Archiwa dla June, 2011

o “vinyan” w nowej fantastyce

Siedzę w pociągu i myślę o umieraniu. Och, gdyby życie ludzkie było długie jak tabor kolejowy i trwało tyle, co podróż przez remontowaną Polskę! Niestety, z wolna dociera do mnie przykra prawda, że zbliżam się do tak zwanego półmetka, ani się obejrzę, a będzie bliżej niż dalej do wiadomo czego. Wyobrażanie sobie własnego zgonu niesie ze sobą jakąś perwersyjną przyjemność, zwłaszcza w kontekście okropieństw codzienności i tylko wizja mowy pogrzebowej, wygłoszonej niechybnie przez któregoś z piszących kolegów sprawia, że pragnę żyć dalej. Kiedyś chciałem umrzeć jak pan z „American Beauty”, teraz śni mi się spokojne konanie łóżkowe, starodawnie przyjemne, w pokrzepiającym gronie najbliższych, którzy mieli czelność mnie przeżyć. Wówczas mój duch, uwolniony z ciała rozwiałby się na wietrze. Obawiam się jednak, że grozi mi inny rodzaj śmierci. Szlag trafi mnie w kolejce na poczcie, wykorkuję kłócąc się z kasjerką, lub padnę trupem u stóp barmana, odmawiającego mi drinka ze względu na stan wskazujący. Wówczas moja dusza zmieni się w vinyan, zagubione i złe stworzenie eteryczne, które błąka się wśród ludzi bezskutecznie poszukując wylotówki na zaświaty. W Birmie palą lampiony dla takich istot, więc ślicznie o taki proszę, jeśli kiedyś tutaj, na jednej z ostatnich stron Nowej Fantastyki znajdziecie nekrolog zamiast felietonu.

(…)

ciąg dalszy w numerze lipcowym

metal na dziś (41): Red Fang

Bartek z nieistniejącego już Blackastrial podesłał mi to video, wyrażając nadzieję, że mi się spodoba. I miał rację. Więcej nawet, jestem przekonany, że klipem zachwycą się zwłaszcza ci, którzy zazwyczaj omijają metalowy kącik tutaj. Zerknijcie, proszę, nie będziecie zawiedzeni. Wizualizacja muzyki Red Fang dość dobrze oddaje kłopoty metali ze stereotypami. Zespół, wykonujący muzykę metalową winien nieco przypominać bohaterów niektórych książek Dukaja, zawężonych w swojej aktywności do zachowań istotnych dla sprawy. Tu konkretnie odpada cała nie-metalowość, metale muszą mieszkać wspólnie i pić ogromne ilości browara, nie mają pracy, matek i pradziadów, nie łączą też się w związki, wyłączywszy bara-bara z groupies rozumiane jako zwieńczenie okoliczności koncertowych. Taka sytuacja wpływa również na kwestie związane z wideoklipem. Metalowe wideo musi być metalowe właśnie, to znaczy, koniecznym jest wyczyszczenie go ze wszystkich nie-metalowych elementów. Na przeszkodzie stoi odwieczna tęsknota metali za komercyjnym sukcesem który stał się udziałem takiej Metalliki albo Mastodon, tymczasem metalowość jest niszowa ze swej istoty. Jak to pokonać, jak obejść nic nie tracąc? Tym panom wyszło.

