Archiwa dla February, 2011

nowy SOD. o nowej powieści marka Huberatha na esensja.pl

Jacek Dukaj: Lista czynnych polskich pisarzy science fiction z prawdziwego zdarzenia jest dziś bardzo krótka: Huberath, Podrzucki, Cyran, Protasiuk, Kosik, i to właściwie tyle. Liczę tych, którzy wydali przynajmniej jedną książkę i dla których science jest ważna sama w sobie, w tradycji klasycznej SF. Z tej piątki Marek Huberath wywarł zdecydowanie największy wpływ, jest tu najmocniejszą osobowością, a zarazem on dotąd najmniej bezpośrednio czerpał w swej twórczości z nauki, choć przecież zawodowo zajmuje się właśnie dziedzinami jak najbardziej ścisłymi (fizyką na granicy z biologią).
Myślałem przy okazji nowej jego książki zahaczyć też o te kwestie, tymczasem „Vatran Auraio” zaskoczył mnie, bo chociaż pod wieloma względami to utwór reprezentatywny dla twórczości Huberatha, zarazem stanowi u niego pierwszy przykład tak mocnego biologiczno-fizycznego worldbuildingu wprost z epoki SF eksploracyjnej, kiedy to pisarze-naukowcy prześcigali się w konstruowaniu ekscentrycznych, lecz spójnych i logicznych ekosystemów i kultur, zdeterminowanych przez warunki środowiska maksymalnie odmiennego od ziemskiego. Spotkałem już nawet porównanie „VA” do „Avatara”, pod tym kątem właśnie.
Łukasz Orbitowski: Wiesz, że to było moje pierwsze skojarzenie? „Chłopi” w świecie „Avatara”, Cameron spotyka Reymonta, Nobel schodzi się z Oscarem.
Dukaj: Ha, też pomyślałem o „Chłopach”! A „Avatar” to slogan Kandela.
Tylko że ci „Chłopi” pojawili się u mnie także jako znak ostrzegawczy wobec niskiej tolerancji współczesnego czytelnika dla narracji nie nakręconych przez energetyczną fabułę. A „VA” to – zwłaszcza w środkowych partiach – głównie opisy życia lokalnej społeczności, sprzęgniętego z naturalnym cyklem przyrody. Różnica polega na fantastycznej egzotyce tej przyrody.
I na tym: Reymont, mówiąc współczesnym językiem, poszedł w pełną imersję, prowadząc narrację z wewnątrz tamtego świata i zarażając czytelnika chłopską mentalnością. Huberath zaś pozostaje zimnym obserwatorem zewnętrznym – tak sobie też ustawia tytułowego Vatran Auraio, jako wprowadzającego nas w Dolanu.
Orbitowski: Miałem jeszcze jedno skojarzenie. Zejście Zaratustry, początek najważniejszej anty-Biblii.
Wit Szostak: A jednocześnie Vatran Auraio jest dzieckiem tamtej ziemi, wychowany w tych surowych warunkach, w pierwotnych rytach.
Moje pierwsze wrażenia po lekturze „Vatran Auraio” były takie: autor mierzy się z tymi samymi problemami, co w poprzednich tekstach, próbuje po raz kolejny postawić te same pytania. To nie jest zarzut, chodzi przecież o pytania fundamentalne dla kondycji człowieka. Zobaczcie: mamy problem śmierci i przemijania, mamy miłość między mężczyzną i kobietą, ciągły lęk przed utratą ukochanej. Mamy ludzi na granicy naszego pojmowania człowieczeństwa, mamy wreszcie rozmaite deformacje i seksualne napięcie. Wreszcie mamy góry – dumne, groźne, ustawiające człowieka w perspektywie pokory.
Te same obsesje ciągle wracają, Huberath szuka na nowo sposobów ich literackiej artykulacji.
Orbitowski: Mam kłopot z tą książką w tym sensie, że leży ona bardzo daleko od moich prywatnych gustów literackich. Światotwórstwo niezbyt mnie interesuje, trudno mi je docenić. Huberath spełnia warunek spójności.
