Archiwa dla September, 2010

o “burning bright” w nowej fantastyce

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Istnieje niezliczona ilość sposobów wpędzenia bliźniego w czarną rozpacz – życie zaraz nabiera kolorów dzięki tej ciemnicy. Na przykład: jesteś sobie świeżo osieroconą studentką, która akurat nie ma czasu i szmalu na studiowanie, za to targa krzyż w postaci autystycznego braciszka. Zgodnie z obowiązującym dziś modelem zachowań decydujesz się pozostawić go w przytułku, niestety – ojczym akurat wyciągnął całą kasę z konta. Żegnaj akademiku, pa, pa chłopcy, adios wódeczko i skręciku. Wstrząśnięta i rozczarowana pędzisz na prowincję pogawędzić z zastępczym tatuśkiem. Pytania narzucają się same: czemu buchnąłeś forsę przeznaczoną dla dziecka i to upośledzonego? Dolary akurat upośledzone nie są. Do czego ich potrzebowałeś? Remont domu? Nowy samochód? Pożyteczna inwestycja, która zapewni naszej rodzinie bezpieczną przyszłość? Ojczym mruży oczy jak z Andersena i rzecze: Kupiłem tygrysa bengalskiego.
Mniej więcej taką rozmowę odbywa nieznane z imienia dziewczę (Briana Evigan). Tygrys ma stanowić ozdobę parku safari, w którym, zgodnie z amerykańskim wyobrażeniem o przyrodzie, szaleją zwierzęta ze wszystkich kontynentów. Zwierzę to, z natury niezbyt sympatyczne, tu zostaje przyrównane do samego diabła. Nie chcieli go nawet w cyrku, gdyż uwolnił się i zżarł konia z kopytami. Na domiar złego dostarcza go sam Meat Loaf. Dalszy rozwój wydarzeń nietrudno przewidzieć. Ojczym, jak na ojczyma przystało, targa klatkę do domu i wypuszcza wygłodniałe zwierzę. Dziewczę będzie musiało zmierzyć się z tym niecodziennym przeciwnikiem i ocalić autystycznego braciszka, który nie ma pojęcia, co wyrabia się wokoło i zachowuje się co najmniej niestosownie do sytuacji. Tu zacznie wrzeszczeć, tam sobie pójdzie, zdradzi każdą kryjówkę i niewiele brakuje, by zechciał się zabawić z nowym, pasiastym przyjacielem. Scenarzyści, wymyślając tytuł, zadłużyli się u Williama Blake’a, za to wykonali tytaniczną pracę, próbując nadać tej prostej opowiastce pozór prawdopodobieństwa.

reszta w numerze październikowym

Warszawiackie zaległości

połapałem się, że zupełnie zapomniałem o wrzucaniu nowych odcinków “Warszawiaków” tutaj.
więc proszę:

rozdział XXVI

rozdział XXVII


rozdział XXVIII

powieść zmierza pomału do finału, mam nadzieję rozbudowanego. Jeśli znów zapomnę – odcinki ukazują się co piątek na www.ha.art.pl

