłopca ledwo oderwanego od kabli w zawodówce. Oddychał przez nos. Kamila nagle poczuła się strasznie. Jakby siedziała nad trupem. Cienie na szyi Piotrka przypominały szubieniczny sznur.
Zasnęła tylko na chwilę, zaraz, kiedy przyszli z dyskoteki. Zaraz runęli na łóżko. Piotrek próbował zdjąć z niej koszulę nocną, całował w ramiona i szyję, wkładał mokre palce w pępek i nie umiał wychwycić biernych protestów jej spiętego ciała. Wreszcie westchnął, mruknął, odpuścił, osuwając się w sen. Zasnęła zaraz po nim. Śniła o murach wysokich na horyzont i wysokich basztach, na których, niczym chorągwie odebrane pokonanemu wojsku, łopotały ludzkie skóry.
Obudziła się przed świtem, pełna złej, sztucznej energii. Przekręcała się, na wpół odkryta, poszła po wodę i już siedziała na brzegu łóżka, nie wiedząc co myśleć. Zakryła Piotrka po brodę, zaraz wysupłał się z kołdry. Próbował chwycić ją przez sen, nie udało się, mruknął niezadowolony. Kamili przypominały się pierwsze miłości, jeszcze z ogólniaka. Nieporadni koledzy z klasy, którym wydawało się, że w wieku lat szesnastu są nie tylko facetami, co się zowie, ale też wiedzą wszystko o życiu. Szybki seks na huśtawce w parku. Pamiętała, że ten akurat dzieciak – Marcin? Marek? – zupełnie nie potrafił wyłuskać piersi ze stanika. Doszedł, a rąbek bluzki uciskał jej sutek. Albo inaczej, grube skręty wypalane na mazurach, wśród świńskich żartów. Pierwsze, odrzucone oświadczyny, pierwsze przyjęte i tamta suka cichociemna. Poszło się jebać w kwadrans. Nie wiedziała, czemu o tym wszystkim myśli.
Co teraz? Już wie kim są Kosma i Świętek, co zrobili. Zapewne z innymi. Mogłaby porozmawiać o tym z Piotrkiem, ale co, jeśli on też jest w to wmieszany? Dotąd brała pod uwagę taką możliwość. Miły chłopak, faktycznie, tacy są pierwsi do każdego draństwa. Piotrek wydawał się inny. Zbyt szczery. Nie kochała go. Tylko żałowała wszystkiego, co nadchodziło. A nadchodzi co? zapytała siebie samą. Do tego momentu plan był klarowny: złapać kontakt, znaleźć haka. Nie wiedziała co dalej. Piotrek stał się marudnym kompanem, który spowalnia marsz.
Poryczała się więc z żalu nad sobą i nad tym że świat jest taki okropny. Powinna być z Wernerem, a jak Werner by sobie poszedł – nie umarł, ale właśnie poszedł, tak jak narzeczony do tamtej suki – może zostałaby z tym miłym gówniarzem. Piotrek dbałby o nią, chodził do roboty i na osiem etatów, jeśli zaszłaby potrzeba, potem niańczył wrzeszczące bachory. Kobiety marzą o takich gościach. Ryczała coraz bardziej, brzuch jej falował, jakby zaraz miał pęknąć. Splotła na nim dłonie. Nie chciała takiego życia i nie umiała stwierdzić, kiedy ono takie się stało. Piotrek przebudził się gwałtownie. Już siedział przy niej, obejmował. Spróbowała nie sztywnieć.
– Co jest słonko? – szepnął jej w ucho, słodko, że aż mrozi. Durny gówniarz.

dalej

Metal na dziś (31)


