Archiwa dla November, 2010

valhalla rising


Jeden z najdziwniejszych filmów jakie widziałem w tym roku: bezimienny, jednooki zabijaka wiedzie grupę świeżo nawróconych wikingów ku Ziemi Świętej. A tam Indianie i Szkocja udająca północną Kanadę. Jednookiego uzupełnia chłopiec. Odpowiada w jego imieniu wydaje się znać jego myśli, choć sensu całej wyprawy najwyraźniej nie przeczuwa. Być może wyprawa nie posiada – jak i ten film – sensu, albo jest on przed nami zakryty. „Valhalla Rising” oferuje kino ascetyczne, by nie rzec ubogie. Ani jednego budynku, tylko klatka, łódź i krajobrazy spowite we mgle. Nie wiem czy chwalić tu operatora, czy takie kadry to zwyczajny samograj. Ale jeśli nawet ten film przynależy do wąskiego grona wielkich nieudanych filmów, jeśli zarzucimy mu wszystko, co tylko można zarzucić (gra aktorów, braki budżetowe, udźwiękowienie i tak dalej), jeśli ociosamy go jak pień, pozostanie ostra drzazga samej wizji. Niemowa i dziecko wiodą mężczyzn przez piekielne kręgi. Nie więcej, pozostałem jednak z wrażeniem przepełnienia. Niesłychanie leniwy klimat, statyczne ujęcia w rodzaju „gęba frasobliwa na tle cumulusów” kojarzą się z Bergmanem, fabularnie czka tu odrobinę „Aguirre gniew Boży” i przynajmniej ja nie umiem znaleźć właściwej interpretacji. Gdy znajduję, nie jestem pewien. Chętnie bym podyskutował, jeśli ktoś z czytelników tego bloga także go zobaczy. Może to blaga. W takim razie wielka: jakby napuszony kołnierz jaszczurki nieoczekiwanie wypełniły stalowe mięśnie. A może i nie ma o czym rozmawiać, bo kino nie zawsze musi być intelektualne, nie będąc zarazem kinem rozrywkowym. Wolno mu przekazywać treści totemiczne, ślizgać się poza rozumowaniem: ono zaoferuje tylko pozór sensu. Odyn daje odpowiedź Chrystusowi,składając swoje pogańskie świadectwo w godzinę zmierzchu starej wiary. Chłopiec jego towarzyszem. Człowiek i chłopiec, chłopiec i jego bóg. Będę o tym śnił.

Leslie Nielsen (1926 – 2010)


Myśl o śmierci Leaslie Nielsena nie napełnia mnie jakimś ogromnym smutkiem: można nawet powiedzieć, że nadszedł jego czas, choć człowiek zawsze umiera przedwcześnie. Nie mogę przecenić Jego wpływu na poczucie humoru moje i mojego pokolenia, którego wczesne dojrzewanie przypadło na końcówkę lat osiemdziesiątych, czas magnetowidu. Komedie w rodzaju „Czy leci z nami pilot?” i „Nagiej broni” były czymś świeżym i szalonym. Pędziłem co niedzielę na giełdę elektroniki pod Elbudem celem wymiany kaset, a film z Lesliem zawsze gwarantował niezłą zabawę. Teraz przypominam sobie odcinek „Opowieści z krypty”, gdzie stworzył kapitalną postać psychopaty. Nadawał się i do tego. Jaki wniosek należy wyciągnąć z jego długiego życia? Ano, nigdy nie jest za późno. Leslie Nielsen zrobił prawdziwą karierę w wieku, kiedy inni aktorzy szykują się na emeryturę, zwijają się pomalutku. Tu odwrotnie. Istnieje więc schemat, któremu można umknąć. Miałem kiedyś egzemplarz „Playboya” z długim tekstem na temat Nielsena. Tam zdjęcia. Siwiuteńki aktor uśmiechał się szczerze, w łapie miał drinka, a otaczały go dziewczęta. Ta sesja – w odróżnieniu od wielu innych dla tego magazynu – miała w sobie coś autentycznego. Nigdy nie jest za późno, aby cieszyć się darem życia, zwłaszcza, jeśli samo życie, jak Jego, długie i chyba dobre – przepełniają niespodzianki.

