Archiwa dla May, 2011

zapraszam do bydgoszczy

pierwszego czerwca, tego roku.

godz. 18:00. Miejsce: Kawiarnia Artystyczna Węgliszek, ul. Batorego 1

będzie mi miło spotkać się i pogawędzić.

tydzień z głowy (139)

I wander thro’ each charter’d street/Near where the charter’d Thames does flow,/And mark in every face I meet/Marks of weakness, marks of woe. I tak dalej, pisze William Blake w wierszu o Londynie. Wybraliśmy się na parę dni. Rok temu próbowałem opisać nieprzychylne wrażenia związane z tym miastem, teraz znów próbuje. Być może nie powinienem, bo dla wielu Polaków Londyn jest jak drugi dom. Tylko dlaczego próbują od niego uciec? Żadne miasto nie odepchnęło mnie z równie przemożną siłą. Już ta pogoda przysłowiowa, szczypta słońca wymieszana z wiatrem nie pozwala na spacer, człowiek się kuli nad stolikiem w ogródku piwnym, albo oczy musi mrużyć, wpada na przechodniów. Okutany i nieokutany, niczym jabłko świeżo ciśnięte w ogień, skórka spalona, lodowaty brzuch. Jakim cudem nie wpadłem pod samochód? Jeszcze zmianę kierunku ruchu zdołałem opanować, lecz wypatrzenie przejścia dla pieszych, ułożonego nieodmiennie na skosie względem chodnika, wgranie się w odpowiednią fazę niewidocznych świateł przerastało moje siły. Ruszałem pchnięty przez A, lub złowiony w ławicę tłumu, tej wielobarwnej, Spokojnej piany nad brudną tonią miasta. Puby są sobie podobne i geje mają swój, tam schroniliśmy się przed deszczem, żarłem kurczaka uwikłany w niepatrzenie, bo i owszem, umiem odwrócić wzrok od międlących się, młodych lesbijek, lecz ku czemu, no, ku chłopom? Ot, najlepszy dowód, że trzeba pewnych miejsc unikać, skoro niczego się z nich nie nauczę, skoro patrzeć mogę tylko pod nogi. Ale jak rozpoznać, skoro leje, a szyldy podobne? W innych barach tłok i łomot, ludzie przeciągają słowa jak liny, wirują jak bączki, przelane piwo chlapie na szkło, ten sam tłum wykręca się ku wyjściu na drogiego szluga, w zależności od godziny – z szklanką lub nieszklanką. Im bliżej Królowej tym rwetes większy, gdzieś, za budynkami ministerstw łomot głosów osiąga poziom plemienny. Lubię to, lecz we wspomnieniu. Przez Pałacem, na skrawku chodnika rozbili się alterglobaliści, pochowali się akurat wtedy, gdy przechodziłem, może zbierali siły na jakieś nadchodzące wydarzenie, albo porzucili swoje koczowiska i popędzili wyć w pubie przeciwko Obamie? To ich łomot słyszałem? Ich łomot mnie nie wpuścił? Przyglądałem się budynkom i doszedłem do wniosku, że dobrze oddają to, czym stała się Wielka Brytania. Te imperialne gmachy o fasadach niby napierśnik rycerski, te pomniki czarne po diabelsku, lśnieniem wyzwolone z wątpliwości, te wysokie domy z czerwonej cegły, poprzecinanie białą szyną, identyczne w wielości swoich form, stłoczone, prące ku sobie. Między nimi przelewają się czarnoskórzy, muzułmanie, Brytyjczycy z kolczykami w twarzach, między nimi solnice i stare chłopy, z zaskakującą lekkością godzące się na kierunek zmian. Ale mnie najbardziej uderzył przepych budynków, ich monumentalność zderzona z oczywistą wąskością ulic przy których stoją, niczym dwa niedźwiedzie nad stróżką deszczówki. Ani pochłeptać, ani rozprostować łap. Coś, co było ogromne nagle skarlało, pozostawiając w sobie pamiątki niedawnej wielkości, skóra skurczyła się na przerośniętych kościach i całe to miasto, ten mulitukulturowy tygiel ze studiami tatuażu na każdym rogu przypomina wielkie, przestronne mieszkanie, do którego wprowadził się hrabia przegnany z pałacu, przyniósł wszystkie swoje meble, garderobę, zastawy stołowe, wiernych służących, guwernantkę dla bandy dzieciątek i całość tego, co z hrabiostwem mi się kojarzy, teraz ledwo się rusza, nie ma jak kawy sobie zrobić, żona zatrzasnęła się w szafie, kochankę odstraszyły mole, w przedpokoju stoi sobie koń. Tak mniej więcej to widzę. A teraz jestem u JK w podlondyńskim Bornmouth, siedzę w domku, w którym mógłby mieszkać mały Harry Potter i klimat małego, to znaczy niemal dwustysięcznego miasta w Anglii naprawdę potrafi zauroczyć. Podobają mi się piaskowe kościoły wyrastające jeszcze z celtyckich kręgosłupów, domy, odsunięte nieco od siebie zyskują dość miejsca na oddech, bierze go za nie mężczyzna zaciągający się szlugiem, oparty o płot. Jest tu główna ulica, obsypana straganami, trafiliśmy na dzień targowy i mogłem kupić sobie starą kasetę video, okulary, albo i sztukę mięsa na licytacji, zachwalaną przez niezmordowanego handlarza o betonowym gardle, wprost z budki. Byliśmy w lesie na krótkim spacerze. Krzemienną drogą na widokową platformę, tam widok na bajoro wokół rezerwatu przyrody, autostradę, całe miasto i zamgloną wyspę gdzie mieści się więzienie, z którego nikt nigdy nie uciekł.

