Archiwa dla January, 2011

King’s speech

Czasem niewiele trzeba – wystarczą proste prawdy, że osoby ze świecznika są dość szczelnie izolowane od świata, a najciekawsze przyjaźnie powstają w poprzek podziałów. Profesor z robotnikiem. Policjant ze złodziejem. Król z logopedą. Jest to do zrobienia, przy czym każdy może pozostać sobą. Jako Polak umiem to zrozumieć. Oczekiwałem nie wiadomo czego, dostałem przyzwoity film. Colin Firth odwalił kawał znakomitej roboty, niemniej odbijam się od niego, podobnie jak w wypadku zeszłorocznego „Single man”, w którym występował. Świetny aktor, którego nie lubię. Moja wina, a nie Colina. Kino to kameralne, ciepłe, wzruszające, a gdyby nie barwne wiąchy fucków, ciskane przez poddawanego pedagogicznej presji monarchę, seans filmowy mógłby zgromadzić całą rodzinę. Myśl krzepiąca: człowiek dzielny, człowiek o historycznym znaczeniu może być w jakiś sposób miernym człowiekiem. Tak sobie myślę o tym filmie, o wszystkich jąkałach na mojej drodze i chyba powinienem coś wyznać. Podczas rozmowy, raz na czas, zacinam się trochę. Niewielu do dostrzega, jak już dostrzeże, pewno myśli, że zdarzył się wypadek podczas gadulstwa, nie mamy do czynienia ze stałą zasadą. A jednak tak. Moja drobna wada przeobraża się raptownie w towarzystwie jąkały kiedy to sam zaczynam się jąkać. Jąkała oczywiście myśli, że robię sobie z niego jaja, zaś mi jest głupio, potwornie głupio, czuję się jak ten król przed mikrofonem, oczekuję ciosu w mordę (z punktu widzenia sytuacji, zasłużonego) i umykam czym prędzej. W ten sposób świat ludzi jąkających pozostaje dla mnie zamknięty, a przecież dostałem tam zaproszenie. Swoją drogą, kto odpowiada za tłumaczenie tytułu? Polskie „Jak zostać królem?” pozostaje w więcej niż luźnym związku z treścią i ktoś tutaj, najwyraźniej, powinien się p… p… u… puknąć.

Tydzień z głowy (120)

