Archiwa dla April, 2011

Opona i łyżka w “Nowej Fantastyce”

Z kolegą, dawno temu, zastanawialiśmy się nad granicami poczucia humoru. Ich bezkres wydaje się pozorny. Istnieją sytuacje, kiedy o wesołość jakby trudniej, zwłaszcza, gdy śmierć puka do drzwi, uprzejmie informując, że tym razem nie zabierze chomika. Wyobrażaliśmy sobie nasze własne zgony w najróżniejszych sytuacjach, docierając w ten sposób do szczytu dowcipności. Jest on wariacją na temat końcówki „Xavrasa Wyżyna”: gdy przed oczyma pęcznieje nam grzyb atomowy, należy odnaleźć najbliższy murek, stanąć przed nim w pozie możliwie najbardziej kretyńskiej, mając nadzieję, że cień, który po sobie zostawimy będzie cholernie śmieszny.
Skoro już wyżyny poczucia humoru określiłem, mogę ujawnić co mnie nie bawi. Mianowicie, śmieszna dziwność filmowa, co, w pierwszej chwili, może wydać się i dziwne i śmieszne. Męczą mnie straszliwie te niskie budżety wytwórni Troma o zabójczych kondomach, toksycznych mścicielach i surfujących nazistach. Różnego rodzaju zabójcze owce i samochody wywołują znużenie i irytację. Rzadko bowiem osobliwy pomysł ulega sensownemu rozwinięciu. Film o zabójczych owcach będzie opowiadał o owcach zabójczych właśnie, wszystko, czego potrzebuję zdradzi mi tytuł, ewentualnie minuta trailera. Niemniej, na „Oponę” Quentina Dupieuxa czekałem z pewną nadzieją, nie tylko ze względu na analno-tarantinowskie skojarzenia imienia i nazwiska reżysera.

(…)

Oponka

Łyżka i to cała. Jeden z najlepszych shortów jakie w życiu widziałem.

całość w numerze majowym.

o “heavy rain” na jawnesny.pl

Skończyłem „Heavy Rain” jakiś czas temu i dalej nie wiem, co myśleć. Najbardziej sensowne wydaje mi się stwierdzenie, że mamy w tym wypadku do czynienia z najciekawszą nieudaną grą, jaka kiedykolwiek się ukazała. Być może jej właściwy sens jeszcze się ujawni, przybędzie tytułów rozwijających pomysły tam zawarte w kierunku jakiegoś sensu czy innej dojrzałości. Dopuszczam też pomyłkę własną, gdyż gracz ze mnie niedzielny, w ulewę igrałem dość specyficznie, za to pół życia zeszło mi na budowaniu, przerabianiu i ocenianiu fabuł. Trzeba też powiedzieć, że poradziłem sobie wyjątkowo ślicznie. Zabiłem dwóch z czterech bohaterów, trzeci obwiesił się w celi, dzieciak utonął, zaś morderca pozostał na wolności. Oby tak dalej, Łukasz, myślę sobie, oby tak dalej.
Więc tak. Najczęściej grywam w kompletnym odcięciu od świata zewnętrznego. Być może gry są dla mnie atrakcyjne właśnie z tego powodu. Odkładam telefon, siadam na tak zwanym zadku, ściskam pada, a czas i przestrzeń wyświadczają mi grzeczność swoim zanikiem. Moje ciupanie, całe to nurkowanie w nieistniejącą przecież rzeczywistość ma w sobie coś potępieńczego; sam sobie kojarzę się z grzesznikiem na łożu śmierci, który próbuje urżnąć się, nomen omen, w trupa i chce w ten sposób zapomnieć o rychłej perspektywie piekła. W wypadku „Heavy Rain” było inaczej.
Nieodwracalność zdarzeń, czy też, jak chcieliby twórcy, moich własnych wyborów (które, jak wiemy, nie mają żadnego znaczenia) nieustannie przeganiała mnie sprzed telewizora. Zachowywałem się jak podczas lektury wyjątkowo emocjonującej, lecz niełatwej książki. Kurzyłem szlugi w kuchni, próbując rozgryźć, co będzie dalej, w jaki sposób powinienem postąpić, następnie krążyłem bez sensu od drzwi do okna: w mojej głowie i sercu ciągle kotłowały się emocje bohaterów. Za oknem zresztą lało, wył wiatr i chybotał moim, raczej niezbyt mocno osadzonym blokiem. Naprawdę. Fajnie, prawda? Jazda bez trzymanki skończyła się rozkwaszeniem nosa, gra dobiegła końca – przyszło rozczarowanie. Nawet coś więcej. Złoto zmieniło się w liście. Zostałem oszukany.