tydzień z głowy (111)

Dużo i smutno pisze tutaj o umieraniu, bez żadnej wyraźnej przyczyny. Spróbujmy cos z tym zrobić i poweselić się trochę. Pisarz, w stosunku do innych artystów znajduje się w nieco innym położeniu względem życia. Aktor, malarz, muzyk winien mieć jakieś konkretne umiejętności, pisarz niekoniecznie, a nawet przeciwnie – lepiej nawet jak nic nie potrafi. Kształcenie się do zawodu przebiega w odmienny sposób. Inni artyści uczą się w szkołach, na próbach zespołów, bądź są po prostu śliczni, człowiek pióra nabywa swoje umiejętności niejako mimochodem, w domowym zaciszu, a jeśli nie zdoła opanować, mimo szczerych chęci, podstaw gramatyki, składni, czy nawet alfabetu – dobra nasza. Są i tacy. Mądry też być nie musi, wskazane jest nawet pewne otępienie umysłowe, za sprawą którego decydenci od szmalu traktują go jak bożą krówkę, rozumiejąc słusznie, że nie zdoła im wejść w paradę. Kompletne skretynienie nie ma nic wspólnego z uprawianiem alchemii słowa, gdyż, w toku pracy twórczej otwiera się trzecie oko, oczko, choćby kakaowe i sruu, spływa głęboka proza. Zaszczytów pisarzyna doświadcza niby mniejszych. W miejsce koncertów dysponuje surogatem w postaci wieczorka autorskiego, do telewizji zaproszą i owszem, lecz pod warunkiem, że nie dojechał zespół taneczny z Grudziądza, ale – spójrzmy na to z innej perspektywy. Wolno mi się spokojnie zestarzeć i wskoczyć w miękki fotel mędrca, sumienia narodu, melepety, będę więc jako te orły troskliwe, pierdolące farmazony ze swych konających trzewi. W Polsce rolę sumienia odgrywają raczej aktorzy, co przynajmniej częściowo tłumaczy nieszczęścia spadające na naszą piękną ziemię, ale i to może się zmienić. Nie będę więc musiał – jeśli otrzymam wystarczająco długie życie – pląsać na scenie niby Stonesi, chwytać się byle czego, jak stary de Niro, gnać od galerii do galerii przebrany za swoje własne wspomnienie. Coś jednak pisarzom odjęto. Starość jest nasza, lecz w zamian umieranie odarto ze wszelkiej chwały. Obowiązkiem grajka jest zdechnąć na scenie, Moliera szlag trafił w analogicznej, chwalebnej sytuacji, malarz zaś zawsze ma szansę palnąć sobie w łeb przy sztaludze. Pozostawi potomnym rozbryzg na świeżo zagruntowanym płótnie. Jaka szansa dla performerów – czemu tak rzadko z niej korzystają? Umieranie pisarza jest smutne, gdyż trudno znaleźć w nim powiązanie z pracą twórczą. Jak tu klepać w komputer czy chwycić na pióro, kiedy gasną zmysły? Niektórzy próbują opisać za życia swe długie konanie, co wydaje się oczywistym oszustwem i jeszcze grozi zemstą: opisał, że umarł, a żyje rok dwudziesty. Problem zyskuje na wadze, jeśli spróbujemy sobie uświadomić, że śmierć artysty w jakiś sposób podkreśla jego sztukę, jest jej największym nawiasem i dodaje dodatkowych sensów, w tej chwili konania niezawodnie wychodzi, czy kłamał pisząc, czy napisał prawdę. Rozmyślam w tej chwili o sobie i nie znajduję żadnej sensownej śmierci, wyobraźnia pcha mnie ku innym rozstrzygnięciom. Pisarzem jestem, w jakiś sposób nieustannie, choć, na przykład, nie zawsze zawodowo (w tym roku wykonywałem zawód publicysty, w przyszłym powracam do pisarzenia), myślę jednak o swoich książkach, jestem moimi książkami, ludzie przeze mnie wymyśleni mają moją krwią i wściekłość. Wymyślam idąc do sklepu i rozmawiając z przyjaciółmi, żeby wymienić tylko najbardziej płodne sytuacje. Wykonuję też inne czynności, prócz pisania. Na przykład, dokazuję sobie na jednej z moich trzech konsol. Czemu tego nie użyć? Przed chwilą, po długich trudach skończyłem drugą część „Killzone” na PS3 i mam świeże wspomnienie siebie samego, całej mej śmieszności: przegrywając zaciskam usta oraz pięści, mam ochotę ciskać padem, czasem i cisnę, a przez czerwoną plamę zalewającą mi oczy dostrzegam słabo umykające koty. „Killzone 2” to zabawa dość trudna. Domyślam się, że szlag może mnie trafić podczas grania, runiemy jeden po drugim, postać przeze mnie prowadzona, oraz ja sam. Prócz oczywistej śmieszności takiego zgonu dostrzegam i pewną szansę na zasiew kultowości w świecie. Ludzie pragną dociec okoliczności śmierci i próbują stanąć w cieniu ostatnich chwil zmarłego. W moim przypadku, dość łatwo byłoby dojść do tego w co grałem, na jakim etapie gry poległa prowadzona przeze mnie postać, oraz – prawdopodobnie – kto ją zabił. Tę informację należałoby upowszechnić. Wówczas, być może, a na co liczę, ów ostatni dla mnie etap gry zyskałby nazwę poziomu Orbitowskiego, rzeczony przeciwnik zwany byłby moją Zgubą, a gracze, którzy z jakiś przyczyn polubili także moje pisanie, graliby zapiekle, aby mnie pomścić, jeśli nie pomścić, to przynajmniej po to, aby się przekonać, że są lepsi. W ten sposób skłaniam też kolegów po piórze do zakupu konsoli i intensywnego grania. Panowie. To nasza jedyna szansa na miejsce stojące w wieczności.