saska (3): Francuska 30


Zachęcony przez przyjaciela poszedłem pisać w plener i zrobiłem słusznie. Pogoda była piękna, a robota poszła szybko. Jutro może znów pójdę, ale aż na Francuską 30. Pod tym adresem znajduje się sympatyczny lokalik o takiej też nazwie, mają ciechana, niezłą kawę oraz rzecz rzadką: ogródek dla dzieci tak usytuowany, że bachory pozostają w zasięgu wzroku rodziców, a zarazem nie dochodzi mnie ich krzyk. Bardzo lubię to miejsce i chyba nie tylko ja, gdyż zdaje się przychodzi tam Nergal. Widziałem zdjęcia w Vivie, siedzieli sobie z Mozilem i chyba było to właśnie tam. Nie jestem pewny. Może jak jutro pójdę znowu się zjawią? Do niczego nie potrzebuję Nergala, zwłaszcza, że jest on osobnikiem niepijącym, ale chętnie bym się dowiedział: dobre wnioski wyciągnąłem ze zdjęcia czy niedobre. Muszę więc jutro na Nergala poczekać. Wraz z uderzeniem wiosny czekanie na Nergala staje się zjawiskiem powszechnym i to w różnych miejscach. Przecież nie wiadomo, gdzie tak naprawdę ten Nergal przychodzi. Są tacy, którzy czekają na Nergala od rana do wieczora w tej knajpie, w innej knajpie, a przecież między garażami, na ławeczce też można poczekać. Kto wie, kiedy przyjdzie ten Nergal? Inni wpadają na krótkie czekanie duszkiem między pracą a domem, całe tłumy wala w niedziele po mszy, żeby choć chwilę poczekać na Nergala, czekają w stadzie, lecz zawsze samotnie (samotność tej czynności jest kluczowa), inni wyruszają na aktywne poszukiwania gwiazdora, co owocuje niemałym wysiłkiem od rana do nocy, niekiedy leżą w żywopłocie, dając w ten sposób dowód wymęczenia oczekiwaniem. A znam tez takich, którzy czekali na Nergala nim pojawił się na świecie, niekoniecznie na Francuskiej 30. Nergal jest gwiazdą międzynarodową, może zjawić się wszędzie. Czekać więc warto. Zwłaszcza wiosną.

Tydzień z głowy (138)

