Archiwa dla October, 2010

tydzień z głowy (107)

W znakomitej książce Mary Roach „Sztywniak” znajduje się fragment o umiejscowieniu duszy. Tradycyjnym jej domem, jak wiemy, ma być głowa, choć wcześniej wskazywano serce, a Kartezjusz upodobał sobie szyszynkę. Za to starożytni Babilończycy pozwolili sobie na odmienny pogląd (biorąc pod uwagę historię rozwoju cywilizacji ludzkiej, to raczej my mamy zdanie różne od mieszkańców Babilonu, dobrze, że tylko w tej sprawie). Wskazywali wątrobę mianowicie. To tam, ich zdaniem gromadziła się wątła, ale jednak esencja człowieczeństwa: siły witalne, duch. Mogę się z tym zgodzić, kruchy to organ (umiejscowiony poniżej żeber) lecz kruchy też jest człowiek. Dla Babilończyków wątroba wydawała się ważna także z innego powodu. Uprawiali hepatoskopię, czyli wróżenie z wątroby, wydartej owcy. Znam czterech ludzi o ksywie Owca i zastanawiam się, co sądzą o swych tak szczególnych zdolnościach profetycznych. Czemu jednak owca? Owca? Czy w tych zwierzętach, w rozpruwaniu im brzuchów starożytni upatrywali czegoś szczególnego? Podejrzewam, że nie i decydowały względy praktyczne: akurat uśmiercenie owcy nie łączy się ze szczególnym kłopotem. A więc do poznawania przyszłości nadawałaby się każda wątroba, moja także. Mógłbym ją teraz wydobyć z siebie i napisać tutaj, jakie ujrzałem jutro, jeśli oczywiście zdołałbym jeszcze uderzać zakrwawionymi palcami w klawiaturę, jeśli oszołomione wiedzą oczy nie zatraciłyby zdolności widzenia. Po co w ten sposób, w Babilonie nie znano rentgena, więc chętnie pójdę, choćby zaraz do pana doktora się prześwietlić i poprosić o wróżbę: boje się tylko, że takowa będzie konkretna, związana ze mną i nie usłyszę nic sympatycznego.
Najstarszy artefakt wątrobiany zawdzięczamy Etruskom. Niewielki przedmiot z pierwszego stulecia p.n.e. odnaleziono w miejscowości Piacenza, (w 1877) gdzie znajduje się do tej pory. Jest to wątroba owcy, a skoro to stwierdzono, znaczy, że rzeźbiarz znał się na anatomii tych stworzeń, że Etruskowie byli całkiem nieźli w owczych wątrobach i mieli dlań nielichy szacunek. Przyglądam się zdjęciu – niewątpliwie wątroba, pokryta pajęczynką magicznych znaków. Wyryto mapę nieba i boskie imiona, siekiery. Nie ulega wątpliwości, że wątroba była szalenie ważna dla Etrusków, do tego ten akurat egzemplarz jest chyba najstarszym tego rodzaju organem na świecie. Pomyślmy tylko, ile więcej wart byłby gdyby działał. Jakie byłyby jego losy? Zapewne przeszedłby w ręce jakiejś bogatej rodziny, słabej genetycznie lub rozmiłowanej w nieumiarkowanym korzystaniu ze stołu i baru. Doszłoby zapewne do przekazywania tego cudownego ustrojstwa. Widzę to w ten sposób: patriarcha, głowa rodu kona z wolna otoczony przez bliskich. Przy wezgłowiu czuwa pierworodny. W innej sytuacji, ręka umierającego przekazałaby mu rodowy pierścień. Tu oczy ojca rozjaśnia ostatni już błysk, jakby przez pomarszczone powieki przebijał się już blask wieczności. Ojciec jeszcze szepcze coś synowi na ucho i opada na poduszki, pędzi ku niemu chirurg z asystentką, rozkrawają ciało w ostatniej chwili życia i wydobywają wątrobę: organ święty, bezcenny, nieśmiertelny, by służył nowemu nosicielowi.