juz jest

nowy wideoklip Pink! Niestety nie wiem, czy zapowiada długograja, czy po prostu zdarzył się jej: piosenka o piciu, lub raczej pewien pijacki sen. Pink jest w ciąży i nie może. Za to wszystko tutaj jest po prostu przednie. Niewiele znam wokalistów czy wokalistek tak udanie wygrzebujących z siebie emocje, wygrzebujących się z emocji. To słychać. Jak słusznie dostrzegła A. Pink nie uznaje półśrodków. Albo wypruwa sobie flaki i zapisuje w nutach i słowach, albo tworzy imprezowe szlagiery, tu bramka numer dwa, akurat na sobotę. Fajnie laska, że wróciłaś.

o “monsters” w nowej fantastyce

“Monsters” Garetha Edwardsa to najlepiej wydane 15 000 dolarów na świecie.
Wyobrażam sobie, że w tej chwili otrzymuję sumę, którą widzicie powyżej. Piętnaście tysięcy dolców. Radość mą zapewne szybko zgasiłyby wątpliwości. Co można z taką kwotą uczynić? Zakup samochodu oznacza dodatkowy komplet trosk, oraz zapowiedź wydatków przekraczających darowaną kwotę; zresztą, kiedy był czas na robienie prawka, ja robiłem długi. Remontować mieszkanie mógłbym, gdybym takowe posiadał; zresztą, grzyb, smród i ubóstwo zjadłyby moje dolce, pozostawiając mnie w bolesnym poczuciu utraty. Inwestycja, ale w co? Zgodnie z zasadą zachowania pecha, wrzucenie tej kasy w przemysł zbrojeniowy niezawodnie doprowadziłoby do ustania wszelkich wojen na świecie. Otworzyć zakład pogrzebowy? Wówczas niezawodnie wymyślono by lekarstwo na raka i starość. Natychmiast wprowadzone do obrotu miałoby cenę zupek chińskich. Może więc powinienem pójść za głosem serca i wyżej wymienioną kwotę przepić? Znów: za dużo i za mało. Za dużo, gdyż puszczając kolejne tysiące roztrzaskałbym własne ciało do szczętu przed rzuceniem barmanowi ostatniego centa. Za mało, bo koszta leczenia po takim balowaniu znacznie przekroczyłoby dotychczasowe benefity i musiałbym, z suchą wątrobą w dłoniach, żebrać u niedawnych dobroczyńców o jeszcze.
Co robić? Ano, nakręcić film.