Wymyśliłem takie urocze otwarcie tego odcinka, które grzmi: „właśnie przeczytałem piękny felieton Szczepana Twardocha w Polityce ”, tylko, że siedzę w pociągu na ziemi koło kibla a w pobliżu nie ma żadnego numeru jebanej „Polityki”. Otóż i różnica między życiem i sentymentem, zresztą po co mi gazeta skoro szczepanowy kawałek wiozę w sobie, razem z plecakiem, portfelem oraz czapką. Czapka jest nawet mniej przy mnie, bo ją mogę zgubić, pamięci raczej nie. Zastanawiam się nad tym co pamiętam, co przeczytałem: Szczepan pisze o próbie pogodzenia się z przemijaniem „naszego” świata czyli o tym, że do czegoś przynależeliśmy a teraz już nie przynależymy. Mowa, jak sądzę, o podróży w czasie, jedna rzeczywistość jest moja, ale żyję w innej, one kłócą się ze sobą a nawet jedna drugiej rozkwasi nos. Moje myśli biegną zaraz do „Sindbada…” Maraiego który jest chyba najpełniejszym świadectwem żegnania się ze światem, który nagle stał się obcy: wyobrażam sobie to stawanie się nie jako proces, lecz akt. Światu temu nagle rosną rogi i morda czernieje. Życie pyk, lufa pyk, Sindbad łowi smaki w oparach wkurwiającej industrii, ST gdzieś tam się wlecze ze swoim synem a ja już wiem, że ten rodzaj doświadczenia został mi oszczędzony. Bynajmniej nie mam na myśli wędrówki z dzieckiem. Z Julkiem zrobię jeszcze niezłe hektary. W sensie kultury sam jestem dzieckiem rewolucji francuskiej i przyznaję się do tego dziedzictwa, co najwyżej może mnie złościć, że my, Europejczycy nagle zaczęliśmy obawiać się przelewu krwi, nie tylko swojej, lecz naszych wrogów także. Ale mi się podoba dokładnie ta cywilizacja w której żyję, podróże, troska o słabszych, viva skrobanka, hellyeah, niesłychanie cenię sobie nawet polską przaśność, nasze gry które podbijają co tylko mogą podbić, co do podbicia się nadaje, nawet ta nasza religijność, gdzie „Bóg capi osłem” jak to pięknie pisze Romek na „Biało-czarnej” jakoś mi odpowiada. Jeśli ktoś się modli, znaczy, że może pomodlić się za mnie. Ja nie umiem się modlić. Nie mam żadnego poczucia dysonansu, noż kurwa 4fun tv włączę i jestem w domu i akurat na płaszczyźnie cywilizacyjnej nie odczuwam poczucia dysonansu, lecz z lękiem spoglądam w przyszłość. Bo czemu nie miałbym tego przemijania doświadczyć? Czemu świat nie miałby się zmienić, macocha wyłazi z matki? No czemu nie? Wydaje mi się, że to może być bardzo kłopotliwe, uch, trach, ale pierdolnie! Nie znam przyczyn tego możliwego przecież pierdolnięcia, jęki o starzeniu się Europy i zalewie muzułmanów zostawiam jęczybułom, ale dopuszczam możliwość, że świat mnie minie. Przeleci i do widzenia. Przestanie być mój i nie wiem co z tym zrobić, bo cywilizacja liberalna zupełnie nie przewidziała własnego przemijania, sądzono, że będzie albo wieczna albo zaraz zniknie. Chrześcijanie przewidzieli, że ich nie będzie, myśmy nie umieli, bo i nasza myśl rozgrywa się w „teraz”, wieczność przed nami zatrzaśnięto. Więc, moja współczesność przestanie być nagle moja współczesnością ale będzie współczesnością kogoś innego, ku komu biegną reklamy natomiast ja będę mógł przejechać się taksówką, sobie poobserwować, dowiedzieć się, że jest dziś, a ja jestem wczoraj. Nieznajomość doświadczenia przemijania jest dla mnie fascynująca, choć przecież jutro zaczyna się dzisiaj, już teraz nie kumam twittera a ręce, przecież sprawne, nie zawsze umieją skorzystać z pada. Powstaje pytanie czego ja chcę, gdy mój świat przeminie. Bo przemijanie światów dokonuje się w sposób bezbolesny, Marai to czuł bo miał nerwy na lewą stronę, tam gdzie inni pryszcze mają, doświadczamy enklaw, upadający świat ma dosyć sił by zbudować potmiomkinowskie domki dla tych, którzy nie zniosą przemijania, przywiezie więc mi pewność własnej mojej sensowności, dostanę jakąś lepiankę, umieralnię kolorową, gdzie sobie potrwam, o żesz, jeszcze iluzję zadań dowiozą, poproszą o komentarz i słowa skleją w książkę pośmietną, włożą mi w ten domek konsolę i stare teledyski. Tak może być, bo przeobrażenia w świecie są możliwe do poznania, w odróżnieniu od moich własnych przeobrażeń, co nie zmienia prawdy zasadniczej: wciąż siedzę pod kiblem, piwo się kończy, Warszawy jakoś nie widać, miał być kawałek inspirowany Twardochem, jest inspirowany Kostrzewskim, dobre i to bo obaj są ze „Ślunska”. Poza tym stoimy godzinę w szczerym polu, grzmoty prują zdrowo i boję się, że nie wrócę do domu.

