Archiwa dla December, 2010

nowy blackastrial


a w nim, jak zwykle, jak zawsze, mój smutny felieton o metalach i dla metali.

kolej na chaos

Rozmowy o kolei nie chcą się skończyć i gdyby każde słowo wypowiedziane w tej sprawie przełożyło się na punktualną minutę, mielibyśmy cud na szynach. Dużo podróżuję, ostatnio także i dość dobrze, jak sądzę, wiem co się działo. 16 grudnia, parę dni po wprowadzeniu nowego rozkładu wybrałem się do Krakowa. Pociąg przyjechał punktualnie, dotarłem na czas. Droga powrotna przysporzyła większych komplikacji. Już na dworzec dotarłem nie bez trudności, tu jednak winę składam na burdel uliczny w mieście, który, prócz stale nie istniejącej komunikacji publicznej ogarnął tez taksówki. Drynda dowiozła mnie w cieple i na tym koniec grzania. Trafiłem do przedziału pierwszej klasy TLK, tam szron na szybach i to po wewnętrznej stronie. Siedziałem okutany we wszystko, a przez parę z paszczy obserwowałem siniejących pasażerów. Ich głowy przypominały łeb Jacka Nicholsona w jednym z ostatnich ujęć „Lśnienia”. Jadąc do rodziny na święta doświadczyłem innych przykrości. Panom z Warsa nie chciało się robić, zasłonili się awarią i tyle z kawusi, za to, żeby zmieścić przenośny catering przesadzono pasażerów z miejscówek. Można przeżyć. Do Warszawy zaś mogłem nie wrócić wcale, gdyż skład, wedle informacji na peronie zasuwał do Katowic, w co byłem skłonny uwierzyć nazbyt pochopnie. Kolega, który poszedł ze mną, wykazał się większym stężeniem trzeźwości (w sensie dosłownym ), wsadził mnie w wagon i już za godzinę dziesięć mogłem się wściekać godzinnym spóźnieniem. Polski pociąg ma tę dziwną właściwość, że nieruchomieje niczym grzybiarz na widok misia, gdy tylko w promieniu dwudziestu kilometrów popyla inny skład. Dotarłem jednak żywy, co jak wynika z moich doświadczeń (czy raczej doświadczeń innych pasażerów) nie jest takie pewne.
Podobne przygody przeżywam nieustannie, co skłania mnie do wniosku, że żaden kryzys związany z wprowadzaniem nowego rozkładu nie miał miejsca, zapewne operacja przebiegła sprawnie. Ta dziwna, zimowa zmiana naświetliła stałą kondycję polskiej kolei. Jest taka, odkąd pamiętam: nic nie jeździ, jeździ inaczej niż w rozkładzie, wszelkie informacje pozostają zakryte, zapewne z tego powodu, że ujawnienie tajników wszystkich połączeń grodzi jakąś rozpierduchą. Doszło więc do zakłamania, próby przedstawienia codzienności jako jednostkowego wydarzenia. Ministry i spece tego nie odczarują, choćby dostali czarodziejską kasjerkę, gdyż potrzeba przekształcenia rzeczywistości sięga nieco głębiej niż personalna roszada i podsypanie forsą. Pozór wolnej konkurencji działa z korzyścią dla pasażera, bilety poleciały w dół odkąd weszło Interregio. Ten mały sukces dokonał się w łoskocie sporów finansowych i kompetencyjnych między poszczególnymi spółkami, mamy PKP Intercity, PKP Dworce, PKP Energetyka i tak dalej. Te wydzierają sobie nawzajem dobra ulotne jak chara. W starej anegdotce Szczepcio z Tońciem postanowili zarobić sprzedając wódkę na kieliszki innym lumpom, niezawodnie kupili litra i się zaczęło. Sprzedaj mi kieliszek, poprosił Tońcia Szczepcio. Zapłacił, wypił. Szczepcio zaraz wyraził analogiczną prośbę. Zapłacił, wypił. Końca tej przygody można się domyślić. Oba andrusy urżnięte i nie pojmują, cała wódka sprzedana, w kieszeni pusto, do domu daleko. Trzeba wracać, w zimnie i na butach.

