Czasem spotykam się z sugestią, co powinienem pisać, czy raczej – czego nie powinienem. Większość recenzji zawiera takie życzenie, oczywiście wyrażone nie wprost. Bo jeśli czytelnik zaznacza, że najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w życiu jest „Święty Wrocław” znaczy to też, że chętnie przeczytałby kolejną książkę podobną do tej. Nie zawsze, ale z reguły tak chce. Można zadać pytanie, czy wówczas potrzebuje mnie, mojego pisania, czy też wystarczą mu książki podobne do moich, które naklepie kto inny. Pocieszam się wówczas myślą, że jestem jeden, moje książki też są jedne, nikt inny, żaden autor, choćby zdolniejszy i bardziej doświadczony, napisać ich nie zdoła. Nic więcej ponad to pocieszenie z siebie nie wygrzebię. Niekiedy znów, życzenia czytelnicze są sformułowane mocniej. Jest sobie gość, ten gość pisał takie fajne kawałki o menelach, to czemu teraz pierdoli o tej Polsce w „Popielu Armeńczyku?”. Na cholerę mu takie brednie? Sprawa ujęta z innej strony: gość, co tego „Popiela…” sklecił (ile lat temu to było?) tłucze sobie ghost stories których główną wartością jest poczytność, dorzućmy do tego pozaliteracką część twórczości tego mana (mnie), czyli felietony, ogniskujące swą tematykę wokół zjawisk wybitnie plebejskich, znajdujące takie a nie inne, plebejskie odpowiedzi na plebejskie pytania. Najstraszliwiej naciąłem się, pisząc „Tracę ciepło”, gdzie każda z trzech części pozostawała utrzymana w nieco innym stylu. Podczas pracy nad tą książką wydawało mi się, że robię coś znakomitego, gdyż czytelnik zostanie zaskoczony. Dostanie coś, czego się nie spodziewa, tymczasem – ów statystyczny czytelnik – zareagował rozczarowaniem. Oczekiwał tego samego, nie dostał i doskonale rozumiem jego smutek, ani w głowie mi się sprzeczać, tę głowę, nie skażoną myślą o sprzeczaniu się mogę najwyżej spuścić. Sprawa jest poważna, gdyż takie zdanie wyrażają nie tylko obcy, ale i przyjaciele. Życzenie czytelnika jest dla mnie ważne. Czytelnik mówi mi, co chciałby mi przeczytać. Przyjaciel, zwracając uwagę, tłumacząc mi, wyłącznie z dobrego serca, w jakim kierunku powinienem pójść, z czego zrezygnować i tak dalej. Co to znaczy, na czym zasadza się tutaj różnica między przyjacielem a czytelnikiem? Przyjaciel mówi mi do czego, jego zdaniem jestem powołany. Wskazuje rzeczy najlepsze we mnie, podpiera przykładem – „popatrz, napisałeś to i tamto, idź w tym stylu”, albo „stary, ten a tamten tekst to gówno, szkoda cię na takie pisanie.” Bardzo często nie wiem co odpowiedzieć, gdyż przyjacielowi odpowiada nie tyle styl, ujęcie tematu, co sama tematyka. Troska o moje powołanie jest troską o mnie, o moją przyszłość, w jakiś sposób o przyszłość moich bliskich, trudno mi ją zlekceważyć. Gdybym to zrobił, nie byłbym dobrym przyjacielem. Zdaniem niektórych przyjaciół jestem powołany do rzeczy wielkich, jak „Popiel Armeńczyk” (podobno), innych znów ten krótki tekst zdołał znudzić i chcieliby krwawych horrorów. Najprościej odpowiedzieć, że piszę rzeczy różne i każdy znajdzie coś dla siebie. Nie powiem tak, bo wiem co usłyszę. Mamy w życiu określoną ilość chwil. Im więcej ich za mną, tym mniej przede mną i jedno opowiadanie, jedna książka morduje, unicestwia, nieodwołalnie odbiera perspektywę istnienia dziesięciu, może stu opowiadaniom i książkom. Tylko jeden plemnik dociera do celu, o reszcie nawet nikt nie wspomni. Nie mają imion. Więc szkoda. Mógłby pisać to, albo nie to. Mógł rozprawiać o rzeczach ogromnych, a podskakuje po tanich potworach, niczym postać z gry platformówkowej. Pisarz platformórkowy. Więc teraz mogę zrobić przynajmniej tyle, że odpowiem. Spróbuję odpowiedzieć. Istnieją różne rodzaje wielkości, nie sposób wielkość zmierzyć, gdy wszystko podległo przemieszaniu, a sens ujawnia się w czasie, to znaczy nikt o zdrowych zmysłach nie przewidziałby w latach czterdziestych, że błazny w trykotach, obecne na komisowych paskach nie tylko będą współtworzyć naszą, współczesną wyobraźnię, ale i posłużą do wyrażania najsubtelniejszych treści. Nie jest to mocny argument. Raczej banalny, dziwię się nawet, że go napisałem. Spróbuję w ten sposób. Nie wiem, gdzie kryje się wielkość i jak sądzę, gdy moi przyjaciele mi ją wskazują, czynią to we mgle, półślepi. Wielkość nam, artystom, przyjaciołom artystów umyka ze szczególną złośliwością, tak jak jeleń prędzej pokaże się turyście niż myśliwemu. Trudno mi znaleźć przesłanki wskazujące która książka jest wielka, a która nie. Co chcę pisać, a czego nie? Powiedzmy więc sobie, że ja szukam zupełnie po omacku, wypowiadając rzeczy które słyszę. Polipem macający owce. Jestem kronikarzem siebie. Jestem maszyną, która kocha. Słyszę o ludziach i potworach. Co jest ważniejsze? Nie wiem. Nigdy się nie dowiem. Z tego słuchania rodzą się rzeczy różne, których jakości, podczas pisania, nie jestem w stanie rozpoznać i nigdy się nie dowiem. Bardzo często jest tak, że mam wysokie mniemanie o swoich najsłabszych kawałkach, tak samo jak nie byłbym sobą, nie mógłbym pisać w ogóle, gdybym dawno temu nie przeczytał Kinga, gdybym teraz nie ściskał w ręce pada i nie oglądał teledysków. Skąd to wiem? Tu odpowiedź jest prosta. Wiem, bo próbowałem.