o „vinyan” w nowej fantastyce

Posted on 28 czerwca 2011

Siedzę w pociągu i myślę o umieraniu. Och, gdyby życie ludzkie było długie jak tabor kolejowy i trwało tyle, co podróż przez remontowaną Polskę! Niestety, z wolna dociera do mnie przykra prawda, że zbliżam się do tak zwanego półmetka, ani się obejrzę, a będzie bliżej niż dalej do wiadomo czego. Wyobrażanie sobie własnego zgonu niesie ze sobą jakąś perwersyjną przyjemność, zwłaszcza w kontekście okropieństw codzienności i tylko wizja mowy pogrzebowej, wygłoszonej niechybnie przez któregoś z piszących kolegów sprawia, że pragnę żyć dalej. Kiedyś chciałem umrzeć jak pan z „American Beauty”, teraz śni mi się spokojne konanie łóżkowe, starodawnie przyjemne, w pokrzepiającym gronie najbliższych, którzy mieli czelność mnie przeżyć. Wówczas mój duch, uwolniony z ciała rozwiałby się na wietrze. Obawiam się jednak, że grozi mi inny rodzaj śmierci. Szlag trafi mnie w kolejce na poczcie, wykorkuję kłócąc się z kasjerką, lub padnę trupem u stóp barmana, odmawiającego mi drinka ze względu na stan wskazujący. Wówczas moja dusza zmieni się w vinyan, zagubione i złe stworzenie eteryczne, które błąka się wśród ludzi bezskutecznie poszukując wylotówki na zaświaty. W Birmie palą lampiony dla takich istot, więc ślicznie o taki proszę, jeśli kiedyś tutaj, na jednej z ostatnich stron Nowej Fantastyki znajdziecie nekrolog zamiast felietonu.

(…)

ciąg dalszy w numerze lipcowym

[ytorbit]TaLclD6Sgg4[/ytorbit]