Ciężkie czasy dla heavy metalowców. Raz, że wstyd tego słuchać, a odpuścić trudno. Znam i takich, co zamykają się w swoich czterech ścianach i na słuchawkach, w ciemności katują Rhapsody of Fire, drżąc ze strachu przed nakryciem. Konspiracyjne to przeżycie kojarzy mi się z sekretnym onanizmem w małżeństwie, albo słuchaniem Wolnej Europy za komuny. Teraz nastała dodatkowa bieda: Iron Maiden nagrało to co nagrało, dzięki czemu można zapomnieć o nowym arcydziele osłów z Blind Guardian. Ci przynajmniej mają najmniej charyzmatycznego frontmana na świecie. Kostka masła na słońcu ma już więcej pary. Ciężki, paskudny metal ma się wyjątkowo tłusto, żeby wspomnieć fantastyczne płyty Diabolic, Watain, Burzom, Trypticon, za to klasyczna formuła ledwo zipie. Wyjątkiem jest znakomita płyta weteranów z Accept. Metalowcy przykro się starzeją, ale przed zdziadzieniem, z reguły, ujawniają zaskakujący przypływ energii. Tak było z Ironami i Halfordem, tak teraz tłuką się dziarskie Szkopy. Wiedzą jak i co, jeszcze im się chce – cieszmy się więc dobrodziejstwem kryzysu wieku średniego. Szalenie to teutońskie, widać zaraz skąd wyrastają nogi takiego Rammstein i Tokio Hotel. Cieszy też zachowanie tradycji. Poprzedni wokalista, Udo, był mały, szkaradny i zabiedzony, ten z kolei jest jakiś wyciągnięty, wyliniały i szkaradny po trzykroć. Graba tylko mu brak, drze się jednak, jakby o niego prosił. Cytując niezapomnianego Szubrychta, „czas kupić sobie skórzane spodnie”.

Tydzień z głowy (98)