Tydzień z głowy (143)

Dlaczego pisuję tutaj przeważnie o rzeczach smutnych? Bo tak chyba jest. Czy smutek jest łatwiej wyrażalny literacko, bardziej pamiętnikarski, zwykł osiadać w człowieku głębiej, odwrotnie niż radość, którą można zdmuchnąć? Nie wiem. Czasem radosny czas przekłada się na jakiś wewnętrzny żal, co znów wiedzie do pytania o źródła żalu. Moim zdaniem, większość ludzkich smutków bierze się z braku wkomponowania. Ta myśl nie jest oryginalna, antropologowie wyrazili ją pięknie dawno temu. Najprościej rzecz ujmując, żyjemy w biologii i cywilizacji, nie jesteśmy jednak ani w pełni biologiczni, ani cywilizacyjni. Wydaje mi się, że współczesna kultura, coraz silniej wiążąca się z plemienną rytmiką, kolorystyką dżungli, niejako, łowieniem drugiego człowieka (na kielicha, na numerek i tak dalej) nieco przybliży nas do buszu i drzewa z którego spadł nasz pradziad, zniesie tę straszną wyrwę i wyjdzie, że Rousseau miał rację, będziemy dobrymi dzikusami. Być może już nimi jesteśmy, przynajmniej ja trochę jestem, oderwany od historii, religii, rodziny. jestem jednoosobowym plemieniem. Ale to chyba nie jest źródłem mojego smutku. Myślę, że akurat z tym niewkomponowaniem bym sobie poradził. Większość ludzi radzi sobie przecież. Tylko w moim wypadku nastąpiło namnożenie. Jeśli oczywiście namnożenie może nastąpić. W piątek pojechałem odwiedzić mojego syna, odebrałem go z przedszkola, dałem prezent urodzinowy, poszliśmy na plac zabaw, nakupiłem bułek i karmiliśmy kaczki. Kaczory to strasznie wredne stworzenia swoją drogą. Potem pojechałem na konwent do Wrocławia, walnąć browarka, poprzybijać piątki i zaczerpnąć chwały. Wpadł SD, JŻ, Urbaniuki, były to bardzo miłe chwile. Co łączy te dwie rzeczywistości? Ano, niewiele, zgoła nic. Mojego czteroletniego syna gówno obchodzą książki i jakiś dziwaczny rodzaj chwały pisarskiej, a całe moje pisanie dokonuje się, w jakiś sposób obok nie go, jest pisarstwem bezjulkowym, świadectwem jego nieobecności i to w najlepszym razie. Gdyby istniała w tym jakaś wzajemna przenikalność, byłoby zupełnie inaczej. Ale kiedy jestem przy Julku, to całościowo, nawet jeśli zerkam w telefon, odpływam myślą, to ciągle ze mnie jest ojciec, dochodzący – ojciec jednak. Bawiąc się na konwencie jestem człowiekiem bawiącym się, siedząc z A. jestem facetem A. właśnie i tak dalej, mam poczucie pewnej kompletności każdej mojej postaci co razem daje wielką niekompletność. Podkreślają to podziały rodzinne, o których nie zamierzam pisać. To jeszcze nic, pozostaje problem pisarski, pracy twórczej, „bycia artystą”, zwał jak zwał, chodzi o przestrzeń pomiędzy mną i klawiaturą, wcale nie mam na myśli odpowiedzi na trywialne pytanie: „czemu taki wesoły człowiek pisze tak ponure teksty?”. Większość twórców, tak mi się wydaje, pisze w zgodzie ze sobą. Pisarze których znam tak robią, tylko ST nie potrafię osądzić. Może nie chcę osądzać, ST sam zrobi sobie tę przykrość. Ja mam inaczej. Całe moje pisanie dokonuje się przeciwko mnie samemu, będąc dla mnie radosną i smutną niespodzianką, wielkim zaskoczeniem. Piszę wyłącznie książki, których nie umiem napisać (tłumaczyłem już kiedyś na czym to polega, jakie owoce przynosi), podejmuję tematy obce mi w życiu, które wiodę. To znaczy, każda moja książka wiąże się z tym co mi się przydarza, ale świat idei, tych widm i upiorów jest mi z gruntu obcy. Pisuję o historii i pamięci – o tym są „Widma” i „Ogień”, o tym było „Nadchodzi”, sam zaś jestem człowiekiem nie pamiętającym. Sięgam po duchowość i eschatologię, choć bezbożnik ze mnie i to dość stereotypowy, mam mocne przekonanie, że nasze życia kończą się wraz ze śmiercią lub wcześniej, tworzę skomplikowane zdania, a najchętniej, tak między nami, mówię „kurwa, ja pierdolę”, nie więcej, jakby świat moich książek nie miał do mnie w ogóle dostępu. Oczywiście, jakoś tam istnieje, jakoś się upomina. To dobre słowo. Przecież nie zagryzam się i nie rozwałkowuję tematów, one przychodzą do mnie jak zabłąkane duchy do spirytysty, zaprawdę, jestem chłopem co dyma na siłownie, pyka na konsolce i patrzy, co by tu zbroić, pluję na Boga i jego wszystkie kościoły, jednak, jednak – pisanie jest dla mnie jak modlitwa. Do kogo wówczas się modlę? Na pewno nie do siebie. No i chyba stąd ten smutek. Nie wiem kim jestem, nie umiem nawet o to w poważny sposób zapytać, brakuje mi języka na wyartykułowanie znaczenia, zasygnalizowanego jedynie pytaniem „kim jesteś, Łukasz?” no i klops na całego. Zaraz wskoczę w skarpety, założę bluzę i powlokę się na spotkanie z kumplem, nie widzianym od dekady, czy jakoś tak, w każdym razie, długo jak cholera. Ja pójdę? Chyba nie, bo teraz piszę, skończę pisanie i zniknę. O teraz, już. Pyk. A jak wrócę, może przeczytam te słowa, tak jak czasem zaglądam do „tygodni..:’ sprzed roku, aby znów siebie nie rozpoznać.

