Uncharted 2: Among Thieves

Posted on 7 lutego 2011


Zgodne głosy – także kolegów po piórze – podkreślały geniusz „Uncharted 2”, niedawno Onet wymienił tę grę jako jedną z dziesięciu produkcji, których pececiarze zazdroszczą konsolowcom. Ja pececiarzom i konsolowcom mogę co najwyżej pozazdrościć wolnego czasu, lub, nieco mniej cynicznie, uroków wczesnej młodości. Ale przeszedłem tę grę z przyjemnością, mając świadomość, że oto sobie gram, ale i twórcy grają swobodnie na moich sentymentach. Główny bohater, cała fabuła zbudowana na poszukiwani starożytnego artefaktu w sekwencjach naprzemiennych walk i pułapek odwołuje się do postaci Indiany Jonesa, na której wyrosłem – poziom zrzyny jest analogiczny, jak w przypadku filmu „Mumia”, czyli sympatycznie, lecz ze stratą jakości. Winą obciążam głównego bohatera przesyconego jajcarnością: gdyby żył nad Wisłą, oglądałby show Szymona Majewskiego i pierdział w saunie. Grywalność jest ogromna, choć trochę dziwna. Ginę nieustannie, niekiedy w sytuacjach kompletnie idiotycznych, a jednak idę dalej, niemniej, właśnie doskonałe wykorzystanie sentymentu mam za największą wartość tej sympatycznej zabawy. „Uncharted 2” to także dobry przykład w dyskusji czy dorośli grać mogą, czy grac dorosłym wypada. Już dawno udzielono odpowiedzi twierdzącej, podpierając się tytułami w rodzaju „GTA”, „Dead space”, „God of war” i tak dalej. Więc dobrze, to już wiemy – dorosły może, dorosłemu wolno i uzyskawszy takie rozgrzeszenie stare dziady, łącznie ze mną, ciupą po nocach w gry jak ta właśnie, dla dwunastolatków lub młodszych, postarzona tylko przez odpowiednią retorykę. Czego człowiek nie zrobi, żeby móc pobawić się klockami, w spokoju i przy wszystkich? Trzecia część w drodze.
[ytorbit]69EBDlnDw2k[/ytorbit]