Mam przekonanie, że pewien fragment mojego życia, powiedzmy, obszar nieodwołalnie się kończy. Nie powiem jaki, oraz nie żałuję – ani tego, że się kończy, ani, że nie powiem. Odczucie przypomina trochę wstrętną błogość po wyciśnięciu naprężonego pryszcza. Skóra jeszcze została czerwona, jeszcze skrywa cząstki czegoś niezdrowego. Ale niedługo mordka będzie gładka. Czasem lubię takie odłączanie, uczę się lubić, co wcale nie jest łatwe. Kolekcjonujemy przecież zdarzenia, zabiegamy o powtarzalność sytuacji towarzyskich, które wcale nie są potrzebne ani nam, ani reszcie zaangażowanych. Niemniej trwają. Przypominają mi się rzędy słojów i pudeł po biovitalu, które będąc dzieckiem widywałem w domach starych ludzi. wszystko jest potrzebne, wszystko się przyda. Czemu niektórzy tak trwają w przebrzmiałych okolicznościach? Czemu tak trudno czerpać przyjemność z rozejścia się bez krzywdy, z poluzowania więzi, ze zmiany hotelu na inny? Jest z tym kłopot wynikły z nawyku gromadzenia: wszystko wydaje się potrzebne, przynajmniej ze względu na sentyment, wydaje się nam nawet, że coś utracimy. I odbieramy telefon od starego kumpla. Chodzimy na spotkania klasowe i tak dalej, mało kto się zająknie, że może już dosyć. Ktoś zeskoczy z fury, albo koła zaryją się w drodze. To co piszę jest dosyć mętne, nie chciałbym, żeby te słowa odnoszono do konkretnych przykładów, niekonkretność jest tutaj jak najbardziej celowa.
Nie robię konspektów do swoich książek, choć powinienem. Koledzy mają, podobno, zapiski i na setki stron. Za to czasem zdarza mi się machnąć notatkę. Mam dwa zeszyty, raczej małe, jeden zapełniony w połowie, w drugim zapełniłem tylko kilka kartek podczas podróży w Ameryce. Jest jeszcze telefon komórkowy z funkcja notatek. Nie wszystkie odnoszą się do literatury, wszystkie odnoszą się do czegoś nagłego. Jechałem tramwajem, pomyślałem, zobaczyłem. Nie pamiętam większości rzeczy, które napisałem i włożyłem w okładki, wiec trudno żebym rozjaśnić parę słów wstukane na przykład pół roku temu. Otwieram teraz te notatki i staje przed tajemnicami, które sam za sobą porozrzucałem. I tak:
„Antyheros w sensie kombinator”
„B44er stronger fas8er”
„Ojciec dyktator, lolitka, blake zakazani, wszechruskie imperium. Lustra v7net. Relikwie wspierają milicjantów. Inkwizycja torturuje strzykawka kwasu w jaja i oko.”
„Gliny porywają r do jaru”
„House. Odpuszcza ze stacy po rozmowie z Markiem Wilson: nie lubisz siebie ale podziwiasz. Antyhouse 4.13” (Przynajmniej wiadomo o czym to jest)
„Kapitalna pierwsza sekwencja. Wolf najpierw zabija przywódcę ochroniarza. Na ciałach nie został slad metalu. Włosy przy wszystkich. Wygląd normalnego wilka”
„Gymcata”
„Prozopopeja”
„Dryndziarz, mit z komuny. Kontrola!”
„Koszta. Wino 25pln”.
Ostatnia z wybranych notatek jest niewątpliwie moja ulubioną, żadnej, poza tą dotyczącą House’a nie rozumiem, nie kapuję, nie umiem wychwycić do czego się przysłużyła. Zarazem, jeśli już zadaję sobie trud zapisania czegoś, to muszę mieć istotny powód ku temu, tak samo, jak ani głód, ani papierosy, ani ochota na piwo nie wygnają mnie z domu, każde z osobna. Mogą uczynić to jedynie we troje.
Siedzę przy biurku, przy którym, jak w każdy poniedziałek spędzę pół dnia pracując. Mam na nim kubik z karteluszkami i długopisami, lampę, książki, złożonego laptopa podpietego do monitora. Ten stoi tez na książkach. Jedną z nich jest tom „Kryminalnej historii chrześcijaństwa” Dreschnera. Z głośników leci zespół „We came as Romans”, nazwa urzeka, ale nie wiem jeszcze, czy muzyka mi się podoba. Za to na głośniku leży żółta kaczka wypełniona kawałkami styropianu. Ma na imię Jarek. Powinienem zmienić. Może. Ale imion nie wolno dobierać nawet kaczkom. Przede mną są jeszcze dwie szafki z literaturą bieżącą: materiały do „Widm”, książki do recenzji i felietonów, słowniki. Wyżej, najwyżej jak się da, teczka z umowami. Parę płyt winylowych i kompaktowych których nie mam na czym odtwarzać. Po lewej, z tablicy korkowej spogląda ładna czaszka narysowana przez fana, obok niej parę kartek ze starymi terminami (korzystanie z tablicy wychodzi mi równie niedobrze, co robienie notatek). Po prawej wisi obraz a na obrazie wisi facet. Jeszcze jedna półka z książkami. Łóżko dla gości. Jeszcze jeden obraz i właściwie tyle. Wstaję i spoglądam za okno. Na pierwszym planie drzewa, które niedługo wyłysieją, odsłonią potworne bloki gierkowskie. Czarna garść zaciska się wokół latartnii. Dalej gałęzie i panorama miasta z gustownie oświetlonym Pałacem Kultury. Wieżowce jak kanciaste łożyska dla martwego światła. Zawieszone nisko krępe sznury chmur. Obok migocze sobie stadion narodowy w budowie, podobny trochę do wielkiego mechanicznego pająka, którego ktoś jeszcze większy wywrócił na plecy. Ulicami wędrują zagłodzone cienie. Diabły kotłują się u szczytów wież z zaschniętej krwi.

O “Pontypool” w Nowej Fantastyce

Wiele lat temu postanowiłem zostać dziennikarzem – w tym celu zapisałem się na studia, podszedłem do egzaminu wstępnego, wskutek czego nie zostałem przyjęty. Szanowna komisja wzgardziła również kolegami, którzy stawili się przed nią z podobną intencją. Uznaliśmy bowiem, że zawodu pismaka nie wypada uprawiać inaczej niż stadnie. Wylatując na zbity pysk rozbudziłem w sobie żal za straconą szansą. Nie dla mnie rozmowa z Melem Gibsonem, kto inny wytknie nietrzeźwy brak konsekwencji prezydentowi Kwaśniewskiemu.