premierowa nowelka w antologii repliki

Graham Masterton jest dla mnie autorem ważnym o tyle, że był niesłychanie ważny jakieś 20 lat temu i mogę przyznać, że współtworzył mnie, takiego jakim jestem teraz. Dziś nie czytam go z wielkim zainteresowaniem, ale doskonale rozumiem jego popularność. przypominam sobie siebie samego, czternastolatka zachwycającego się “Wyklętym”. Było to bardzo mocne doświadczenie czytelnicze, gdyż po raz pierwszy zetknąłem się z popkulturą. I gdyby ktoś mi powiedział, że będę z tym panem gwiazdorzył w jednej antologii, kazałbym mu się puknąć w głupi łeb. a teraz jest. Dziwne, jak życie się zmienia. Dodam więc, że nowelka nosi tytuł “Amerykański horror”, ma rozmiar niemal powieściowy i zawiera mnóstwo wspomnień z czasów, kiedy pracowałem na budowie w Bostonie i Salem.

Tydzień z głowy (137)

Przeglądam wcześniejsze wpisy cotygodniowe i dochodzę do wniosku, że jeszcze nigdy nie pitoliłem tak wiele o rzeczach ogólnych, nie uprawiałem marmolady myśli. Mądrala ze mnie, lecz chyba przesadziłem, jeśli oczywiście w ogóle mogę przesadzić tutaj. To w końcu mój blog i mam prawo pleść farmazony, kłopot w tym, że farmazony, myśli i kontemplacje nie określają człowieka, człowiek ujawnia prawdę o sobie w działaniu, nawet jeśli działania odmawia – też poznajemy jakąś prawdę. Tymczasem mi towarzyszy śmiertelnie nudny rodzaj wysiłku, to znaczy, nie nudzę się ani minuty, lecz, oglądany z zewnątrz muszę być równie fascynujący co kolejne długograje Myslovitz, więcej nawet, jestem niekończącą się płyta tego zespołu, z gościnnym udziałem panów z Dire Straits. Bo tak. Wczesną jesienią ogłosiłem intensyfikacje prac nad moimi wszystkimi projektami, tak, aby domknąć powieść do końca roku, następnie ujawniły się nowe projekty, jak „Ogień”, zmuszając do wytężonej pracy przez całą zimą, zima się skończyła i zapierdzielam dalej nad poprawkami do „Widm”. Jeszcze dwa tygodnie. Mógłby ktoś powiedzieć dwa miesiące, dwa lata, z niedzielnej perspektywy jest mi wszystko jedno. Jak to wygląda? Wstaję rano między siódmą a ósmą, jeśli zaśpię, dzień jest właściwie stracony. Pierwsza godzina idzie na ogólne dochodzenie do siebie, co wcale nie jest łatwe, gdyż mam chude i krzywe nóżki. Chłeptam kawę, wsuwam tosty albo mozarellę z pomidorem, oglądając sobie odcinek serialu. Kiedyś znienawidziłbym się za to, za zaczynanie dnia od serialu, czy jakiejś innej przyjemność, ale zauważyłem, że te czterdzieści minut w jakiś sposób dostraja głowę. Ważne, aby to nie był szczególnie mądry serial. Potem z wolna zabieram się za pisanie, czasem ktoś w tym mi przeszkodzi, czasem sam sobie poprzeszkadzam, ważne, aby dobrze przed dziesiątą zacząć już układać słowa. Pracuję na dwóch komputerach jednocześnie, w pierwszy klepię, na drugim poszukuję bieżących materiałów. Mapki mam tam, fotografie. Takie pisanie, z paroma przerwami trwa do wczesnego popołudnia. Pisze ostatnio przy black metalu, rzeczach typu Liturgy, Burzum, Watain. Wcinam sobie żelki i potem nastaje problem, co zrobić z resztą dnia. Pewne rzeczy musza być zrobione i popołudnia przeznaczam na publicystykę dla „Przekroju”, ostatnio „Gazety Wyborczej” plus teksty okazjonalne. Tu pojawia