valhalla rising

Jeden z najdziwniejszych filmów jakie widziałem w tym roku: bezimienny, jednooki zabijaka wiedzie grupę świeżo nawróconych wikingów ku Ziemi Świętej. A tam Indianie i Szkocja udająca północną Kanadę. Jednookiego uzupełnia chłopiec. Odpowiada w jego imieniu wydaje się znać jego myśli, choć sensu całej wyprawy najwyraźniej nie przeczuwa. Być może wyprawa nie posiada – jak i ten film – sensu, albo jest on przed nami zakryty. „Valhalla Rising” oferuje kino ascetyczne, by nie rzec ubogie. Ani jednego budynku, tylko klatka, łódź i krajobrazy spowite we mgle. Nie wiem czy chwalić tu operatora, czy takie kadry to zwyczajny samograj. Ale jeśli nawet ten film przynależy do wąskiego grona wielkich nieudanych filmów, jeśli zarzucimy mu wszystko, co tylko można zarzucić (gra aktorów, braki budżetowe, udźwiękowienie i tak dalej), jeśli ociosamy go jak pień, pozostanie ostra drzazga samej wizji. Niemowa i dziecko wiodą mężczyzn przez piekielne kręgi. Nie więcej, pozostałem jednak z wrażeniem przepełnienia. Niesłychanie leniwy klimat, statyczne ujęcia w rodzaju „gęba frasobliwa na tle cumulusów” kojarzą się z Bergmanem, fabularnie czka tu odrobinę „Aguirre gniew Boży” i przynajmniej ja nie umiem znaleźć właściwej interpretacji. Gdy znajduję, nie jestem pewien. Chętnie bym podyskutował, jeśli ktoś z czytelników tego bloga także go zobaczy. Może to blaga. W takim razie wielka: jakby napuszony kołnierz jaszczurki nieoczekiwanie wypełniły stalowe mięśnie. A może i nie ma o czym rozmawiać, bo kino nie zawsze musi być intelektualne, nie będąc zarazem kinem rozrywkowym. Wolno mu przekazywać treści totemiczne, ślizgać się poza rozumowaniem: ono zaoferuje tylko pozór sensu. Odyn daje odpowiedź Chrystusowi,składając swoje pogańskie świadectwo w godzinę zmierzchu starej wiary. Chłopiec jego towarzyszem. Człowiek i chłopiec, chłopiec i jego bóg. Będę o tym śnił.





