Archiwa dla July, 2011

przerwa techniczna

w najbliższych dniach mój blog przestanie działać. ma to związek z pracami renowacyjnymi całego serwisu z którego korzystam. niedługo wszystko powinno wrócić. Póki co, wpisy i aktualizacje będę wrzucał na facebooka.

Tydzień z głowy (147)

Stałą zasadą niedzielnych wpisów tutaj jest jasno rozumiana niezależność od świata, przy czym jasność jest oczywiście częścią względności lub odwrotnie – chodzi o to, że pełne oderwanie jest niemal niemożliwe, a jeśli jednak nastąpi, oderwana istota może co najwyżej wywrzeszczeć, wyskuczeć, wypaplać swoje myśli na jakimś placu lub w domu, przed nieprzygotowanymi do takiej przygody przedstawicielami społeczeństwa i rodziny. Dwa tematy wiodące – Norwegia i Amy – są zarazem krańcowo od siebie odmienne, opowiadają o różnych rodzajach umierania i oba prędzej czy później doczekają się jakiegoś komentarza z mojej strony. Albo i nie doczekają? Na co komentarz umarłym? Żywi z kolei nie staną się lepsi od jakiegokolwiek słowa, skoro książki nie potrafią zmienić świata ni człowieka, trudno oczekiwać tego od skromnego wpisu na blogu, do tego intensywne skłanianie się ku komentowaniu, występujące u większości przypadków naszej pół inteligencji, ćwierć inteligencji i dalszych ułamków organizujących krwioobieg myśli w naszym pięknym kraju jawi mi się czymś odrobinę niegodnym, z tym, że mam pewne trudności z wytłumaczeniem na czym ta niegodność polega. Wydaje mi się, że na niezrozumieniu tajemnicy. Pisanie o śmierci jest próbą wniknięcia w tę tajemnicę. Jako publicysta, bloger, spluwaczka własnej jaźni nie mam do niej żadnego dostępu. Mógłbym prześledzić okoliczności tych dwóch wydarzeń i wyciągnąć jakieś wnioski, opierając się, odpowiednio, na znajomości historii Amy i pewnej wiedzy w zakresie sposobów reakcji Norwegów na zbrodnię, którą posiadłem śledząc sprawę Vikernesa sprzed lat. Tylko – mniej ważna przesłanka – zupełnie nic z tego nie wyniknie, żadnej mocy nie posiadam i jej nie potrzebuję, być może dojdzie do jakiegoś przekształcania prawa na północy, na pewno zaś zakup narkotyków w Londynie, Berlinie, w Kalifornii pozostanie względnie łatwy, jako i był wcześniej. Jednocześnie ujawnia się we mnie jakaś dziwna ochota, pisz chłopie, my, ludzie pióra zaprawdę jesteśmy padlinożercami. Ale w jaki sposób miałbym pisać nie dochodząc do sedna, odbijając się od stalowej sfery skrywającej sekret umierania? To przesłanka istotniejsza. Moja perspektywę wyznacza ostatni tydzień, kiedy to spędziłem uroczy wieczór w ogródku ST, gaworząc z nim i WS do późna, chłepcząc wińsko i zagryzając pysznościami, których nazw i smaków nie potrafię już przywołać. Pisałem opowiadanie. Klepałem fuszkę. Wczoraj, kiedy spływały złe wiadomości poszliśmy do kina a potem na kolację, którą określiłbym mianem wystawnej. Przypomina mi się teraz piękny wiersz Norwida, w którym poeta odmawia załamywania rąk nad rzeszą głodujących właśnie dlatego, że obżarł się przed momentem w towarzystwie życzliwych mu arystokratów. Nie umiem teraz tego wiersza odszukać, a szkoda: nawet Norwid jest czasem potrzebny. Podobne wrażenia miałem po tragedii Smoleńskiej. Teraz zwróciłem uwagę, że norweska wyspa ma kształt Polski, odbitej w lustrze i odpowiednio pomniejszonej.
Istnieje inna perspektywa pisania o śmierci, którą dobrze rozumieli poeci i którą, mam nadzieję, i ja rozumiem. Jest to perspektywa pisarza. Mógłbym w takiego się przedzierzgnąć, tak jak zmieniam się przez pięć dni w tygodniu, gdzieś w rejonach dziewiątej rano. Nasuwam na siebie skórę pisarską, przeszczepiam dłonie, wkręcam oczy wrażliwe na inny rodzaj światła. Pisarz zyskuje wgląd w umieranie, choć jeszcze przed chwilą był go kompletnie pozbawiony. Nie umiem powiedzieć, na czym polega to przeobrażenie, ale jakże łatwo ulec kolejnemu złudzeniu, a mianowicie, że pisarzem będąc potrafię zaglądać w cudze lęki, nadzieje i serca, że nagle odnajduję siebie zdolnym do bycia dziewczyną, przyrządzającą śmiertelny koktajl z koksu i tabletek extasy, albo, że znajduję siebie żywego pod stygnącym płaszczem umarłych. Tak nie ma i nigdy nie było, kto zgłasza się z odmiennym doświadczeniem jest durniem, sukinsynem, zapewne jednym i drugim na raz. Pisząc o umieraniu, we wszystkich swoich książkach i nie tylko opisuję własne umieranie wyobrażone, jakbym słał na papier impulsy własnych inkarnacji: inne życia, inne charaktery, płeć odmienna się zdarzy, ale to pozostaje zupełnie bez znaczenia. Mogę wyobrazić sobie cudze życie, stworzenie człowieka na potrzeby literackiego tekstu, od podstaw do całej ludzkiej złożoności leży w bezpiecznym zasięgu moich możliwości, lecz gdy człowiek napisany staje w obliczu śmierci natychmiast zmienia się w Orbitowskiego. Niewiele wiem o śmierci, zgoła nic: mam mocne przekonanie, że umieramy samotnie, w jakiejś bryle – niegdyś, umowne granice tej bryły stanowiła kula światła biorąca swe źródło ze świecy gromnicznej – której nie przeniknie ani współczucie, ani gniew. Istnieje wiele rodzajów umierania, bardzo wiele, być może tyle, ilu jest ludzi i tutaj, ten blask gromniczny winien być granicą dla każdego uczciwego pisarza, krok dalej i wejdziesz tam gdzie żyją potwory, w przestrzeń nie dla pióra, w sensie dosłownym: artysta nic z tym nie uczyni, gdyż interesuje się (przynajmniej w kwestii śmierci) sobą wyłącznie, ledwo mu na siebie sił i talentu starcza, dlatego ja również, tutaj o sobie napisałem.