Doszedłem do wniosku, że przynajmniej jedną notkę powinienem poświęcić moim kotom. Wcześniej dostały całą książkę, tylko nie był to wcale uczciwy prezent. Prezes i Kreska nie do końca były tam Prezesem i Kreską, ich literackie cienie służyły raczej naświetleniu pewnych moich tęsknot, czy też dawały świadectwo trudnościom w tych tęsknot spełnianiu. Prezes jest chyba do mnie bardzo przywiązany. Może traktuje mnie jak innego kota, może jak mebel, a może jestem dla niego człowiekiem. Trudno stwierdzić. Ale spędzamy ze sobą całe dnie. Kiedy wstaję z łóżka, natychmiast pędzi (razem z Kreską) do miski, usiłując (w odróżnieniu od Kreski) zachować resztki godności. Jem śniadanie, a on usiłuje uzyskać choćby kawałek smakołyku tak bliskiego każdemu kotu, jakim są tosty. Zaczynam prace i Prezes natychmiast ładuje się na notebooka, przerobionego na stacjonara. Zasypia, albo na coś czeka, zasłaniając cały ekran. Wówczas się kłócimy. Od kiedy kupiłem nowy komputer, pracuję także przy stole w salonie i kot Prezes nie bardzo wie co z tym zrobić. wspina się na kolana. Leży na blacie. Ma mnie serdecznie w dupie i zwala się na kanapie, tak, aby pozostać widzianym. Wieczorami gram, oglądam filmy i czytam książki. te wszystkie czynności nie mogą dokonać się bez jego obecności, bez kota Prezesa, który właśnie w tej chwil przycupnął na netbooku i wpatruje się w przybornik z kablami, karteluszkami i długopisami. Wreszcie zasypiamy. Kot Prezes zjawia się w chwili gdy z A. narzucimy na siebie kołdrę. Kiedy nie mogę spać, zawsze, kiedy nie sypiałem miałem przed twarzą jego wielkie oczy. Prezes jest dość małym kotem. Wypadł z czwartego piętra, połamał się i nie urósł. Do dziś pamiętam palce weterynarza, badające jego kręgosłup, pamiętam spokój kota Prezesa i siebie, doskonale rozumiejącego, jaką wiadomość mogą odczytać te palce z kręgów i kości. Gdybym miał wskazać jedną cechę tego kota, padłoby na żywiołowość futrzanego gwiazdora, dążącego do towarzystwa i pozostającego w centrum uwagi. Kotka Kreska jest zupełnie inna. To czarny kotek wychodzący powoli z ciemności. Kotka Kreska nie posiada zbyt wielu kocich cech i czasem myślę, że w skutek pomyłki dusza świnki morskiej wylądowała w tym wielkim, nabitym ciele. Kiedyś, jeszcze w Krakowie prawie nie było jej widać, przemykała do miski, wyraźnie przestraszona, choć nigdy nikt nie zrobił jej krzywdy. Dziś dalej nie umie podskakiwać, znaczenie i funkcje pazurków pozostają dla niej tajemnicze, siada w bezsensownych miejscach i gapi się w ścianę, niemniej powoli odkrywa światy wcześniej dla niej zasłonięte. Już wie, że, aby zostać pogłaskaną, najpierw należy znaleźć się w zasięgu ręki. Najlepiej na kolanach. wówczas przewraca się na bok, potem na plecy, a łapki sterczą jej niczym druty porosłe futrem. Jest tez kotem gadającym, ujawnia możliwość prowadzenia dialogu. Wystarczy zwrócić się do niej po imieniu, albo grzecznie poprosić „Kreska, powiedz ” i już. Odpowie, to rozmowne stworzenie. Otwierając się na świat nie zatraciła części swoich zwyczajów (dalej siada w bezsensownych miejscach, nie podskakuje i nasłuchuje kwilenia ptaszków z prymitywną drapieżnością odbitą na pyszczku). Muszę przyznać, że kiedyś uważałem kotkę Kreskę za wyjątkowo głupiego kota, teraz dopuszczam szansę, że to nie koniecznie musi być prawda. Bo kto powiedział, że koty i ludzie widzą to samo? Kto powiedział, że drugi człowiek widzi to co ja? Więc może przed kotką Kreską, spoglądającą nieustannie przed siebie rozwierają się rzeczywistości i przestrzenie, o których ja i inni ludzie nie mają pojęcia? Może są tam rzeczy straszne? Całkiem prawdopodobne. W tym sensie nie podskakiwanie Kreski uzyskuje sens, gdyż – znów, być może – nie ma ku czemu skakać, kierunek skoku grozi jakimś okropieństwem. Z perspektywy widmowych labiryntów, miejsce, które wydaje mi się głupie może być zupełnie sensownym miejscem. I tak patrzę na te swoje koty. Prezes zasnął i spycha klawiaturę na moje kolana. Kreska – podnoszę się, by sprawdzić – tkwi obok klopa, rozstawiając szeroko łapki. Co jest wielkością kotów? Czemu tak chętnie je przygarniamy? Zwierzęta, jak wiemy z pierwszej lekcji biologii, przystosowują się do otoczenia na bardzo różne sposoby. Krokodyl jest groźny, słoń ogromny, wszy jest za to tak dużo, że żadna pojedyncza wesz nie przejmie się swoim pojedynczym losem. Tymczasem zdolność przystosowawcza kotów zasadza się na generowaniu wrażenia, że kot, każdy konkretny, a więc też Prezes z Kreską są czymś więcej niż zwierzęciem, że świat składa się na ludzi, rośliny, zwierzęta oraz koty. Ja chętnie ulegam temu złudzeniu, wierzę kotom jak dzieciom, muszę, więc uwierzyć także w te niewypowiedziane światy stworzone dla kocich oczu. I nie tylko. Przypominam sobie własne dzieciństwo, głęboko przesycone magią. Wyobrażam sobie czasem, jak Julek będzie się bawił z Prezesem i Kreską. Może będzie dla nich dobry. A może nie.

