życie na gorąco

Wracałem od ojca i syna. Z Julkiem klocki, z tatą browar w Lokatorze. Tramwaj jak szklanka, w połowie pusty, w połowie pełny. Przede mną usiadł dziwny człowiek, z ubioru i postawy przypominający nieco zabiedzonego ekologa. Wsadził nos w książkę, dosłownie: czytał przykładając oko do lupy, lupę do kartki, a jego głowa przesuwała się ruchem maszyny, w ślad za kolejnymi linijkami. Zasmuciłem się, jak zawsze (no dobrze, nie zawsze) kiedy stykam się z ludzkim nieszczęściem, a on przerzucił kartkę i zobaczyłem tytuł rozdziału, w którym natychmiast się zagłębił. Brzmiał on „Zadania snajpera”.