Jako główny walor książki wymieniłbym poczytność. „Vatran Auraio” świetnie się czyta, to sprawnie skomponowana powieść popkulturowa, która przy pomyślnych wiatrach powinna odnieść spory komercyjny sukces. Huberath, podobnie jak Kosik, wypełnia swoją scenerię czymś, co od biedy mógłbym określić jako „fajny bajer”. Tę rzeczywistość potem nasyca pytaniami natury etycznej, eschatologicznej, wreszcie – to kluczowe – porusza kwestie dotyczące granic człowieczeństwa, ale i one, mam wrażenie, są popkulturą przesycone.
Być może dostrzegam to, co sam pragnąłbym dostrzec. Sprawną, niegłupią powieść fantastyczną. Jak na mnie to dużo, niemniej nowa książka MSH nie wydaje mi się niczym więcej. Dobre, lecz nie wielkie.
Dukaj: Dopytam, bo chyba mamy inne słowniki. W czym konkretnie dostrzegasz to przesycenie popkulturą?
Gdybym miał robić taki (prymitywny, przyznaję) podział na fantastykę-pop i fantastykę popem nieskażoną, to Huberath stanowiłby klasyczny przykład tej drugiej. Skądinąd wiemy, że on nawet nie śledzi literatury fantastycznej, co dopiero fantastyki w innych mediach. Sam nie znajduję w jego tekstach elementów charakterystycznych dla popu ani na poziomie scenografii, ani na poziomie fabuły.
Szostak: Może chodzi o pop na jakimś głębszym poziomie, jakąś tendencję upraszczającą, która stoi gdzieś ukryta za tą kreacją?
To prawda, że u Huberatha niełatwo znaleźć atrybuty dzisiejszego popu. Mnie przy lekturze zastanowiło coś innego: gdyby powieść kończyła się adnotacją, że autor pisał ją na przełomie lat 60. i 70., to wcale bym się nie zdziwił. Jest u Huberatha w „Vatran Auraio” taka nuta retro – w stylistyce, w konstrukcji, w wyjaśnianiu świata przedstawionego. Tak się złożyło, że równolegle musiałem przeczytać „Lewą rękę ciemności”. To powieści pisane w tym samym duchu! Oczywiście nie mam na myśli jakiejś zależności intelektualnej Huberatha od Le Guin, tylko pewien „oldskulowy” klimat obydwu tekstów.
Dukaj: Le Guin zresztą kojarzę z „VA” nie tylko z uwagi na Ekumenę, ale przez ogólne jej nastawienie antropologiczne, najlepiej widoczne bodaj we „Wracać wciąż do domu”.
Antropologia fantastycznego prymitywu – takie rzuciłbym hasło.
Orbitowski: Panowie, no… mówiąc poważniej, mamy inne słowniki i odmienne przyzwyczajenia. Dla mnie te pióra, te żywe statki, te dodatkowe nóżki i rączki są żywcem wyjęte z jakiegoś komiksu. Tyle że Huberath używa ich do innych celów. Dopuszczam jednak możliwość, że mam złe szkiełko, bo w gruncie rzeczy dla mnie wszystkie warianty „podróży w kosmos”, „kolonizacji planet” zasadzają się na popie. Dopuszczam możliwość, że Huberath mógłby użyć tego samego argumentu odnośnie np. żywych trupów i duchów.
Dukaj: Bo też używając terminu „pop”, mówisz dwie różne rzeczy: umieszczasz tekst w obiektywnej kulturowo siatce motywów, gadżetów, postaci, fabuł (da się bowiem pomierzyć, co funkcjonuje jako „pop”, a co nie), ale także mierzysz pułap tekstu: książka nie wydaje Ci się „niczym więcej”.
Orbitowski: Myślę po prostu, że mam względem popu nieco inne wymagania i oceniam go wyżej niż wy.
Dukaj: Żebym nie wyszedł na jedynego bezkrytycznego entuzjastę: nie uważam „VA” za arcydzieło, ale jego słabości widzę gdzie indziej. Po pierwsze, w języku: suchym, wręcz topornym. Ta sztywność objawiała mi się też w prowadzeniu narracji – gdy np. Huberath w pewnym momencie zaglądał do głów postaci innych niż Vatran Auraio, podając wprost ich myśli, wyglądało mi to na pomyłkę montażysty, niekontrolowany przeskok.