Drugie podejście do dziennikarstwa miałem pięć lat temu, kiedy podreptałem do pewnej krakowskiej gazety wyżebrać jakąś szansę. Pan naczelny uradował się na mój widok, zapytał, czy mam jakąś pracę, gdyż uprawiając zawód z misją utrzymać się nie zdołam. Posłał mnie następnie na konferencję do magistratu i na koncert Procupine Tree – ci grali tam, gdzie powinni, czyli w supermarkecie. Konferencja była w inny dzień, zespół nie wystąpił. Pomyślałem sobie: Bóg naprawdę nie chce bym dziennikarzył, przesyła mi w związku z tym znaki. Następnym będzie cegła spadająca na mój durny łeb.

To krótkie doświadczenie nauczyło mnie, jak trudny jest zawód dziennikarza. Przeżycia lat następnych dodały obserwację, że dziennikarz radiowy wyróżnia się szczególnie wysokim stopniem zabiedzenia. Krążą tacy po rozgłośniach, nieodmiennie w grupach, wbici w szare swetry i wytarte marynarki. Nieodmiennie ich żuchwy wysunięte są do przodu, co jak sądzę ułatwia chwytanie pokarmu, jednocześnie utrudniając mówienie. Przez moment myślałem, że zostanę rozszarpany. A ci ludzie niosą nam dobry humor po falach eteru, oferują informacje, dźwięki. Niekiedy – nadzieję. Przynajmniej w filmie “Pontypool”.

Incepcja. spojlery.


Skoro wszyscy o tym, rozmawiają, czy raczej rozmawiali, dorzucę swoje grosze. Byłem w kinie i dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem – sprawnie zrobiony blockbuster pozbawiony głębokich treści. Nolan dostał więcej swobody, jest perfekcyjny jak zawsze, ale „Incepcja”, zapewne ze względu na autorski charakter pomysłu jawi się filmem mniej bezdusznym niż jego Batmany. No i nie ma Christiana Bale. Znakomita końcówka sennego odcinka fabuły. Niemal zawsze, gdy reżyser stawia pytanie „czy bohaterowie zdążą?” ziewam, w tym wypadku obgryzałem palce. I znów, niemal zawsze, kiedy nie rozumiem filmu, który zrobił na mnie wrażenie próbuję obejrzeć go ponownie w domowym zaciszu, wyłapując sensy i na stopklatce. Tu też tak zrobię, sprawdzając jednak czy czegoś nie przeoczyłem. „Incepcja” wydaje mi się klarownie nakręcona, jasna i prosta, bez żadnych tajemnic. Gdyby nie wcześniejsze głosy w internecie i rozmowa z A. zaraz po wyjściu z kina w życiu nie przyszłoby mi do głowy istnieje jakiejś zagadki, wynikającej z niej konieczności poszukania odpowiedzi. Bohater grany przez Leo wykonał swoje zadanie i odzyskuje swoje dzieci w prawdziwym świecie, nie we śnie. Bączek zwalnia i wywraca się – to następuje już po ściemnieniu. Kiedy kochankowie razem opadają na łóżko, także mogę domyśleć się, co dalej będzie. Ten zabieg ma wprowadzić pozór niejednoznaczności, oszukać widza zmuszając do dyskutowania na temat, który w ogóle nie podlega dyskusji. Zabełtano wodę w stawie, poderwano muł z dna, dzięki czemu woda w bajorku uzyskuje pozór morskiej głębi. Przyjmijmy jednak, że Leo śni w ostatniej scenie. Co z tego wynika? Na płaszczyźnie fabuły nic, znaczy to, ze śnił od początku, całe azjatyckie zlecenie i ambaras z dziedzicem leżały w pudełku będącym własnością kogoś innego. Kogo, tego się nie dowiemy, chyba, że nakręcą sequel. Z punktu widzenia widza takie rozwiązanie nie ma sensu, cała „Incepcja” jest niepotrzebna, zmarnowano 160 milionów dolców tylko po to, żeby nakręcić film o tym, że czegoś nie było. Żadnego przekrętu, żadnego składu fajnych łotrów prowadzonych przez zacnego milionera, to wszystko bzdura, rzędy cyfr. Niepotrzebnie przejmowałem się i kibicowałem przez dwie godziny. A jednak potrzebnie. Tylko nie rozumiem tak wysokich ocen. „Incepcja” jest znakomitym filmem rozrywkowym, czystą zabawą nieobrażającą inteligencji widza, nawet takiego jak ja, levelem zero w kinie. Potem zaczynają się sny-windy, w górę, w dół i w bok.

