Dlaczego pisuję tutaj przeważnie o rzeczach smutnych? Bo tak chyba jest. Czy smutek jest łatwiej wyrażalny literacko, bardziej pamiętnikarski, zwykł osiadać w człowieku głębiej, odwrotnie niż radość, którą można zdmuchnąć? Nie wiem. Czasem radosny czas przekłada się na jakiś wewnętrzny żal, co znów wiedzie do pytania o źródła żalu. Moim zdaniem, większość ludzkich smutków bierze się z braku wkomponowania. Ta myśl nie jest oryginalna, antropologowie wyrazili ją pięknie dawno temu. Najprościej rzecz ujmując, żyjemy w biologii i cywilizacji, nie jesteśmy jednak ani w pełni biologiczni, ani cywilizacyjni. Wydaje mi się, że współczesna kultura, coraz silniej wiążąca się z plemienną rytmiką, kolorystyką dżungli, niejako, łowieniem drugiego człowieka (na kielicha, na numerek i tak dalej) nieco przybliży nas do buszu i drzewa z którego spadł nasz pradziad, zniesie tę straszną wyrwę i wyjdzie, że Rousseau miał rację, będziemy dobrymi dzikusami. Być może już nimi jesteśmy, przynajmniej ja trochę jestem, oderwany od historii, religii, rodziny. jestem jednoosobowym plemieniem. Ale to chyba nie jest źródłem mojego smutku. Myślę, że akurat z tym niewkomponowaniem bym sobie poradził. Większość ludzi radzi sobie przecież. Tylko w moim wypadku nastąpiło namnożenie. Jeśli oczywiście namnożenie może nastąpić. W piątek pojechałem odwiedzić mojego syna, odebrałem go z przedszkola, dałem prezent urodzinowy, poszliśmy na plac zabaw, nakupiłem bułek i karmiliśmy kaczki. Kaczory to strasznie wredne stworzenia swoją drogą. Potem pojechałem na konwent do Wrocławia, walnąć browarka, poprzybijać piątki i zaczerpnąć chwały. Wpadł SD, JŻ, Urbaniuki, były to bardzo miłe chwile. Co łączy te dwie rzeczywistości? Ano, niewiele, zgoła nic. Mojego czteroletniego syna gówno obchodzą książki i jakiś dziwaczny rodzaj chwały pisarskiej, a całe moje pisanie dokonuje się, w jakiś sposób obok nie go, jest pisarstwem bezjulkowym, świadectwem jego nieobecności i to w najlepszym razie. Gdyby istniała w tym jakaś wzajemna przenikalność, byłoby zupełnie inaczej. Ale kiedy jestem przy Julku, to całościowo, nawet jeśli zerkam w telefon, odpływam myślą, to ciągle ze mnie jest ojciec, dochodzący – ojciec jednak. Bawiąc się na konwencie jestem człowiekiem bawiącym się, siedząc z A. jestem facetem A. właśnie i tak dalej, mam poczucie pewnej kompletności każdej mojej postaci co razem daje wielką niekompletność. Podkreślają to podziały rodzinne, o których nie zamierzam pisać. To jeszcze nic, pozostaje problem pisarski, pracy twórczej, „bycia artystą”, zwał jak zwał, chodzi o przestrzeń pomiędzy mną i klawiaturą, wcale nie mam na myśli odpowiedzi na trywialne pytanie: „czemu taki wesoły człowiek pisze tak ponure teksty?”. Większość twórców, tak mi się wydaje, pisze w zgodzie ze sobą. Pisarze których znam tak robią, tylko ST nie potrafię osądzić. Może nie chcę osądzać, ST sam zrobi sobie tę przykrość. Ja mam inaczej. Całe moje pisanie dokonuje się przeciwko mnie samemu, będąc dla mnie radosną i smutną niespodzianką, wielkim zaskoczeniem. Piszę wyłącznie książki, których nie umiem napisać (tłumaczyłem już kiedyś na czym to polega, jakie owoce przynosi), podejmuję tematy obce mi w życiu, które wiodę. To znaczy, każda moja książka wiąże się z tym co mi się przydarza, ale świat idei, tych widm i upiorów jest mi z gruntu obcy. Pisuję o historii i pamięci – o tym są „Widma” i „Ogień”, o tym było „Nadchodzi”, sam zaś jestem człowiekiem nie pamiętającym. Sięgam po duchowość i eschatologię, choć bezbożnik ze mnie i to dość stereotypowy, mam mocne przekonanie, że nasze życia kończą się wraz ze śmiercią lub wcześniej, tworzę skomplikowane zdania, a najchętniej, tak między nami, mówię „kurwa, ja pierdolę”, nie więcej, jakby świat moich książek nie miał do mnie w ogóle dostępu. Oczywiście, jakoś tam istnieje, jakoś się upomina. To dobre słowo. Przecież nie zagryzam się i nie rozwałkowuję tematów, one przychodzą do mnie jak zabłąkane duchy do spirytysty, zaprawdę, jestem chłopem co dyma na siłownie, pyka na konsolce i patrzy, co by tu zbroić, pluję na Boga i jego wszystkie kościoły, jednak, jednak – pisanie jest dla mnie jak modlitwa. Do kogo wówczas się modlę? Na pewno nie do siebie. No i chyba stąd ten smutek. Nie wiem kim jestem, nie umiem nawet o to w poważny sposób zapytać, brakuje mi języka na wyartykułowanie znaczenia, zasygnalizowanego jedynie pytaniem „kim jesteś, Łukasz?” no i klops na całego. Zaraz wskoczę w skarpety, założę bluzę i powlokę się na spotkanie z kumplem, nie widzianym od dekady, czy jakoś tak, w każdym razie, długo jak cholera. Ja pójdę? Chyba nie, bo teraz piszę, skończę pisanie i zniknę. O teraz, już. Pyk. A jak wrócę, może przeczytam te słowa, tak jak czasem zaglądam do „tygodni..:’ sprzed roku, aby znów siebie nie rozpoznać.