całość w numerze grudniowym

rozmowa dla “dwójki”

jeszcze o “Nadchodzi”
tutaj

recenzja “nachodzi” na polterze

Nowa książka Łukasza Orbitowskiego, przez wielu już okrzykniętego królem polskiego horroru, to zbiór pięciu opowiadań o wspólnym temacie. Nie jest to jednak zwarty cykl utworów połączonych postacią głównego bohatera lub wspólnym miejscem akcji. Autor używa wielu kostiumów i wielu scenerii, akcent kładąc na wspólną wymowę tekstów, podobnie jak w zbiorach opowiadań wojennych Borowskiego i Nałkowskiej. Nadchodzi to podobnie skonstruowana publikacja, której motywem przewodnim jest zdrada i cena, jaką za zdradę przychodzi zapłacić.

Otwierający zbiór Popiel Armeńczyk to ciekawy i przejmująco napisany monolog partyzanta, opowiadającego dzieje własnego oddziału i jego rozbicie przez Niemców. Moim zdaniem największą zaletą tekstu jest specyficzny język bohatera-narratora, niczym ze starych filmów, dzięki któremu czytelnik może całkowicie zanurzyć się w realia opowieści i poddać się bez reszty sile oddziaływania fabuły. Opowieść stanowi świetne preludium całego zbioru, zapowiadając interesującą lekturę na kolejnych stronach.

dalej

tydzień z głowy (110)