całość

Tydzień z głowy (125)

„This darkness is really full of light”, śpiewa Bruce Dickinson w swojej pięknej solowej piosence „Navigate the seas of the sun”, tej samej, która pomogła kiedyś solowym narodzinom “Tracę ciepło”. Jeziora, nie morza jednak. Dość dobrze pamiętam, jak schodziłem po wysokich schodach i otwierał się przede mną Boston obsypany śniegiem, zakładałem słuchawki na uszy i wędrowałem miedzy jaskrawe cienie miasta budzącego się do życia, w kurtce w upapranym kołnierzem naciśniętej na polar adidasa, czapce z daszkiem i butach na wysokim podbiciu. Miałem discmana, gdyż nie śniła mi się jeszcze muzyka z telefonu. A słuchałem właśnie poczciwego Bruce’a i innych dźwięków, hałaśliwych i niehałaśliwych, w zależności od ochoty. Przypomniałem sobie o niej niedawno, właściwie nie wiem dlaczego. Mam wiele ulubionych płyt, lecz do żadnej nie wracam, żadnej też nie mam nawet na twardym dysku. Kolekcjonuję wyłącznie muzykę taką, której nie lubię lub jeszcze nie poznałem. Ale siedziałem w piątek, w wynajętym mieszkaniu niedaleko Alej i przypomniała mi się właśnie ona, konkretnie, linijka tekstu przytoczona powyżej. Można by powiedzieć, że robię się coraz głupszy, skoro szukam sensu w słowach skleconych przez jakiegoś wyjca, ale czasem tak właśnie trzeba. Wątpię, aby tekst w całości znaczył coś specjalnie głębokiego (aż tak dalece nie byłem ciekaw, by się nad całym zamyślać) a i ta linijka jest nie tyle literacko słaba, co w ogóle nie jest literacka. Zarazem zawiera pewną prawdę. Ciemność jest pełna światła. Co to konkretnie oznacza? Zapytuję się o to, gdyż niedługo będę musiał zmierzyć się jeszcze raz z moją własną ciemnością, co już próbowałem zrobić, przestraszyłem się i poległem. Moja głowa, obleczona w czarną puszkę hełmu potoczyła się do własnych stóp. Więc przestraszyłem się. Może bałem się nie strachu, lecz szaleństwa strachem wywołanego, a może – co najbardziej prawdopodobne – nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, poza niedostatkami wyobraźni. Co kryje się w ostatnim pokoju, którego nie otworzyłem, czy raczej, który otworzyłem i nie odważyłem się wejść, przerażony tą jasną ciemnością? No to już wiemy. Tam jest ciemność pełna świateł. Już samo sformułowanie, tracące oksymoronem wskazuje coś innego niż mogłoby się wydawać. Zwyczajnie blask rozprasza mrok, tak jak słońce przebijało się przez śniegowe chmury mojego Bostonu, blask z mrokiem się zmaga na podobieństwo kaganka w celi skazanego, tu jednak światło jest częścią ciemności, domyślam się, w jakiś sposób służy jej znaczeniom i sensom, wykonuje pracę dla ciemności, której sama jest częścią, służy sobie i nie służy, zaprzecza własnym treściom, lecz nie do końca. Straszliwie to skomplikowane, zwykłem unikać takich myśli i w innej sytuacji uznałbym takie rozważania za nonsensowną stratę czasu. Jaka jest rola światła w tym ciemnym pokoju? W jaki sposób światło wysługuje się ciemności w pokoju, do którego nie wszedłem? Nie wszedłem, lecz zajrzałem, to wiem. W tym pokoju są moje uczynki. Niektóre dobre, niektóre złe, ważne dla kogoś, ważne dla mnie, ważne dla wszystkich, zbędne w sposób całkowity. Najróżniejsze. Tkwią w mroku, a jednak są oświetlone. Widziałem je wyraźnie, jeden po drugim, inaczej niż zwykle. Niż we wspomnieniach. Postrzegamy wydarzenia z naszego życia jako część większej całości, ogniowo w . niesłychanie splątanym łańcuchu. Nie mam tu na myśli jedynie wynikania, przyczyny i skutku, ale i pewien kontekst moralny, zwyczajowo nałożony. Gdy dam komuś w mordę, pocieszę się tym, że zostałem sprowokowany („należało mu się” przenajświętsze), człowiek donoszący na człowieka pociesza się brakiem wyboru. I tak dalej. W pokoju do którego nie wszedłem, w mroku pełnym światła znalazłem swoje własne uczynki, uczynki innych ze mną powiązane pozbawione wszelkich kontekstów, istniejące same dla siebie i z niczego nie wynikłe. Moja pięść, spadająca na czyjąś twarz jest doskonale oświetlona, reszta jednak kryje się w mroku: nie wiem, czy zostałem sprowokowany, w jaki sposób tamten człowiek wystarał się o cios, o samym człowieku też nic nie umiem powiedzieć. Zostaję tylko ja bijący kogoś, trzaskający nos, ząb wirujący w powietrzu i czerwony obłoczek. Przyszłość także pozostaje zakryta, w żaden sposób nie potrafię stwierdzić czy ów facet pozbierał się i mi oddał, umknął po psy, stanął do wyrównanej walki. To także nie ma żadnego znaczenia, bo i nic znaczenia nie posiada, poza pięścią okaleczającą kogoś, bez żadnej przyczyny, bez żadnego usprawiedliwienia, w teraz rozciągniętym na wieczność. Nawet teraz się boję, przeraża mnie perspektywa powrotu do tego pokoju, bo nie sam jeden w nim będę, usłyszę inne głosy poza swoim własnym i, być może, znajdę coś jeszcze, czego złowrogie istnienie jest jeszcze ledwo wyczuwalne, tak jak w tej chwili, kiedy znów nie wypowiadam tego, co powinno zostać wypowiedziane, jeszcze raz się cofam. Od jutra nie będzie mi wolno, co dotyczy także jojczenia nad sobą.