tydzień z głowy (146)

Pojechałem nad morze i dopełniłem obowiązków morskich. Niesłychanie lubię ten nasz Bałtyk. W odróżnieniu od mórz południowych, wydaje się nieco dzikszy, z innej piany zrodzony: w jego głębinach (niezbyt przecież głębokich) mogą wciąż żyć potwory. Na wybrzeżu wszystko jest piękne tym pięknem, które naprawdę do mnie przemawia. Weźmy samo nadbrzeże, piaszczyste guzy, w których korzenie drzew szukają przyczepności, chwytając się wilgoci, kamienia, wyschniętych wodorostów, te drzewa pokręcone, o kształtach gruszki i żarówki, o gałęziach niby palce starca, a jednak tchnących młodością, owianym solą pragnieniem życia. Potem jest piaszczysta skarpa opadająca niemal do samej wody, pośrodku skarpy, biegnącej wzdłuż całego brzegu spoczywają pnie, pobladłe i obalone, na ich rozplątanych, suchych korzeniach podskakują sobie mewy. Jeszcze niżej kupki kamieni, niekiedy noszących ślady ognisk, kolorowe parawany, za którymi nikogo nie ma, wreszcie bulwy namiotów plażowych (widziałem jeden) i morze samo, o dziwnym kolorze, ani to szary, ani zielony, może trochę błękit, lecz z pewnością nie błękit morski. Im dalej tym ciemniej, gładki brzuch Bałtyku rozciągał się po łuk horyzontu, za to bliżej, tam, gdzie mogłem dopłynąć, przewalały się fale o białych, spienionych szczękach. Pływanie w czymś takim (jeśli podskakiwanie w rytm humorów wody pływaniem można nazwać) należy do wąskiej grupy szczególnych przyjemności. Wystarczy przejść po kamykach, wytrzymać chwilę zimna i gotowe, znika świat, w tym łoskocie pod słońcem, w ciemnej wodzie, kiedy nie widzę własnych stóp, ani o stopach nie myślę, naprawdę znika świat i wątpliwości ze światem związane. Niczego nie było mi trzeba, nie wiedziałem nawet, że mogę czegokolwiek chcieć, że kiedykolwiek chciałem, nawet ciało mnie opuściło, a kto wie, może to ja stałem się ciałem. Okres niechcenia był stosunkowo krótki, gdyż, wróciwszy na plażę, natychmiast zrobiłem się głodny. We Włoszech nie popędziłbym na pizzę, wpadając na Podhale nie zwykłem jeść serów owczych, ale obowiązek morski skłania mnie ku rybie z frytkami. W moim wypadku była to kergulena. Nie wiedziałem, że to taka kruszynka. Przypomina nieco szczura w panierce. Nie wyobrażam sobie takiej kerguleny w restauracji, to musi być – tak jak była – budka między budkami, obok hałaśliwego deptaka, na tekturce i plastykowym widelcem szamana. Nawet architektura nadmorska mi odpowiada. Te poniemieckie domy o białych ścianach przecinanych drewnem, z licznymi wykuszami, o wysokich oknach i dachach spadzistych powoli odzyskują przedwojenną świetność i, gdybym tylko mógł, chętnie bym sobie taki kupił. Kręcą się koguty na wieżyczkach.
Przez ostatnie trzy dni spędziłem trochę czasu z pewnym kotem. Był to niewątpliwie kot pomorski, niesłychanie mi życzliwy i kojarzący się z Polską: jednego oka nie miał, drugie było ślepe. Bardzo balem się tego zwierzęcia, w gruncie rzeczy boję się nadal, gdyż pisze te słowa, a on, właściwie ona, gdzieś tu sobie łazi. Ślepota wydaje się jej nie przeszkadzać. Chodzi po mieszkaniu, potrafi wskoczyć gdzie tylko ma ochotę, wygrzewa się na balkonie i nie zdradza żadnych oznak smutku. Czemu jej się boję? Ze