Planowałem dziś pójść na spacer. Nie zdarza mi się godzić bez sensu, tak po prostu – by pójść. W gruncie rzeczy nigdy taka myśl nie przeszła mi przez głowę i zawsze dziwiłem się samotnym spacerowiczom. Dla mnie droga ma zawsze jasno określony sens, zamierzenie, ten cel którego sama w sobie, jako środek nie zdoła uświęcić. Ale pomyślałem sobie, że niedzielny spacer może być czymś fajnym, nawet zdoła mi się w czymś przysłużyć, zdołam ogarnąć rzecz z którymi teraz, literacko się borykam. W ten sposób znalazłem praktyczne uzasadnienie dla spaceru, zaplanowałem trasę, świadom, że takie wydarzenie musi pozostawać wyprzedzone jakimś rodzajem rytuału, wyrażonym choćby w gapieniu się na mapę Warszawy. W piątek dokładnie wiedziałem dokąd dziś pójdę. Przygotowałem trampki, kupione jeszcze w Stanach, czekające w szafie takiej właśnie, wiosennej okoliczności. Przeszedłem się w nich do optyka i na siłownię. Dziś wstałem wcześnie, wypiłem kawę, posiedziałem chwilę na sieci, zrobiłem sobie tosty z czosnkiem, szynką i serem, właściwie głównie po to, żeby wypalić pierwszego szluga. Obejrzałem zaległy odcinek „Borgiów” (dalej mi się nie podoba), pograłem chwile w „Red Dead Redeption”, western zdolny ukoić najbardziej rozedrgane serca – oto galopuję na rączym rumaku między skała, kaktusem, miasteczkiem, zabawa wolna od wszelkiej pospieszności. Teraz siadłem, aby zapisać to co właśnie piszę, nieco wzruszony ale i zdezorientowany życzliwością najbliższych. Na wieść, że spędzam święta samotnie posypały się najróżniejsze propozycje, zapraszano mnie do miast i wsi, szczerze i z życzliwością, żebym przypadkiem nie tkwił jak kołek w otoczeniu cudów elektronicznych, kotów, myśli. Wszystkim jestem wdzięczny za ich serce, a także za to, że zrozumiałem coś nowego. Samotność w święta, nawet, jeśli dotyka ateisty wydaje się czymś nie tyle dziwnym, co przykrym, jakimś rodzajem weekendowego wykluczenia. Nikt nie powinien być wówczas sam, powiadają. Samotne siedzenie jest logiczną konsekwencją przyjętego światopoglądu, czy raczej, w moim przypadku, światopoglądu, który mnie przyjął. Skoro nie wierzę w Boga i nie uznaję jego Kościoła, winienem odjąć sobie nawet zewnętrzne, czysto zwyczajowe przejawy radości ze Zmartwychwstania. Wielkanoc, wydaje mi się, jest świętem zupełnie innym niż Boże Narodzenie, wolnym właściwie od wymiaru publicznego, czy komercyjnego. W jakiś sposób te parę dni są gniazdem do przezywania tajemnic, które są mi obce, przynależą też do rodzinnego ciepełka, tymczasem u mnie z rodzinnością jest równie źle co z pobożnością. Ale względy światopoglądowe, powyższe przemyślenia z nich wynikłe zupełnie mnie nie obchodzą. Ludzie ważniejsi są od doktryn i gdybym Wielkanoc pryncypialnie olał ze względu na jakieś wewnętrzne uporządkowanie, stałbym się bardzo chrześcijański. Po prostu Święta interesują mnie tyle, co najbliższych. Ten czas, z przyczyn zasupłanych w mojej własnej biografii nie kojarzy mi się najlepiej, ale, jak dotąd, z radością wpieprzałem jajko, chrzan i wypowiadałem na głos mniej więcej te życzenia, które chowam w serduchu. Teraz zdarzył się kwiecień, Julek w Krakowie na dwa tygodnie, zaś ja nie mogłem przebywać nim z ciurkiem, to znaczy mogłem, tak samo jak moje koty mogą nie żreć, mogą potem zdechnąć przed suchą miską. Więc kursowałem między miastami i już, pierwszy raz wsiadając do pociągu wiedziałem, że nic z tej Wielkiej Nocy dla mnie nie będzie. Bliscy są ważni, ja także się liczę i jeśli czegoś potrzebowałem, jeśli coś naprawdę usłyszałem w sobie to tylko tyle, że mam ochotę zostać, siedzieć na dupie, dłubać w nosie i zajmować się bzdurami ze wskazaniem na mitologizujący się już spacer. Nie ma w tym żadnej tragedii, ani dramatu, zwyczajny wybór: święta są dla mnie ważne bo ludzie są ważni, sam jednak jestem ważny dla siebie i stąd czasem będę siedział w takie dni samotnie, gdyż samotność niesłychanie sobie chwalę, nie tak dalece, jak towarzystwo, lecz to się sprzęga: ludzie naprawdę są światłem zdolnym przeniknąć wszystko, ten blask wpada tu do mnie, na biurko i kotkę Kreskę. Jest pamięcią i nadzieją. Wypadałoby więc podziękować wszystkim, także tym, którzy mnie zapraszali, właśnie dzięki nim siedzi mi się teraz tak miło. Mój stosunek do Świąt, powtórzmy to raz jeszcze, wydaje mi się najnaturalniejszym z istniejących. Uczestniczę, jeśli jest to możliwe, odpuszczam, gdy tę możność traci, a swoją obecną sytuację znajduję niemal szczęsną. Chciałbym napisać, że zaraz wstanę, narzucę kurtkę i czapkę na łeb głupi, następnie powlokę się z notatnikiem do Parku Skaryszewskiego, będę się włóczył, pisał i czekał na zmierzch. Niestety. Trampki, nałożone w piątek okazały się nieco za ciasne, stopa rypie mnie przy każdym roku (rypanie to określam jako upierdliwe, lecz znośne), więc nici z planów. Chwytam notatnik i wlokę się na autobus. Kto wie, może gdzieś, w zasięgu komunikacji miejskiej leją jakieś piwo?