Nike, grindhouse

Pojawił się nowy krótki metraż Roberta Rodrigueza, reklamówka butów Nike z udziałem Kobe Bryanta, Bruce Willisa, Kayne Westa i Danny’ego Trejo. Oczywiście grindhouse, zrobione z jajem i gatunkowym respektem, nie wątpię w rozgłos tego dziełka przełożony na wzrost notowań sponsora, ale za to mam innego rodzaju wątpliwości. Doskonale rozumiem fascynację „złym kinem” i moja miłość do niego składa do oglądania złych filmów właśnie, a nie wariacji na ich temat. Stąd niechęć do Tarantino i przekonanie, że najlepszą rzeczą Rodriqueza jest „Sin city” do którego wciąż boję się wracać. Za to historia kina pokazuje, jak młodzieńczość się kończy. Terry Gillam i Tim Burton, wychowani na filmach wytwórni Hammer realizowali wysokobudżetowe sny w tym stylu aż nagle zabrakło pary, tak długo byli dziećmi, aż nie dostrzegli, że już nimi nie są. Ostatnie filmy znamionują zmęczenie, zwłaszcza „…Dr Parnassus” jest okropny i to doświadczenie pozwala mi sądzić, że podobny los czeka Rodriqueza, wyrosłego na barwnym bezładzie lat osiemdziesiątych: w tym przypadku pułapką jest fajność, poczucie humoru, doskonałe rozeznanie schematów i lekkość kamery, co da się powtarzać w nieskończoność, aż straci całą swoją siłę, zwłaszcza, że cała ta siła tkwi w przeszłości. Za Nietzschem: źle się odwdzięcza mistrzowi uczeń, na zawsze pozostając uczniem.

Sentymentalnie na “Jawnych snach”

(…)
Żeby nie przedłużać – gdy już zdarzył się pecet, służył głównie do pisania. Później: oglądania filmów, z przyjemną przerwą na wielokrotnie kończone „Diablo” i „Dungeon Keeper”. Do dziś nie zgłębiłem sensów „The Sims” i „World of Warcraft”. Stąd zakup konsoli stanowił autentyczną furtkę do nowego świata, gdzie w czarownym ogrodzie kryją się wspaniałości.

Przyglądam się dobrom od zacnego redaktora, zastanawiając się, jakim właściwie cudem piszę to, co piszę, zamiast pykać wesoło w „Dead Space II”. Rzeczone płytki przywołują inny rodzaj wspomnień, niezwiązany z graniem, choć dowodzący chyba, że pewne zachowania społeczne, potrzeba pewnych społecznych doznań pozostają niezależne od wieku. Jako nastolatek przeżywałem głęboką fascynację muzyką metalową i mogę, na upartego, porównać magię odkrywania kolejnych zespołów z poznawaniem nowych, znakomitych gier. I to, i to poszerzało spektrum doznań.

Metalowanie było hobby niezwykle drogim. Cena płyty przewyższała wielokrotnie moje zasoby finansowe (zwłaszcza że istniało jeszcze tanie wino, a także kawa dla bajerowanych koleżanek), stąd człowiek stawał na głowie celem wejścia w posiadanie upragnionych nagrań, co porządkowało strukturę otoczenia. Byli sobie ludzie tacy jak ja, szaraczki w czarnych skórach, szeregowi wszarze, i byli wybrańcy. Ci, którzy jakimś cudem „mieli płyty”, zyskiwali status półbogów. Czerpali z tego profity, ciesząc się przyjaźnią, szacunkiem i oddaniem. Ktoś opływał w dobra dla mnie niedostępne i jeszcze znajdował okazję, żeby się podzielić, choć ta okazja czasem polegała na wspólnym przesłuchaniu. Trzeba dopowiedzieć, że owo „mienie” rozumiem nie tyle jako stan posiadania, ile jako stałą predyspozycję do pozyskiwania nowych, atrakcyjnych tytułów. Co to ma wspólnego z grami konsolowymi? Ano mechanizm, który się powtarza.
(…)

całość.

Na Jawnych Snach będę pojawiał się częściej.

Tydzień z głowy (124)