Przykry los Prometeusza jest szeroko znany: tytanowi przykutemu do skał Kaukazu orzeł – lub sęp – wyszarpywał wątrobę. Ta odrastała przez noc i heja, od nowa. Dlaczego akurat wątroba? Niewiele wiem o jej znaczeniu w greckich wierzeniach. Platon utrzymywał (a Talmud potwierdził), że najmroczniejsze, najdziksze pasje kryją się właśnie w tym ogromnym organie, czyli Prometeusz na skale tracił cechy wojownika, odzyskiwane następnie przez noc. Ja dopuszczam dwie odmienne możliwości. Starożytni uważali ją za część ciała, którą można pomału sobie wydziubać. Z sercem, z płucami, z mózgiem, taka sztuczka by nie przeszła. Całkiem możliwe, że obcujemy z pradawną intuicją medyczną i możliwości regeneracyjne tego kawałka ludzkiego wnętrza już ktoś wtedy rozpoznał. Więcej nawet, mamy tutaj pewną alegorię ziemskiego sposobu na rozrywkę: orzeł (sęp) i jego krwawy dziób symbolizowałyby więc wino dla starożytnych, w naszym ujęciu, wszelkie możliwe alkohole, rujnujące zdrowie, przysparzające cierpień, zarazem uchwycone jako konieczność, jako rachunek za dobre uczynki. Przyzwoici piją, łajdak jest trzeźwy. Albo inaczej, dobrzy piją od rana do wieczora, zwalają się w łóżko w chwili, gdy horyzont zasysa słońce, znajdując dla siebie, dla swojego ciała i umordowanej wątroby odrobinę odpoczynku, szansę na odbudowę.
Czy Platon miał rację? Różnorakie intuicje oraz wydarzenia zdają się to potwierdzać. Wątrobę zamieszkuje jakaś dzika siła, którą można posłużyć się dla własnych celów. Przewidywanie przyszłości jest atrakcyjne, nie dziwią mnie też próby wydarcia samej witalności, nie tylko wiedzy. Jakie takie pojęcie na ten temat miały plemiona pierwotne (te jednak najczęściej zjadały serce), Persowie, oraz niejaki John „Zjadacz wątrób” Johnson. Temu miłemu traperowi Indianie ubili żonę, też Indiankę. Taki już los małżeństw mieszanych. Wdowiec wyruszył na dwudziestoletnią krucjatę przeciw plemieniu, na które miał złość, każdego zabitego patroszył i wsuwał wątróbkę, przejmując, jak się zdaje, makabryczne wierzenia witalistyczne swoich przeciwników. Powstał nawet film z Robertem Retfordem („Jeremiah Johnson”), ale go nie widziałem. Być może taki akurat kanibalizm się zwyczajnie opyla, bo Johnson nie tylko zdołał unikać indiańskich pułapek, ale i przetrwał wojnę secesyjną i wiódł barwne życie do późnej starości, jest też jedynym ludożercą, któremu postawiono prawdziwy pomnik. Rzeźba stoi w Old Trail Twon (Cody, Wyoming). Zapraszam do oglądania.

Czemu piszę te androny? Powinienem tutaj zdradzać jakieś plany pisarskie, komentować otoczenie i chwalić własne przymioty. Pozornie zaprzeczam idei tej strony, w końcu zwie się ona orbitowski.pl, więc powinno być o mnie, nie o żadnych organach. Parę dni temu (właściwie dzisiaj, ten akurat tekst piszę z wyprzedzeniem) moja wątroba skończyła 33 lata. Wiek Chrystusowy za Nią. Zdrówko!

horror, horror (24): Reykjavik Whale Watching Massacre


Film wyróżniający się głównie tytułem i lokalizacją – nakręcili go Islandczycy na swoich wodach. W epizodycznej roli pojawia się Gunnar Hansen, który prawie czterdzieści lat wcześniej ganiał w masce z ludzkiej skóry na potrzeby „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Jak rozumiem, tytuł i obecność aktora ma zapewnić pewną ciągłość straszącą. Istotnie, dziełko pana Kempa jest wariacją na temat tamtego kawałka, tylko przeniesioną w warunki kutrowe. Znów psychopatyczna rodzinka skonfrontowana z grupą przybyszy, tym razem międzynarodowych, barwnych i wyjątkowo niezgranych. Zrezygnowano z nieaktualnych już, podtekstów społecznych (od czasów „Teksańskiej…” dekonstrukcja rodziny wielopokoleniowej dokonała się w pełni”) na rzecz bezpiecznej makabry, ot takiej, żeby puścić sobie w kinach. Mordowanie, jakość mordowania, jego pomysłowość jest tutaj wartością, stąd najróżniejsze fikuśne sceny: potrójne podpalenie, fruwająca główka, japończyk przekuty harpunem. Całość jednak sprawia dość mdłe wrażenie: nowością ma być sama sceneria statku i islandzki pejzaż, czego reżyser nie umie wykorzystać, a przecież w naszych czasach nie wypada już wierzyć w samograje. A ten, prosty przecież schemat gatunkowy wciąż ma coś do zaoferowania, żeby wspomnieć tylko australijski „Storm warning” czy norweski „Cold prey”. Takie sobie to, no.