się inny kłopot związany z pytaniem, kiedy praca jest pracą, a kiedy nią nie jest. Czasem, aby coś napisać potrzebuję coś innego poczytać – czy takie czytanie jest pracą, czy nią nie jest? Nikt o zdrowych zmysłach nie uzna lektury za robotę, taką samą jak przerzucanie gruzu, czy organizowanie szkolenia. Istnieje jednak okoliczność przymusu. Muszę tę książkę przeczytać, czuję się zatem jak w szkole. Nazwijmy czytanie – a także oglądanie filmów, seriali, teledysków oraz świństw, wszystko na potrzeby tekstów – półpracą. Teraz, gdy jest ładnie, biorę książkę do parku, albo przysiadam w ogródku przy Francuskiej, zdarza mi się zabrać też notes, żebym o pracowaniu nie zapomniał. Potem muszę wrócić i pisać znowu, na podstawie tego, co wyczytałem (zobaczyłem) i w ten sposób robi się wieczór. Bardzo chciałbym wiedzieć dlaczego tak rejonach siódmej jestem wykończony jakbym przerzucał już ten wspomniany gruz. Właściwie, czuję się niedobrze z tym swoim zmęczeniem, to złe samopoczucie wynika z szacunku dla pracujących na etat bliskich, generalnie z szacunku dla człowieka pracy. Jeśli artyści mogą coś zrobić dla człowieka pracy, to tylko go szanować (mój szacunek nie jest doskonały, gdyż wyłączam spod niego większość pracowników poczty, kolei polskich oraz część kasjerek). Więc jestem zmęczony, choć nie mam prawa być zmęczony, skoro sam ustalam sobie rytm, robię stosowne przerwy i w ogóle mam zajebiście, wydaje mi się więc, że swoim zmęczeniem obrażam tych, którzy rzeczywiście pracują. To odprysk dziwacznego uczucia wstydu za swoje życie, ujawniającego się podczas rozmów z przyjaciółmi pracującym na etat, wyklinającymi tę pracę. Ja nie wiem, co to znaczy wyklinać swoją pracę. Wydaje mi się więc, że twórca, jeśli nie stracił do reszty kontaktu ze społeczeństwem jest czegoś pozbawiony. Nie ma prawa do własnego zmęczenia, nie może uznać jego istnienia i winien żyć wbrew niemu. Ma łatwiej, co odbiera mu prawo litowania się nad sobą. I wiem, że nim zabiorę się za cokolwiek innego, za jakiś rodzaj odpoczynku, filmy, pady, butelki, uściski, zadania na dzień muszą być skończone. Poza tym staram się chodzić na siłownię cztery razy w tygodniu, przeczytać przynajmniej sto stron książki nie związanej z pracą, pograć sobie. Wieczory to kolejne odcinki „Z archiwum X”, jesteśmy z A. już na szóstym sezonie. Powstaje teraz pytanie: czego brakuje mi w tym życiu? Pomińmy ten najbardziej oczywisty rodzaj braku, wynikający z tego, że ludzie, w tym i ja, są niewkomponowani w świat, co strasznie może poszarpać. Tęsknię za Julkiem, którego dawno nie widziałem. Maj, ostatni miesiąc dłubania w „Widmach” nie uznaje ustępstw, istnieje tylko książka i jestem ojcem, który wyjechał do roboty. Dobrze, ze tylko na pięć tygodni. Brakuje mi dziecka, bo dziecko to także napięcie, ale i nieskrępowany spacer, który może potrwać dłużej lub krócej. Brakuje mi więc nieskrępowania i okoliczności, umożliwiających poznawanie siebie i świata, choćby poprzez spacer, snucie się po Saskiej Kępie, zapalenie papierosa pod drzewem. Nigdy za tym nie tęskniłem. Może „Widma” mnie odmieniły, może Julek, może A? albo wszyscy na raz. Pojechałbym do miasta, w którym jeszcze nie byłem.

