Archiwa dla March, 2011

sucker punch


„300” posiadało swój urok, „Strażników” mam za jedną z najlepszych ekranizacji komiksów, jakie kiedykolwiek powstały, niestety, „Sucker Punch” rozczarowuje nawet jako wysokobudżetowy festiwal nerdowskiej wyobraźni. Młoda dziewczyna, na moment przed lobotomią nurkuje w światy nieistniejące: pierwszy plan to kabaret z tancerkami, topograficznie i ludzko zbieżny ze szpitalem, w którym panna wyczekuje ciosu. Plany dalsze stanowią mieszaninę popkulturowych cukierków, są inne planety, okopy wojenne z Niemcami napędzanymi parą, smoki, pociągi i samolot, wszystko na wzór leveli w grach video. zwycięstwo w fantastycznym świecie odznacza zdobycie gadżetu na planie kabaretowym, co z kolei ma przynieść sukces w realu. Emily Browing to kawał cudnej baby, co niekoniecznie tłumaczy trzymanie kamery na jej twarzy przez jedną trzecią seansu. Rozumiem coraz lepiej, że kino nie rozumie gier wideo i nie potrafi oddać ich sensu. Przełożenie języka gier na kino (a także komiksu na kino, kina na książkę i tak dalej) nie powinno dokonywać się wprost, nie jeden do jednego. Taka sytuacja kojarzy się ze stawianiem w knajpie za pożyczoną kasę. Niby miło, a jednak nie do końca. Wspaniałe światy wykreowane na potrzeby filmu doskonale sprawdziłyby się w jakiejś grze, tu jedynie złoszczą, gdyż chciałbym zagrać a nie mogę, tymczasem kinowa ich wartość jest żadna. „Sucker Punch” to wyziew wyobraźni szerokiej i zarazem ułomnej, film żałującym, że jest filmem właśnie, nie czymś innym. W pewien sposób rozumiem reżysera i żal mi go trochę. Czasem jest tak, że wywlekamy na świat nasze sny najpiękniejsze tylko po to by okazało się, że są niewiele warte i wcale nie takie fajne, jak wtedy, gdy kotłowały nami pod pościelą. A może wszystkie spaliły się w pierwszej, doskonałej sekwencji?

środa, a jakby ciemniej.


swoją drogą, jak na kolaż fanowski, kawał dobrej roboty.

wywiad dla students.pl

(…)
Wśród współczesnych rodzimych autorów grozy ty jako jedyny z niewielu trafiłeś do mainstreamu. Można by rzec, że spoczywa na Tobie wielka odpowiedzialność za to jak obecną kondycję horroru postrzegają krytycy. Niektórzy uważają, że to dzięki Tobie ten gatunek zyskuje nobilitację.

Rozmawiałem ostatnio z kolegą po piórze na ten temat i wątpię, żeby krytyk literacki w Polsce przejmował się kondycją horroru. Nie wydaje mi się też, aby polski horror potrzebował abym brał za niego odpowiedzialność, jeśli tak, to znaczy, że jest z nim bardzo źle. To przecież nie kobieta porzucona w ciąży, prawda? Wyobraźmy sobie, że przychodzi mi pomysł na powieść sensacyjną, albo obyczajową i co, mam go porzucić w imię lojalności gatunkowej? To by dopiero było: Łukasz Orbitowski wypiera się swoich korzeni. Zrozum mnie dobrze, życzę gatunkowi jak najlepiej, ale pisząc myślę tylko o książce, która powstaje w komputerze, promując potem tę książkę promuję ją właśnie i siebie przy okazji. Pomogłem paru autorom związanym z horrorem, choć gdyby horrorów nie pisali, pomógłbym także. Każdy odpowiada za siebie, co może przełożyć się na wzmocnienie pozycji literatury grozy w naszym smutnym kraju. Ale, jeszcze raz – nie wierzę w żadną samopomoc. Ludzie po prostu muszą pisać. Szczerze? Słyszałem o głosach, że nie czynię nic, aby względny przecież sukces, który odniosłem rozszerzyć na innych, pierwsza rzecz, jednak czynię, druga, jestem pewien, że nie powinienem tego robić.