Wraszawiacy r. 32

– Przejdziemy się? – zapytał Świętek. Była pewna, że coś się w nim zmieniło, ale nie wiedziała co. Zastanawiała się chwilę.
– Jakbym chciał cię dziabnąć, wziąłbym się z innej strony – zachęcał – Kosma ledwo łazi.
– Środkiem ulicy – zgodziła się. – ja od ulicy, ty taszczysz torbę.

Świętek rozłożył dłonie, a uśmiechał się, jakby miał w nie schwytać jakiś piękny prezent. Bez słowa chwycił walizkę za rączkę, otworzył drzwi i puścił Kamilę przodem. Wyszli na Marszałkowską, pełną świateł: neony, samochody, błyski wystaw udzielały wszystkiemu aury sztuczności. Ludzie jak maszyny, o brązowawych głowach i kanciastych szczękach, jakby nie wykończonych. Niżej mechaniczne psy.
– Nie zatłuką go jak twojego poprzedniego – odezwał się Świętek – nie, bo swój, inni nie chcą, a pewno też czują, że Kosma, menda i cap, zawsze ciągnął nas do złego. Nie patrz tak na mnie, mam swoje za uszami.
– Mów lepiej. Co z nim?
Przyglądał się jej chwilę: paznokcie na rozbieganych dłoniach przypominały potrzaskane muszle. Znów się uśmiechnął:
– Więc to taka para kaloszy!
Nie odpowiedziała, to i Świętek milczał. Na rogu z Koszykową puścił torbę i zaczął gmerać w tylnej kieszeni. Kamila zaraz się odsunęła, więc uniósł dłonie w pojednawczym geście i zaraz grzebał już dalej, za jej pozwoleniem. Wydobył skręta, płaskiego jak awizo, ubił i zapalił. Poszli dalej. Świętek mówił, nie wyjmując peta z gęby.
– Wszyscy, każdy jeden, jesteśmy po pół rytuału, pierwsze drzwi za nami, tera drugi i będziem Warszawiaki. Tam na dole, życie wieczne, kurwa ich mać. Jak mam wieczność siedzieć z tymi, no, tymi tamtymi, to mówię sobie, w grobie lepiej.
Co z nim jest nie tak, myślała.
– Piotrek chce, Piotrek zejdzie. Czemu nie dacie mi spokoju.
– Gdzie tam chce. Zgarnęli go z dworca, jak głupie prosię. Kosma sobie ubrdał, że Przejdą wszyscy i jak na moje, ma nie po kolei we łbie.
Zapach skręta był mokry i przykry, jakby napchać trocin w bibułę. Świętek brał krótkie buchy, wypuszczał przez nos.
– Mogłeś przyjść wcześniej.
Świętek machnął ręką.
– No ale nie przyszedłem, królewna to tak zawsze?
– Przestań z tą królewną.
– A niech będzie i caryca, jak sobie chcesz. Mogę oddać ci torbę i samemu się męczyć. Lepiej zejść razem, zabrać młodego nim będzie po ptokach. Porządny facet jest, sama wiesz, no nie?
– Zejść?
– Ano – kiwnął głową. – zejść na sam dół, do Warszawiaków – mówił, jakby proponował wypad po bułki – oni tam mają burdel jak w czterdziestym piątym, to nasza szansa, damy radę, we trzech. Musiałem trochę się zakręcić, ale co, chcesz, to pójdziesz, nie to nie.

dalej

opowiadanie i felieton w “Nowej fantastyce”.

“Noc sobowtórów”