machete

O czym jest ten film, wiadomo i nie ma co streszczać: maleńki wzwyż Danny Trejo przez półtorej godziny zabija straszną ilość ludzi, umilając sobie czas kolejnymi panienkami. Wydaje mi się, że Rodriguez jako reżyser dużo trafniej rozumie „złe kino” niż reżyser Tarantino, którego w większości przypadków nie da się oglądać, taki jest inteligentny. W każdym razie, uśmiałem się jak norka, a potem zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób ten film – podobnie jak „Desperado” czy „Planet Terror” obejrzy ktoś o perspektywie zupełnie innej niż moja, to znaczy taki osobnik, który nie zetknął się ze złym kinem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dlaczego nie? Sam ledwo pamiętam tamte filmy, zostały we mnie już prędzej chwyty reżyserskie, montażowe, czy poszczególne sceny, młodsi, urodzeni w ostatniej dziesięciolatce nie mają obowiązku znać nawet tego. I nie znają. W jaki sposób odbiorą tę archaizację, trudno mi stwierdzić, zastanawiałem się i trudno, bo też nie sposób przewidzieć, jak zareagowałbym na pierwszego, powiedzmy, Freddy Kruegera gdybym zobaczył go dzisiaj. Lekkość „Machete” sprawia nielichą uciechę, skład ekipy aktorskiej nasuwa skojarzenia z „Niezniszczalnymi” grają tam ci, którzy z różnych przyczyn się nie załapali do ekipy Stallone’a. Zarazem, ten kawałek kina ze swych założeń zupełnie nie poddaje się krytyce, gdyż to wszystko, co świadczyłoby na jego niekorzyść – dziury scenariuszowe, bezładny montaż w końcówce, dziwna kompozycja – tłumaczy się filmowym kontekstem. Innymi słowy, gdyby „Machete” który jest złym filmem z założenia okazał się jednak dobry, rozczarowałby swych docelowych odbiorców, oczekujących złego filmu, zarazem byłby to właśnie zły film w ich oczach, gdyż nie spełnił oczekiwań i koło się zamyka. Znów nie do końca: są różne rodzaje rzeczy niedobrych, sprawiających nam przyjemność. W każdym razie, mamy kolejne dziełko, zdolne, w piątkowe wieczory, szturmem zawojować akademiki i mieszkania studenckie. Tylko boje się, że ludzie po takim seansie zaraz uznają, że to takie łatwe kręcić bzdury, chwycą kamery pójdą do lasu czy pijanego sąsiada robić swoje, bawić się w aktorów, reżyserów i scenarzystów, następnie owoce swego wysiłku upublicznią, w skutek czego internet stanie się jeszcze gorszy, w złym sensie gorszości.

nowy numer “Lśnienia”

i trailer do numeru:

tam oczywiście mój felieton.
zapraszam do kupowania i kartkowania.

tydzien z głowy (102)