Jestem zadowolony z siebie, co chyba należy odnotować. Nieczęsto natrafiam u siebie na taki właśnie stan. Zawsze, kiedy widywałem Julka w Krakowie coś ulegało zakłóceniu, czegoś nie dopełniałem. Jeśli spędzałem z synem więcej czasu, cierpiała na tym praca, teksty nie powstawały, powstawały gorsze, lub ich ukończenie przeciągało się na następne tygodnie. Próba pogodzenia pracy i czasu dla dziecka godziła w przyjaciół, o których nie chcę, ani nie mogę zapomnieć. Czekamy na siebie. I pierwszy raz mi się udała próba pogodzenia, głównie za sprawą mojego szczególnego zawodu. Tyrając na etat nie bywałbym ojcem lub nie byłbym tyraczem. Tymczasem wystarczyło wstać wcześnie, po szóstej rano, co jest zdaje się losem większości ojców, mieszkających z małymi dziećmi. Ja nie mieszkałem. Około siódmej byłem gotów do pisania i przy dobrych wiatrach dopełniałem obowiązków wedle godziny jedenastej. Wystarczyło zrezygnować z łażenia po sieci czy też po mieszkaniu licząc na złapanie jakichś myśli. Gdy mały czeka, one same przychodzą, jak głodne koboldy pod wiejski domek. Potem już mogłem pójść, popędzać z małym trochę czasu, akurat tyle, żeby wieczorem zobaczyć znajomych, przyjaciół, unieść razem jakiś puchar, niezbyt jednak ciężki. Wiadomo, szósta rano. Nie jest to życie, które mógłbym wieść (a przecież wiodłem dość podobne), siedzę teraz z pociągu i ledwo składam myśli. Co nie znaczy, że żałuję tego zmęczenia, przeciwnie. Okazało się, że mogę być potrzebny, nie tracąc z oczu różnych ważnych rzeczy. Na przykład, skończyłem szósty rozdział „Widm”, a następnego dnia, w czwartek, czekając na WS w Lokatorze (mają palarnię na dole!) wyjąłem swój notatnik – czarny, nowy i sfatygowany, są i takie – tam zdołałem streścić chaotyczny wcześniej zamysł dalszej akcji w klarownych podpunktach. Nic tylko pisać, czego zamierzam dopełnić. Zdążę, mam nadzieję i z tym, zdążę się nie spiesząc, co też będzie w jakiś sposób nowe.
Lubię obserwować sposób w jaki małe dzieci (mówimy o trzyipółlatku) używają zbitek słownych. Najczęściej używają ich jako słów właśnie. Julek zamiast „zasnąłbym”, „spać”, „chcę spać” ukochał sformułowanie „zamykają mi się oczy”. Powtarza je niesłychanie często i powziąłem przypuszczenie, że w ten sposób dodaje sobie powagi, czuje się bardziej dorosły. Bo przecież to dorosłym oczy się zamykają. Starzy i chorzy po prostu je zamkną, ktoś im je zamknie. Na te słowa, ich sens, ma jeszcze czas. Wracam myślami do własnego dzieciństwa, kiedy, mając parę latek oglądałem dziennik telewizyjny. Najbardziej lubiłem wiadomości z zagranicy i informacje o najróżniejszych wypadkach i karambolach (do wieści z Polski odnosiłem się niezbyt życzliwie, ze względu na niską efektowność, a szkoda, w końcu Urban za najlepszych lat robił większe wrażenie niż wojna Iraku z Iranem oraz grzyb atomowy razem wzięte). W relacjach z tych wypadków padało słowo „obrażenia”, które się odnosiło. Całkiem zrozumiałe. Gdyby ktoś we mnie wjechał skodą, zrzucił mnie z kolejki linowej – obraziłbym się niezawodnie na taką osobę. I chyba nawet uznałem, że obrażenie się, jako określony stan skupienia głowy, serca, duszy występuje niezawodnie, niezależnie od moich intencji. Podobnie jak w wypadku skaleczenia. Dostanę odpowiednio mocną fangę w nos, poleci jucha. Ja, w pewnych sytuacjach nie mogę się „nie obrazić”. Ojciec (chyba ojciec) opowiadał mi już dorosłemu, że gdy mnie karcił, takiego brzdąca, nadymałem się i uderzałem w ton podniosły: „obraziłem się”.
Piszę o sobie a powinienem o Julku i zapowiedzianych słowach połączonych (w końcu, blog się zwie www.orbitowski.pl, nie wiadomo jednak o którego Orbitowskiego chodzi). Siedział, jak to on, obłożony zabawkami, a że próbował cieszyć się wszystkim na raz to napchał ciastoliny między szprychy solidnego, metalowego samochodu. Był to bodaj ford. I wścieka się, piekli. Dalej pcha ciastolinę w podwozie. Zabrałem mu autko, powiedziałem, że naprawię i oddam. On oczywiście w ryk. Trudno, rycz sobie. Poszedłem do kuchni, naostrzyłem zapałkę i tą zapałką wydłubałem z pojazdu wszystko, co przeszkadzało. Ciastolina raczej nie stawia oporu. Wracam do małego, odzyskującego akurat panowanie nad sobą, oddaję forda i mówię: proszę, już naprawiłem. Zabrał bez słowa i niczym już nie zatkał. Zapytałem go „a co się mówi, gdy ktoś naprawi ci zabawkę, którą zepsułeś?”. Nic mi nie odrzekł. A może odrzekł „nic”? Siedzieliśmy sobie razem. Nie wypuszczał tego autka z ręki i po chyba dwudziestu minutach stwierdziłem, że czas go znów docisnąć. „czy dojrzałeś już do tego, żeby mi podziękować, że naprawiłem ci zabawkę?”. Podniósł swoje mądre, niebieskie oczy i odparł: „Nie, jeszcze nie dojrzałem”.
Patrząc w swoją przeszłość, warto też zerknąć w przyszłość. A jest nią literat stary, starzejący się. Mam ten kłopot, że nie dostrzegam mijanych lat, jakbym zmieniał się zupełnie niezależnie od nich, może też dlatego – nie mam nic przeciwko temu, żeby kiedyś się zestarzeć, w końcu umrzeć. Tylko to literackie starzenie przybiera przykre postaci: satyra w knajpie nad wódą. działacza w domu kultury, zawodowego melepety, wreszcie mędrca przejętego jakąś wielką ideą, kościelną lub świecką. Wcale mi się to nie podoba. Grzebię w biografiach pisarzy i jakoś nie znajduję miłego mi zmierzchu i drogi ostatniej. Wszystko to jakieś rozpaczliwe i nadęte. Co robić, jak żyć? Może więc przestać być literatem, kiedyś, za dwadzieścia lat – powiedzmy. Nie mówię, odwiesić pióro na kołek, lecz drukować i nie bywać, zajmując się w wolnym czasie czymś zgoła innym, niewidocznym dla kogokolwiek, poza przyjaciółmi.