Jesteśmy inni w różnych sytuacjach. Artysta – dodajmy na marginesie – wydaje się figurą nieco bardziej spolaryzowaną, czarno białą, gdyż napina się w rozpięciu pomiędzy wyniosłą miną i merdaniem ogonkiem. Ale jesteśmy inni, ja jestem inny, co odczuwam mocniej ze względu na dosyć rozległe rozłożenie kart na moim stole. Nie mam żadnych wątpliwości, że przyjaciele widzą mnie w jakiś konkretny sposób, dostrzegają jasno określone cechy składające się na mój obraz, na moje „jestem” dla nich. W nieco odmienny sposób musi postrzegać mnie moja rodzina, jeszcze inaczej, powiedzmy, media i czytelnicy, wymieniając dalej moje ujawnienia, dla mojego syna znów jestem odmienny, tak samo jak dla ludzi z którymi spędza swoją codzienność. Gdyby wyliczać dalej, gdyby spróbować to jeszcze rozdrobnić wyszłoby, że każdemu ukazuję się troszeczkę odmiennym, choćbym i tego nie chciał. Wreszcie, ja sam jakoś siebie postrzegam, jestem dla siebie i ku sobie się zwracam. Tylko nie wiem czy tak naprawdę jest, czy w moim „jestem” nie zapisano jakiegoś kłamstwa. Nie chodzi tutaj o boks z Kartezjuszem, ale o próbę przyznania racji nie sobie, lecz światu. Kiedy myślę o sobie, kiedy Krzyś myśli o Krzysiu a Malwina o Malwinie ma poczucie pewnej spójności, to znaczy, ja ujawniam się światu w najróżniejszych swoich przejawach, czymś jednak spojonym. Psychologia rozważa to od dawna. Co mnie spaja? Rzeczy akcydentalne, jak rozdanie określonych genów, jednostkowa historia, wygląd fizyczny łączą się w poczuciu „bycia”. Ja jestem. Ty jesteś. I tak dalej. Być może ludzie tylko mi się wydają, ale co, jeśli wydaję się samemu sobie? Nie w tym sensie, że jestem iluzją, gdyż w swojej własnej perspektywie nie mogę „nie być”. To wydarzy się dopiero, kiedy umrę. Ale czemu – powtórzymy – świat nie miałby mieć racji, skoro z reguły ją ma? Różni ludzie, związani ze mną na różnych zasadach widzą mnie rozmaicie, więc czemu nie przyjąć, że widują różne osoby? Jeden człowiek siedzi w Warszawie, drugi bywa u Julka w Krakowie albo w małym mieście na Dolnym Śląsku, trzeci pije piwo z kumplami, czwarty siedzi na Wigilii i tak dalej. To zupełnie różni ludzie, a mi wydaje się, że są jednym, wydaję się sobie, że jestem jeden, czy może raczej – nam się wydaje, że jesteśmy jednym. Poczucie tożsamości najczęściej sytuujemy centralnie, jako coś co funduje rzeczy drobniejsze, na których dopiero się budujemy. Tożsamość, czy mówiąc precyzyjniej, moje własne poczucie bycia może być protezą, sznurkiem wiążącym różne osoby zainteresowane czymś odmiennym. To rodzaj przęsła między kolejnymi korytarzami, bez niego rozleci się wszystko, choć sam nic nie może uczynić. Jestem pewien, że nowoczesna psychologia znalazła w sobie takie teorie, one jednak niewiele mnie obchodzą, gdyż podobne intuicje pojawiają się od dawna, żeby wymienić tylko rozważania świętego Augustyna, opowiadanie Stevensona, albo komentatorów procesowych głowiących się jakim cudem Rudolf Hoess zdołał być dobrym mężem i ojcem. Poczucie niekompletności, o którym kiedyś już pisałem, doskonale się z tym zgrywa. Nie tylko ono. Próbowałem oddać te myśli pisząc „Noc sobowtórów”, nieco z innej, mniej osobistej perspektywy, tylko że ta perspektywa musi być osobista, być może cały ten słowotok, ta breja myśli bierze się właśnie z pisania, bo, kiedy piszę jestem znów innym człowiekiem. Doklejmy jeszcze jednego mnie do mnie. Kiedy siadam do pisania mam w głowie jakieś treści, które dopiero pod palcami oblekają się w ciało, znów Stevenson, nie znam tych głosów a potwory są mi obce i biorąc własna książkę po latach czytam ją jako pracę kogoś zupełnie obcego. Naprawdę nie wiem, skąd te rzeczy się biorą, czemu zaczynam słyszeć to co słyszę za każdym razem gdy siadam do klawiatury laptopa, po śniadaniu i przy drugiej kawie. Nie wiem dlaczego, a także nie wiem kto tak naprawdę słucha, ja słucham, ale wiem to w tej chwili, gdy piszę. Zaraz przestanę. Za parę minut pisanie się skończy. Dotyczy to także tego bloga i coniedzielnych zapisków, może się wydawać, że one odzwierciedlają część większej całości, że ujawniam fragment tylko na siebie, ale to przecież nieprawda, tutaj jest wszystko, rozsypały się klocki z pudełka, lecz żadnego nie brakuje, przestanę składać tutaj słowa i przestanę być w jakiś sposób, będę kimś innym, znów, daleki i bliski samemu sobie w tej właśnie chwili. Nie ma ciągłości, pozostanie drżenie jak w szarpniętej strunie, to zaraz, za moment. To już.

