Marian Pankowski (1919-2011)

Posted on 4 kwietnia 2011


Spotkałem go tylko raz. Było to, jeśli dobrze pamiętam, z okazji premiery „”Balu wdów i wdowców” w Krakowie. Spodziewałem się zgrzybiałego starca na wzór innych wiekowych literatów, zjawił się żwawy facet o żywym umyśle, życzliwy knajpianej rozmowie, niechętny za to odrzucaniu zmysłowości. Ogromne wrażenie robiła jego polszczyzna: piękna, przedwojenna i odarta ze wszelkich naleciałości współczesnych, najlepszy dowód tego, co zostało utracone. Pisarz znaleziony w skale. W gruncie rzeczy, nie przypominam sobie nikogo, kto w rozmowie wypowiadałby się w równie czarowny sposób. Mimo różnic, dzielących mnie i ostro lewicujące środowiska KP/Ha!Artu, Pankowski był mi bliski ze względu na swoją niezależność: o Polsce, lecz spoza Polski, o doświadczeniu obozowym, lecz inaczej niż wszyscy, przyjaciel JPII, a bezbożnik zapiekły. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach niesłychanie trudno prowadzić sensowną dyskusję z pozycji antyklerykalnych (dzieje się tak ze względu na brak smaku i giętkości umysłowej dzisiejszych przeciwników Kościoła), jemu wychodziło. Wreszcie, skłamałbym, gdybym od Pankowskiego się odciął jako pisarz – jego metoda łączenia stylu wysokiego z kolokwializmem jest mi bliska, przyznaję, podpatrywałem to i owo. Miałem tez idiotyczne przekonanie, że rzeczywiście jest tym „najmłodszym pisarzem”, będzie żył do stówki z hakiem, pisał jak pisze. Niestety tak się nie stało. Straszna szkoda.