ciąg dalszy

dobrze, że nie miałem konta na Playstation Network, tak swoja drogą.

saska (1): Cafe baobab


Skoro już zostałem tym lokalnym patriotą, spróbujmy coś z tym zrobić. Póki mam siłę, zdrowie i nikt nie przegnał mnie na Gocław, postaram się tutaj, pod takim szyldem zamieszczać notatki na temat mojej ulubionej Saskiej Kępy. Jeśli projekt polegnie, nie róbmy z tego afery. A zaczynamy od „Cafe Baobab” na Francuskiej 31. Miejsce to odkryłem przypadkiem, kiedy to z grupą przyjaciół poszukiwaliśmy czegoś do żarcia, co wcale nie jest proste na tzw. ulicy reprezentacyjnej. Niedawno wróciłem w to miejsce. Restaurację założyli Senegalczycy i oferują kuchnię, suprise-suprise, Senegalską, co jednak jest jakąś nowością w naszym wesołym kraju. Prócz tego można kupić ładne zdjęcia, są albumy i książki o Senegalu, wypatrzyłem też coś na kształt fabrycznie przyszykowanych rękodzieł, lecz zawsze mogę się mylić. Jeśli zawiążecie mi oczy nie odróżnię frytek od krewetek w occie, więc nie ma chyba sensu, bym pisał o jedzeniu. W potrawach na karcie trudno się połapać (zagrałem nieśmiertelnym „co mi pan poleci?”) i powiem tylko tyle, że mięso z kuskusem, które dostałem było bardzo, bardzo dobre. Niestety nie mają wyszynku, za to dają smaczne napoje. Za całość zapłaciłem około trzech dych, czyli znów – umiarkowanie. Ceny dołączają do szeregu zalet „Cafe Baobab”, sam pomysł na restaurację niesłychanie mi się podoba. Ktoś przyjechał z innego kontynentu i snuje opowieść o swoim dalekim kraju, historię wielowątkową, bo rozpisaną na smak, zapach, obraz, słowa i przesyconą jakimś mądrym rodzajem miłości do tego kawałka Afryki. Domyślam się, że takie kochanie nie zawsze jest łatwe. Obsługa oczywiście rekrutuje się z Sengalczyków a ja właśnie przypomniałem sobie, że mamy na dzielni czarnoskórego policjanta. Widziany w polskim mundurze, z kawą i pączkiem umie zrobić wrażenie. Czy to jakoś się łączy?

rozczarowanie “krytyką polityczną”

Skoro, ze względu na bolącą nogę nie poszedłem na spacer, postanowiłem udać się na piwo. Tylko jak tu chlapnąć piankę w świąteczną niedzielę, kiedy wszystko pobożnie zatrzaśnięte? Pamiętam ogrom własnego rozczarowania w Nowy Rok, kiedy z Urbaniukiem włóczyliśmy się po Saskiej Kępie w próżnej nadziei na znalezienie najpaskudniejszej choćby mordowni. Nic z tego. Bogatszy o to doświadczenie postanowiłem bez pudła uderzyć do komunistów, do Nowego Wspaniałego Świata. Ci przecież czynni być muszą, myślałem, winni pracować pryncypialnie i oferować rozliczne zniżki na wódę w ramach walki z nadwiślańskim Iranem. Walę więc na Nowy Świat jak do siebie, docieram i zapadam w zdumienie. Nieczynne. Normalnie, legalnie zawarte. Czerwone wrota mnie nie wpuszczą. Zdębiałem. Jak to możliwe? Na szczęście, kapitaliści przyszli do pracy i spędziłem miłe chwile w jakiejś sieciowej knajpce naprzeciwko. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie trafna obserwacja Mika. Gdzie są młodzi, wykształceni z wielkich miast, pytał Mik retorycznie, czemu nie ma ich tego dnia w lewicowej świątyni? Ano, pojechali do domu na święta.

metal na dziś (39) – Nunslaughter.