Niewiele jest tak nieporęcznych literacko tematów jak radość. O smutku umiemy pisać bardzo dobrze, znamy różne barwy zasmucenia i wiele powodów, żeby w smutek popaść. Nie tylko, bo jest także melancholia, rozdarcie wewnętrzne, rozpacz, egzystencjalna pustka, noc ciemna i wiele, wiele innych stanów, którym pisarze zajmują się mniej więcej od kiedy istnieją. Radość zaś jest nieufna i chyba niemożliwa do opisania w sposób wiarygodny, tak, aby czytelnik uwierzył. Radosne wiersze Wierzyńskiego natychmiast budzą podejrzliwość: naćpał się chłop, nawalił czymś procentowym? Może frunie na skrzydłach zakochania? Inaczej Chesterton, przeczytałem dzisiaj fragment o puszczaniu fajerwerków w jego „Heretykach” nabierając natychmiast ochoty żeby samemu odpalić jakąś racę. Mam jednak wrażenie, że ten katolik, a zarazem niestrudzony piewca zmysłowości nieustannie wywoływał swoje buteleczki i karnawały, gdyż był to jedyny sposób na odwrócenie uwagi od najpowszechniejszej praktyki chrześcijaństwa, którą jest zimny kościół i smutny ksiądz w tym kościele. Z kolei hedoniści literaccy nurzają siebie, swoich bohaterów w przyjemnościach, gdyż tylko odurzenie może oddalić na chwilę poczucie straszliwej, egzystencjalnej grozy ludzkiego życia (w rozmowie z ST rzuciłem, że to pic na wodę z tą grozą, życie to nieustanny katar, ćmienie zęba, wrzód na dupie – „da się” żyć tylko mrowi). Zdaniem Palachniuka ocalenie znajduje się w miłości, za to Hunter Thompson koniec końców strzelił sobie w głowę. Tak w kółko Macieju. I dlatego o radości ciężko jest pisać, sam nawet nie bardzo potrafię. Radość święta, radość zakochanego, radość narkomana, wszystkie inne rodzaje radości ma, przynajmniej w literaturze funkcję odwracania uwagi, to taka zasłona dymna, gadka-szmatka, papieros przed pójściem na front, czyli nic specjalnie poważnego. Z tego wpływa także taki wniosek, że jeśli ktoś podchodzi serio do bycia radosnym, to ma niepokolei w głowie, nic nie wie o życiu lub zaraz osunie się w rozpacz. Pisarz szczególnie boi się takiego osądu, przecież pisarz poważny być musi, w gruncie rzeczy nie ma za wiele poza tą powagą i dlatego, robaczki, piszemy takie smutne książki.
Byłem na wieczorze autorskim Wita, tak tutaj zapowiadanym. Wychodząc poza niezatapialne w tym kraju i życiu literackim „rąsia rąsię” rzucam otwartym tekstem, zwróćcie uwagę na tę książkę, choćby po to, żeby doświadczyć pewnego rodzaju osobliwości, zupełnie innej propozycji literackiej niż to, co zwykle zabieramy z księgarni. Wracając do spotkania, zwyczajnie miło było popatrzeć na salę nabitą po brzegi, ludzi zainteresowanych tym co mówi autor i przeciągających dyskusję ku jawnej irytacji uroczego prowadzącego. Potem wino i pogaduchy, najdzielniejsi wytrwali do piątej, a ja zasnąłem nie tylko pełen dobrych wspomnień i ubogacony ogromem zdań złożonych, których wysłuchałem, ale i w przekonaniu że coś takiego jak „życie literackie” jednak sobie istnieje, zgoda, to żywotność tapira z przetrąconym kręgiem szyjnym, niemniej jednak-jest. A wyraża się w pewnej wspólnocie myśli, rozumianej jako zgodne wyliczenie zagadnień, tropów i estetyk ważnych dla pisania (choć przy kompletnie rożnych formacjach intelektualnych poszczególnych pisarzy) które potem podejmujemy, każdy na swój sposób, zupełnie inaczej. Choćby „Chochoły”, taka powieść nie przyszłaby mi do głowy, wszystkie te smaki i pejzaże wewnętrzne są mi obce, a jednak ten odległy świat wyrażony dalekim mi słowem wziąłem za intymną gadkę skierowaną właśnie do mnie.
Peron na krakowskim dworcu, palarnia. Podchodzi do nas mężczyzna w typie dżinsowym, dość mocno zużyty, za to otoczony aurą ledwo przetrawionego, taniego alkoholu, uśmiecha się i przedstawia swoją sprawę. „Powiem otwarcie, piłem całą noc i chuj, pieniądze dostanę jutro, a potrzebuję pięciu złotych na nalewkę dla siebie i kolegów.” Rozglądam się i rzeczywiście, koledzy są, zwracają ku mnie oczy zmaltretowane, lecz pełne nadziei. Jak tu odmówić, czy ktoś, kto choć raz zetknął się z rozdzierającą wnętrze alkoholową potrzebą w ogóle odmówić może? Jasne że nie. Zbieramy drobne, wręczamy dżinsowemu mężczyźnie, otrzymujemy wylewne, szczere podziękowanie, a ja także uścisk dłoni. Dżinsowy mężczyzna pozostawia mnie w poczuciu spełnienia dobrego uczynku, zwraca się ku swoim, niesie radosną nowinę. Pięć złotych! No to chłopów sponiewiera. „no to idźcie po nalewkę”, mówi, na takie dictum jeden z pijaków podrywa się i rusza, ale w złą stronę. „Gdzie ty idziesz, sklep jest w prawo” gromi go dżinsowy, tamten staje, mało, a ramionami wzruszy: „Po gitarę idę, jak gitarę przyniosę to pójdę po nalewkę”. Dżinsowego nie zadowala taka odpowiedź, domaga się korekty w scenariuszu zdarzeń: „Po gitarę to potem se pójdziesz, najpierw nalewka” rzecze i już wiadomo, że jego wola, jako życzenie dostarczyciela pięciozłotówki ma charakter decydujący, jego towarzysz mięknie i oddala się we wskazanym kierunku. Jaka gitara, myślę sobie jednak, skąd ci mężczyźni w ogóle gitarę mają, jakim cudem jej nie zgubili, nie przepili, nie roztrzaskali podczas pijackiej awantury? I co ważniejsze, skąd sklep z bełtem na dworcowym peronie? Gdzie on w ogóle jest. Ale wiem też, że duch w narodzie nie ginie.