zapraszam na “dni fantastyki”

24-26 czerwca
Centrum Kultury “ZAMEK“
Wrocław, pl. Świętojański 1

punkty programu z moim udziałem:
piątek, 20.00, spotkanie autorskie
sobota, 15.00, pogadanka o rodzimym horrorze w towarzystwie polskich Stephenów Kingów – Jakuba Żulczyka i Stefana Dardy. (byłby komplet, ale ostatnio w “Wysokich obcasach” przeczytałem, że Zygmunt Miłoszewski też jest polskim Stephenem Kingiem. Jeszcze jeden i będziemy potrzebowali vana.)
sobota, 18.00 “Współczesne trendy w literaturze i filmie grozy” opowiadam ja, Ramsey Campbell i Stefan Darda. czekamy na polskiego Ramseya Campbella swoją drogą.

Tydzień z głowy (142)

Odwiedziłem Gdynię. Wraz z WS i JD zdecydowaliśmy się na ujawnienie naszych dyskusji literackich przed publicznością, która nawet dopisała. Było też morze, które niesłychanie sobie cenię, zdarzyła się dobra kolacja, kilka interesujących rozmów oraz psychofan z kubrickowskim błyskiem w oku. Chciałbym jednak napisać o dwóch małych doświadczeniach, wewnętrznym i zewnętrznym. A jeśli chciałbym napisać, to chciałbym też, abyście o tym przeczytali, choć nie napiszę nic ważnego. Więcej nawet, niżej będą tylko rzeczy nieważne. A więc, przyjechaliśmy do Trójmiasta, zrzuciłem graty i natychmiast wypadłem z hotelu. Planowałem sprawdzić czy morze zostało w miejscu, w którym je zostawiłem. Otóż, było. Przeszedłem się plażą, rozmyślając nad kulturą młodych pijących – każdy wokoło miał browara w łapie, tymczasem nigdzie nie walała się ani jedna ciśnięta puszka. Wiatr dął, horyzontem sunęły rdzawe kloce statków a ja postanowiłem pójść do Miasteczka Literackiego, wzniesionego z okazji książkowego festiwalu. Kierowca, wiozący nas z dworca pokazał gdzie ono się znajduje, wydawało się łatwe do znalezienia – takie wielkie białe namioty – ale, wstyd przyznać, nieco się nad tą plażą pogubiłem. Wiedziałem, mniej więcej, w którą stronę powinienem iść. I tylko tyle. Martwiłem się trochę, że przegapię właściwy skręt i nie trafię do Miasteczka Literackiego, trafię do innego miejsca, gdzie też będzie mi dobrze, ale nie będzie to Miasteczko Literackie. Postanowiłem popytać przechodniów i zaraz zacząłem sobie wyobrażać, jakby to wyglądało, jak ja bym wyglądał oczyma jakiegoś biednego człowieka: idzie babina, chłopak, zwykły facet, a tu wali na nich chłop metr osiemdziesiąt, o szerokich barach, z kusym rękawkiem i w krótkich spodniach, w czapce z daszkiem i mordą pod tym daszkiem, kłania się i pyta: „Przepraszam, jak trafić do Miasteczka Literackiego?”