Zespół Nunslaughter niewiele mnie obchodzi. Więcej nawet, zespół Nunslaughter uczynił wszystko, aby nie zaleźć się w centrum zainteresowania ludzi takich jak ja. Maja miliard epek, splitów i diabeł wie czego jeszcze, co w jakiś sposób przekłada się na tak zwaną kultowość, mierzoną też w dinozaurowych już latach aktywności. Ale Bartosz z „Blackastrial” podesłał mi to wideo i zrozumiałem, że muszę się zakochać. Mamy do czynienia z najbardziej urokliwym rodzajem metalowej głupoty i to takiej, że serce pęka: ta sama durność kazała mi w szkole średnich chodzić na religię tylko po to, aby tłumaczyć księdzu, że Boga nie ma, za jej sprawą wskakiwałem w ciężkie, czarne łachy i lazłem z ponurą miną w lipcowe słońce, zaś na randkach mówiłem głównie cytatami z Maxa Stirnera. To już nie wróci, za to mamy wideoklip. Warto zwrócić uwagę na obce Polsce skojarzenie chrześcijaństwa z ładem korporacji. Ci metale są nie tylko bezbożni, lecz alterglobalistyczni, zaś bóg to nietzscheański pająk, plotący sieci na dusze z milionów dolarów zapisanych w akcjach i obligacjach. Obowiązkiem metala jest dewastować ten porządek za pomocą ryku i piąchy. No dobrze, chyba przesadzam. Ważne, że mają katany, naszywki, telewizorki, ćwieki.

Tydzień z głowy (134)