Jest późno i dobrze, wypijam szybkiego drinka i ląduję z laptopem przy wolnym stoliku, wyświetlam cokolwiek i tylko wodzę myszką po obojętnym ekranie. Wokoło kłębi się młodzież, wesoła i dzika, spętana tylko przez modne ubrania, w czarnym swetrze wyglądam na przybysza z innego świata.
Ruda szczapa. Wracając z baru ląduje na kanapie koło mnie. Ma torebkę ze Snoopym.
Pozwalam jej mówić i prześwietlam ją na wylot. Nagle dziewczyna milknie i chce, żebym opowiedział o sobie.
– Co, jeśli wolę poopowiadać o tobie?
Wybucha śmiechem i nachyla się do mnie, pozwalam jej zostać i spełniam życzenie: przyjechałaś z małego miasta, twoi rodzice, jeśli jeszcze są razem dopiero niedawno dorobili się pieniędzy, jeśli nie, to wiedzie się tylko jednemu. Coś tam się stało, u ciebie w domu, bo przyjechałaś tutaj, założę się, że bliżej było miasto z dobrą uczelnią. Masz rodzeństwo. Jesteś najstarsza i przepychałaś drogę młodszym. Teraz jest twoja chwila, chwytasz życia ile możesz, tak jak na ciebie patrzę, ani trochę nie rozczarowałaś się Warszawą.
Lala robi wielkie oczy, mówi: “niezły jesteś”, a ja wiem, że średnio rozgarnięty chłop wyczytałby więcej z samej torebki ze Snoopym.
Ludzie są jak ryby o rozprutych brzuchach: można wróżyć.
Zamawiam jej trzeciego drinka, nie powinienem, upijanie nie wchodzi w sztukę uwodzenia, to tania sztuczka, wódka z kapelusza. Ale lala ssie słomkę, obraca ku mnie oczy z masła, przyciskam ją do siebie, osuwam się, jej głowa pochyla się nade mną: ciut rozczochrane włosy, ostry nos, zwierzątko. Mówi po zwierzęcemu: misiu, kocie.
Przyciskam ją mocniej, perfumy mieszają mi się z wonią szluga, jeśli tak wygląda Babilon to pora dać na mszę. Póki co wykonuję skomplikowany manewr, lewa dłoń pcha się w majtki, prawa gmera pod bluzką, jej oddech przyspiesza, całuje mnie, próbuje odepchnąć, ale rezygnuje, z odpychania, a nie z całowania.
Ten pocałunek ma mnie ukoić, dać czas. Zwalniam odrobinę.
Szepczemy sobie parę miłych słow. Mój rudzielec cały się rozczochrał. Pocą się jej plecy i jest w tym coś absolutnie cudownego: moja ręka na mokrej skórze. Jeszcze jeden pocałunek, odsuwa się, nie, to ja ją uwalniam. Patrzy spode łba. Spode główki. Bierze mnie za nadgarstek i przyciska do tego biednego cycka. Przez materiał bluzki czuję orzeszek sutka.
-Zaraz wrócę.
Podnosi się i cokolwiek chwiejnie wędruje w stronę łazienki, znika, ostatnim co widzę, to ładne nogi w starciu ze stopniami na piętro.
Patrzymy na siebie krótką chwilę.
Ja i Snoopy.
Ruchem, który znam aż za dobrze wybebeszam torebkę. Narysowane, psie ślepia zdają się zdradzać jakąś skargę. A w środku: szminka, puder, podkład, kredka do oczu, tampon, komórka, empetrójka, chusteczki, co dziwne, takie jakie kupuje się niemowlętom, płaski aparat fotograficzny, korektor. Mam tylko moment, przerzucam przedmioty, czekam, idiota, aż któryś mnie kopnie elektronem, prędzej rudzielec wróci: kredka ląduje w mojej kieszeni. Zapinam torebkę i wychodzę z knajpy.
Umykam, to lepsze słowo.
Nie chcę zdradzać Misi. Nie jestem aż takim sukinsynem.
Jestem coś wart, na razie, tak sobie myślę, z tymi dziewczynami jest jak z taksówką, mógłbym zamówić, ale wracam do domu na piechotę, tak właśnie chcę, obracam kredkę w kieszeni, zakładam obrączkę i śmieję się z zawstydzenia.

reszta w numerze.

I felieton “Bobo idzie”