The fighter

Kino familijne o boksie, miłości i narkotykach, a także kolejny dowód na ogrom drogi jaką Marky Mark przeszedł od Funky Bunch. Oto rodzina wielodzietna, ukazana w całej swej potworności. Brat starszy jest bokserem byłym, młodszy – aktualnym, przy czym senior zarazem podbija juniora, jak i ciągnie go na dno. Wszystkiemu winne narkotyki i złe towarzystwo. Być może wyzłośliwiam się tutaj niepotrzebnie, gdyż – mimo nieznośnego początku – „The Fighter” to zupełnie przyzwoity kawałek wzruszającego kina, z paroma scenami zapadającymi głęboko w pamięci. Piosenka matki i syna. Tort. Z filmami sportowymi mam tego rodzaju kłopot, że emocjonuję się bardziej niż podczas oglądania, powiedzmy, gali bokserskiej. W wypadku „Fightera” wiedziałem ile bohater przeszedł by stanąć na ringu z prawdziwym przeciwnikiem, prawdziwy boks pozwala tylko domyślać się tych spraw. W ten sposób fikcja bardziej rusza niż życie. Za to trudno mi zrozumieć nominację oscarową dla Christiana Bale, znanego z przyjęcia zmiany własnych rozmiarów jako naczelnej metody aktorskiej. W gruncie rzeczy, mógłbym chłopu współczuć. Grywa w niezłych filmach, grywa przyzwoicie, ale zawsze zostaje zderzony z kimś wybitniejszym, jak w „Mrocznym rycerzu”, „”Prestiżu”, w „10 do Yumy”, właśnie tutaj. Mógłbym napisać, że Marky Mark bardziej mi się podobał, rzecz jednak tkwi głębiej. Bale, odtwarzając narkomana mówi mi tylko tyle co o narkomanach wiem, co mogę sobie dopowiedzieć i domyśleć. Ich urok i klęska. Powiedział zapewne wszystko, moją wiedze powtórzył, docisnął do ściany, lecz nic z tego nie zrozumiał, nie wyszarpnął czegoś nowego, nie zdołał otworzyć przed widzem żadnej prawdy, upodobniając się do pilnego, miernego ucznia, który, wezwany do odpowiedzi wyrzuca z siebie kolejne daty, nie pojmując co się pod nimi kryje.

tydzień z głowy (122)