Planowałem dziś pójść na spacer. Nie zdarza mi się godzić bez sensu, tak po prostu – by pójść. W gruncie rzeczy nigdy taka myśl nie przeszła mi przez głowę i zawsze dziwiłem się samotnym spacerowiczom. Dla mnie droga ma zawsze jasno określony sens, zamierzenie, ten cel którego sama w sobie, jako środek nie zdoła uświęcić. Ale pomyślałem sobie, że niedzielny spacer może być czymś fajnym, nawet zdoła mi się w czymś przysłużyć, zdołam ogarnąć rzecz z którymi teraz, literacko się borykam. W ten sposób znalazłem praktyczne uzasadnienie dla spaceru, zaplanowałem trasę, świadom, że takie wydarzenie musi pozostawać wyprzedzone jakimś rodzajem rytuału, wyrażonym choćby w gapieniu się na mapę Warszawy. W piątek dokładnie wiedziałem dokąd dziś pójdę. Przygotowałem trampki, kupione jeszcze w Stanach, czekające w szafie takiej właśnie, wiosennej okoliczności. Przeszedłem się w nich do optyka i na siłownię. Dziś wstałem wcześnie, wypiłem kawę, posiedziałem chwilę na sieci, zrobiłem sobie tosty z czosnkiem, szynką i serem, właściwie głównie po to, żeby wypalić pierwszego szluga. Obejrzałem zaległy odcinek „Borgiów” (dalej mi się nie podoba), pograłem chwile w „Red Dead Redeption”, western zdolny ukoić najbardziej rozedrgane serca – oto galopuję na rączym rumaku między skała, kaktusem, miasteczkiem, zabawa wolna od wszelkiej pospieszności. Teraz siadłem, aby zapisać to co właśnie piszę, nieco wzruszony ale i zdezorientowany życzliwością najbliższych. Na wieść, że spędzam święta samotnie posypały się najróżniejsze propozycje, zapraszano mnie do miast i wsi, szczerze i z życzliwością, żebym przypadkiem nie tkwił jak kołek w otoczeniu cudów elektronicznych, kotów, myśli. Wszystkim jestem wdzięczny za ich serce, a także za to, że zrozumiałem coś nowego. Samotność w święta, nawet, jeśli dotyka ateisty wydaje się czymś nie tyle dziwnym, co przykrym, jakimś rodzajem weekendowego wykluczenia. Nikt nie powinien być wówczas sam, powiadają. Samotne siedzenie jest logiczną konsekwencją przyjętego światopoglądu, czy raczej, w moim przypadku, światopoglądu, który mnie przyjął. Skoro nie wierzę w Boga i nie uznaję jego Kościoła, winienem odjąć sobie nawet zewnętrzne, czysto zwyczajowe przejawy radości ze Zmartwychwstania. Wielkanoc, wydaje mi się, jest świętem zupełnie innym niż Boże Narodzenie, wolnym właściwie od wymiaru publicznego, czy komercyjnego. W jakiś sposób te parę dni są gniazdem do przezywania tajemnic, które są mi obce, przynależą też do rodzinnego ciepełka, tymczasem u mnie z rodzinnością jest równie źle co z pobożnością. Ale względy światopoglądowe, powyższe przemyślenia z nich wynikłe zupełnie mnie nie obchodzą. Ludzie ważniejsi są od doktryn i gdybym Wielkanoc pryncypialnie olał ze względu na jakieś wewnętrzne uporządkowanie, stałbym się bardzo chrześcijański. Po prostu Święta interesują mnie tyle, co najbliższych. Ten czas, z przyczyn zasupłanych w mojej własnej biografii nie kojarzy mi się najlepiej, ale, jak dotąd, z radością wpieprzałem jajko, chrzan i wypowiadałem na głos mniej więcej te życzenia, które chowam w serduchu. Teraz zdarzył się kwiecień, Julek w Krakowie na dwa tygodnie, zaś ja nie mogłem przebywać nim z ciurkiem, to znaczy mogłem, tak samo jak moje koty mogą nie żreć, mogą potem zdechnąć przed suchą miską. Więc kursowałem między miastami i już, pierwszy raz wsiadając do pociągu wiedziałem, że nic z tej Wielkiej Nocy dla mnie nie będzie. Bliscy są ważni, ja także się liczę i jeśli czegoś potrzebowałem, jeśli coś naprawdę usłyszałem w sobie to tylko tyle, że mam ochotę zostać, siedzieć na dupie, dłubać w nosie i zajmować się bzdurami ze wskazaniem na mitologizujący się już spacer. Nie ma w tym żadnej tragedii, ani dramatu, zwyczajny wybór: święta są dla mnie ważne bo ludzie są ważni, sam jednak jestem ważny dla siebie i stąd czasem będę siedział w takie dni samotnie, gdyż samotność niesłychanie sobie chwalę, nie tak dalece, jak towarzystwo, lecz to się sprzęga: ludzie naprawdę są światłem zdolnym przeniknąć wszystko, ten blask wpada tu do mnie, na biurko i kotkę Kreskę. Jest pamięcią i nadzieją. Wypadałoby więc podziękować wszystkim, także tym, którzy mnie zapraszali, właśnie dzięki nim siedzi mi się teraz tak miło. Mój stosunek do Świąt, powtórzmy to raz jeszcze, wydaje mi się najnaturalniejszym z istniejących. Uczestniczę, jeśli jest to możliwe, odpuszczam, gdy tę możność traci, a swoją obecną sytuację znajduję niemal szczęsną. Chciałbym napisać, że zaraz wstanę, narzucę kurtkę i czapkę na łeb głupi, następnie powlokę się z notatnikiem do Parku Skaryszewskiego, będę się włóczył, pisał i czekał na zmierzch. Niestety. Trampki, nałożone w piątek okazały się nieco za ciasne, stopa rypie mnie przy każdym roku (rypanie to określam jako upierdliwe, lecz znośne), więc nici z planów. Chwytam notatnik i wlokę się na autobus. Kto wie, może gdzieś, w zasięgu komunikacji miejskiej leją jakieś piwo?

wszystkiego dobrego!