. Gdyby mnie ktoś zadał takie pytanie, natychmiast uznałbym, że padam ofiarą jakieś subtelnej zabawy w przemoc, to znaczy, że na tak zadane pytanie istnieje jedna jedyna właściwa, zarazem zaszyfrowana odpowiedź, że Miasteczko Literackie to melina albo bajzel, ewentualnie, że w ten sposób sprawdza się kto swój, kto obcy. Źle odpowiesz, dostaniesz po pysku. Po co miałbym kogoś tak przestraszyć? Nie zaczepiłem ani babiny, ani chłopaka, ani zwykłego faceta, ale przecież po Gdyni latem kręci się mnóstwo mężczyzn muskularnych, groźnie wyglądających i przez to do mnie podobnych. Mógłbym zagadnąć jednego z nich. Dlaczego tak zwane karki mają nie czytać książek? Jestem pewien, że niektórzy czytają. Sparaliżowało mnie kolejne wyobrażenie – podchodzę do takiego wielkiego chłopa i pytam: „Przepraszam, jak trafić do Miasteczka Literackiego”, on myśli, że proponuję mu wspólny spacer do parku, daje mi w mordę i tyle mam z Gdyni.
Do Miasteczka Literackiego trafiłem samemu i ofuknął mnie Kazimierz Kutz. Była to dość przykra dla mnie sytuacja, gdyż wiedziałem kto mnie ofukuje, a nie jestem przekonany, że Kutz nie miał pojęcia kto go rozsierdził. Być może samo słowo „ofuknął” nie jest do końca właściwie. Mam na myśli dźwięk krótki i rwany będący czymś pomiędzy wężowym sykiem a próbą wydania z siebie stłumionego szczeknięcia. Taki odgłos może wydawać człowiek dławiący się korkiem. Było to po naszym spotkaniu, kiedy to postanowiłem udać się na piwo i papierosa w miejsce temu przeznaczone. Niestety, aby się napić i zapalić musiałem przejść przez salę gdzie trwała dalsza część imprezy, konkretnie wymienianie nominowanych do Nagrody Gdynia, wśród których znalazł się Kutz. Stąd jego obecność na sali. Usiadł felernie, gdyż koło samych drzwi. Minąłem go zasuwając z bronkiem, co zniósł jak na mężczyznę przystało. Dziękuję. Potem wezwano mnie w sprawach formalnych, musiałem jeszcze wrócić i wówczas właśnie, mijany po raz trzeci Kazimierz Kutz wydał z siebie ten szczególny dźwięk, który próbowałem przed chwilą przybliżyć. Do tego zdzielił mnie spojrzeniem i natychmiast zamarł w swej kanciastej godności, mówiąc nieco inaczej – jego lekceważenie pozwoliło mi umknąć. Zastanawiam się teraz, zapewne zupełnie bezzasadnie: czy bycie ofukniętym przez Kutza w jakiś sposób zmienia życie, nakłada stygmat, jak kiedyś zdjęcie z Wałęsą albo Papieżem? Jeśli tak, to na czym ta stygmatyzacja dziwnym dźwiękiem Kutzowym miałaby polegać? Zacznę inaczej pisać. Zmieni się recepcja mojej prozy. Upadnę, ewentualnie się uwznioślę. Zacznę berać po ślunsku. Spodoba mi się „Śmierć jak kromka chleba”. Nawrzeszczy na mnie Andrzej Wajda. Pobije mnie Spielberg a Scorsese zamorduje. Co mi zrobi Zanussi, wolę nawet nie myśleć. To wszystko jest nieważne, ważne, że uwierzyłem. Zabrakło mi odwagi by przejść koło Kutza po raz czwarty i Miasteczko Literackie opuściłem przeskakując płot, co również pozostaje w zgodzie z tradycjami Trójmiasta.