horror, horror (23): cold prey

Oto horror co się zowie. Norwegia, zimno. Pięcioro przyjaciół wybiera się w góry na snowboard. No to już wiadomo, że dobrze nie będzie. Jeden łamie nogę, czwórka, życzliwa jak to w Skandynawii, wlecze go do opuszczonego hotelu, który, dziwnym zbiegiem okoliczności, akurat wystaje sobie zza pagórka. Tam się instalują, wykonując niemal wszystkie czynności, będące udziałem bohaterów filmów grozy w pierwszej połowie seansu. Tylko do spółkowania nie dochodzi, co można zrozumieć o tyle, że w górach jest zimno. Za to w piwnicy mieszka sobie facet z licznymi kilofami. Co dalej się podzieje zdołamy łatwo domyślić, bo „Cold Pray” rżnie bez obciachu z zacnych amerykańskich wzorców i znajdziemy nawet muzyczny cytat z „Phantasm”. I co z tego? Każdy rodzaj kina gatunku ma swoje przyzwyczajenia, od których trudno uciec, a norweskie dziełko udowadnia, że konwencja slashera/survivalu (nie rozróżniam) nie uległa całkowitemu wypaleniu. Wystarczy podejść do tematu na serio, wybrać sensownych aktorów, przysiąść nad scenariuszem dłużej niż wieczór, a gdy pojawi się dziura, zapchać ją zaraz pięknym kadrem z północną przyrodą.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

spotkanie z witem szostakiem w krakowie

Pretekstem dla tego wydarzenia jest oczywiście premiera nowej, znakomitej powieści Wita “Chochoły”. Mam przyjemny obowiązek prowadzić spotkanie. Także zapraszam, w czwartek 23 września 2010 r. o godz. 19 do Księgarni Hiszpańskiej “Elite” (Kraków, Mały Rynek 4).

szkoda

Właśnie kolega powiedział, że Wiesław Wnęk nie żyje, miał 65 lat. W jego siłowni dawno temu zaczynałem ćwiczyć. Był kulturystą w latach sześćdziesiątych, zdobył sporo tytułów, potem działaczem w czasach, kiedy kulturystyka, sporty siłowe oznaczały raczej dbanie o kondycję i dobry wygląd, a nie narcyzm i ładowanie hormonów po kablach. Nawet zagrał u Swinarskiego. Z tego co wiem, założył pierwszą siłke w Krakowie. Teraz co drugi macha ciężarami, skacze na bieżni, są magazyny, strony, portale, suplementacja, słowem ruch który jest zjawiskiem masowym. Sam się nie zainicjował. Niewiele umiem o jego, Wieśka, pozycji w środowisku ani o kondycji siłowni na Koreckiego w ostatnich latach (ta pierwsza, na Bernardyńskiej, bez obsługi, gdzie wypożyczało się klucze aby poćwiczyć, już nie istnieje), ale dość dobrze zapamiętałem tego sympatycznego gościa i ze zdumieniem stwierdziłem, że jego śmierć nie wywołała żadnych komentarzy w prasie, ani branżowej ani lokalnej. Dziwne to, ale zgodne z duchem współczesności, więc ja tutaj pozwalam sobie na mały sentyment. Szkoda chłopa. Oby pakował i prężył się w ciele chwalebnym, jak twierdzi Urbaniuk, który też tam ćwiczył. Jako bezbożnik życzę Mu życzliwej pamięci, oddania zasług, co niewątpliwie Mu się należy.