Jak dotąd wychodziły Ci powieści mocno osadzone we współczesności. W twojej ostatniej książce Nadchodzi zerwałeś z tym kierując się ku stronie historii. Wynikło to z osobistych fascynacji czy też z faktu, że jest to temat często lekceważony przez fantastów?

Bo ja wiem, czy lekceważony? Co z „Lodem” Jacka Dukaja, „Wiecznym Grunwaldem” Twardocha, powieściami Jacka Komudy? Historia przyszła sama i powoli mam jej dosyć, choćby dlatego, że prócz „Widm” dopinam także sztukę teatralną, horror o żołnierzach wyklętych, tymczasem, trzeba jasno powiedzieć, nie jestem historykiem, nie mam drygu do systematycznego zdobywania wiedzy i opanowanie jakiejś jej dziedziny, choćby wąskiego fragmentu zajmuje sporo czasu. Zależy mi jednak, aby każda książka różniła się od poprzednich, napisałem trzy powieści osadzone mocno we współczesności i zrozumiałem (kasując powieść numer cztery), że zatkałem się kompletnie, że musi upłynąć parę lat, coś musi się zmienić, abym mógł wrócić do wątków współczesnych. A potem wydarzyły się przypadki. Przypomniałem sobie „Hubala” z Filipskim, na strychu u ojca natrafiłem na wspomnienia ubeka wyuczonego w wykańczaniu partyzantki antykomunistycznej i przyszło mi do głowy, że mam temat literacko ledwie zapoznany, mocny, potem już poszło i jak lumbago, trzyma do dziś.
(…)
reszta

horror podwojony na jawnych snach

Grałem w „Dead Space” w upiornym mieszkaniu o odrapanych ścianach, gdzie znicz służył za kubek na długopisy, a meble nosiły ślady ludzi umarłych: siedziałem w rogu ogromnego pokoju, spowity ciszą i dymem szluga, ściskałem tego peta w gębie, pada w łapie i wędrowałem przez grobowe korytarze statku Ishimura. Wierzcie albo nie, było to wrażenie jedyne w swoim rodzaju i, jak się okazało, nie do powtórzenia. „Dead Space 2” oferuje to samo i nie to samo; pojawiła się nawet we mnie dziwaczna myśl, czy nie wrócić do tamtego mieszkania i gry nie dokończyć.

Gry – mimo całej swojej innowacyjności – nie znajdują nowych pomysłów na uprawianie rozrywki gatunkowej. „Call of Duty” przynosi typowo filmowe wyobrażenie wojny, przy czym jest to filmowość hollywoodzka, krzepiąca i koleżeńska. „Uncharted” trudno uznać za coś więcej niż próbę przełożenia Indiany Jonesa, jego żartów, kobiet, podskoków i artefaktów na nowe medium; wartość leży w możliwości uczestniczenia, przeżywania w jakiejś formie przygód, które wcześniej pozostawały przed odbiorcą zamknięte.

Przyczyny tych translacji są niejednorodne. Istotną rolę odgrywają sentymenty graczy. W kinie nie zniosą już kolejnej imitacji „Poszukiwaczy zaginionej Arki” czy „Szeregowca Ryana”, lecz cieszą się jak dzieci – którymi w istocie są – na powrót starych bajek w nowej formie. Kody popkulturowe zaskakują żywotnością i od biedy gry mogłyby służyć za miernik aktualności: to, co w nich się pojawia, jest żywotne, tematy przemilczane zwyczajnie gniją na śmietniku. Rosnące koszta produkcji gier też robią swoje. Hojna do rozrzutności firma Sony i życzliwy graczom Microsoft wolą inwestować ciężkie miliony w pomysły, które sprawdziły się wcześniej, w innym medium.

reszta na jawnych snach.

tydzień z głowy (130)