Tydzień z głowy (115)

To dziwne uczucie – skończyłem książkę. Dziwność zasadza się na iluzji, bo przecież książka jest naprawdę ukończona w momencie, gdy trafia do księgarń. Wówczas dopiero nie poddaje się zmianom. Więc coś skończyłem. Nie książkę, ale coś innego. Półksiążkę, szkic książki, golema bez włosów w nosie i linii papilarnych. Jak się z tym czuję? Jak czuje się człowiek, który myśli, że skończył książkę, choć wcale tego nie zrobił? Pisanie porównuję do bicia rekordów w wyciskaniu na ławeczce prostej. Ta chwila, kiedy kolega asekuruje, odejmując jeden, dwa kilogramy dopiero przede mną, choć wątpię, żebym „Widma” dźwignął za pierwszym podejściem. Dla obecnego stanu wyszukałem coś innego, takie sensacyjne wyobrażenie. Gatunkowe rozwiązania fabularne znają i lubią sytuację, kiedy główny bohater – tu, Orbitowski – toczy długą i morderczą walkę z potężniejszym przeciwnikiem. Wróg ten, nadzwyczaj sprawny i muskularny okłada mnie czym popadnie, mi zaś starcza sił na ochronę krocza i przegrody nosowej, co nie zawsze kończy się sukcesem. Wiem, że mogę pozwolić sobie na jeden, szybki kontratak, jeśli on zawiedzie i ja będę cały – zawodny. Centralny wpierdol zyskuje nowe odcienie z każdym kolejnym ujęciem. Zacznijmy od uderzeń nieskomplikowanych w swej bolesności. Z czółka. Z łokcia. Prawy prosty. Z buta po nerkach. Pac w klawiaturę, a tu już działania o wyższym stopniu skomplikowania. Łańcuch przez nadgarstki i wożonko po lodowatych torach. Upadek z wysokości. Wysokość oferuje tez szesnastonowy ciężar z deszczowego nieba. Taniec na tłuczonym szkle. Lewatywa smołą. Mniej więcej tak to wygląda. Przez kolejne uderzenia, w toku kopniaków i zderzeń czołowych znajduje siebie poturbowanego i bezzębnego, przeciwnik – wielki i czarny – szykuje się do zadania ostatecznego ciosu. Obracam w palcach mały, metalowy przedmiot. To zawleczka, rozerwana z wybuchową całością. Ta kołysze się w gaciach nieprzyjaciela, jeszcze migną ścięte białka oczu i bach, znika, przepada w błysku, opada w strzępach, a ja nie wiem co i jak, tylko bolesny śmiech plus nierzeczywistość całej tej sceny. Takie rzeczy się nie dzieją, ale ludzie też nie piszą książek, jeśli nawet to rzadko, albo nie są to prawdziwe książki. Mniej więcej tak się czuję, obity, roześmiany, z zawleczką w połamanych palcach.
Żadna to tajemnica, że nie lubię świąt, może dlatego, że przywołują refleksje nad tym, co i tak nie może być zmienione. Zawsze mam dwie wigilie i rozumiem, że nie jestem w tym sam. Ciągłość zostanie zachowana, bo mój syn, Julek, kiedy podrośnie i będzie mógł sam organizować sobie czas, także będzie miał dwie wigilie, przynajmniej perspektywę dwóch wigilii, kto go tam wie – może wybrać bezwigilijność. Nie obrażę się o to. Nawet nie wiem, czy o tym myśli, czy dwa dni temu, siedząc przy stole w swoim domu, w małym mieście, gdzie mieszka, zadawał sobie pytanie: czemu nie ma z nami taty? Czemu tata nie przyjechał? I dalej – dlaczego tata w ogóle musi przyjeżdżać, skoro są inne tatusie, te tatusie właśnie są przy rozbrzęczanych brzdącach. Dzień w dzień. Myślę o tym i chyba wolę, żeby takie pytanie nie pojawiło się w jego głowie, jasnej jak oczy, nawet jeśli jego brak (rozumiany jako nieobecność, nie jako rana) oznacza, że nie tęskni za mną, tak jak ja tęsknię, że nie jestem mu potrzebny. A przecież jestem. Tak mi się wydaje. Może jednak nie pyta. Gdyby nie pytał, znaczyłoby to, że przyswoił już prawdę o niekompletności, ułomności świata, wyznaczanej przez nieobecność, być może perspektywę śmierci (o niej na pewno nie myśli). Tylko znów, czy jeśli bierzemy niekompletność świata za coś naturalnego, to czy ta niekompletność jest niekompletnością? Może raczej doświadcza wrażenia porządku, okrutnego, ale jednak. Jakieś rozdarcie, towarzyszące mnie, moim przyjaciołom nie będzie jego udziałem, może ujawni się jakieś inne, w innym miejscu, choć czemu ma, ten mój synek, nie żeglować poprzez wielką całość? Nie wiem. Naprawdę. Mam też wrażenie, że plotę teraz androny. Przypomina mi się wigilijny Kraków i jego międzywigilijność, kiedy szedłem od ojca do matki, przez Kraków, który wyglądał na miasto z obrazów Wyspiańskiego: drzewa ogołocone z liści, tkwiące w wilgotnym podłożu, tłusta mgła wylewająca się z murów, za nią, w niej, spada sztuczny śnieg, takie elektryczne łezki z choinkowych kabli. Ulepione uśmiechy, wesołe kreski ust, plamki oczu za witrynami i zakutani wędrowcy wyłaniający się z tej chały, kołnierz na sztorc, piwko w łapsku, drobny krok przez breję, rzadkie, ludzkie bryzgi maszerujące w niewiadomym celu, ich psy na krótkim rzemieniu, ich kobiety spięte jak karteluszki, o nogach wyrżniętych tępym ostrzem, z ciemnością poniżej grzywki na skos. Porywa ich garść świąt, przedramię miasta i nic z tego nie wynika, nigdy nie wyniknie, z tego, że tak nikną, tak samo, jak i moja droga, moje myślenie, czy Julek kiedyś będzie też tak sobie szedł jest pozbawione sensu. Liczy się miłość i książki, poza tym tylko konkret, wszystko co jest poza słowem.