Tydzień z głowy (101)

W niedzielę wyruszyłem z Zielonej Góry zobaczyć syna, który mieszka w małej miejscowości pod Legnica. Według rozkładu oczekiwała mnie przesiadka na inny pociąg, powiedzmy, w Głogowie. Nie pamiętam prawdziwej nazwy tej miejscowości, a Głogów brzmi wystarczająco złowrogo. Wysiadłem, skorzystałem z półgodzinnej przerwy i wróciłem na peron, gdzie mój pociąg już czekał, tyle, że nie do końca był moim pociągiem: pusty w środku, zimnym, nikogo z obsługi, tylko dwóch innych pasażerów na peronie zdradzało rosnące zniecierpliwienie. Wreszcie wybiła godzina odjazdu, niemniej nic się nie podziało. Pociąg stał jak stał, nikt się nie zjawił. Dodam, że nic innego tego dnia do Legnicy już nie jechało. Wyznaczyliśmy z oczekującymi dyżury i popędziłem do kasy się dowiadywać. Tam pani ze swobodą właściwą jedynie pracownikom organizacji pożytku publicznego orzekła, że kurs do Legnicy, w ogóle wszystkie kursy w tym kierunku zawieszono i teraz mamy autobusy. To wspaniale, pytam, kiedy będzie autobus. Wtedy, co pociąg. czyli odjechał. Innego nie będzie. A dlaczego tak, proszę pani, czemu nie ogłosiliście tego przez megafon, przecież nie ja jeden czekałem. Problem dyżurnej ruchu poza tym ogłoszenie było, słyszę, pani, krowa, ja pierdzielę, wskazuje na świstek zawieszony koło kasy: przecież jest. Czemu pan nie pytał, czy pociąg jedzie, jak pan bilet kupował? Dzieliła nas szyba, która wyglądała na mocną (pasażer po mnie uznał za słuszne sprawdzić, owszem, mocarna), zapytałem, odganiając czerwoną plamę: to co teraz ze mną, proszę pani, jak ja mam dojechać do Legnicy? Problem dyżurnej ruchu. No to poszedłem, zaciskając pięści, odprowadzany przez wszech miar słuszne, prawdziwe jak Biblia i emocjonalne niczym kino kurwowanie wspomnianego w nawiasie, pasażera po mnie. Wyżebraliśmy busa.
Potem spędziłem parę dni z synem. Uczyliśmy się być. Czasem odpadałem, łapałem się na tym, że głowa jakaś wystudzona, a moje dłonie są dłońmi maszyny, a potem rzucało mnie zaraz w żar prostych czynności. Bo przecież trzeba obiad zrobić, dać lekarstwa – mały ciut przeziębiony, prychał śmiechem i szmaragdem gluta – pójść na spacer, na spacerze kupić zabawkę, pokazać, kierując się wspomnieniem z oryginalnego Kubusia Puchatka, że patyk ciśnięty w nurt niezawodnie wypłynie z drugiej strony mostu. Spełnić życzenia piosenkowe, bo mały interesuje się muzyką i nawet polubił Iron Maiden. Ułożyć do spania i poczytać te okropne bajki, albo wymyślić swoją, Prezes i Kreska, zaglądać potem i sprawdzać, czy dobrze mu się śpi, nie twarzą do dołu. Kiedy wyjeżdżałem w środę, dopadło mnie bardzo mocne uczucie żalu, może nawet czegoś więcej, czegoś bardzo rozdzierającego, że życie dwóch facetów tak ich rozdzieliło, jaki w tym mój udział? Ale minęło stosunkowo szybko, jak zawsze, ale już nauczyłem się nie nienawidzić siebie za to, że właśnie tak mija, że ominąć je umiem i dalej normalnie żyć.