To co w życiu ważne. Jest niedzielny poranek, siedzę sobie z kawką, u dobrych znajomych w Poznaniu, ci akurat wybyli, więc siedzę sobie przy cudzym biurku, nad cudzym komputerem i chłeptam kawę, też cudzą. Całe miasto drży od złości ludzi, przeklinających zmianę czasu, lecz dla mnie czas nie ma wielkiego znaczenia. Przynajmniej nie ta godzina. Za to myślę. W zeszłym tygodniu ukończyłem swoją pierwszą sztukę teatralną: mogę to ogłosić jako jedną z niespodzianek od dawna zapowiadanych. Sztuka nosi tytuł „Ogień” i ukaże się nakładem Narodowego Centrum Kultury. Sam nie wiem co o niej myśleć, nigdy nie pisałem niczego podobnego i pojawiają się wątpliwości, czyli, po prostu, raz wydaje mi się, że tekst jest dobry, a raz najbardziej na świecie chciałbym, żeby zniknął. Wątpię w niego, tak jak wątpiłem we wszystkie swoje książki, które, w gruncie rzeczy, okazywały się potem dobrymi książkami. Mam nadzieję, że z „Ogniem” będzie podobnie, zresztą, jeśli pisarzowi nie zdarza się wątpić to najczęściej ma przejebane. Choć i tak nie jest przyjemnie, gdyż wątpienie w książkę (napisałem cztery powieści, wątpiłem cztery razy) jest czymś bardzo szczególnym, zwłaszcza w moim przypadku, gdyż życie mam szczególne i dość śmieszne. Na szczególność i śmieszność chętnie się zgodziłem. Wątpliwości względem książki, pytanie „czy dobrze napisałem” przemienia się w inne: „czy dobrze żyję?”. Przecież moje życie jest zawierzeniem książkom, nie mam żadnej pracy i w gruncie rzeczy nic nie potrafię, to tego bardzo chętnie zgodziłem się na śmieszność w sobie i niesłychanie ją polubiłem, niestety, wydaje mi się, że to książki dają mi prawo do śmieszności ulubionej. Patrzę teraz na siebie, myślę o „Ogniu”, wątpię w „Ognia”, choć prawdopodobnie dramat to zajebisty i wątpię też w koszulkę z czaszką, którą mam na sobie, kupioną w Nowym Meksyku, podczas wariackiej wyprawy przez Stany Zjednoczone, kosztującej krocie – miałem prawo pojechać? Wątpię w spodnie szturmowe, okrywające mą bladą dupę i w konsolkę, leżącą gdzieś obok, na której, także pełen wątpliwości, pogram sobie w drodze samochodem do domu, wątpliwości dotyczą też zużytej ramoneski i bluzy z kapturem, wszystkiego tego, co pospołu czyni ze mnie podstarzałego młodzieżowca. Mógłbym wymieniać dalej, pokazać, w jaki sposób wątpliwość dotycząca dwustu czterdziestu stron rozlewa się na telewizor i półkę z komiksami, na moje podróże i książki, które otwieram, jak czas zakręca, mąci przeszłość i przyszłość, jak zmienia „teraz” w rozdygotaną kulę. Tylko nie widzę sensu w takim zabiegu, zresztą, przywykłem do wątpienia i umiem z nim żyć, być może niedługo takie życie polubię. Ostatni tydzień spędziłem w mechanicznym spokoju, z nosem w książce, z padem w łapie, wciągnięty w emocjonującą przygodę o nazwie „Heavy rain”, przede wszystkim, zgarbiony nad laptopem, w pocie czoła prostujący słowa, jakby każde zdanie było podkową. Przedramiona puchną. Wieczory toną mi w spokoju, w pełnym odpuszczeniu tropienia zjawisk kultury: nogi wyciągnięte, lecą sobie kolejne odcinki przygód Muldera i Scully, co naprawdę potrafi odprężyć. Na siłowni jestem troszeczkę bardziej skupiony niż zazwyczaj, dłużej siedzę w saunie, tak długo, że aż plecy mnie szczypią. Żrę jak wściekły. Słucham nowej płyty Amon Amarth. W piątek, nie bez ociągania się, pojechaliśmy na Pyrkon, jeden z moich ulubionych konwentów (to chyba coś znaczy – że lubię jakiś konwent), który niby się zmienił, a jednak nie zmienił. Zamiast szkoły, knajpki konwentowej organizatorzy zdecydowali się na ośrodek, co niektórym niezbyt pasowało, ale ja odnalazłem się błyskawicznie, atmosferę rozpoznałem jako znajomą. Cała sobota była upstrzona spotkaniami, po pierwszym poszedłem zjeść odrażającego kotleta i zimne frytki, popiłem sobie piwkiem, dbając, żeby nie uległo zbytniemu rozmnożeniu przed kolejnym, publicznym mieleniem ozorem, porozmawiałem z kolegą o pisaniu i nie tylko, przybijałem ludziom piątki i poszedłem na zewnątrz, wypalić sobie papierosa przed spotkaniem autorskim. Stałem, paliłem, komórka piskiem ogłosiła nowego maila. Julek napisał do mnie pierwszy list. „Tato, przyjedź do mnie dziś. J.”. jedna litera na pół strony w Wordzie. Przeczytałem kilka razy, zdusiłem papierosa i ku publiczności, nawdychać się własnej chwały, udzielałem zabawnych odpowiedzi, wywołując w ten sposób salwy śmiechu, potem spotkanie się skończyło, było już późno, organizatorzy skierowali mnie na pięterko, gdzie rozdawałem autografy, dziewczyny robiły sobie ze mną zdjęcia. W knajpie ludzie słuchali, co mam do powiedzenia.