sklep wydawnictwa powergraph

Rafał i Kasia z najbardziej uroczego i niewątpliwie najuczciwszego wydawnictwa na całym świecie otworzyli sklep internetowy, gdzie można kupić książki sygnowane zmysłowym logiem Powergraph. Także szczerze polecam. Jest taniej, sympatyczniej i w ogóle sensowniej niż w dużych sieciach dystrybucyjnych, które, no właśnie – wystarczy poczytać sobie doniesienia prasowe o aktualnej sytuacji na rynku wydawniczym. Sam próbuję kupować poza wielkimi salonami do czego, z okazji premiery kolejnego fajnego miejsca w sieci, chciałbym wszystkich nakłonić.
Adres przedsięwzięcia: http://sklep.powergraph.pl/

o “call of cthulhu” w nowej fantastyce

Wyobrażam sobie Lovecrafta dzisiaj. To łatwe zadanie, gdyż pisarz z Providence wydaje się figurą wpasowaną w wiek XXI, nie w mgliste dwudziestolecie między wojnami. Czasem tak jest – nie myślą, lecz własnym życiem wpasowujemy się w epoki przeszłe, przyszłe i wyobrażone. Jego samotność jest niczym innym jak wypatrywaniem czata i facebooka, gdzie mógłby do woli wymieniać myśli i szukać pochlebców. Intensywna obecność porno doskonale pasuje do jego seksualnego wycofania. Fikcję uznawał za ważniejszą od prawdy, nie doczekał popkultury, tej totalnej jamy, gdzie można się skryć. Widzę go teraz: w dresowych spodniach i brudnej bluzie polarowej, jak krąży po ciemnym mieszkaniu pełnym płyt DVD i książek o kolorowych okładkach. Cykają ekrany komputerów, koty łaszą się do niemytych nóg wieszcza, a wieszcz rzeczony siada przy biurku, przedziera się najpierw przez kubki po kawie (chłepta sobie zimną), by rozgarnąć bałagan ekranowy. Odtrąca okienka komunikatorów. Tłamsi wirtualne encyklopedie, portale społecznościowe oraz gołe baby (te z niewątpliwym żalem) i, ciągle głaszcząc kota zamawia jedzenie na najbliższy tydzień w internetowym spożywczaku. Okno wychodzi na blok i wysoki mur strzeżonego osiedla na wzór niemiecki, gdzie nie można wpuszczać dzieci. Widzę to wszystko wyraźnie, być może za sprawą mojego kota Prezesa, który – jak każdy kot – miał znajomość z Lovecraftem. Tym wyobrażeniem, wymruczanym przez Prezesa wkraczam do nieistniejącego pokoju Lovecrafta współczesnego, który także nie istnieje. Jeśli tak jest, to trzeba coś z tym zrobić: skoro nie można Lovecrafta ściągnąć tutaj, to my musimy cofnąć się do lat dwudziestych.

reszta w numerze lutowym

dziś jest premiera “dead space II”

Pierwsza część była naprawdę pierwsza: bo i jedna z pierwszych które ukończyłem na konsoli, jak i po raz pierwszy zyskałem możliwość nie tyle oglądania horroru, ale współuczestniczenia w nim. Wcześniej było to niemożliwe ze względu na niski rozwój technologii. Efekt osiągnięto za pomocą prostych środków, zużytych w innych dziedzinach sztuki. Stacja kosmiczna zagubiona w kosmosie. Mój ludek milczący niczym Michael Myers. Ciemno, głucho, kap kap i hyc zza węgła. Grałem w „Dead space” w moim starym, nawiedzonym mieszkaniu, wśród pustych odrapanych ściana, oddalony od wszelkich źródeł dźwięku. Siedziałem na czarnym, kruchym łóżeczku, przed wielkim monitorem ustawionym na jednym z nielicznych mebli w tym wielkim pomieszczeniu. Migały do mnie martwe gwiazdy. Teraz coś we mnie kwili, żeby popędzić do sklepu i po raz pierwszy w życiu kupić grę w dniu wydania, czego oczywiście nie zrobię. Żałuję sobie, a polska premiera się spóźni. Czasem myślę, że kosmos to piekło. Nasze dusze będą dryfować samotnie w bezkresnej przestrzeni.