Dziesięć lat temu horror azjatycki zrobił gigantyczne wrażenie z którego teraz niewiele zostało.
Doskonale pamiętam kinowy seans “Kręgu” ze wskazaniem na scenę, kiedy bobo wylazło z telewizora, spełniając śmiertelną klątwę. Po powrocie do domu próbowałem nastawić komputer w ten sposób, by nagranie z felernej kasety, dostępne w Internecie jako osobny filmik, ruszyło znienacka, wprawiając w przerażenie moich gości. Do dzisiaj zresztą rzeczone bobo stanowi moje własne kryterium straszności, horrorowy ekwiwalent znaczka “Teraz Polska”. Naprawdę przerażający film ma jedno bobo.
“Krąg” uruchomił całą serię epigońskich produkcji, będących nadnaturalną wersją japońskich opowieści o zemście – w swoich filmach, książkach, piosenkach nasi skośnoocy bracia zajmują się głównie tym tematem. Niektóre dziełka spełniały funkcję straszności, zwłaszcza jeśli uległy wzbogaceniu o kontekst pozaekranowy. Dawno temu w melinie, którą akurat zasiedlałem, oglądaliśmy z kumplami wczesną wersję “The Grudge”, znaną bodajże pod wschodnim szyldem “Ju-on”. Mogę się mylić, gdyż film ten doczekał się chyba dziesięciu mutacji, w tym trzech amerykańskich, ta była jeszcze tania, telewizyjna i prawdziwie straszna. Głównym generatorem straszności był dźwięk na kształt kociego miauknięcia, rozbrzmiewający w najmniej spodziewanych momentach. Zwiastował rychły zgon jednego z bohaterów.
Więc siedzimy, powiedzmy czterech chłopa i gapimy się w wypukły ekran, jakby nasze życie od tego zależało. Żadne słowo nie padnie, w palcach dopalają się zapomniane papierosy. Bez pukania, nad wyraz cicho – zapewne przez szacunek dla naszego skupienia – wtoczył się piąty kolega, wysłany uprzednio po browar. Ledwo żeśmy zarejestrowali jego wejście, nawet nie zerknąłem w jego stronę, ale domyślam się, że zamiast gapić się pod nogi kontynuował wędrówkę, wbijając wzrok w ekran. Nieszczęśliwym trafem nadepnął na ogon kotki Kreski, wylegującej się akurat na podłodze. Kotka Kreska wrzasnęła tak głośno jak tylko mogła, słusznie oburzona tak nagłym zmąceniem jej sowiego snu. Zerwaliśmy się na nogi, ktoś piszczał, ktoś za głowę się złapał. Staliśmy naprzeciw siebie, przerażeni i przejęci tym, że grobowy miauk przeniósł się z filmu tutaj, na melinę i nasze młode życia dobiegną zaraz końca. Czego bardziej byłoby szkoda – nas, miejscówki – nie wiem.

reszta także w numerze. tu trailer.



zapraszam do czytania numeru listopadowego.

grafa inspirowana “świętym wrocławiem”

autorką jest Aleksandra Zielińska

tydzień z głowy (106)