o “Trollhunter” w Nowej Fantastyce

Owładnięty nieopisanym smutkiem rozmyślałem o przyszłości tej skromnej rubryczki. Jej losy, w pewnym stopniu, zależą ode mnie: mogę przecież oszaleć z rozpaczy w każdej dowolnej chwili, ewentualnie polec, bawiąc się w rycerza, gdzieś pomiędzy lokalami turniejowymi. Wolno mi także – tak myślę – zatrzasnąć się w klatce utrapień czy też ekstatycznego szczęścia tak szczelnie, że nie wydostanie się stamtąd ani jedno słowo. Gdyby to zależało od tak prostych, gdyż związanych ze mną czynników! Niestety, pozostaję bezradnym zakładnikiem dokonań współczesnych filmowców, którzy nie uznali za słuszne rozpieszczać mnie w minionym roku. Mówiąc wprost, sensownych, acz niezależnych filmów fantastycznych ukazało się mniej niż niewiele. Przekonany, że świat nieodmiennie zmienia się na gorsze, wyczekiwałem posuchy, a tu proszę: zima odznaczyła się wysypem frapujących tytułów. Norweski “Trolljegeren” jest tylko jednym z nich.

całość w numerze kwietniowym.

blackastrial nr 10

a w nim po raz kolejny mój felieton o metalach i dla metali. od pierwszego kwietnia do kupienia.

zapraszam do poznania na pyrkon.

25-27 marca 2011 r.

Pyrkon 2011 będzie miał miejsce w dwóch pawilonach centrum konferencyjnego oraz szkole licealnej:

* Budynek A: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, Pawilon 8A, ul. Głogowska 14 (budynek główny)
* Budynek B: Centrum Konferencyjne MTP- wejście od ulicy Śniadeckich, Pawilon 14B, ul. Głogowska 14 (drugi budynek programu)
* Budynek C: Liceum Ogólnokształcące nr 2, ul. Matejki 8/10 (szkoła noclegowa)

spotkanie ze mną odbędzie się w sobotę w aulii o g. 18.00. zapraszam smacznie, jak mówił jeden ze znanych mi Don Kichotów codzienności.
więcej informacji na oficjalnej stronie imprezy

Tydzien z głowy (129)