Powinienem chyba złożyć świąteczne życzenia czytelnikom tego bloga, kolegom, przyjaciołom, którzy tutaj zaglądają. Kiedyś zadałem sobie trud wysyłania osobnych życzeń imiennych do każdej osoby z mojego otoczenia, którą uznałem za ważną. Ważność ta odebrała mi czucie w palcach. Tylko co mogę napisać jako bezbożnik, antyklerykał, do tego w sposób obsesyjny wręcz (z przyczyn prywatnych) Wielkiej Nocy niechętny? Więc może tak. Życzę wszystkim: wierzącym, niewierzącym i wątpiącym, a także czytającym, podczytującym i nieczytającym Orbitowskiego nadchodzące dni były czasem wolnym od przymusu. Myślę o swoich przyjaciołach w Chrystusie – chciałbym, żeby wasza droga stała się, przynajmniej na ten czas, jaśniejsza, a ludzie przy niej lepiej dostrzegalni. W pewien sposób zazdroszczę wam nadziei łączącej się ze zmartwychwstaniem. Nie na tyle jednak, by się skłonić. Wątpiących zachęcam do kroku w lewo lub w prawo. Z tego, co wiem, żadna ścieżka nie jest wesoła. A pójdę się przejść, porobię notatki, zobaczę sobie milczące miasto i hałaśliwych kolegów, znajdzie się jakaś piana i radość z tego, że Słońce zwyciężyło i mamy tę cholerną wiosnę. Czego sobie podobnym jak najserdeczniej życzę.

przedświąteczne polecanki

Ponieważ jestem jaki jestem, a na domiar złego idą święta, zaczynam rozumieć, że nigdy nie dźwignę tego bloga na właściwy poziom. Mam tu na myśli codzienne aktualizacje układające się w jakiś porządek. Jeśli ktoś zada sobie ten pieroński trud i prześledzi wcześniejsze wpisy, być może zauważy wzmożoną mą aktywność, sięgającą gdzieś od niedzieli do środy max, kiedy to miałem tyle sił by dzielić się tutaj tym co obejrzałem, usłyszałem i co mi się, psia kość, zdarzyło. Ciągłość, utrzymanie codziennego rytmu jest niemożliwe w moim wypadku, pocieszam się tym, że ten nieszczęsny blog jakoś koresponduje z moim charakterem, a więc: będzie jak było. Z tej też okazji, polecam życzliwej uwadze działalność innych.
Strona http://jawnesny.pl/ zawiadywania przez Olafa Szewczyka i spółkę jest miejscem gdzie usiłuje się mówić o grach wideo na poważnie. Dorzuciłem swoje trzy grosze, dorzucę pewno czwarty i piąty, więc zapraszam. Pogadajmy sobie.
Adam Wieczorek, stary mój kumpel, jeszcze z czasów Bakemono wiosne przywitał nową inicjatywą sieciową. Na http://selenim.wordpress.com/ znajdują się autorskie wypowiedzi na temat filmów, seriali, książek i co tam jeszcze Adama Wieczorka kręci, mam nadzieję, że nie wszystko, gdyż kręcą go też rzeczy straszne.
I wreszcie http://www.killallmovies.blogspot.com/ prowadzony przez Bartosza Czartoryskiego, poświęcony filmom i imponujący ze względu na ilość treści nagromadzonej a kompetentnej: podziwiam tych, którzy mają dość zdrowia by wklepywać w sieć tyle słów, do tego z sensem.
Linkuję całą trójkę i polecam zaglądanie, zwłaszcza w te dni, gdy mam przyjemność milczeć.