W hoteliku, w tym małym miasteczku, w pociągu, a potem w domu, z Prezesem i Kreską rozwalonymi na laptopie przemienionym w stacjonara trochę popisałem, mniej więcej tyle ile miałem napisać. „Widma”, felieton do Przekroju, jedna recenzja, odcinek „Warszawiaków”, zredagowałem długie opowiadanie kumpla, o co mnie prosił, jeszcze coś się zdarzyło, o, wredny i nikczemny felieton dla portalu kobiecego. Przeczytałem ze trzy książki, a kupiłem dwie. W środowy wieczór, prosto z małej miejscowości zawitałem do kumpla w Oławie, wyrwać sobie zęba, czego w końcu nie zrobiłem, za to, co tez ważne, wypiliśmy całkiem dobre whisky i obejrzeliśmy całkiem beznadziejny film („Prince of Persia”), w skutek czego poranek czwartkowy minął na odkrywaniu gier przeglądarkowych, za to w pociągu pracowałem dzielnie, nawet dzielniej niż powinienem, bo klawiatura w notebooku pada. W piątek, dzień po przyjeździe popędziłem na siłownię żeby przekonać się, że forma ciut spada i jeśli nie wrócę do regularnego trenowania trzy razy w tygodniu, to plany dobicia do 140 na prostej mogę sobie wsadzić. Wieczorem zjechał L. dowiedzieć się, czy giełda płytowa pod Hybrydami ciągle działa, otóż nie działa. W międzyczasie zdążyłem się pochorować, to znaczy złapać katar, ale ponieważ w ogóle nie choruję, nawet na katar, zaraz myślałem, że umrę, „do tego w skutek tego”, że zachorowałem (na katar) dopadła mnie stara dziwka, bezsenność. Kiedyś szmatę zwalczę. Nie ma to jak przewracanie się w wyrze noc całą, otulonym we własne smarki. Wszystko to razem odebrało mi jakąkolwiek zdolność pracy, zwyczajnie nie potrafiłem wydobyć z siebie słowa ani myśli, szczęściem był L, który doskonale opanował przepis na grzańca z wbitym żółtkiem. Bardzo pomogło i dzisiaj uznaję, że jestem tylko chory przewlekle. Przeleżeliśmy całą sobotę, rozciągnięci niczym trupy wyrzucone na brzeg przez morskie fale z zarazą w spienionej pianie i przelecieliśmy drugą połowę piątego sezonu „Supernatural”, mojego podróżnego serialu, który okazał się także serialem dobrym na niemoc. Teraz jakoś we dwóch kręcimy się, czekając na A., która wraca z jakichś wielkich wojaży i to jest bardzo miłe czekanie.
Miałem podsumować i podsumowałem. Bo ostatnie sto tygodni, z całą masą wydarzeń pięknych, zabawnych, wkurwiających i trudnych doprowadziły mnie to tego miejsca i tego rytmu dni, powtarzającego się od dłuższego czasu, oczywiście z pewnym przemieszaniem, nie jeżdżę do Ju raz na tydzień, lecz raz na miesiąc, L jest u mnie po raz pierwszy, rzadziej podejmuję próbę wyrwania zęba, znikający pociąg zdarzył mi się jak i L w Wawie, ujawniam pewną zasadę i tempo jej ujawniania się w codzienności, mniej więcej właśnie tak to wygląda i nie bardzo chcę, żeby się zmieniało, boję się, że się zmieni, choć nic na to nie wskazuje. Wydarzenia skrywają uczucia, zamysły, plany.

obraz inspirowany “Tracę ciepło”

namalowała Monika Winnicka. więcej prac można zobaczyć na stronie artystki

Next Page »