Warszawiacy. R. 23

Grała Bryta, a Kosma tańczył. Za nim pochylał się rozświetlony napis DEKADA.
Próbował zgrać swe zwaliste ciało z młodzieżowym klimatem otoczenia: wbił się w obcisłe, białe dżinsy z kieszeniami obszytymi nitką czarną jak dżuma. Błyszczące mokasyny. Wykrochmalony kołnierz koszuli postawiony na sztorc i bransoleta.

Nie interesował się nikim wokoło.
– Patrz jaki dżolo – Świętek szturchnął Piotrka – kto by pomyślał, że facet się odnajdzie.
Świętek miał turecki sweter i żałobę pod paznokciami.
– Znasz Kosmę.
– Ale ja nie znam – Kamila zapaliła cienkiego papierosa, Świętek musiał zaraz rzucić żart:
– Jesteś pierwszą dziewczyną, która chce go poznać.
Uśmiechnęła się zalotnie i to tak, że nawet Świętek załapał.
Piotrek nagle poczuł się jak piąte koło u wozu, wstał po piwo i margarithę dla Kamili. Nie podobało mu się to miejsce, za kolorowo, za głośno, zaraz jakiś gówniarz chwyci go za tyłek – po co komu ręce łamać? I jeszcze tłum przy barze, krótkowłosa dziewczyna w garniturze, chłopak w zielonej bluzce, za to z tunelami jak denka od piwa, obok trzech studentów, a każdy, kurwa, w polo. Blond diablica w czerwonej sukience. Na gołe ciało jak nic. I gdyby jeszcze pili bronka jak ludzie, każdy chciał coś fikuśnego i kolorowego. A on, Piotrek o suchym pysku. Drażniło go czerwone światło.
– Dla mnie ciemne łamane – poprosił Świętek. Piotrek pokazał mu plecy.
A Kosma tańczył jak maszyna której kończy się zasilanie, rozgrzane baterie ślą ostatnie elektryczne kopniaki: nogi rytmicznie w górę, jak przy marszu. Balans ciała. W bok. Ramiona wyrzucał przed siebie, raz wysoko w górę, raz na wysokość twarzy.
– Powiem ci, że za moich czasów tośmy tak nie dokazywali – rzekł Świętek po swojemu, dziwnie, bełkotliwie. Nie wiadomo, chciał podtrzymać rozmowę, czy był ciekaw: co to za Kamila. Przechylił kufel. Ostatnia kropla piwa spadła mu do ust – kto to słyszał? – ale popatrz na to!
Pod sufitem dyndało kilkanaście srebrnych kul, każda wielkości piłki plażowej. Świętek wydął wargi:
– Kiedyś w Sopocie to taka jedna była. A teraz fiu fiu. Czasy idą ku lepszemu.

dalej

metal na dziś (30)