Tydzień z głowy (133)

Cholera, fajny jest ten mój Julek. Niespodziewanie przyjechał do dziadków, do Krakowa, więc i ja się wybrałem. Nie na tak długo jak chciałbym, bo tym razem nie miałem z kim zostawić kotów, a i poprawki do „Widm” same się nie zrobią. Najważniejsze jest, tak sobie myślę, że spędziliśmy ze sobą parę dni i w nadchodzącym tygodniu znów się zobaczymy. Przyszła wiosna i możemy chodzić na spacery. To ci dopiero przekonujący facet, ten Julek, skoro zmusił mnie do spacerowania. Zdumiewa mnie powtarzalność jego fascynacji. Nieustannie chciałby pływać statkiem i nie potrafi zrozumieć, że czasem jest to niemożliwe, że deszcz albo wiatr przeszkadzają w statkowaniu, czasem też, co gorsza, na Wiśle nie ma żadnego statku, albo są statki nie będące statkami z Julkowego punktu widzenia. Barka-nie statek. Kawiarnia wodna-też nie. „Tato, dlaczego ludzie nie jedzą kupy?” zapytał, odpowiedziałem, że jest trująca, wywołując głębokie zamyślenie. ST twierdzi, że nie postąpiłem najmądrzej, bo powinienem użyć bardziej obrazowego wytłumaczenia: nie jemy kupy bo kupa jest fuj. Wielkie mi rzeczy. Próbuje traktować poważnie mojego syna i udzielać mu odpowiedzi w miarę możliwości zgodnych z rzeczywistością. Myślę, że inaczej zresztą nie umiem, zresztą moje doświadczenie z dziećmi jest żadne, nie mam rodzeństwa, kuzynostwo żyło daleko i Julek jest jedynym dzieckiem, które poznałem, właściwie poznaję nieustannie i jego i siebie przy tej okazji. Przypominam sobie masę rzeczy z własnego dzieciństwa: cukierki, które podbierałem w Tylmanowej, precyzyjne pułapki na kury tam zastawiane, ojca wracającego znad Dunajca z torbą pełną ryb. A gdy ryba była wyjątkowo duża niósł ją przed sobą. Koty wędrowały za nim, po obu stronach kamienistej drogi. Byłem chyba szczęśliwym dzieckiem. Choć wydawało mi się, że świat wypełniają potwory. Wydaje mi się, że dziećmi przestajemy być w chwili gdy nie tylko zaczynamy rozumieć istnienie przyszłości w jej skończonym wymiarze, ale i zgadzamy się na nieprzewidywalność jutra. To dotyczy mojej z Julkiem znajomości w sposób szczególny, bo przecież nie jestem przy nim cały czas i nie mam możliwości współtworzenia jest przyszłych dni w takim zakresie w jakim powinienem. Może wyjechać gdzieś z mamą. W wyborze szkoły mogę tylko cos zasugerować. I tak dalej. Ojcowie dochodzący wiedzą chyba o co mi chodzi, pocieszenia szukam w jego dobrym życiu, w moim dobrym życiu i przekonaniu, że jakoś zdołaliśmy zapisać się w sobie nawzajem. Julek wie, że ma tatę i ten tato go kocha. A jednak, przepełnia mnie niepokój najgorszy