Metal na dziś (35)

Słuchanie Halforda to chyba jedna z tych guilty pleasures, o których tyle teraz się mówi. Metalowy Bóg znajduje się, moim skromnym zdaniem, w tym samym uniwersum co Chuck Norris, do tego, rok temu walnął straszliwego kloca w postaci płyty bożonarodzeniowej. Sam postawiłem na nim krzyżyk. Oczywiście odwrócony. A tutaj proszę, Gwiazdka się zbliża, mamy nową płytę, Roy Z natłukł dziadkowi kawałków, dziadzio sobie pośpiewał i jest po prostu wspaniale. Wszelkie spory sieciowe związane z tym tytułem są uzasadnione, jeśli kłótnie o muzykę mają jakikolwiek sens. Ten okropny wideklip. Rytmika walenia łbem o ścianę. Wiekowy wokalista wystrojony jakby nawiał z klubu Błękitna Ostryga, który skądinąd jest mu bliski. Tylko wściekanie się o to jest wyzłośliwianiem się na cały heavy metal, gdyż on własnie taki: przaśny, paskudny, dziecinny oraz śmieszny, a jednak – naładowany emocjami. Od muzyki, w odróżnieniu od kina i książki oczekuję przeniesienia w krainę baśni i preferuję urzekającą naiwność troglodyty zamiast prawd subtelnych. Wiszą mi protestsongi i miłosne kawałki, nic mnie nie obchodzi Detroit Eminema, choć lubię posłuchać i jego. Mam trzydzieści trzy lata i nie muszę się niczego wstydzić. To też fajne poczucie. A Halford jakoś się trzyma, puścić się chyba nie może. Ale, ale, w jego gasnącym głosie znajduję wachlarz uczuć jakby niedostępny dla reszty wyjców. Te uczucia ogniskują się, oczywiście, wokół smoka, motoru oraz bicza. Kto wie, może te akurat rzeczy są ważniejsze, niż powszechnie się sądzi?

kącik poezji

Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Izraelitcy doktorkowie,
Widnia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę !
Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item aryjskie rzeczoznawce,
Wypierdy germańskiego ducha
(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
Werzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
Zuchy z Makabi czy z Owupe,
I rekordziści, i sportowcy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ów belfer szkoły żeńskiej,
Co dużo chciałby, a nie może,
Item profesor Cy… wileński
(Pan wie już za co, profesorze !)

I ty za młodu nie dorżnięta
Megiero, co masz taki tupet,
Że szczujesz na mnie swe szczenięta;
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item Syjontki palestyńskie,
Haluce, co lejecie tkliwie
Starozakonne łzy kretyńskie,
Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,
I wszechsłowiańscy marzyciele,
Zebrani w malowniczą trupę
Z byle mistycznym kpem na czele,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I ty fortuny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rętę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę !…

Julian Tuwim

Next Page »