tydzień z głowy (107)
W znakomitej książce Mary Roach „Sztywniak” znajduje się fragment o umiejscowieniu duszy. Tradycyjnym jej domem, jak wiemy, ma być głowa, choć wcześniej wskazywano serce, a Kartezjusz upodobał sobie szyszynkę. Za to starożytni Babilończycy pozwolili sobie na odmienny pogląd (biorąc pod uwagę historię rozwoju cywilizacji ludzkiej, to raczej my mamy zdanie różne od mieszkańców Babilonu, dobrze, że tylko w tej sprawie). Wskazywali wątrobę mianowicie. To tam, ich zdaniem gromadziła się wątła, ale jednak esencja człowieczeństwa: siły witalne, duch. Mogę się z tym zgodzić, kruchy to organ (umiejscowiony poniżej żeber) lecz kruchy też jest człowiek. Dla Babilończyków wątroba wydawała się ważna także z innego powodu. Uprawiali hepatoskopię, czyli wróżenie z wątroby, wydartej owcy. Znam czterech ludzi o ksywie Owca i zastanawiam się, co sądzą o swych tak szczególnych zdolnościach profetycznych. Czemu jednak owca? Owca? Czy w tych zwierzętach, w rozpruwaniu im brzuchów starożytni upatrywali czegoś szczególnego? Podejrzewam, że nie i decydowały względy praktyczne: akurat uśmiercenie owcy nie łączy się ze szczególnym kłopotem. A więc do poznawania przyszłości nadawałaby się każda wątroba, moja także. Mógłbym ją teraz wydobyć z siebie i napisać tutaj, jakie ujrzałem jutro, jeśli oczywiście zdołałbym jeszcze uderzać zakrwawionymi palcami w klawiaturę, jeśli oszołomione wiedzą oczy nie zatraciłyby zdolności widzenia. Po co w ten sposób, w Babilonie nie znano rentgena, więc chętnie pójdę, choćby zaraz do pana doktora się prześwietlić i poprosić o wróżbę: boje się tylko, że takowa będzie konkretna, związana ze mną i nie usłyszę nic sympatycznego.
Najstarszy artefakt wątrobiany zawdzięczamy Etruskom. Niewielki przedmiot z pierwszego stulecia p.n.e. odnaleziono w miejscowości Piacenza, (w 1877) gdzie znajduje się do tej pory. Jest to wątroba owcy, a skoro to stwierdzono, znaczy, że rzeźbiarz znał się na anatomii tych stworzeń, że Etruskowie byli całkiem nieźli w owczych wątrobach i mieli dlań nielichy szacunek. Przyglądam się zdjęciu – niewątpliwie wątroba, pokryta pajęczynką magicznych znaków. Wyryto mapę nieba i boskie imiona, siekiery. Nie ulega wątpliwości, że wątroba była szalenie ważna dla Etrusków, do tego ten akurat egzemplarz jest chyba najstarszym tego rodzaju organem na świecie. Pomyślmy tylko, ile więcej wart byłby gdyby działał. Jakie byłyby jego losy? Zapewne przeszedłby w ręce jakiejś bogatej rodziny, słabej genetycznie lub rozmiłowanej w nieumiarkowanym korzystaniu ze stołu i baru. Doszłoby zapewne do przekazywania tego cudownego ustrojstwa. Widzę to w ten sposób: patriarcha, głowa rodu kona z wolna otoczony przez bliskich. Przy wezgłowiu czuwa pierworodny. W innej sytuacji, ręka umierającego przekazałaby mu rodowy pierścień. Tu oczy ojca rozjaśnia ostatni już błysk, jakby przez pomarszczone powieki przebijał się już blask wieczności. Ojciec jeszcze szepcze coś synowi na ucho i opada na poduszki, pędzi ku niemu chirurg z asystentką, rozkrawają ciało w ostatniej chwili życia i wydobywają wątrobę: organ święty, bezcenny, nieśmiertelny, by służył nowemu nosicielowi.

Przykry los Prometeusza jest szeroko znany: tytanowi przykutemu do skał Kaukazu orzeł – lub sęp – wyszarpywał wątrobę. Ta odrastała przez noc i heja, od nowa. Dlaczego akurat wątroba? Niewiele wiem o jej znaczeniu w greckich wierzeniach. Platon utrzymywał (a Talmud potwierdził), że najmroczniejsze, najdziksze pasje kryją się właśnie w tym ogromnym organie, czyli Prometeusz na skale tracił cechy wojownika, odzyskiwane następnie przez noc. Ja dopuszczam dwie odmienne możliwości. Starożytni uważali ją za część ciała, którą można pomału sobie wydziubać. Z sercem, z płucami, z mózgiem, taka sztuczka by nie przeszła. Całkiem możliwe, że obcujemy z pradawną intuicją medyczną i możliwości regeneracyjne tego kawałka ludzkiego wnętrza już ktoś wtedy rozpoznał. Więcej nawet, mamy tutaj pewną alegorię ziemskiego sposobu na rozrywkę: orzeł (sęp) i jego krwawy dziób symbolizowałyby więc wino dla starożytnych, w naszym ujęciu, wszelkie możliwe alkohole, rujnujące zdrowie, przysparzające cierpień, zarazem uchwycone jako konieczność, jako rachunek za dobre uczynki. Przyzwoici piją, łajdak jest trzeźwy. Albo inaczej, dobrzy piją od rana do wieczora, zwalają się w łóżko w chwili, gdy horyzont zasysa słońce, znajdując dla siebie, dla swojego ciała i umordowanej wątroby odrobinę odpoczynku, szansę na odbudowę.
Czy Platon miał rację? Różnorakie intuicje oraz wydarzenia zdają się to potwierdzać. Wątrobę zamieszkuje jakaś dzika siła, którą można posłużyć się dla własnych celów. Przewidywanie przyszłości jest atrakcyjne, nie dziwią mnie też próby wydarcia samej witalności, nie tylko wiedzy. Jakie takie pojęcie na ten temat miały plemiona pierwotne (te jednak najczęściej zjadały serce), Persowie, oraz niejaki John „Zjadacz wątrób” Johnson. Temu miłemu traperowi Indianie ubili żonę, też Indiankę. Taki już los małżeństw mieszanych. Wdowiec wyruszył na dwudziestoletnią krucjatę przeciw plemieniu, na które miał złość, każdego zabitego patroszył i wsuwał wątróbkę, przejmując, jak się zdaje, makabryczne wierzenia witalistyczne swoich przeciwników. Powstał nawet film z Robertem Retfordem („Jeremiah Johnson”), ale go nie widziałem. Być może taki akurat kanibalizm się zwyczajnie opyla, bo Johnson nie tylko zdołał unikać indiańskich pułapek, ale i przetrwał wojnę secesyjną i wiódł barwne życie do późnej starości, jest też jedynym ludożercą, któremu postawiono prawdziwy pomnik. Rzeźba stoi w Old Trail Twon (Cody, Wyoming). Zapraszam do oglądania.
Czemu piszę te androny? Powinienem tutaj zdradzać jakieś plany pisarskie, komentować otoczenie i chwalić własne przymioty. Pozornie zaprzeczam idei tej strony, w końcu zwie się ona orbitowski.pl, więc powinno być o mnie, nie o żadnych organach. Parę dni temu (właściwie dzisiaj, ten akurat tekst piszę z wyprzedzeniem) moja wątroba skończyła 33 lata. Wiek Chrystusowy za Nią. Zdrówko!





