Kod nieśmiertelności

Posted on 12 maja 2011


Wszędzie ci cholerni gnostycy, jak rzekłby Urbaniuk. „Kod nieśmiertelności” opowiada o facecie poruszającym się w pamięci umarłych. Grzebie w świecie skonstruowanym z pamięci ofiar zamachu terrorystycznego celem zapobieżenia kolejnej masakrze: gdy mu nie wyjdzie, następuje reset i start od checkpointu. Colter, również jest niespecjalnie żywy, przynajmniej ja za takie życie bym podziękował, a już na pewno nie znalazłbym sił by zadurzyć się w pierwszej z brzegu bzibzi. Ale film zebrał doskonałe recenzje, reżyserował pan od słynnego „Moon” więc wyliczyłem siły na sparing z arcydziełem. Bezbłędna realizacja służy tutaj bełtaniu dickowskich lęków i wspomnianej już, nowoczesnej gnozy, z czego rodzi się kontra dla „Matrixa”. Tam wysiłek bohaterów zmierzał ku zerwaniu ułudy, tu zgoła na odwrót, zbawienie kryje się w światach nieistniejących, co znów można zrozumieć, gdyż lepiej jest żyć niż nie żyć, lepiej mieć nogi niż nie mieć. Pewną wartością „Kodu…” jak i innych filmów realizujących wątki światów wirtualnych jest mnożenie ułudy. Pytanie Dickowskie – czy świat jest realny – pozostaje nierozstrzygnięte i traci swój sens, gdyż realne jest to co nam służy. Skłamałbym też, że nie dałem się zassać. Przez większą część seansu dałem się uwieść, bo i koncepcja była złowieszczo piękna. Człowiek szuka prawdy wśród cieni, elektronicznych duchów, sam będąc właściwie takim samym widmem i nie może się uwolnić od uczuć i pragnień właściwych dla żyjących.. Była w tym jakaś egzystencjalna prawda. Wszystko zniszczyło zakończenie.
Niewykorzystany potencjał filmu najpełniej widać w jednej z ostatnich scen, kiedy to przypadkowy komik otrzymuje zadanie rozbawienia pasażerów i samego Coltera, który zaraz ma żegnać się z życiem. Jest to dość przejmujące w swym zamyśle. Sztuczka się udaje, pasażerowie się śmieją, Colter odlicza ostatnie sekundy do chwili, kiedy przestanie istnieć. Sam żart nie zostaje wypowiedziany, znaczy, słyszymy jakąś jego część, kawałek dowcipu. Tymczasem, chciałbym usłyszeć cały i żałuję, że scenarzysta nie zadał sobie trudu, żeby wymyślić coś tak cholernie śmiesznego, żeby nie tylko cały pociąg na ekranie, ale i ludzie przed nim, ja i inni widzowie wbrew własnym oczekiwaniom, wbrew przejmującemu nastrojowi tej sceny ryknęli śmiechem. Tego rodzaju manipulacji na uczuciach oczekuję od kina, chcę, żeby wyciągano ze mnie rzeczy, których w sobie, przynajmniej w danej chwili, się nie spodziewam. Niczego takiego nie dostałem i może nie powinienem się złościć, gdyż „Kod nieśmiertelności” to kawał przyzwoitego filmiszcza. Powiedzmy – inteligentne kino dla każdego widza.

[ytorbit]mnJegNyAb1w[/ytorbit]