Wróciłem z pięknego miasta, z Białegostoku. Skąd mogę wiedzieć, że jakieś miasto jest piękne? W każdym pobyt od strony technicznej wygląda podobnie. Tak jak i tym razem. Na dworcu czekał samochód (no dobrze, nie zawsze czeka), zawieziono mnie do knajpki gdzie odbywało się spotkanie, nakarmiono i wskazano lodówkę z darmowym browarem (też nie reguła). Następnie spotkałem się z ludźmi, popitoliłem do mikrofonu, posiedziałem gdzieś do północy, bo żal przepuścić choćby najmniejszą okazję do pogwiazdorzenia i powlokłem się do hotelu rozmyślać nad cyklami życia czy czymś podobnym. Po śniadaniu wsiadłem w taksówkę i zaraz znalazłem się w powrotnym pociągu do Warszawy. Czyli właściwie nie widziałem miasta. Tylko dworzec, knajpka, okna samochodu zachlapane deszczem, ranne przełamanie się słońca przez ciemność. Tyle. Skąd wiem? Mnie właściwie można zapytać o dwa miasta, czyli Kraków i Warszawę. O Krakowie mógłbym trochę powiedzieć, żyłem tam ponad trzydzieści lat. Jest to chyba jedyny przykład centrum turystycznego, którego mieszkańcy z tejże turystyki nic nie mają, żeby wskazać tylko praktyczne nieistnienie komunikacji miejskiej. Miasto trupów, miasto widm. Warszawa? Co ja wiem o Warszawie skoro jestem pisarzem, bytem stacjonarnym, wręcz usadowionym w ciepłym miejscu na Saskiej, tylko czasem A. poopowiada o korporacjach, jakie kluby, jakie kołnierzyki? Generalnie, ludzie klną na miejsca, gdzie przyszło im żyć. Tymczasem w Białymstoku rozmawiałem z ludźmi, z dużą ilością ludzi i każdy zaraz zaczynał opowiadać o miejscu, w którym żyje, że dobrze jest żyć właśnie tutaj, choć tłusta rzeka z forsą przepływa przez inne rejony Polski. Ale – tak słyszałem, tak mi mówiono – są w tym Białymstoku piękne cerkwie, gdzie w maju pieśni chóralne ściągają Boga na ziemię, są, jeszcze w granicach miasta drewniane domy o ostrych dachach obsypanych strzechą, są wioski, gdzie twarze starych ludzi mają zupełnie inne żłobienia niż te, które widuje w miastach, rozdrapała je inna historia, inne duchy i porządki dziejów niż te odczuwane przeze mnie. Może przez innych z mojej Warszawy. Do tego opowieści o dobrym jedzeniu regionalnych (nie zapamiętałem) i różnorakich nalewkach (nie wypiłem). Ale zapraszano – żebym został, a wtedy oni, ci ludzie których widziałem po raz pierwszy w życiu, zabiorą mnie w miejsca warte zobaczenia, skosztuje pysznych potraw, ciast i napiję się naleweczek do woli. Odmówiłem, bo był to ostatni dzień mojej trasy – byłem u Julka, u dentysty pod Wrocławiem, w samym Wrocławiu i w Białymstoku), ale do teraz umiem myśleć tylko o tym, że ktoś był dla mnie miły w tak hurtowy sposób i że jest miasto w Polsce, o którym jego mieszkańcy wypowiadają się z uśmiechem, ciepło, a i z troską. Że są dumni z Białegostoku i chcą tam żyć. Skąd wiem, że chcą? Ano do Warszawy jedzie się dwie i pół godziny pociągiem, jakby nie chcieli to by wyjechali. Tak mi się przynajmniej wydaję, bo sam opuszczam miejsca, w których było mi źle.
Czytam sobie „Sindbad powraca do domu” Maraiego, książka zabrana od ST celem powstrzymania postępującego debilowacenia, które u siebie zauważyłem. Chyba nie wyjdzie i dalej będę głupiał. Są tam jedne z najpiękniejszych akapitów jakie w życiu czytałem, ale całość, jak na książkę zmysłową, jest szalenie daleka od mojej własnej zmysłowości. Za dużo obejrzanych teledysków. Wcale nie żałuję. Poza tym przyjmuje prostotę, lakoniczność stylu za wartość a przynajmniej upodobanie, tu jest z tym kłopot. Za to znalazłem ciekawy fragment o stosunku do pieniędzy. Marai tak pisze: „Pomiędzy Sindbadem a pieniędzmi nie istniało żadne przywiązanie (…) nie bał się i nie szanował ich. Kiedy sięgał do kieszeni, żeby wciągnąć banknot czy rzucić na zielone sukno stołu do gry garść żółtych monet w jego geście zawsze było coś ze wzruszenia ramionami”. Zatrzymuję się na tym wzruszeniu. W rzucie monet na stół do gry znajduje swoje, z Sindbadem pokrewieństwo, choć nigdy nie grałem i nigdy nie zagram. Miałem forsę, a potem nie, za to długi owszem, potem długi zniknęły, a zawsze kiedy miałem iść do finansowego grobu spływał sobie przelewik. To cześć zasad funkcjonowania gospodarki cudów, już o niej tu pisałem. Zresztą zarabianie jest nudne w odróżnieniu od wydawania. Z tym u mnie dziwnie. Dbam o wszelkie powinności, w rodzaju opłacenia mieszkania i alimentów, nie oszczędzam na jedzeniu i chyba w ogóle nie muszę na zbyt wielu rzeczach oszczędzać. Jednak, nie wiem dlaczego, zakup pary spodni, książki, gry na konsolę przychodzi mi z ogromnym trudem, jakbym płacił walutą wysupłaną z duszy albo kupował mieszkanie z basenem, jakbym po prostu czuł, że pewnych rzeczy mieć nie powinienem, że nie zasłużyłem. Nie widzę uzasadnienia dla takich poglądów, więcej, noszenie spodni, czytanie i granie jest moją powinnością. Co ciekawe, ten sam odruch zatrzymywania portfela w kieszeni znika w sytuacjach wyjazdowo-rozrywkowych, gdzie nogi same mnie niosą do jakieś zacnej restauracyjki czy też pubu, choć jeść zwyczajnie nie lubię, a gdzie umiem balować do późna i wyczyniać głupoty najróżniejsze (ile ostatnio w towarzystwie ST i SD przeputaliśmy na głupie piłkarzyki – nie mam pojęcia). Lekki wyrzut sumienia pojawia się na drugi dzień, kiedy obliczam straty. To tylko cień, drwina z przykrych stanów związanych z kupowaniem książki. Prowadzi to do niecodziennego wniosku, że mam żal do siebie o czyny zbożne i społecznie akceptowalne, za to fundowanie sobie przygód szkodliwych przychodzi mi bez trudu. Chyba Marai pochwaliłby mnie za to. Ciekawe, ilu ludzi tak ma?

metal na dziś (33)