Saska (2): Siłownia “Olimpia”

Właściwie to już jest Gocław, nie Saska Kępa. Aby dostać się do „Olimpii” muszę przejść kładką nad Aleją Stanów Zjednoczonych. Niesłychanie obawiam się Gocławia, dzielnicy złowrogiej i mrocznej, której granic nie potrafię określić. Gdybym mieszkał tu z synem, straszyłbym go wygnaniem na Gocław, warszawskie ziemie jałowe. I z tego właśnie powodu, przygranicznej, właściwie złączonej wspomnianą kładką „Olimpii” nie uznaję za część Mordoru, lecz ostatni przyczółek człowieczeństwa. Niesłychanie polubiłem to miejsce. Na początku byłem rozczarowany, ale to chyba ogólna cecha warszawskich siłowni, ludzie są w porównaniu z Krakowem bardziej wsobni, co ma sens o tyle, że, przynajmniej w teorii, należy koncentrować się na ćwiczeniach, nie na innych ćwiczących. Dla mnie siłka jest ekwiwalentem rzymskiej łaźni i poszukuję tam kontaktu z bliźnim, zwłaszcza, że przecież nie pracuję i mam go jak na lekarstwo. Z czego jednak tu się leczyć? Zwłaszcza, że wystarczyło pochodzić i jest bardzo sympatycznie. Technicznie rzecz biorąc, nie jest tam drogo, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę ceny warszawskie, różniące się od krakowskich o 100% lub więcej, za to siłownia jest doskonale wyposażona. Zachowała odrobinę jakże koniecznej przaśności, to znaczy maszyny nie są funkie nówka tylko nobliwie zużyte. Ćwiczę tam półtora roku i jeszcze się nie znudziłem, jeszcze coś można nomen, omen, wycisnąć z tego miejsca, odkryć coś nowego. Jest również barek, gdzie można zeżreć dietetyczny obiad (odmawiam tej niewątpliwie Gocławskiej czynności) oraz sauna, idealne miejsce, żeby się odciąć, powyć po cichu w ciepełku, albo i obmyśleć rozdział książki. Trzeba tu dopowiedzieć, że Saska Kępa ma piękne tradycje kulturystyczne, to tutaj działała od początku lat sześćdziesiątych legendarna siłownia „Herkules”, gdzie napompowała się czołówka z pierwszego rzutu mistrzów. Nie wiem czy dalej istnieje. Na mieście mówią, że tak, ale radzą, żebym nie szukał.

Kod nieśmiertelności


Wszędzie ci cholerni gnostycy, jak rzekłby Urbaniuk. „Kod nieśmiertelności” opowiada o facecie poruszającym się w pamięci umarłych. Grzebie w świecie skonstruowanym z pamięci ofiar zamachu terrorystycznego celem zapobieżenia kolejnej masakrze: gdy mu nie wyjdzie, następuje reset i start od checkpointu. Colter, również jest niespecjalnie żywy, przynajmniej ja za takie życie bym podziękował, a już na pewno nie znalazłbym sił by zadurzyć się w pierwszej z brzegu bzibzi. Ale film zebrał doskonałe recenzje, reżyserował pan od słynnego „Moon” więc wyliczyłem siły na sparing z arcydziełem. Bezbłędna realizacja służy tutaj bełtaniu dickowskich lęków i wspomnianej już, nowoczesnej gnozy, z czego rodzi się kontra dla „Matrixa”. Tam wysiłek bohaterów zmierzał ku zerwaniu ułudy, tu zgoła na odwrót, zbawienie kryje się w światach nieistniejących, co znów można zrozumieć, gdyż lepiej jest żyć niż nie żyć, lepiej mieć nogi niż nie mieć. Pewną wartością „Kodu…” jak i innych filmów realizujących wątki światów wirtualnych jest mnożenie ułudy. Pytanie Dickowskie – czy świat jest realny – pozostaje nierozstrzygnięte i traci swój sens, gdyż realne jest to co nam służy. Skłamałbym też, że nie dałem się zassać. Przez większą część seansu dałem się uwieść, bo i koncepcja była złowieszczo piękna. Człowiek szuka prawdy wśród cieni, elektronicznych duchów, sam będąc właściwie takim samym widmem i nie może się uwolnić od uczuć i pragnień właściwych dla żyjących.. Była w tym jakaś egzystencjalna prawda. Wszystko zniszczyło zakończenie.
Niewykorzystany potencjał filmu najpełniej widać w jednej z ostatnich scen, kiedy to przypadkowy komik otrzymuje zadanie rozbawienia pasażerów i samego Coltera, który zaraz ma żegnać się z życiem. Jest to dość przejmujące w swym zamyśle. Sztuczka się udaje, pasażerowie się śmieją, Colter odlicza ostatnie sekundy do chwili, kiedy przestanie istnieć. Sam żart nie zostaje wypowiedziany, znaczy, słyszymy jakąś jego część, kawałek dowcipu. Tymczasem, chciałbym usłyszeć cały i żałuję, że scenarzysta nie zadał sobie trudu, żeby wymyślić coś tak cholernie śmiesznego, żeby nie tylko cały pociąg na ekranie, ale i ludzie przed nim, ja i inni widzowie wbrew własnym oczekiwaniom, wbrew przejmującemu nastrojowi tej sceny ryknęli śmiechem. Tego rodzaju manipulacji na uczuciach oczekuję od kina, chcę, żeby wyciągano ze mnie rzeczy, których w sobie, przynajmniej w danej chwili, się nie spodziewam. Niczego takiego nie dostałem i może nie powinienem się złościć, gdyż „Kod nieśmiertelności” to kawał przyzwoitego filmiszcza. Powiedzmy – inteligentne kino dla każdego widza.