Pierwszy wokalista Iron Maiden, Paul DiAnno powiedział, że odszedł z zespołu bo nie wytrzymał rozwleczonych kompozycji Harrisa i to jest taka prawda, że gówno prawda, tyle, że teraz rzeczywiście nie da się ich słuchać. Na poprzedniej płycie dynamiczna struktura wielowątkowych kawałków umiała jednak porwać, to było jak wielki samolot bojowy, który wbrew wszystkiemu śmiga w chmury razem z człowiekiem na pokładzie, teraz to jest bidne jak sierota spod sklepu, jak niedopity bełt tyle, że za miliony dolców: już teraz „The Final Frontier” jest numerem jeden na liście w Wielkiej Brytanii. Dobrze, że metal się sprzedaje, tylko szkoda, że taki. Zdaniem Dickinsona to ludzie są winni że im się nie podoba, bo słuchają tego szajsu na tanich słuchawkach czy, o zgrozo, wprost z komputera. Strzeliłbym sobie w głowę, ale taki „The Trooper” można zagrać nawet na grzebieniu i chwyci za serce. Nie każdego oczywiście. Maiden zawsze wykorzystywało kilka prostych komponentów by porwać słuchacza: odpowiednio był to śpiew, pęd zmieszany z podniosłym charakterem poszczególnych kawałków plus szczególna otoczka dodająca poszczególnym numerom baśniowego uroku. Teraz to powoli ulega rozkładowi i „Final Frontier” zaczyna przypominać pokój zabaw w którym starcy zaprowadzili porządek, niespodziewanie, najgorszym dziadem okazuje się sam Dickinsonm śpiewający jak zwykle tylko dużo gorzej. Być może to wiek, może zanik umiejętności pisania piosenek, których tu po prostu nie znajdziecie, zapewne – próba odkupienia własnej metaliczności w drodze ukłonu do rocka progresywnego. W sumie kumie dobrze się stało, że takie to nędzne, bo można zająć się czymś zgoła ciekawszym, czyli analizą fenomenu Iron Maiden w oderwaniu od samej muzyki, co jest zadaniem dla kogoś poważnego. Sam tutaj wypowiadam się językiem wkurwionego bahora, dwunastolatka bo i Ironi zawsze zabierali mnie do krainy dziecinności: zasłuchany byłem uroczym brzdącem choć życie waliło mi się na głowę. Teraz niczym dziecko któremu strzaskano zabawkę drę się, bo nie rozumiem skali zmiany. Nawet teledysku tu nie cisnę, pieprzę to. Niech będzie Henry Rollins, standup na temat, polecam zwłaszcza nieprzyjaciołom muzyki metalicznej.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Tydzień z głowy (97)

