W niedzielę wyruszyłem z Zielonej Góry zobaczyć syna, który mieszka w małej miejscowości pod Legnica. Według rozkładu oczekiwała mnie przesiadka na inny pociąg, powiedzmy, w Głogowie. Nie pamiętam prawdziwej nazwy tej miejscowości, a Głogów brzmi wystarczająco złowrogo. Wysiadłem, skorzystałem z półgodzinnej przerwy i wróciłem na peron, gdzie mój pociąg już czekał, tyle, że nie do końca był moim pociągiem: pusty w środku, zimnym, nikogo z obsługi, tylko dwóch innych pasażerów na peronie zdradzało rosnące zniecierpliwienie. Wreszcie wybiła godzina odjazdu, niemniej nic się nie podziało. Pociąg stał jak stał, nikt się nie zjawił. Dodam, że nic innego tego dnia do Legnicy już nie jechało. Wyznaczyliśmy z oczekującymi dyżury i popędziłem do kasy się dowiadywać. Tam pani ze swobodą właściwą jedynie pracownikom organizacji pożytku publicznego orzekła, że kurs do Legnicy, w ogóle wszystkie kursy w tym kierunku zawieszono i teraz mamy autobusy. To wspaniale, pytam, kiedy będzie autobus. Wtedy, co pociąg. czyli odjechał. Innego nie będzie. A dlaczego tak, proszę pani, czemu nie ogłosiliście tego przez megafon, przecież nie ja jeden czekałem. Problem dyżurnej ruchu poza tym ogłoszenie było, słyszę, pani, krowa, ja pierdzielę, wskazuje na świstek zawieszony koło kasy: przecież jest. Czemu pan nie pytał, czy pociąg jedzie, jak pan bilet kupował? Dzieliła nas szyba, która wyglądała na mocną (pasażer po mnie uznał za słuszne sprawdzić, owszem, mocarna), zapytałem, odganiając czerwoną plamę: to co teraz ze mną, proszę pani, jak ja mam dojechać do Legnicy? Problem dyżurnej ruchu. No to poszedłem, zaciskając pięści, odprowadzany przez wszech miar słuszne, prawdziwe jak Biblia i emocjonalne niczym kino kurwowanie wspomnianego w nawiasie, pasażera po mnie. Wyżebraliśmy busa.
Potem spędziłem parę dni z synem. Uczyliśmy się być. Czasem odpadałem, łapałem się na tym, że głowa jakaś wystudzona, a moje dłonie są dłońmi maszyny, a potem rzucało mnie zaraz w żar prostych czynności. Bo przecież trzeba obiad zrobić, dać lekarstwa – mały ciut przeziębiony, prychał śmiechem i szmaragdem gluta – pójść na spacer, na spacerze kupić zabawkę, pokazać, kierując się wspomnieniem z oryginalnego Kubusia Puchatka, że patyk ciśnięty w nurt niezawodnie wypłynie z drugiej strony mostu. Spełnić życzenia piosenkowe, bo mały interesuje się muzyką i nawet polubił Iron Maiden. Ułożyć do spania i poczytać te okropne bajki, albo wymyślić swoją, Prezes i Kreska, zaglądać potem i sprawdzać, czy dobrze mu się śpi, nie twarzą do dołu. Kiedy wyjeżdżałem w środę, dopadło mnie bardzo mocne uczucie żalu, może nawet czegoś więcej, czegoś bardzo rozdzierającego, że życie dwóch facetów tak ich rozdzieliło, jaki w tym mój udział? Ale minęło stosunkowo szybko, jak zawsze, ale już nauczyłem się nie nienawidzić siebie za to, że właśnie tak mija, że ominąć je umiem i dalej normalnie żyć.
W hoteliku, w tym małym miasteczku, w pociągu, a potem w domu, z Prezesem i Kreską rozwalonymi na laptopie przemienionym w stacjonara trochę popisałem, mniej więcej tyle ile miałem napisać. „Widma”, felieton do Przekroju, jedna recenzja, odcinek „Warszawiaków”, zredagowałem długie opowiadanie kumpla, o co mnie prosił, jeszcze coś się zdarzyło, o, wredny i nikczemny felieton dla portalu kobiecego. Przeczytałem ze trzy książki, a kupiłem dwie. W środowy wieczór, prosto z małej miejscowości zawitałem do kumpla w Oławie, wyrwać sobie zęba, czego w końcu nie zrobiłem, za to, co tez ważne, wypiliśmy całkiem dobre whisky i obejrzeliśmy całkiem beznadziejny film („Prince of Persia”), w skutek czego poranek czwartkowy minął na odkrywaniu gier przeglądarkowych, za to w pociągu pracowałem dzielnie, nawet dzielniej niż powinienem, bo klawiatura w notebooku pada. W piątek, dzień po przyjeździe popędziłem na siłownię żeby przekonać się, że forma ciut spada i jeśli nie wrócę do regularnego trenowania trzy razy w tygodniu, to plany dobicia do 140 na prostej mogę sobie wsadzić. Wieczorem zjechał L. dowiedzieć się, czy giełda płytowa pod Hybrydami ciągle działa, otóż nie działa. W międzyczasie zdążyłem się pochorować, to znaczy złapać katar, ale ponieważ w ogóle nie choruję, nawet na katar, zaraz myślałem, że umrę, „do tego w skutek tego”, że zachorowałem (na katar) dopadła mnie stara dziwka, bezsenność. Kiedyś szmatę zwalczę. Nie ma to jak przewracanie się w wyrze noc całą, otulonym we własne smarki. Wszystko to razem odebrało mi jakąkolwiek zdolność pracy, zwyczajnie nie potrafiłem wydobyć z siebie słowa ani myśli, szczęściem był L, który doskonale opanował przepis na grzańca z wbitym żółtkiem. Bardzo pomogło i dzisiaj uznaję, że jestem tylko chory przewlekle. Przeleżeliśmy całą sobotę, rozciągnięci niczym trupy wyrzucone na brzeg przez morskie fale z zarazą w spienionej pianie i przelecieliśmy drugą połowę piątego sezonu „Supernatural”, mojego podróżnego serialu, który okazał się także serialem dobrym na niemoc. Teraz jakoś we dwóch kręcimy się, czekając na A., która wraca z jakichś wielkich wojaży i to jest bardzo miłe czekanie.
Miałem podsumować i podsumowałem. Bo ostatnie sto tygodni, z całą masą wydarzeń pięknych, zabawnych, wkurwiających i trudnych doprowadziły mnie to tego miejsca i tego rytmu dni, powtarzającego się od dłuższego czasu, oczywiście z pewnym przemieszaniem, nie jeżdżę do Ju raz na tydzień, lecz raz na miesiąc, L jest u mnie po raz pierwszy, rzadziej podejmuję próbę wyrwania zęba, znikający pociąg zdarzył mi się jak i L w Wawie, ujawniam pewną zasadę i tempo jej ujawniania się w codzienności, mniej więcej właśnie tak to wygląda i nie bardzo chcę, żeby się zmieniało, boję się, że się zmieni, choć nic na to nie wskazuje. Wydarzenia skrywają uczucia, zamysły, plany.