Jeden z przyjaciół objawił się wyrazicielem opinii, że moja miłość do bloków, do majestatycznej zabudowy dziesięciopiętrowej wynika z przekory: ludzie są niechętni takim miejscom, a więc mnie wypada odnosić się do nich życzliwie. Przyjaciel ów zapomina, że sam jest blokom przychylny, więc na dobrą sprawę winienem mu się sprzeciwić w tej kwestii, nawet, jeśli nim kieruje wyrafinowany gust w zakresie architektonicznego planowania przestrzeni, a mną jedynie ryk Arymana. Ale mieszkam w bloku, co winno uciąć wszelkie dyskusje, choć lepiej powiedzieć, blok mi się zdarzył, jak wcześniej plomba na podgórzu i renesansowy dworek, wysokie mieszkanie w centrum Krakowa. Czemu nie? Niesłychanie wolno poznaję wspólnotę mnie otaczającą i zasady kierujące jej funkcjonowaniem. Od taksówkarza wiem, że blok mój, na Saskiej Kępie wzniesiono z myślą o pracownikach Służby Bezpieczeństwa, co wskazuje na solidność wykonania, nic mi tu na głowę nie runie i tylko jadąc windą zdarza mi się zerkać w poważne, sześćdziesięcioletnie oblicza i oczy barwy kazamatów. Takich ludzi poznać po tym, że mówią raczej niewiele, co odzwierciedla doświadczenie nabyte podczas przesłuchiwania bliźnich, lecz gdy już się odezwą, z ust ich malinek tryska rzeczowość i kompetencja. Nie tylko oni zamieszkują to miejsce i dopiero teraz, po roku, zaczynam poznawać gęstą siatkę zależności. Kto z kim, a o kim kto. Wróciłem wczoraj do domu z Krakowa, gdzie widziałem swojego brzdąca i umiłowanych kolegów, jadę windą z sąsiadką zza ściany, gadka szmatka, „coś pana nie widywałam”, „ano, proszę pani, ma pani całkowitą rację, bo i trochę mnie tutaj nie było”. A ona: „wiem, bo jak wracam z pracy, to często u was się światło nie świeci, myślę, wyjeżdżacie”. Zdziwiłem się, przecież mi coś takiego nie przyszłoby do głowy. Nie sprawdzam, co u sąsiada, nic mnie to nie obchodzi. Wiem już, że jestem obserwowany, że ktoś zdradza mną zainteresowanie w niewiadomymi mi celu. Najpewniej, ta ciekawość ma źródło w nudzie i szukaniu poczucia, że w naszym pięknym bloku wszystko zmierza we właściwym kierunku. A przecież nie zmierza. Wyszliśmy z A. jednocześnie, lecz każde w swoim własnym celu, po żarcie dla kota i lampkę do samochodu. Kto udawał się po co, nie trudno się domyśleć. Przeszliśmy korytarzem, zamknęliśmy za sobą drzwi na ten korytarz i wzywamy windę. Z drugiej strony wyłania się nieco korpulentna sąsiadka (inna niż ta od okien) o twarzy naznaczonej życiem w zwrotnych butelkach, witam się, zerkam za siebie (a może A zerknęła) i widzę, że drzwi prowadzące na korytarz, które przed chwilą zamknąłem (a może A zamknęła) stoją otwarte na oścież. Zaczęliśmy rozmawiać na ten temat, bo przecież w głowie mi się jebie i to zdrowo, sąsiadka pospieszyła z wyjaśnieniem: „No bo mają tutaj zebranie, jak to w soboty”, rzecze i zionie. Zainteresowałem się zaraz, przejęty, że jeszcze sponiewiera mnie jakaś awantura związana z życiem lokalnym, będą coś ocieplać, remontować, zamontują więcej kamer, no nie wiem, takie rzeczy. Zapytałem co to za sprawa, zaś sąsiadka momentalnie sposępniała. Warga zaczęła jej chodzić, twarz zwinęła się do wewnątrz, jak zawsze, kiedy świeżakowi trzeba wytłumaczyć w czyjej akurat szafie gnije sobie szkielet. Taką minę może mieć cnotliwa żona przyłapana na wypijaniu duszkiem ćwiartki żołądkowej, żeby tylko kolejny dzień dźwignąć. „Jakby panu powiedzieć”, zaczęła, „oni w innego Boga wierzą. Jehowi! Cała rodzina. I spotykają się zupełnie jawnie”. Oszołomiony tą sytuacją władowałem się do windy, powinienem coś powiedzieć, coś na temat tej mniejszości religijnej a wówczas moja osoba w oczach sąsiadki ulegnie raptownej krystalizacji. Tylko ja nic o nich nie wiem, poza ogólną intuicją, że są te hece z krwią, że raz na czas ogłaszają koniec świata i dawno, dawno temu słowo „Jehowy” funkcjonowało w kategoriach obrazy. Kiedy ktoś plótł androny, albo ładował się w kabałę, mógł usłyszeć: „chyba jesteś Jehowy”. No i tyle na ten moment. Sąsiadka wyczuła mnie, rzuciła asekuracyjne „no, ale to ich sprawa”, zgodziłem się i przeszliśmy do tego, jak mi, jak nam się żyje. Zasiadając teraz do pisania chciałem napisać jakąś krzepiącą konkluzję, coś o wspólnotowości dziesięciopiętrowców i względnej przenikalności mieszkań, ale nie, bo przypomniałem sobie inną przygodę. Mieszkałem wtedy w ścisłym centrum Krakowa, wlokę się już moją uliczką dzierżąc siaty, a z naprzeciwka wali tleniona blondyna w towarzystwie rudego zbira. Rudy to mało powiedziane. Kudły jasnoczerwone, poskręcane jak sprężyny, do tego ryj kostropaty, znaczony przez blizny i krosty. Ja z tymi siatami. Myślę, Orbitowski, nie gap się, tylko się nie gap, lecz oczywiście wybałuszam gały na ten ryży łeb urwany z amerykańskiego horroru, wymieniamy spojrzenia, przecież wzroku nie spuszczę, minęliśmy się, łapię oddech i słyszę: „proszę pana…”. Odwracam się, on już odwrócony. No dobra, uwalniam ręce, przecież mi spuści łomot, tanio skóry nie sprzedam, lecz szansę widzę marnie, nie z tą mordą gdzie szramy jak wyroki wieloletnie, nie przy tych kudłach niczym ognie piekielne, byleby nie kopał jak padnę, jak kopnie, to nie w głowę. Idzie na mnie. „Zauważyłem, że się pan nam przyglądał”, mówi, „mam coś dla pana”. Podał mi „Strażnicę” i poszedł.