Czy metalowy teledysk może być dobrym, poważnym teledyskiem? Odpowiedź na tak postawione pytanie wcale nie jest oczywista. Metalowy teledysk musi zawierać określone elementy: należy pokazać zespół grający na swych instrumentach, wprowadzić nastrój baśni, ewentualnie horroru, do dobrego tonu należy podparcie się odwróconym krzyżem/pentagramem, pomalowanie pyska i operowanie niezwykłą wręcz powagą, właściwą jedynie najbardziej samotnym licealistom. Gdyż metal to dość dziecinna muzyka z czym nie mam z tym kłopotu. Mogę oczywiście wyobrazić sobie teledysk do metalowego kawałka gdzie żaden z wyżej wymienionych elementów się nie pojawi, ale wtedy nie będzie to „metalowy teledysk” ale teledysk po prostu. Debiut grupy Triptykon (pan z Celtic Frost w składzie) należy do najlepszych płyt jakie słyszałem w ciągu mijającego roku i wcale nie mam na myśli tylko ciężkiego grania. Teraz przyszedł czas na EP „Shatter” i teledysk do niej. Co to za pomysł – kręcić teledyski do epek? Ale jest. I jest znakomity, zawierający wszystko, o czym tu pisałem (w bonusie jest nawet łysy pan z długimi włosami, przecież ma glac plac pod ta czapką), zarazem w jakiś sposób przekreślający te metalową dziecinność, czyniący z niej coś poważnego. Może tylko ja to tak obieram, jak zareagują ludzie, którzy nie słuchają metalu? Nie wiem. Może będą śmiali się ze mnie. Powinni życzliwie, bo nie jest to też taki metal ze stadionowego koncertu, choć kobiecy wokal dodaje mu znamion hitu. Pogłębia ciemność, ciągnąc kudłatych weteranów w stronę dźwięków, które wcześniej nie widziały się z gitarami.

A przy okazji – co szkodzi przypomnieć klip z ostatniej płyty Celtic Frost przed rozpadem. Też świetny, swoją drogą.

alcyd miał rację.

jest już nowa płyta funker vogt!
zresztą bardzo fajna i z tej okazji wrzucam tutaj ich kawałek, oczywiście z innej płyty. za to chyba plasuje się w pierwszej piątce najbardziej lodowatych kawałków jakie kiedykolwiek nagrano. Polecam kolegom po piórze, zwłaszcza tym, którzy palą węglem.

zapraszam do wrocławia i białegostoku

na spotkania autorskie
podaję szczegóły.
Wrocław: Kawiarnia Literatka, Rynek 56/57
21 X (czwartek), g. 18.00
Prowadzi Irek Grin. wraz ze mną Andrzej Ziemiański.

Białystok: Klubokawiarnia Kopiluwak, ul. Sienkiewicza 9
22. X (piątek) g. 17.00
Prowadzi Dominik Sołowiej

Tydzień z głowy (105)