wesołych świąt!

Trwam w postanowieniu nie wysyłania życzeń świątecznych, także tym, którzy mi życzenia przysłali. Raz się złamałem, kierując się nieodpartym odruchem serca. Wysyłanie pocztówek ze znaczkiem ma jeszcze jakiś sens, którego nie zindywidualizowana e-kartka jest pozbawiona. Pozostaje mi podziękować tym, którzy o mnie pamiętali. Kolegom, przyjaciołom i wszystkim życzliwym mojej pisaninie, żeby w te chłodne dni trzymali się razem, bo cieplej. W cieple łatwiej się mnożyć, na co pokornie zwracam uwagę ostatniej grupie – czytelnikom. Wszystkiego dobrego, ode mnie i od Snoopa.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

wspólne pomysły

z ostatniej chwili. Tomasz Karolak planuje wystawienie sztuki o Jaruzelskim.

cytuję za Pudelkiem:
“Dyrektor teatru IMKA stawia na kontrowersje. Postać generała Jaruzelskiego od lat budzi skrajne emocje. W rocznice wprowadzenia stanu wojennego pod jego domem odbywają się demonstracje osób, które uważają go za zdrajcę narodu. Sztuka o jego życiu może więc wbudzić podobnie silne emocje. Na to właśnie liczy Karolak.
Pod koniec lutego przyszłego roku zrobię sztukę o życiu generała, wiem, że wzbudzi ona wiele kontrowersji – rozmarzył się w rozmowie z Faktem. Jaruzelskiego na pewno zagra Marek Kalita.
Sam Karolak także wystąpi w sztuce. Bierze pod uwagę postać Jerzego Urbana lub Czesława Kiszczaka. Ciężko w tym wypadku stwierdzić, który wybór jest lepszy. Z wyglądu chyba bardziej przypomina Urbana.”

a tu fragment mojego wpisu z bloga, kwiecień 2009, z działu pomysłów niewykonanych.