dzieńdoberność

Obudziłem się pod zlewem, na miękkim materacu i owinięty kocem. Myślę, że musiałem mieć pomarszczoną mordkę i gdyby ktoś zobaczył mnie w tej chwili uśmiałby się serdecznie na widok tego tobołka z którego, niczym uszy siatki, sterczą sobie gołe stopy. Najczęściej, gdy się budzę, natychmiast zerkam za okno, wcale nie dlatego, że chcę zapomnieć sen, który śnił mi się jeszcze przed chwilą. Zapomni się sam. Ciekawi mnie, która jest godzina, potrzebuję najprostszej informacji: jasno-ciemno nim zacznę poszukiwania telefonu. Przez szybę widziałem czerwonawą dachówkę, czyli słońce już wzeszło. Inaczej, dachówka byłaby czarna. Trzepoczący trójkąt porannego nieba nad tym dachem wpędził mnie w bojaźń i drżenie. Takie niebo, taka dachówka może wróżyć mi godzinę piątą lub siódmą z kawałkiem, co oznacza dwie różne wizje wtorku. Rozejrzałem się za telefonem. Która to może być? Jeśli piąta lub wcześniej, co w czerwcu jest całkiem możliwe, to natychmiast bym się wściekł na siebie, na własne obudzenie, być może gryzłbym kołdrę, na przemian szukając spokoju w jakichś wyobrażeniach łagodności, które wściekałyby mnie jeszcze bardziej. Ogryzając kłykcie przeleżałbym do siódmej, potem zacząłby się kot i ci od kota, dobrzy ludzie, którzy mnie goszczą gdy jestem w Krakowie. Więc kawa. Kręciłbym się, pił espresso za espressem, gadał od rzeczy i wygrażał bezsilną pięścią niewinnemu społeczeństwu. Spacer nad Wisłę z Julkiem zmieniłby się w wędrówkę przez szkło z rozszalałym pancernikiem, zasnąłbym na piwku z ojcem i wkurwił się na pociąg, słowem, przewędrowałbym cały dzień potykając się o dzień właśnie i samego siebie. Ale nie, dach i trzepoczący trójkącik błękitu zwiastował siódmą z takim hakiem, że ósma. Więc, po raz pierwszy od dawna mogę napisać: dzień dobry wszystkim! Zaczynamy nowy dzień!

o “red dead redemption” na jawnych snach


„Red Dead Redemption” obchodziłem jak dziwka dom Boży. Do serii „Grand Theft Auto” próbowałem przekonać się wielokrotnie, za każdym razem nieskutecznie. Miasto za wielkie i brzydkie straszliwie. Bohater też taki kostropaty. Nie mam problemów ze znalezieniem w sobie ośmiolatka, rozradowanego strzelaniną do kosmicznych potworów, za to w nastolatku śliniącym się perspektywą przewożenia dragów i obracania prostytutek nie widzę nic sobie bliskiego. Obawiałem się, że „Red Dead Redemption” okaże się powtórką z rozrywki, w odmienionej scenerii. Tymczasem wsiąkłem jak nigdy wcześniej i gdybym tylko mógł, nie spałbym i grał, jedząc przez słomkę, żeby nie puszczać pada. Moje truchło znaleźlibyście usadzone na wiaderku.