Jak powstają książki? Jak powstaje „tydzień z głowy”? Niby nic, a jednak warto się czasem nad tym zastanowić. Pozornie, pisanie nie wydaje się niczym trudnym, przeciwnie – niewiele jest czynności równie mało wymagających co walenie sobie w klawisze. Można to robić całymi dniami, czując co najwyżej znużenie. Zwłaszcza dziennik uchodzi za wyjątkowo łatwą formę, bo w odróżnieniu od innych gatunków literackich zwyczajnie formy nie posiada. Mowa o internetowej postaci dziennika, o blogu. Mogę przecież tutaj napisać cokolwiek, co mnie dotyczy. Jak każdy artysta uważam, że Bóg stworzył świat wyłącznie z mojego powodu, te sześć miliarda ludzi z kawałkiem istnieje tylko po to, żebym się nie nudził (z podobnych przyczyn popieram globalne ocieplenie – zawsze chciałem żyć w klimacie włoskim, ale nie chce mi się ruszać z Polski i fakt, że Włochy przyjdą tu do mnie, do Orbitowskiego, do Warszawy ze swym ciepłem uważam za więcej niż słuszny). Mało tego, nie muszę wcale pisać, wolno mi poprzestać na wrzucaniu klipów, zdjęć cycków, czy innych rzeczy dla mnie istotnych. Jednak tak nie robię. A pisanie „Tygodnia z głowy” nie zawsze jest odprężające, choć nie darowałbym sobie gdybym tego nie zrobił. siedzę teraz przy biurku, huczy pralka, na złożonym laptopie leży kot Prezes, kotka Kreska gdzieś tam się snuje (jej podobieństwo do smoka Szczerbata z „How to train your dragon” jest po prostu uderzające, muszę kiedyś tutaj wkleić zdjęcie zestawione z kadrem), a ja właściwie nie wiem co chcę napisać. Czasem tak się zdarza. Z reguły wiem. Niektóre „tygodnie…” mam ułożone w głowie nawet z miesięcznym wyprzedzeniem, co nie znaczy, że zawsze dotrzymuję zamysłu. Coś się dzieje, zasysa. Robię notatki w telefonie komórkowym. Czasem odstępuję nawet od niedzielnej klepaniny i przygotowuję tekst wcześniej. A teraz nie wiem, nie mam zamysłu bo i chyba pomysł, aby pisarz prowadził dziennik jest z lekka kretyński: my pisarze jesteśmy raczej nudni, a przynajmniej nudni być powinniśmy. Nuda jest naszą powinnością. Mamy czytać książki, prasę i internet, oglądać filmy i chodzić po mieście, żeby nie zapomnieć jak ludzie żyją i mówią. Żadnych głupot tylko uporządkowane życie osobiste – żeby nie mieszało w książkach. Koledzy niewysokowi, najlepiej żadnych wyskoków, po wódce się pisze niełatwo, a na kacu wcale. Czyli prawdziwy pisarz to taki, który nie prowadzi dziennika bo nic u niego się nie dzieje, a jeśli nawet coś mu się przydarzy, to należy taki fakt, takie wydarzenie schować na potrzeby powieści. Niemniej, właśnie twórcy szczególnie się ku dziennikom garną. Czemu? Mogę mówić tylko za siebie. Mianowicie, jestem jak przygniatająca większość ludzi sztuki idiotą, który nic nie wie, nie rozumie i nie ogarnia świata na zewnątrz i wewnątrz mnie samego. Jedynym sposobem, aby coś zrozumieć, jest właśnie pisanie. Ledwo układam słowa, właściwie same płyną, z tych słów rodzą się myśli, do których przekonuję się dopiero po ich przeczytaniu. Zastanawiam się potem czy są moje, czy może żyje we mnie jakiś inny Łukasz, uaktywniający się kiedy zasiadam do klawiatury. Czemu nie? Ten drugi Łukasz także chyba jest idiotą, ale nieco mniejszym niż ja. Dochodzimy w tym momencie do odpowiedzi na drugie pytanie: dlaczego pisanie męczy. Bo poznawanie prawdy jest jedną z najbardziej uciążliwych czynności, przy którym – tak sądzę – przewalenie tony węgla do piwnicy to pikuś. Dowiaduję się czegoś. Wyłuskuję myśli, świat rozumiany czy też jawiący się jako chaotyczna groza na moment okazuje się grozą uporządkowaną. Wyobrażam sobie to w taki sposób: wokół mnie w bezładzie wirują rzeczy, zwierzęta oraz ludzie, części rzeczy, części ludzkie, zwierzęce i nagle, sposobem który nieźle już opanowałem, ale którego zasady nie jestem w stanie pojąć, nagle, zatrzymuję ten wir i w jednym ruchu, dość skomplikowanym ale jednym sadzam ten bajzel na miejsce. Można się przy tym spocić, prawda? Nawet jeśli ogarniam tylko kawałek świata. Więc już wiecie. Pewien człowiek który po trzydziestu latach powrócił do pisania prozy powiedział mi, że ludzie sobie nie zdają sprawy, jakim wysiłkiem energetycznym jest napisanie książki. Rzeczywiście, książka, powieść wyczerpuje w nieporównywalnie większy sposób niż dziennik – wirujący świat trzeba zatrzymać na czas pisania, w moim przypadku są to dwa lata. Mój rozmówca pomylił się jednak, gdyż nawet on, ani tym bardziej ja nie mogą tego wiedzieć. Jak trudno jest napisać książkę. Nie wiemy tego, choć je piszemy – gdybyśmy wiedzieli, to byśmy nie pisali. Mądrzejsze, nie uświadomione części naszych głów zwyczajnie bronią nas przed tą wiedzą, tak samo jak czasem nie pamiętamy bolesnego upadku, wypieramy ból zęba czy otwarte złamanie. Są ślepcy, którzy nie przyznają się przed sobą do własnej ślepoty i tak trwają latami, utrzymując, że maja doskonały wzrok – choć widzą głównie czarną plamę, jednolite cienie. Czyli nic. Wynika tez z tego, że niewiele rzeczy jest tak upierdliwych jak prawda i jej szukanie. Zapieprzam z tymi „Widmami”, przekonuję siebie, że mam z tym radochę co oczywiście nie jest prawdą, za to ciesze się na koniec tej roboty i możliwość ogłoszenia, gdzieś w środku zimy, nowych planów literackich. Te mogą się zmienić. Nie wiedziałem przecież o czym będę pisał jakąś godzinę temu, kiedy zasiadałem do mojego dzienniczka, kiedy pisałem pierwsze z tych słów, które przed chwilą przeczytaliście. A jednak napisałem. Dowiedziałem się czegoś o sobie. Tak to mniej więcej działa.

Next Page »