ze wszystkich, bo związany z wadami mojego charakteru. Wydaje mi się, że jedną z najgorszych cech człowieka, konkretnie mnie, jest narzucanie swojego zdania innym, klarowanie i wywieranie nacisku jak ci inni mają żyć. Wynika to oczywiście z prostego faktu, że jestem niesłychanie mądry i wiem niemal wszystko. Więc bredzę czasem jakieś okropieństwa: temu powiem, że ma chujowy komputer i koniecznie powinien kupić porządniejszy bo odpadną mu dłonie, innemu wyklaruję zacnie co powinien zmienić w swojej codzienności. Próbuję walczyć z tą przykrą cechą, bo przecież każdy powinien żyć tak jak mu się to życie widzi, jakie życie sobie upodobał. Tylko ta walka, jak każda walka z własną słabością, jak każdy element pracy nad sobą nie jest łatwym zadaniem, za to łatwość upadania jest w moim wypadku ogromna. Co to ma wspólnego z Julkiem? Ano przecież mam jakieś wyobrażenie o jego przyszłości. W pierwszym odruchu mogę powiedzieć, że chciałbym aby Julek cieszył się długim, dobrym życiem, i zaraz dodam, chciałbym, żeby robił rzeczy wielkie. Mamy w naszej rodzinie spore tradycje w zakresie mocowania się z wielkością. Jak wyszło tacie, jak wyjdzie mnie, tego ocenić nie potrafię. Problem w tym, że Julek, gdy dorośnie, może mieć wielkość serdecznie w dupie i ja będę musiał się z tym pogodzić. Kiedyś niesłuchanie złościli mnie ludzie marnujący swój potencjał. Widziałem w nich trzciny zdolne zmienić się w dęby, miał być orzeł, jest perliczka. Być może nawet kogoś swoim myśleniem skrzywdziłem. Boje się więc, że okażę się kiedyś ojcem upierdliwym, despotycznym, w jakiś sposób złowrogim, a na pewno przepełnionym pretensją. Nie wolno mi do tego dopuścić. Dobrze, że uświadamiam sobie to już teraz i mam długie lata na prace nad sobą. Powinno się udać. Kiedyś by to było niemożliwe, lecz dopiero teraz rozumiem, jak wiele trzeba siły, być może jest to nawet siła bohaterska, żeby zrezygnować z marzeń o wielkości własnej, żeby tę potencjalną, a przecież niemal rzeczywistą wielkość odrzucić. Świadomy wybór czegoś małego, drobnego, jakiejś kruszynki godzien jest szacunku ze względu na motywacje, którą się dany człowiek kieruje. Przecież wielkość oznacza określone niebezpieczeństwa, zmienia też człowieka, najczęściej na gorsze, wielkość wymaga ofiar, a domy niektórych wielkich ludzi są czerwone niczym azteckie piramidy. Niekiedy warto taki dom zbudować. Innym razem nie. A wszystko to sprowadza się do prostych dwóch pytań: jakiego siebie potrzebuję? Jakiego mnie potrzebują inni? Próbuję się dowiedzieć. Spróbuje pomóc z tym Julkowi, kiedy przyjdzie pora.