Czarny łabędź


Streszczenia filmu są wszędzie, wiadomo: młoda baletnica usiłuje sprostać niezwykle trudnej roli. Zastanawiałem się, czy „Czarnego łabędzia” nie zmilczeć ze względu na strukturalne podobieństwo do „Wrestlera”, ale jednak nie zmilczę. Najpierw polemizowaliśmy z Jarkiem Urbaniukiem na fejsie odnośnie tego czy Portmanówna dźwignęła odegranie przemiany, przejścia bieli w czerń. Potem, mój znawca filmów ulubiony a nawet jeszcze ulubieńszy, czyli Paweł T. Felis z Wyborczej zasugerował łabądkowi miałkość i pretensjonalność, brawo mistrzu, applause, równolegle w nieco podobnym tonie wypowiedział się Guru, zwracając też uwagę na „dualistyczny charakter bohaterki”. Rozbełtajmy tę banalność. Film jest stosunkowo prosty i traktuje o ambicji, oraz o niebezpiecznych ścieżkach, którymi z człowieka wychodzi artyzm. Rzecz opowiedziana wielokrotnie. Są mi znane dwa sposoby mówienia o człowieku. Pierwszy ma mi przybliżyć te emocje, których nie posiadam, których nie bardzo mogę sobie wyobrazić, bo są albo niemożliwe w naszym świecie (miłość człowieka do androida), albo nie zdarzają się często (Co czuł Amundsen maszerując na biegun? A co czuł Scott?). Drugi sposób opiera się na prostej prawdzie, że wszyscy ludzie doświadczają rzeczy podobnych. Kochają, rozstają się, pracują, chcą zrobić karierę w pracy. I tak dalej. Dobry film opowiada o takich ogólnych doświadczeniach w sposób jednostkowy i zindywidualizowany, a zarazem zrozumiały dla szerszego odbiorcy. Innymi słowy, mówi mi o tym co wiem, tak, jakbym tego nie wiedział, tutaj w „łabądku” ten zabieg się udał i zarzut banalności uważam za rozpędzony. Dualistycznego charakteru bohaterki, całej tej przemiany za to nie potrafię dostrzec. Zwyczajnie nie umiem. Jedyne przeobrażenie, jakiego jestem świadkiem to przedzierzgnięcie się rzemieślniczki w artystkę, Salieri staje się Mozartem. Dzięki Arnofskiemu wiem, że to możliwe, tylko za cenę życia. Na planie osobowościowym nic takiego nie zachodzi, Portmanówna jest cały czas jednym łabędziem, mianowicie czarnym. Kto nie wierzy, niech obejrzy raz jeszcze lub przypomni sobie tytuł. Przecież to zimna karierowiczka, gotowa wskakiwać reżyserom do łóżka i dźgać koleżanki w brzuszek, jej wrażliwość zatrzymała się na pluszakach, do tego pozostaje seksualnie wycofana – scenarzysta odmówił jej nawet tego aspektu człowieczeństwa. O ileż wolę sympatycznego Rama z „Wrestlera”! Portmanówna białego łabędzia tańczy gładko, gdyż umie go sobie wyobrazić. Ten rodzaj czystości, naiwności mieści się jej w głowie. Taki pluszowy. Z czarnym ma kłopot, gdyż, aby zatańczyć go dobrze musiałaby przyznać przed sobą, kim jest naprawdę, co jest trudne, przykre, wymaga czasu. Koniec końców sama siebie nie ołga, sama o siebie się upomni. W tym sensie, wszelkie majaki, jak kruki, zwiastują jej wyłuskiwanie się ku prawdzie, ku ciemności.

tydzień z głowy (119)