“Operetka o Jaruzelskim. W roli głównej Piotr Adamczyk, Krzysztof Krawczyk jako Wałęsa, Wodecki śpiewający partie Kiszczaka, Maleńczuk i Wioletta Villas na drugim planie – rodzice Wielkiego Generała. Nad Jego kołyską błyszczy czerwona gwiazda, wskazując drogę trzem mędrcom, którymi są: Honecker, Lenin oraz Tito. W roli Stanu Wojennego wystąpi Roman Kostrzewski, Urban jako Glemp, bracia Mroczek zaś odtworzą spotworniałych Kaczyńskich, próbujących, na szczęście bezskutecznie, zaprzepaścić patriotyczne inicjatywy Jaruzela, efekty specjalne konieczne, gdyż będą pluć siarką oraz gwałcić dzieci. Na koniec dwa anioły w strojach zomowców uniosą Wielkiego Polaka żywcem, do nieba dla mundurowych. Zarys sztuki powstał na tegorocznym Pyrkonie – organizatorom dziękuję, wraz z Jarkiem i innymi, za wspaniałe warunki umożliwiające nieskrępowaną pracę koncepcyjną.”

to takie dziwne. Nie ma żadnych wątpliwości, że Karolak w życiu tego nie czytał. Po prostu dziwię się: dla jednych głupi żart, dla innych rzecz na serio. Lech Kaczyński oczywiście żył, kiedy to pisałem.

social network


Nie wnikam, czy znakomity film Finchera opowiada prawdę o powstaniu facebooka. Facebooka zresztą nie cierpię, nie zamierzam dowiadywać się, z jakich źródeł wypełzło to plugastwo; zwracam się chętnie ku samym opowieściom. Więc, mamy historię o małej, bystrej kanalii która zmienia świat. Człowiek ten, lepiej powiedzieć „istota ludzka” wyprana jest z wszelkiej barwności, jakby rodzice topili go w Arielu, dla równowagi okładając laptopem po głowie. Zasmarkany szczurek buc. Kanalii, przynajmniej tych smutnych, unikam w życiu prywatnym, lecz nie mam nic przeciwko temu, by rzeczy wielkie właśnie kanaliom powierzyć. Bardzo często właśnie tak się dzieje. Sztuka nie usprawiedliwia wszystkiego. Zmiana rzeczywistości, to także zbyt mało. Domagam się jakiejś barwności, dzikości i wyłamania poza szablon na płaszczyźnie życia, charakteru. Niech będzie to choćby złowroga dzikość geniusza. Caravagiio był sobie mordercą, Mozart to pijak i dziwkarz, sami Brytyjczycy zwali Churchilla potworem. Norwid śmierdział. William Blake pił z Jezusem zaś Nietzsche zwariował ze szczętem. Znamy to wszystko. Chcę więc potworów ciekawych i kolorowych, wyróżniającym się czymś z reszty społeczeństwa, a nie płaskiego monstera, który wszedł pijany do netu popluć na dziewczynę, potem dziewczyny pooglądał, dalej już tylko sprzedawanie kumpli za kasę, z którą nie wie co zrobić. Potwierdzenie znajduje też teza, że kluby uniwersyteckie w Stanach robią za koszmar na jawie, na domiar złego taki, do którego każdy musi się odnieść. Zabiega o przyjęcie lub płacze w związku z odmową. Szczęściem zjawisko nie dotarło do Polski. Jesteśmy maleńkim, czterdziestomilionowym krajem, a naszego wysłannika nie widać nawet w teledysku Kate Perry.

O „Blood on satan’s claw” w Nowej Fantastyce

Czas czarownic w pełni. Istnieje szansa, że w tym stuleciu do kin wejdzie “Season of the Witch”, przesuwany dotąd niczym żebracza trumna na koniec karawanu. Niewinnie przemknął “Black Death” z Seanem Beanem i obawiam się, że logika Hollywood dopisze jakiś ciąg dalszy. Tymczasem zawsze byłem daleko od wiedźmy: stare baby są mi wstrętne, młodych żal, gdy na stosie skwierczą, a pośrodku znajduję niewiele. Jednocześnie czarostwo wywodzi się chyba z innej grupy zagrożeń niż wampir i UFO. Sytuuje się bliżej człowieka, a jak kto nie wierzy, niech sobie włączy EZO TV albo zerknie w horoskopy. Jako bezbożnik i przeciwnik biskupów dopuszczam zarazem możliwość, że w dawnych wiekach duchowni po prostu mieli rację. Czarownice istniały. Kwasiły mleko, rzucały uroki i sprowadzały pomór na bydło, co wzbudziło reakcję księdza, pastora i ludu ciemnego. Ci zaprowadzili porządek i to dokumentnie, wybijając wiedźmy co do nogi. Spotkał je więc los turów i ptaka dodo.

reszta w numerze styczniowym.