tydzień z głowy (132)

Tak długo powtarzano mi, że jestem maszyną, aż uwierzyłem. No dobrze, może było nie do końca tak. Kiedy zdradzałem swoje plany, zamierzenia, kiedy referowałem swój styl życia słyszałem nieodmiennie: nie jesteś cyborgiem. Brałem te słowa do siebie i myślałem – może rzeczywiście nie jestem? A potem plany ulegały realizacji, zamierzenia doczekiwały się spełnienia, styl życia pozostał taki, jaki jest mi przeznaczony. Używam słowa „przeznaczony” nie bez przyczyny i zaczynam rozumieć, że skoro rzeczywiście tak się dzieje, to jestem maszyną, wszyscy ludzie są. Myśl ta ma swoje źródła w pracach oświeceniowców, które dawno się rozsypały, a mi ani w głowie sklecać je na nowo. Wydaje mi się jednak, że koncepcja jako maszyny pozostaje sprzęgnięta z moim charakterem, lubię też ten rodzaj protestu, który zwykli ujawniać rozmówcy. Kto jak kto, ale my nie jesteśmy maszynami, mówią mi, sugerując, że posiadanie duszy to coś wspaniałego, a nie klątwa i ambaras. No dobrze, ale co to znaczy, że jestem maszyną? Czym maszyny się wyróżniają? Otóż nie powstały bez powodu i każda ma swój cel istnienia na tym nieszczęśliwym świecie, przy czym – co oczywiste – cel karabinu jest zasadniczo odmienny od celu komputera. Możnaby rzec, komputer ma wiele celów, a karabin tylko jeden i to w dosłownym sensie tego słowa. Ja jestem właśnie maszyną wiele zadaniową, ale różną troszeczkę od innych maszych, nie będących ludźmi. Wiem że istnieję i ta przykra świadomość wielokrotnie była źródłem mojego zakłopotania, także dlatego, że nie dostałem innej, o wiele potrzebniejszej informacji: do czego służę? Do czego służy Łukasz Orbitowski? Jestem i doświadczam tragedii, nie ma bowiem palców, które napisałyby na mnie jakieś słowa, być może podobne do tych, które piszę teraz, na swoim komputerze, a może zupełnie inne. Żadna dłoń nie wymierzy mnie ku tarczy, ku człowiekowi, w ten dziwny sposób jestem od człowieka odłączony. Ale z tym łączy się sens losu człowieczego, wielkie ocalenie przed nicością. Nawet jeśli to nie jest prawda, nawet jeśli błądzę i bredzę, potrzebuję tych fałszywych ścieżek i banialuków. Bo całe moje życie, życie każdego innego człowieka jest, w wymiarze zadaniowym, w wymiarze przeznaczenia właśnie rozpoznawaniem zadań i przeznaczeń. Zaczyna się to już na początku życia, czego nawet nie pamiętam, pamiętam za to mojego syna gdy był bardzo malutki i siebie odkrywał, niesłychanie opornie wkładał w siebie wiedzę bezwzględną: do czego służy ręka. Do czego służy noga? Potem pojawiły się inne pytania, nie sformułowane za pomocą słów, elcz wyrastające z istoty tworzącej się osoby, najbardziej pierwotne. Kim jest ta pani? Kim jest ten pan? Kim jest to zwierzę? I tak dalej. Potem uczymy się do czego służą słowa i czasem sobie próbuję wyobrażać jak wyglądałoby moje życie, gdyby słowa nie istniały? Może – jak sądzą niektórzy naukowcy – świadomość rzeczywiście jest uboczną pochodnią języka i dałoby się uniknąć tej klątwy? Nie wiem. W którymś momencie przekraczamy próg rzeczy oczywistych (każdy człowiek ma mamę i tatę, wie po co są koty na świecie i do czego używa się słów) i wyruszamy na poszukiwanie zadania dla siebie. Ja przynajmniej wyruszyłem. Jesteśmy w jakiś sposób ze światem sprzęgnięci, brakuje jednak owej dłoni, uderzającej w mnie-klawisz, naciskającej mnie-spust, dwie instytucjonalne metody, totalitaryzm i religia, fatalnie w tym względzie zawiodły i muszę radzić sobie sam. Dopasowuje się więc do dziur znalezionych w świecie. Różne są to dziury. Miękkie, twarde, kolczaste. To nie ma znaczenia, bo przecież w życiu nie chodzi o to, żeby unikać cierpienia. Tego akurat jestem pewien. Część tych dziurek, wołających o uzupełnienie nie pasuje do mnie już na pierwszy rzut oka, innym muszę przyjrzeć się uważniej, z bliska, jeszcze w inne ostrożnie wchodzę by wyrwać się bynajmniej bez ostrożności, zostawiając jakieś flaczki, skrzepiki, skórki, w innych się zakotwiczyłem, moszczę, odkrywam jak wiele mają tajemnic i nie wiem tylko, czy te tajemnice mogą być moimi tajemnicami. Wreszcie, badam siebie i próbuję się naprawić, jestem maszyną, która w sobie grzebie, rozkłada się na części i skleca z powrotem, byle nie za szybko i za głęboko z tym rozkładaniem. Bo jeszcze zniknę, zepsuję się na amen. Wielu tak zrobiło. Dla wielu ludzi, w tym większości moich rozmówców taka wizja brzmi strasznie, wyłania się z niej umniejszenie człowieka. to chyba nieprawda. Właściwie, mam pewność, że nie. Bo z tego obrazu mnie, innego człowieka wyłania się coś więcej, jak tylko zespół sprzężeń. Podmiotowość ulega potwierdzeniu, bo każdy z nas funkcjonuje na nieco innych algorytmach i napędza go odmienna energia, co jeszcze nie jest takie ważne. Ale mamy cos, co wielokrotnie umykało, cel i sens życia, przynajmniej jego obietnica istnieje w nas, a jego obietnica w świecie, są jak kamienie wśród gwiazd, ciemne i niewzruszone.

Next Page »