Spędziłem parę dobrych dni w Krakowie z moim synem. Może więcej niż parę, nie dość jednak by się sobą nacieszyć – rola ojca dochodzącego jest mniej więcej taka, że trudno odczuć znużenie mimo powtarzalności zachowań berbecia. Trzy razy płynęliśmy statkiem po Wiśle, przecież człowiek dorosły rzadko decyduje się na tak bezsensowną czynność. Oglądanie krzaka i Wawelu z wody. A Julek siedział, rozparty jak lord w loży lordowskiej i spoglądał na miasto szeroko otwartymi oczyma. Żadna woda nie jest tak niebieska, jak te jego oczy. Mało, a ryb i głębin można się dopatrzeć. Plus wiele, wiele pierdół: siłowanie się na przedramiona, wizyta w Muzeum Techniki na Wawrzyńca, gdzie nauczyliśmy się bardzo wiele o kole. Julek ma ponad trzy lata i wychodzi z niego mały, wredny egoista, jak chyba ze wszystkich dzieci w tym wieku, ten fakt jest poza wszelka miłością, jaką my, rodzice, czujemy względem rozbrykanego potomstwa. Do trzylatka należy cały świat. Zabawki, którymi nawet się nie bawi ciągle musi posiadać na wyłączność, nie mogą być użyczone, choć ojciec także chce pojeździć zdalnie sterowanym kabrioletem. Krzesło w tramwaju także ma jedynego właściciela, podejrzewam, że jest jak ta loża lordowska, królewska. Uzurpator zostaje zepchnięty. Nie znam się na psychologii ewolucyjnej ale wydaje mi się, że w tym właśnie wieku ujawnia się świadomość własnego istnienia. W jakiś sposób człowiek przychodzi na świat choć już jest na tym świecie. Czy istnieje bardziej piorunujące doświadczenie od nagłego – lub stopniowego – pokapowania się „ja jestem. O rety. Ja jestem”? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo jak nikt nie umie sobie wyobrazić co wcześniej było kiedy go nie było. Wówczas musi zrodzić się wrażenie, że cały świat podporządkował się tej fundamentalnej zmianie, jakoś ułożył się podług niej i oczekiwań nowego, kipiącego od chęci umysłu. Tak chyba myśli trzylatek, bo i czemu miałby inaczej myśleć. To też ma wymiar tragiczny. Od poczucia mocy przez lata uświadamiania sobie własnych ograniczeń (poczucie siły, właściwe berbeciom w wieku Julka powraca, na szczęście, u nastolatków, a niektórzy już wiedzą, jak sprawy się mają z kryzysem wieku średniego). Patrzę na to wszystko z przyjemnością, choć szarpanie się z małym czasem jest po prostu przykre, zwłaszcza kiedy jednak zdołam go zawstydzić. Wstyd małego chłopca, obserwowany na długość ramienia skupia tyle emocji – sprzecznych, a jak – że sam czuję się jak facet, który mało co czuje. Jaskinia platońska uczuć, dzieci są w prawdzie, nam zostały cienie.
Za to wczorajszy dzień był po prostu cudowny. Popisałem sobie, a potem, uderzony kryzysem twórczym zapragnąłem wykasować nie tylko dopinaną właśnie pierwszą wersję „Nocy sobowtórów”, ale i cały dysk twardy, wszystko co naknociłem. Jak wyobrażę sobie opierdol od bliskich, uświadomienie sobie tego, co nawyczyniałem, próby odzyskiwania danych to teraz się śmieję. Jakby ganiać z ogniem z dupy na metr. Przekonanie o kryzysie i niemocy, własnym głębokim skretynieniu wzięło się oczywiście stąd, że mi za dobrze, wszystko idzie świetnie od strony zawodowej, przeglądałem niedawno zeszycik z pomysłami notowanymi podczas jazdy przez Stany. Nabazgrane, ale ile tego? Więc było mi po prostu za wspaniale. Kiedyś w jakimś ładnym miejscu wydłubie sobie oko. Ale ale, przecież wszystko potem zniknęło. Poszliśmy z A i D (Anno Domini?) na Pola Mokotowskie napić się piwa, czy tam czegoś jeszcze innego, chwycić kawałek zdychającego lata, rzuciło nas na ognisko w Lolku, naprawdę. Knajpa pod chmurką, pełno ludzi, a my przycupnęliśmy na ławeczce, przy krzaczku, między nami trzaskał sobie ogień. Dokładaliśmy grube szczapy i nawet zespół był, obowiązkowo beznadziejny, ale gdyby fajnie grali odczułbym przesyt fajności i posmutniał. Szkoda, że nieustannie ujawniają się zakusy na to miejsce. Biurowce chcą budować, ja wam dam! Z krakowskimi dłońmi jest zupełnie inaczej, należałoby się ich pozbyć. To bezsensowny płat zieleni gdzie nawet psa nie można wypuścić, a w tym miejscu akuracik zdałaby się porządna sala koncertowa, której Wszechświatowa Stolica Kultury zwyczajnie nie posiada. Pola Mokotowskie służą do wielu celów. Staruszkowie mogą pójść na spacer, rolkarze pojeździć, z psem da się przejść, jeszcze inni, jak my, zakotwiczą się w szacownych przez wiek i walną sobie bronka, nastolatki podskoczą w krzaczki na szybki numerek, czyli każdy znajduje coś dla siebie. Do tego, zupełnie nie znam tego miejsca, ledwo umiałbym pokazać je na mapie, trzeba prowadzić mnie za rękę, z metra do Lolka, z Lolka do Bolka, a jest przecież jeszcze Tola. Drobne tajemnice superspoko. Niedługo przyjdzie jesień i znów nie będzie dało się żyć.
Co jeszcze? W najbliższy weekend zapraszam na Trikon do Cieszyna. Ja będę na pewno, podrzucę jakąś sakiewkę z planami i pomysłami na nadchodzący rok szkolny. Od jutra wracam do biblioteki, czyli czeka mnie wielkie czytanie książek i prasy z lat pięćdziesiątych, do końca roku muszę skończyć książkę, bo inaczej to nie skończę jej nigdy. W ogóle, cholera jasna, mam czas czytać. Mam czas. Pierwszy raz od bardzo dawna, mam nadzieje, że to nie jest zły omen. Od dziś zaczynam tez wielkie przechodzenie „Alan Wake”.

horror, horror (20): “Rojo sangre”