dalej

tydzień z głowy (141)

Znów jestem w Krakowie, znów w Lokatorze, więc tym razem spróbuję o tym nie napisać. Wydaje mi się, że mógłbym żyć bez większości tak zwanych dóbr. Ubieram się w to, co dadzą mi ludzie. Książki mi przysyłają z wydawnictw. Gry dostaję. Filmy ściągam. I tak dalej. Doskonale widzę siebie w sytuacji eremowej, co byłoby nieskończenie zabawne: czarci mnich, brodaty diabeł któremu nie rośnie broda. Ale czasem pojawia się we mnie jakieś niespodziewane marzenie i chciałbym, aby się spełniło. Dzisiaj popłynąłem z Julkiem gondolą po Wiśle. Nie mam pojęcia, czemu tak lubi pływanie, chyba, że mam. Bo byłoby cholernie słuszną i potrzebną sprawą gdybym w miesiące letnie mógł podróżować statkiem z Warszawy do Krakowa. Warunek bazowy, czyli rzeka, istnieje. Wyobrażam sobie, jak ładuję się na pokład, zmęczony i niewyspany jak zawsze przed podróżą, lokuję swoje wstrząsające cielsko na krzesełku pod cykającym słońcem, rozkładam na stole, takim z grubymi szparami między deskami, cały swój majdan: komputer, książki, notatnik i zaczynam sunąć Wisłą, zaczynamy wszyscy, wolni od wszelkiej pospieszności. Czas pomału znika, chowa do nory zmierzwiony łeb oślepiony jasnością letniego nieba, „och, ja cię dopadnę sukinsynu jeden” – myśli sobie czas i tylko myśleć może. Mijamy grudki domów i klasztory niemal schodzące do wody, w ich cieniu ciała młodych kochanków wikłają się w sobie, przetaczam się między chaszcze i miasteczka, nadgniłe cyple wcinają się w śmierdzący nurt, stare chłopy moczą ryje i kije, jakiś wariat brodzi po włochate kolana. Dzieci napinają proce, klikają we smartfony, w niebo bije ptasi skrzek, nade mną kreślą się krzyże mew. Sunę spokojnie, rozkołysany brakiem niebezpieczeństwa, krąży wściekły kelner i chce mnie nabrać na piwo pobożne, albowiem chrzczone, chłeptam sobie, a co. Niebo przechyla się z wolna, czerwień horyzontu zaraz rozmrozi gwiazdy. Wówczas umknę na ląd. Ale tak się nie stanie, gdyż progiem na Wiśle, za Krakowiem, nie popłynie nic o zanurzeniu większym niż pół metra. Za to na Kazimierzu widziałem dzisiaj piękną, grubą babę.
Gdybym miał wybrać jedną wartość która konstytuowała moje życie odkąd mógłbym je nazwać zżyciem świadomym, padłoby na przyjaźń. Przyjaźń jest formą miłość i jestem pewien, że A. jest także moim przyjacielem, tak jak ja próbuję być jej, natomiast chciałbym wspomnieć o pewnym wątku toczącym się przez przyjaźń męską. Miałem wiele takich przyjaźni i przytłaczająca część z nich przetrwała próbę czasu, co oznacz mniej więcej tyle, że banda cudownych popaprańców, która ujawniła swoją niszczycielską przyjacielskość jakieś piętnaście lat temu w dalszym ciągu uczestniczy w moim życiu, ja, mam nadzieję ubarwiam ich życia i jesteśmy sobie potrzebni. Istnieje jakiś rodzaj głębokiego przyjacielskiego zwierzenia, który niesłychanie mnie wzrusza. Mam na myśli sławetne zwierzanie się męskie, bo przecież każdy człowiek robi czasem rzeczy złe. Są, te złe rzeczy, fajowe i ekscytujące i dlatego