Czasem spotykam się z sugestią, co powinienem pisać, czy raczej – czego nie powinienem. Większość recenzji zawiera takie życzenie, oczywiście wyrażone nie wprost. Bo jeśli czytelnik zaznacza, że najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w życiu jest „Święty Wrocław” znaczy to też, że chętnie przeczytałby kolejną książkę podobną do tej. Nie zawsze, ale z reguły tak chce. Można zadać pytanie, czy wówczas potrzebuje mnie, mojego pisania, czy też wystarczą mu książki podobne do moich, które naklepie kto inny. Pocieszam się wówczas myślą, że jestem jeden, moje książki też są jedne, nikt inny, żaden autor, choćby zdolniejszy i bardziej doświadczony, napisać ich nie zdoła. Nic więcej ponad to pocieszenie z siebie nie wygrzebię. Niekiedy znów, życzenia czytelnicze są sformułowane mocniej. Jest sobie gość, ten gość pisał takie fajne kawałki o menelach, to czemu teraz pierdoli o tej Polsce w „Popielu Armeńczyku?”. Na cholerę mu takie brednie? Sprawa ujęta z innej strony: gość, co tego „Popiela…” sklecił (ile lat temu to było?) tłucze sobie ghost stories których główną wartością jest poczytność, dorzućmy do tego pozaliteracką część twórczości tego mana (mnie), czyli felietony, ogniskujące swą tematykę wokół zjawisk wybitnie plebejskich, znajdujące takie a nie inne, plebejskie odpowiedzi na plebejskie pytania. Najstraszliwiej naciąłem się, pisząc „Tracę ciepło”, gdzie każda z trzech części pozostawała utrzymana w nieco innym stylu. Podczas pracy nad tą książką wydawało mi się, że robię coś znakomitego, gdyż czytelnik zostanie zaskoczony. Dostanie coś, czego się nie spodziewa, tymczasem – ów statystyczny czytelnik – zareagował rozczarowaniem. Oczekiwał tego samego, nie dostał i doskonale rozumiem jego smutek, ani w głowie mi się sprzeczać, tę głowę, nie skażoną myślą o sprzeczaniu się mogę najwyżej spuścić. Sprawa jest poważna, gdyż takie zdanie wyrażają nie tylko obcy, ale i przyjaciele. Życzenie czytelnika jest dla mnie ważne. Czytelnik mówi mi, co chciałby mi przeczytać. Przyjaciel, zwracając uwagę, tłumacząc mi, wyłącznie z dobrego serca, w jakim kierunku powinienem pójść, z czego zrezygnować i tak dalej. Co to znaczy, na czym zasadza się tutaj różnica między przyjacielem a czytelnikiem? Przyjaciel mówi mi do czego, jego zdaniem jestem powołany. Wskazuje rzeczy najlepsze we mnie, podpiera przykładem – „popatrz, napisałeś to i tamto, idź w tym stylu”, albo „stary, ten a tamten tekst to gówno, szkoda cię na takie pisanie.” Bardzo często nie wiem co odpowiedzieć, gdyż przyjacielowi odpowiada nie tyle styl, ujęcie tematu, co sama tematyka. Troska o moje powołanie jest troską o mnie, o moją przyszłość, w jakiś sposób o przyszłość moich bliskich, trudno mi ją zlekceważyć. Gdybym to zrobił, nie byłbym dobrym przyjacielem. Zdaniem niektórych przyjaciół jestem powołany do rzeczy wielkich, jak „Popiel Armeńczyk” (podobno), innych znów ten krótki tekst zdołał znudzić i chcieliby krwawych horrorów. Najprościej odpowiedzieć, że piszę rzeczy różne i każdy znajdzie coś dla siebie. Nie powiem tak, bo wiem co usłyszę. Mamy w życiu określoną ilość chwil. Im więcej ich za mną, tym mniej przede mną i jedno opowiadanie, jedna książka morduje, unicestwia, nieodwołalnie odbiera perspektywę istnienia dziesięciu, może stu opowiadaniom i książkom. Tylko jeden plemnik dociera do celu, o reszcie nawet nikt nie wspomni. Nie mają imion. Więc szkoda. Mógłby pisać to, albo nie to. Mógł rozprawiać o rzeczach ogromnych, a podskakuje po tanich potworach, niczym postać z gry platformówkowej. Pisarz platformórkowy. Więc teraz mogę zrobić przynajmniej tyle, że odpowiem. Spróbuję odpowiedzieć. Istnieją różne rodzaje wielkości, nie sposób wielkość zmierzyć, gdy wszystko podległo przemieszaniu, a sens ujawnia się w czasie, to znaczy nikt o zdrowych zmysłach nie przewidziałby w latach czterdziestych, że błazny w trykotach, obecne na komisowych paskach nie tylko będą współtworzyć naszą, współczesną wyobraźnię, ale i posłużą do wyrażania najsubtelniejszych treści. Nie jest to mocny argument. Raczej banalny, dziwię się nawet, że go napisałem. Spróbuję w ten sposób. Nie wiem, gdzie kryje się wielkość i jak sądzę, gdy moi przyjaciele mi ją wskazują, czynią to we mgle, półślepi. Wielkość nam, artystom, przyjaciołom artystów umyka ze szczególną złośliwością, tak jak jeleń prędzej pokaże się turyście niż myśliwemu. Trudno mi znaleźć przesłanki wskazujące która książka jest wielka, a która nie. Co chcę pisać, a czego nie? Powiedzmy więc sobie, że ja szukam zupełnie po omacku, wypowiadając rzeczy które słyszę. Polipem macający owce. Jestem kronikarzem siebie. Jestem maszyną, która kocha. Słyszę o ludziach i potworach. Co jest ważniejsze? Nie wiem. Nigdy się nie dowiem. Z tego słuchania rodzą się rzeczy różne, których jakości, podczas pisania, nie jestem w stanie rozpoznać i nigdy się nie dowiem. Bardzo często jest tak, że mam wysokie mniemanie o swoich najsłabszych kawałkach, tak samo jak nie byłbym sobą, nie mógłbym pisać w ogóle, gdybym dawno temu nie przeczytał Kinga, gdybym teraz nie ściskał w ręce pada i nie oglądał teledysków. Skąd to wiem? Tu odpowiedź jest prosta. Wiem, bo próbowałem.