We wtorek poszliśmy na piwo z A. i przyjaciółmi. Wtorek w ogóle wydaje się najlepszym dniem na imprezę, gdyż knajpy zdążyli opuścić twardziele celebrujący piątek jeszcze w poniedziałek. Spotkaliśmy się w pewnym lokalu na Pradze, gdzie pracuje bardzo szczególna barmanka. Dziewczyna ta wydaje się nie tyle człowiekiem, co emanacją dzikich snów kasjerek, pań na poczcie i wszelkiej maści urzędniczek, więcej nawet, to upiór wywiedziony z jamy Polski Ludowej, zaledwie przyodziany w skórę i łach współczesności. Przywykłem do różnej obsługi, a jednak wciąż jestem zdziwiony, mimo, że minął niemal tydzień. Ciągle pamiętam. Może ta dziewczyna po prostu nienawidzi swojej pracy? Ale przecież widziałem ją pół roku wcześniej i z tego, co wiem, już wtedy była sławna. Może o to chodzi, o sławę? Mam na myśli opustoszały bar i ogonek klientów oczekujących, aż ta pani spali peta w drugiej sali (wprowadzenie zakazu palenia pogorszyło los konsumentów także w tym, skromnym wymiarze, wcześniej kurzyła nieco bliżej), ich tęskne spojrzenia próbują ściągnąć te niewielką postać, postać wreszcie powraca krokiem niespiesznym, by leniwie coś sprzedać, pominąć część oczekujących choć spogląda im w oczy, czasem zamyśli się nad kuflem, jakby piana bronka skrywała jakąś wielką prawdę, niczym flaki owcy w dłoniach wróżbity, wreszcie, delikatnie napomniana warczy – „przecież słyszę”. Jej twarz ściągnięta jest ku dołowi a oczy nieobecne, zaś człowiek drży – przynajmniej ja drżałem – że zaraz oberwie kuflem, butelką, spłynie po mnie kamikadze. Co jeszcze ciekawsze, ta dziewczyna jest osobą ładną, a nawet seksowną i to dopiero wpędza mnie w zakłopotanie. Bo jakie istnieje związek między bezczelnością a seksapilem? Trudno powiedzieć. Być może my, spragnieni kolejkowicze domyślamy sobie jej seksowność, ta seksowność jest seksownością urojoną, projekcja mózgu powstała w celu dopisania tej pani choć jednej dobrej cechy. Albo odwrotnie, ordynarna nienawiść względem świata, którą zresztą rozumiem, może być wyolbrzymiona w męskich głowach, żeby znieść rzeczoną urodę. Ładna barmanka to kłopot, ładna barmanka jest problematyczna, bo i komu zależy na urodzie kogokolwiek za blatem? Ewentualnie – co jeszcze bardziej prawdopodobne – obie cechy są wyobrażone celem ukrycia jakichś innych. Naprawdę uważam, że ludzie nam się tylko wydają. Z ogromnym trudem przyjmujemy postacie niespójne, nawet w akcydentalnych okolicznościach ładna dziewczyna może być wyniosła i nieprzyjemna, lecz w żadnym razie chamska drwalską ordynarnością, podobnie jak drwalom najczęściej odmawiamy subtelności. A może znów całe to pisanie nie ma żadnego sensu, bo tyka rzeczy błahych, do tego, w tym samym barze, obok barmanki znajdowała się szafa z kilkudziesięcioma rodzajami piwa, butelka koło butelki, a żadna taka sama. Uznałem za słuszne spróbować jak najwięcej, idąc od lewa do prawa. Udało się! A potem JŻ ze słowami „no to bączka na drogę” przytargał piwo czekoladowe, co naprawdę nie skończyło się dobrze.
Koty poszły do przeglądu. Kreska – jak się okazało – waży ponad siedem kilogramów, a domowe próby odchudzania tego ogłupiałego łakomstwem stworzenia skończyły się sekwencją kolejnych przyrostów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mieszkam na osiedlu zaludnionym przez ponurych starców, w skutek czego otaczają mnie przychodnie weterynaryjne i sklepy zoologiczne. Najpierw poszedłem się umówić i o mało nie popełniłem mordu. Tkwiłem pół godziny przed drzwiami za którymi jakaś pani dopytywała się ze szczegółami o metody przywracania zdrowia jakiemuś Pimpusiowi, choc Pimpuś co najwyżej miał gówno za trzonowymi, ilość pytań mnożyła się monstrualnie, we mnie rosła żądza mordu związana z poczuciem traconego czasu. W żadnym szpitalu, u żadnego lekarza nie spotkałem się z takim zainteresowaniem pacjentem. Do tego wyszło, że umówić się nie ma jak, kto przyjdzie, ten będzie przyjęty. Więc kotki w koszyk i heja, do pani doktor. Średnie to heja z czternastokilogramowym koszem. Wpychanie królewny Kreski w otwór to osobna sprawa. Trzeba cisnąć i podcinać łapki. Tak nie chce wejść. Tym razem kolejki nie było, koty zaraz się rozbiegły, a my wykonaliśmy dokładnie to, co tamta pani wcześniej, pani od Pimpusia. Miliony pytań o zdrowie czworonogów i gówno na dziąsłach, jeszcze i jeszcze, właściwie to nie chciałem kończyć tej rozmowy, może dlatego, że przemiła pani doktor w jakiś dziwny sposób przypominała T-1000 z drugiej części „Terminatora”. Coś w ruchach, coś w oczach zastygłych, troskliwa stal. Jak łatwo powielamy zachowania których nie znosimy, nie wiem tylko czy z uwarunkowań zewnętrznych, czy z mściwej potrzeby odznaczenia się w świecie za wszelką cenę. Poza tym odchudzająca piłeczka dla kotki Kreski nie działa. Chyba, że nie działa kotka kreska.
W piątek obraził się na mnie żebrak. W rejonach Marszałkowskiej, koło Domów Centrum operuje grupa rzutkich sępów koło czterdziestki, z punkowej przeszłości zostało im zaledwie no future, ten mój mógłby dawno temu pracować na dachach. Miał wąsy człowieka, co na dachach pracuje. Wybełkotał coś o pieniądzach na jedzenie, a trząsł się jakby strzelano mu pod nogi. Zerknąłem do portfela, zrobiło mi się głupio, bo tam może złoty pięćdziesiąt w dziesięcio- i dwudziestogroszówkach, no ale pomyślałem, że lepsze tyle niż nic. Wysypałem to na czarną rękę, ręka ta ugięła się lekko, niby w oczekiwaniu sporego ciężaru lub zatrutego ostrza i znieruchomiała. Facet zatrząsł się jeszcze poważniej, zerknął raz jeszcze na to co ofiarowane, zmiął tę pięść, syknął nienawistnie: „a idź pan” i poszedł, wbrew własnym słowom, zostawiając mnie cokolwiek skołowanego, a ja czułem dziwny rodzaj wdzięczności, w końcu nie skoczył na mnie, nie próbował odgryźć kawałka twarzy, nie sprzedał igły z adidasem pod żebro.

z e-mailii

“re: final powiadomień
Witam, szukasz pożyczki biznesowe, pożyczki osobiste, kredyt, kredyty samochodowe, kredyty studenckie, pożyczek konsolidacji zadłużenia, pożyczki bez zabezpieczenia, pożyczki kapitału podwyższonego ryzyka, itp. Jestem prywatnego kredytodawcy, przyznaję się pożyczki firm i osób prywatnych przy niskich i przystępnych oprocentowania w wysokości 3% na 1 roku do 30 lat trwania okresu spłaty kredytu z kwoty kredytu, od 5000 USD – 1,5 mln USD. E-mail z powrotem więcej informacji na temat dojazdu do Ciebie.