„Widma”: 1 114 343

Tyle znaków ze spacjami liczy surowa wersja mojej nowej książki. Skończyłem pisanie. Doświadczenie uczy, że w moim przypadku to tak dwie trzecie roboty. Zawsze dużo zmieniam, dopisuję, wypadku „Widm” ogromną rolę odegra weryfikacja wielu historycznych drobiazgów, czy nawet dodatkowe nasycenie nimi powieści. To wydarzy się później. Niedługo ogłoszę następne plany literackie, niedługo znów wrócę do tego, towarzyszącego mi przez prawie trzy lata tekstu, ale teraz, Państwo wybaczą, idę i se legne.

palonko

„Nie pojmuję, jak można nie palić; kto nie pali, dobrowolnie pozbawia się, że tak powiem, najlepszej cząstki życia, a w każdym razie wielkiej przyjemności! Budząc się, już się cieszę, że w ciągu dnia będę mógł palić, a przy jedzeniu znów się na to cieszę, a nawet mogę powiedzieć, oczywiście z pewną przesadą – że jem tylko po to, aby później zapalić. Ale dzień bez tytoniu byłby dla mnie szczytem szarzyzny, byłby dniem zupełnie pustym i bez żadnego powabu, a gdybym musiał sobie rano powiedzieć: dzisiaj nie ma nic do palenia – sądzę, że nie znalazłbym wcale odwagi, żeby wstać, słowo daję, że zostałbym w łóżku.”

Tomasz Mann, “Czarodziejska góra”

The Walking dead


Nie lubię już filmów o zombie; umęczyłem się nimi. Doskonale rozumiem ich popularność. Żywe trupy, w odróżnieniu od ducha czy wampira wpasowują się w każdą konwencję gatunkową i mogą służyć do przenoszenia treści najróżniejszej wagi. Stąd komedie, satyry społeczne, wreszcie serial pod auspicjami Franka Darbonta, faceta, moim skromnym zdaniem, przecenianego. Tymczasem wyszło. Słyszałem, że „The Walking Dead:” ma ujawniać sceny tak bezkompromisowe, że dotąd w telewizji nieobecne. Wypatrywałem więc kaszany. A tu proszę, zupełnie przyzwoity kawałek telewizji o napięciach międzyludzkich w obliczu żywiotrupiej śmierci. Cieszy jakiś rodzaj humanizmu. Większość horrorów realizuje idee wyrażone we „Władcy much”. Dzikość świata budzi dzikość człowieka. Tu grupa trzyma się, mimo ostrych tarć. Inaczej już myślimy o człowieku, czy inaczej nie dało się wydrapać kasy od producenta? Pewno bramka numer dwa. Tradycyjnie, główny bohater jest okropny. Za to podoba mi się, chyba najbardziej ze wszystkiego, otwarta formuła serialu, pozostająca zresztą w zgodzie z komiksowym pierwowzorem. W takim „House” każdy odcinek stanowi osobną całość, sezon „Sons of Anarchy” to również zwarta opowieść. Tu mamy trzecią metodę. Otwarty świat. Niektóre historie się kończą, inne trwają, można wywalić wszystkich bohaterów, w każdej chwili wprowadzić kogoś nowego. Nie ma żadnej tajemnicy. Reżyser umrze. Umrą aktorzy. A serial może trwać w nieskończoność, a nawet dłużej niż „Moda na sukces”.

Trzeba dopowiedzieć, że zombie Darbonta są retro w najsympatyczniejszym sensie tego słowa. Niestety, nigdy nie będzie już tak pięknie, jak lata temu, w słonecznej Italii.

Next Page »