nam się zdarzają. Sam nabroiłem swoje i miałem ogromną potrzebę opowiadania o tych złych, fajowych, ekscytujących rzeczach. Zawsze zostawałem wysłuchany. Zdarzało mi się również słuchać. To doświadczenie słuchalnicze przypomina zjadanie rozgrzanych kamieni, te rozpalają się bądź stygną w żołądku. Mogę o tym teraz napisać, bo dawno niczego złego nie zrobiłem, a i koledzy sporządnieli. Wydaje mi się, że ludzie posiadają bardzo nikłe umiejętności w zakresie rozróżniania dobra i zła, w gruncie rzeczy są zupełnie niezdatni do tego zadania. Nie mam tu na myśli sytuacji, gdy ktoś robi źle, choć myśli, że dobrze. Takie stany umysłu niesłychanie rzadko się zdarzają. Nie potrafimy we właściwy sposób ocenić skali naszych złych uczynków. Na najprostszym poziomie chodzi o niemożność prześledzenia konsekwencji praktycznych: weźmy na to, że kradnę komuś stówkę. Jak mam stwierdzić, czym jest stówka dla tego człowieka? może go wcale nie obejść ten banknocik, ale jego utrata, równie dobrze może zaowocować jakimś strasznym wydarzeniem. Weź to sobie wyobrażaj. Sprawa komplikuje się w wypadku większych pieniędzy oraz uczuć. Lecz co nas obchodzą inni? Obawiam się, że o tyle, o ile odgniatają się w nas samych. Kiedy zrobiłem coś złego myślę o tym, lecz nigdy we właściwych proporcjach. Małe zło wydaje się wielkim, wielkie wymyślonym i tak dalej, co prowadzi do stanu, który niektórzy nazywają rozchwianiem emocjonalnym, inni zaś skowytem w obojętny księżyc. Takie dłubanie w sobie do niczego dobrego nie doprowadzi. Kojarzy mi się z błądzeniem po labiryncie, to nie jest zawsze tak, że jak skręcasz w prawo to wyjdziesz, ale wystarczy, że ktoś zerknie z góry na rzut korytarzy no i właśnie, no i jakoś-będzie. Dlatego wynika konieczność rozmowy, pamiętam siebie, rozmawiającego, jak mówiłem. I potem, wypowiedziawszy już wszystko, kiedy usłyszałem słowo pocieszenia, opierdol ciężki, cokolwiek jakieś eeee nie martw się nagle zyskiwałem mocne, trwałe poczucie, że proporcje tego co zrobiłem, proporcje zamrożone we mnie, jak te jebane gwiazdy nad Wisłą zyskują właściwy kształt oraz rozmiar. Co najważniejsze, ów kształt i rozmiar najczęściej nie miał nic wspólnego z tym co usłyszałem od przyjaciela, istniała potrzeba słowa i kogoś, kto to słowo chwyci. Tylko tyle. Tak to mniej więcej wygląda, co składa się też na dość ważną, choć składową części odpowiedzi na pytanie „panie Łukaszu, dlaczego pan pisze?”

ogłoszenie parafialne o niedostępności

z przyczyn obiektywnych (wyjazdy, zdechły komp) nie będę podpięty do sieci przez jakieś dziesięć dni. czasem jakoś się pojawię i tylko tyle. Na pewno nie będę dostępny na czatach i komunikatorach i proszę o nie kontaktowanie się tą drogą.

metal na dziś (40)

Sympatykom mojej twórczości literackiej, czytelnikom polskiej prozy, wielbicielom fantastyki i popkultury, przypadkowym internautom oraz, last but not least, wszarzom płci obojga przypominam uniżenie, że dzisiaj celebrujemy Międzynarodowy Dzień Slayera.

Next Page »