Ogromne rozczarowanie. Nigdy nie załapałem się na kult Paula Naschy. Przeczytałem w sieci: umarł Paul Naschy. No szkoda, po chłopie, ale kto to był? Taki hiszpański Vincent Price, etatowy wilkołak. Acha. Ale z „Rojo sangre” łączyłem pewne nadzieje, że względu na ciekawy pomysł: Stary aktor próbuje utrzymać się za wszelką cenę w zawodzie, aktora aktorzy Naschy, a cały film nawiązuje do jego wcześniejszych dokonań, otrzymujemy rodzaj autotematycznej zabawy, liczyłem na coś mocnego i autentycznego, jakieś podsumowanie życia lokalnego gwiazdora filmów klasy B. dostałem bezsensowną opowieści o gościu, którego smutek zmienia w seryjnego mordercę, jest w tym diabeł, filmy snuff, jakieś laski, wszystko fatalnie nakręcone, jeszcze gorzej zagrane i tak idiotyczne, że nie mogłem uwierzyć. Ciekawy był tylko wewnętrzny moment utraty wiary w dzieło. Oglądam, pełen dobrych przeczuć, trafia do mnie bzdura za bzdura, przyjmuję je jago grę konwencją, ukłon w stronę tego, co rzeczywiście Naschy robił, aż znajduję siebie w wilczym dole, otoczonego przez kretynizmy. Jest to tak potworne, że wstyd trailer wrzucic, dobrze, że go nie znalazłem. Za to składak z co piękniejszymi momentami kariery Naschy’ego skłania do stwierdzenia, że jednak chłopa szkoda. Jedyny znany mi aktor który grał wyłącznie włosami a zaczeską zwłaszcza.

Warszawiacy, rozdział XXII i wcześniej

Jak szybko to leci, pomyślał Piotrek i wrócił do gazety. Kamila zerkała mu przez ramię.
– Nie możesz wytrzymać, co?
– Po prostu tego nie lubię. O, to może być niezłe.

Parter w domku na starym Mokotowie, dwa pokoje, słoneczna kuchnia z wyjściem na ogród. Ogrzewanie na węgiel.
– Nie piszą, jakie są okna. Trzaśnie mrozem i będzie do wiwatu.
Przejechała palcem po jego przedramieniu.
– Razem cieplej.
– Lepiej coś zamów.
Siedzieli w Doozo sushi na Brackiej, gdzie było biało i azjatycko, popijali japońskie piwo, a Piotrek wolał już garbić się nad ogłoszeniami mieszkaniowymi niż nad kartą. Dotąd myślał, że takie egzotyczne dziwadła wsuwają tylko turyści i popieprzeni bananowcy z prywatnych uczelni. Jakieś maki. Surowe ryby. Ryż jak butapren.
– Wybierz mi coś – poprosił. I zaraz dodał – ile by za to było whooperów?
– Czasem jesteś straszny dzieciak. No, hej, co cię gnębi.
– E tam.
– Żadne tam e.
Piotrek nabrał powietrza. Przecież nie mógł powiedzieć. Kamila to fajna dziewczyna i chyba ją kochał, ale pewne rzeczy lepiej zostawić dla siebie. Choć wytargała go spod kół. Stolik dalej siedzieli zmęczeni zakochani. On – podstarzały młodzieżowiec w luźnych portkach i koszulce adidasa, pod którą prężyły się bicepsy wymęczone na siłowni. Ona – śliczna blondynka z pornograficznym biustem. Pewno wołają na nią „Doda”. Trzymali się za ręce ale każde patrzyło w inną stronę.
– Myślę o tych oknach. Jop gadał, że to najgorsza rzecz. Jego chłopak wynajął niedawno mieszkanko na Hożej, niby tanio, niby wysoko, pokój z antresolą. A od grudnia, kochanie, dawało jak w psiarni. Grzał prądem i mało co poszedł z torbami.
– Jop to twój kumpel z pracy?
– No. A może lepiej to? – zastukał w ogłoszenie – tylko jeden pokój, ale na MDMie. Dojeżdżałbym na Pragę z placu Na Rozdrożach. Choć… – gadał tylko żeby gadać – to znów Klima sądzi, że jak dwoje zamieszka w jednym pokoju to rozwód murowany.

dalej

ze względu na urlop nie wrzucałem informacji o ukazujących się regularnie odcinkach. Przypominam, że można je znaleźć tutaj, na stronie projektu.

Next Page »