POŻYCZKOBIORCA INFORMACJE
Kwota potrzebna:
Cel pożyczki:
Czas trwania kredytu:
Twoje imię:
Kraj:

W przypadku pilnej uwagi wysłać mail na mój prywatny e-mail: xxxxxxxxxxxx
Dzięki i Bóg zapłać.

Z poważaniem
McPherson Grover Mr. (CEO)
GroverLoan & Investments Kredyty”

moja byc trafiona. a swoja drogą, półtora miliona baksów? amen.

horror, horror (26): rare exports


Pamiętam kapitalne spoty reklamowe z których „Rare exports” się zrodził i pełnego metrażu oczekiwałem z tak zwaną niecierpliwością, jeśli oczywiście mogę jeszcze niecierpliwić się w związku z jakimkolwiek filmem. Oczywiście rozczarowałem się, głównie dlatego, że dostałem coś innego . To chyba dobrze – sequele są fajne ale raczej dla tych, którzy kinem się cieszą, lecz go nie kochają. Miejsce wyprawy myśliwskiej na dzikiego Świętego Mikołaja ustąpiło fabule standardowej dla horroru, luźno wykorzystującej bożonarodzeniowe grepsy. Mikołaj to potwór zatopiony w lodzie, następnie uwolniony przez zagranicznych przedsiębiorców, żerujących na dziecinnych marzeniach. Czy jakoś tak. Paradoksalnie ten zabieg w połączeniu z konkretnymi rozwiązaniami scenarzystów przywraca ckliwość ostatnich dni grudnia. Jest dzielny chłopczyk i ofiarni Finowie, skutecznie wyrugowano przemoc (zapewne ze względu na braki budżetowe) w konsekwencji czego „Rare exports” wbrew drapieżnemu pierwowzorowi zbliża się do horroru familijnego, jakiejś „Bonanzy” o mordach i pradawnych legendach. Figura dziecka, którego odważnym planom podporządkowują się wszyscy dorośli nie jest przecież skierowana do mnie, do innych widzów traktujących horror serio, ale do innych młodych, oczekujących ‘czegoś nowego’. Innego Mikołaja. Innych prezentów. Innych świąt. Te szczęśliwie nastąpią za rok i o pełnometrażowej odsłonie „Rare exports” zdążymy zapomnieć. Nie chodzi tutaj o to, że nakręcono coś innego, lecz o utratę żywiołowości oryginału.

A tutaj pamiętne krótkie metraże

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.


The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Uncharted 2: Among Thieves


Zgodne głosy – także kolegów po piórze – podkreślały geniusz „Uncharted 2”, niedawno Onet wymienił tę grę jako jedną z dziesięciu produkcji, których pececiarze zazdroszczą konsolowcom. Ja pececiarzom i konsolowcom mogę co najwyżej pozazdrościć wolnego czasu, lub, nieco mniej cynicznie, uroków wczesnej młodości. Ale przeszedłem tę grę z przyjemnością, mając świadomość, że oto sobie gram, ale i twórcy grają swobodnie na moich sentymentach. Główny bohater, cała fabuła zbudowana na poszukiwani starożytnego artefaktu w sekwencjach naprzemiennych walk i pułapek odwołuje się do postaci Indiany Jonesa, na której wyrosłem – poziom zrzyny jest analogiczny, jak w przypadku filmu „Mumia”, czyli sympatycznie, lecz ze stratą jakości. Winą obciążam głównego bohatera przesyconego jajcarnością: gdyby żył nad Wisłą, oglądałby show Szymona Majewskiego i pierdział w saunie. Grywalność jest ogromna, choć trochę dziwna. Ginę nieustannie, niekiedy w sytuacjach kompletnie idiotycznych, a jednak idę dalej, niemniej, właśnie doskonałe wykorzystanie sentymentu mam za największą wartość tej sympatycznej zabawy. „Uncharted 2” to także dobry przykład w dyskusji czy dorośli grać mogą, czy grac dorosłym wypada. Już dawno udzielono odpowiedzi twierdzącej, podpierając się tytułami w rodzaju „GTA”, „Dead space”, „God of war” i tak dalej. Więc dobrze, to już wiemy – dorosły może, dorosłemu wolno i uzyskawszy takie rozgrzeszenie stare dziady, łącznie ze mną, ciupą po nocach w gry jak ta właśnie, dla dwunastolatków lub młodszych, postarzona tylko przez odpowiednią retorykę. Czego człowiek nie zrobi, żeby móc pobawić się klockami, w spokoju i przy wszystkich? Trzecia część w drodze.

Next Page »