Premiera “księgi wojny” 20 maja.

a w środku moje opowiadanie pt. “Kanał”. Informacje na stronie wydawnictwa Runa.

wojna z kibicami

Padłem ofiarą wojny rządu z kibicami – wojny, która najprawdopodobniej zostanie przez rząd przegrana. Stanie się tak z kilku powodów. Pierwszym, chyba najważniejszym jest zbytnie zaufanie językowi. Idiotyczne słowo „pseudokibic” semantycznie sytuuje się w opozycji do „kibica”, kibic winien dystansować się od swojego brutalnego kolegi. Tymczasem, wedle mojej wiedzy jest zgoła inaczej: „pseudokibicie” czyli chuligani cieszą się poparciem kibiców zwykłych. Poniekąd realizują ich sny. Kibice, jak każdy człowiek, marzą o znalezieniu ujścia dla swej agresji i chcieliby – kto by nie chciał? – raz na czas pookładać kogoś po gębie, coś rozpierdolić. Chuligani stanowią ucieleśnienie ich marzeń, marzeń odpowiedzialnych ojców i pracowitych księgowych. Bo my, ludzie, przynajmniej śnimy o przemocy. Ci ojcowie, ci księgowi, być może, sami się za młodu napierdalali. Jeśli mam rację z tym wszystkim, to siła z którą rząd się zmaga nie wyraża się w liczbie chuliganów polskich, lecz do tej liczby należy dopisać jeszcze jedno zero z tyłu. Jedźmy dalej. Każdy, kto ma przynajmniej blade pojęcie o kibicach i chuliganach wie o podziałach środowiska, słynnych kosach. Lecz powinien też wiedzieć, że czasem te podziały ulegają zasypaniu, choćby wtedy, gdy wszyscy razem napieprzają się z policją. Bywa i lepiej. Chuligani jednej drużyny potrafią zorganizować przyjazd swoich uzbrojonych wrogów na stadion, skryć ich przed policją, a po meczu się trzaskać. Taki numer wykonali przecież kibice Lecha i Legii jakiś czas temu, czego świadectwem był słynny transparent LEGIO NIENAWIDZIMY CIĘ LECZ Z NASZYCH WSZYSTKICH WROGÓW WAS SZANUJEMY NAJBARDZIEJ rozpostarty na trybunie Kolejarza. Przykładów jest więcej, kto chce sobie znajdzie – rząd bynajmniej nie walczy z grupą agresywnych osiłków, lecz zdołał, jak mi się wydaje, rozdrażnić rzeszę ludzi dobrze zorganizowanych i inteligentnych, dla których piłka nożna, ich klub, ich stadion są częścią składową tożsamości. Rozpisałem się o tym wszystkim, a chciałem tylko wspomnieć pewne wydarzenie. Mam widok na Stadion Narodowy, mieszkam na cichym osiedlu i właściwie nigdy nic tutaj się nie dzieje. W noc po deklaracji wojny z chuliganami, tak w rejonach piątej rano, do mych uszu dobiegł ryk, zwany również pieśnią, spływający z ust jakiegoś maszerującego legionisty. Wył on co sił i był niestrudzony. Wędrował, jak sądzę przynajmniej kilometr, prosto pod mój blok i tam wrzeszczał dalej. W sobotę wieczorem poszedłem na piwo i znów go usłyszałem. Ryczał niczym rycerz wygnany z królestwa. Cóż, myślę sobie, każdy kraj ma swoje własne Banshee, a wywoływanie duchów do niebezpieczna sprawa.

Next Page »