Jeden z przyjaciół objawił się wyrazicielem opinii, że moja miłość do bloków, do majestatycznej zabudowy dziesięciopiętrowej wynika z przekory: ludzie są niechętni takim miejscom, a więc mnie wypada odnosić się do nich życzliwie. Przyjaciel ów zapomina, że sam jest blokom przychylny, więc na dobrą sprawę winienem mu się sprzeciwić w tej kwestii, nawet, jeśli nim kieruje wyrafinowany gust w zakresie architektonicznego planowania przestrzeni, a mną jedynie ryk Arymana. Ale mieszkam w bloku, co winno uciąć wszelkie dyskusje, choć lepiej powiedzieć, blok mi się zdarzył, jak wcześniej plomba na podgórzu i renesansowy dworek, wysokie mieszkanie w centrum Krakowa. Czemu nie? Niesłychanie wolno poznaję wspólnotę mnie otaczającą i zasady kierujące jej funkcjonowaniem. Od taksówkarza wiem, że blok mój, na Saskiej Kępie wzniesiono z myślą o pracownikach Służby Bezpieczeństwa, co wskazuje na solidność wykonania, nic mi tu na głowę nie runie i tylko jadąc windą zdarza mi się zerkać w poważne, sześćdziesięcioletnie oblicza i oczy barwy kazamatów. Takich ludzi poznać po tym, że mówią raczej niewiele, co odzwierciedla doświadczenie nabyte podczas przesłuchiwania bliźnich, lecz gdy już się odezwą, z ust ich malinek tryska rzeczowość i kompetencja. Nie tylko oni zamieszkują to miejsce i dopiero teraz, po roku, zaczynam poznawać gęstą siatkę zależności. Kto z kim, a o kim kto. Wróciłem wczoraj do domu z Krakowa, gdzie widziałem swojego brzdąca i umiłowanych kolegów, jadę windą z sąsiadką zza ściany, gadka szmatka, „coś pana nie widywałam”, „ano, proszę pani, ma pani całkowitą rację, bo i trochę mnie tutaj nie było”. A ona: „wiem, bo jak wracam z pracy, to często u was się światło nie świeci, myślę, wyjeżdżacie”. Zdziwiłem się, przecież mi coś takiego nie przyszłoby do głowy. Nie sprawdzam, co u sąsiada, nic mnie to nie obchodzi. Wiem już, że jestem obserwowany, że ktoś zdradza mną zainteresowanie w niewiadomymi mi celu. Najpewniej, ta ciekawość ma źródło w nudzie i szukaniu poczucia, że w naszym pięknym bloku wszystko zmierza we właściwym kierunku. A przecież nie zmierza. Wyszliśmy z A. jednocześnie, lecz każde w swoim własnym celu, po żarcie dla kota i lampkę do samochodu. Kto udawał się po co, nie trudno się domyśleć. Przeszliśmy korytarzem, zamknęliśmy za sobą drzwi na ten korytarz i wzywamy windę. Z drugiej strony wyłania się nieco korpulentna sąsiadka (inna niż ta od okien) o twarzy naznaczonej życiem w zwrotnych butelkach, witam się, zerkam za siebie (a może A zerknęła) i widzę, że drzwi prowadzące na korytarz, które przed chwilą zamknąłem (a może A zamknęła) stoją otwarte na oścież. Zaczęliśmy rozmawiać na ten temat, bo przecież w głowie mi się jebie i to zdrowo, sąsiadka pospieszyła z wyjaśnieniem: „No bo mają tutaj zebranie, jak to w soboty”, rzecze i zionie. Zainteresowałem się zaraz, przejęty, że jeszcze sponiewiera mnie jakaś awantura związana z życiem lokalnym, będą coś ocieplać, remontować, zamontują więcej kamer, no nie wiem, takie rzeczy. Zapytałem co to za sprawa, zaś sąsiadka momentalnie sposępniała. Warga zaczęła jej chodzić, twarz zwinęła się do wewnątrz, jak zawsze, kiedy świeżakowi trzeba wytłumaczyć w czyjej akurat szafie gnije sobie szkielet. Taką minę może mieć cnotliwa żona przyłapana na wypijaniu duszkiem ćwiartki żołądkowej, żeby tylko kolejny dzień dźwignąć. „Jakby panu powiedzieć”, zaczęła, „oni w innego Boga wierzą. Jehowi! Cała rodzina. I spotykają się zupełnie jawnie”. Oszołomiony tą sytuacją władowałem się do windy, powinienem coś powiedzieć, coś na temat tej mniejszości religijnej a wówczas moja osoba w oczach sąsiadki ulegnie raptownej krystalizacji. Tylko ja nic o nich nie wiem, poza ogólną intuicją, że są te hece z krwią, że raz na czas ogłaszają koniec świata i dawno, dawno temu słowo „Jehowy” funkcjonowało w kategoriach obrazy. Kiedy ktoś plótł androny, albo ładował się w kabałę, mógł usłyszeć: „chyba jesteś Jehowy”. No i tyle na ten moment. Sąsiadka wyczuła mnie, rzuciła asekuracyjne „no, ale to ich sprawa”, zgodziłem się i przeszliśmy do tego, jak mi, jak nam się żyje. Zasiadając teraz do pisania chciałem napisać jakąś krzepiącą konkluzję, coś o wspólnotowości dziesięciopiętrowców i względnej przenikalności mieszkań, ale nie, bo przypomniałem sobie inną przygodę. Mieszkałem wtedy w ścisłym centrum Krakowa, wlokę się już moją uliczką dzierżąc siaty, a z naprzeciwka wali tleniona blondyna w towarzystwie rudego zbira. Rudy to mało powiedziane. Kudły jasnoczerwone, poskręcane jak sprężyny, do tego ryj kostropaty, znaczony przez blizny i krosty. Ja z tymi siatami. Myślę, Orbitowski, nie gap się, tylko się nie gap, lecz oczywiście wybałuszam gały na ten ryży łeb urwany z amerykańskiego horroru, wymieniamy spojrzenia, przecież wzroku nie spuszczę, minęliśmy się, łapię oddech i słyszę: „proszę pana…”. Odwracam się, on już odwrócony. No dobra, uwalniam ręce, przecież mi spuści łomot, tanio skóry nie sprzedam, lecz szansę widzę marnie, nie z tą mordą gdzie szramy jak wyroki wieloletnie, nie przy tych kudłach niczym ognie piekielne, byleby nie kopał jak padnę, jak kopnie, to nie w głowę. Idzie na mnie. „Zauważyłem, że się pan nam przyglądał”, mówi, „mam coś dla pana”. Podał mi „Strażnicę” i poszedł.