Barbarossa: insomnia

Większość ludzi zaglądających tutaj chyba wie o moich kłopotach ze snem. Umiem spokojnie zasnąć tylko u siebie w domu i w pokojach hotelowych – to ostatnie już niekoniecznie. Uważam, że bezsenność są produktem ubocznych naszych wesołych czasów, cywilizacji przyjemności, którą przecież niezwykle sobie cenie. Wcześniej ludzie bali się rzeczy konkretnych: Boga oraz śmierci. Bóg już umarł, o śmierci nie wypada mówić, w konsekwencji czego boimy się dosłownie wszystkiego, od utraty pracy, przez zmarszczki, aż po najróżniejsze wdzięczne paranoje. Sam nie jestem od tego wolny i w swoich próbach spokojnego zasypiania sięgałem po najróżniejsze wynalazki, kombinowałem nawet specjalne zestawy zasypianiowe (najlepszy to siłownia, trzy podwójne melissy i długa kąpiel) i teraz już wiem, że niepotrzebnie czyniłem te wysiłki. Śpiąc na pokojach mojego wydawcy, przez czas krakowsko-Julkowy natrafiłem na film produkcji włoskiej, z Rudgerem Hauerem jako Fryderykiem Barbarossą. Dobrze obsadzony Hauer to dobrze obsadzony Hauer, Barbarossa, wydawałoby się, żyleta. Tylko ci Włosi. Nie chodzi o to, że „Sword of war” jest nudny, lecz zwyczajnie z niczym nudniejszym się nie zetknąłem, gdyby był ciut mniej nudny wydałby się szalenie ciekawy właśnie ze względu na całkowitą bezbarwność, tymczasem tu jest jeszcze lepiej. Z każdego ujęcia niemal, z każdego wypowiedzianego zdania i sceny batalistycznej bije marazm kisielu rozkładającego się na słońcu, książka telefoniczna przy tym czymś wydaje się lekturą pełną atrakcji. Odkrywszy jaki skarb posiadam, puszczałem sobie jakieś piętnaście, dwadzieścia minut, po kutych moja ciężka ręka z trudem trafiała na klawisz pauzy w laptopie. Wybudzony w środku nocy powtarzałem zabieg, aż Hauer się skończył, jak i mój pobyt w Krakowie. Co teraz będzie, pytam siebie, ano nic, najwyżej wskrzesimy słuszny zwyczaj oglądania wielokrotnego, znany z ery VHS, kiedy każdy film, jak ten teraz, był prawdziwym skarbem.

Next Page »