horror, horror (24): Mgła

Film Johna Carpentera z 1980 roku pozostaje dla mnie wzorcową opowieścią o duchach. Sto lat temu grupa ludzi z Antonio Bay zawarła układ z przywódcą trędowatych, zezwalając mu – za sowitą opłatą – na osiedlenie się w pobliżu. Zadowolony z umowy pan Blake zapakował chorych na statek i popłynął. Był kwiecień. Niedaleko wybrzeży okręt spowiła gęsta mgła. Kierowano się więc ku ogniom, rozpalonym na brzegu przez mieszkańców Antonio Bay, zgodnie z wcześniejszą umową. Ale ogniska płonęły na skałach, trędowatych wprowadzono w błąd i statek poszedł na dno, stając się grobem dla pasażerów. Stulecie później Antonio Bay jest pięknym miejscem gdzie żyje się dostatnio. Zbliża się wielki jubileusz. Wówczas powracają krwiożercze widma, tytułową mgłą spowite. Oczywiste jest też, że gdyby nie ta ingerencja, sekret założycielski miasteczka pozostawałby bezpieczny gdyż naturalnym odruchem człowieka jest maskowanie własnych niedociągnięć.

w klubie “kulturalnym”

Autorem zdjęć jest Jarek Urbaniuk. Jakość głównie sieciowa, ale i tak je lubię.

metal na dziś (37)

Nie ma co za wiele pisać. W sieci jest nowy utwór Kata. Do ściągnięcia także na oficjalnej stronie tymczasowej. Po jednym utworze trudno mi wyrokować na temat całości i studyjnej kondycji nowego składu zespołu. Fakt faktem, po trzynastu latach milczenia mogliby nagrać „Regin in blond” przemieszany z Sierżantem Pieprzem, i tak niedosyt pozostanie. Póki co mogę stwierdzić, że numer pozostaje w stylistyce Kata, także rozumianej jako niezmienna fascynacja Metalliką. Tym razem w zakresie brzmienia, choć moje kolumienki przy komputerze wyraźnie są za cienkie na ten numer. Co z tego? Wolę polskie szatany niż obce, starego diabła od młodego. Metal jest muzyką dla dziadów i dziady grać ją powinny.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Next Page »