względu na towarzyskość właśnie. Przychodzi do mnie takie stworzenie, już w latach, lecz nie pozbawione siły, wykonuje całe sekwencje kocich ruchów z przewracaniem się na plecy i podkurczaniem łapek włącznie, a potem siada obok i wlepia we mnie wzrok. Znaczy, co czyni? Nie wiem nawet jak to nazwać. Obraca ku mnie samotne, mleczne oko, podobne nieco do kawałka jajka, trochę do błony, gdyby tę błonę zerwać, odsłonilibyśmy zdrowe spojrzenie. Jezu, znów przyszła. Jak to w ogóle jest możliwe? Gdy na mnie spogląda, rusza bielmem, głowę tez przekrzywia, jakby minie jednak widziała, a przecież nie widzi. Może mój cień, może zarys mnie? Trudno powiedzieć. Zwierzę ociemniałe, zachowujące się jak zwierzę widzące, jako stworzenie zdolne do przezwyciężenia własnej ślepoty, ślepota nic nie obchodzi tej kotki i wwierca we mnie spojrzenie pochodzące – tak napisałbym, gdybym był o połowę młodszy – z zupełnie innego porządku. Teraz rozmyślam o sytuacji odwrotnej (JD jest dobry w takich rozmyślaniach), rozpływam się w porannej gnozie. Skoro kot nie widzi a widzi, to może ja, człowiek niewątpliwie widzący (widziałem morze. Teraz mam przed sobą czarną klawiaturę, ekran, otwartą gazetę z sesją zdjęciową Disy Braun, obok kubek, kupka książek) w rzeczywistości nie widzę niczego, a już na pewno nie ma morza (czarnej klawiatury…) i wszystko okazało się kłamstwem. Kiedy niknąłem w falach, kiedy opłukały mnie z potrzeb, marzeń, trosk i zobowiązań, być może byłem naprawdę, za to teraz nie ma mnie, nie ma mnie prawie, pół-jestem, ćwierć jestem i tak dalej. Jakie morze, tam może morza nie ma, rzecze kot. Ale coś jest. Siedzimy naprzeciw siebie, ślepy z widzącym, który jest który, tego nie wiem, ale moja ręka spotyka się z jego nosem, opada na kark, zagłębia się w futrze starego, smutnego kota, kot zaczyna mruczeć.

horror, horror (29): The Ward


Słyszałem same złe opinie o nowym filmie Johna Carpentera. Znajomi zapytani o jakość „The Ward” smutno kręcili głowami. Wreszcie się skusiłem, obejrzałem, w mocnym przekonaniu, że niekoniecznie musi tak być, przecież mnie podobają się horrory, które nie podobały się nikomu innemu. Towarzyszyło temu przekonanie o absolutnej wolności samego Carpentera: ten nie musi nikomu niczego udowadniać. Jego talent miałem za szczególny, zbudowany nie na kalkulacji lecz bezpośrednim wglądzie w naturę kina i naturę widza, obcującego z dziełem filmowym. Wgląd ten dawał, niekiedy, dostęp do obszarów niedostępnych w inny sposób, ewentualnie, za sprawą oślepiającego błysku geniuszu, zastępował żmudną pracę reżyserów, opornie konstruujących swoje filmy. Ciemnym rewersem tej metody – jakże mi osobiście bliskiej – są pudła, kule trafiające w płot zamiast w serce. Wynika to z braku możliwości przeprowadzenia jakiejkolwiek weryfikacji przez samego twórcę. Istnieje cienka granica między wariatem a prorokiem, a przecież wariat i prorok odczuwają to samo, z punktu widzenia wnętrza prawda wariata, prawda proroka jest tą sama prawdą. Tymczasem Carpenter jawi się zdurniałym dziadem, którym wywijają producenci. „The Ward” jest głupi, biedny i zaskakująco źle zagrany. Źle, nawet jak na standardy horroru młodzieżowego. Najchętniej obwiniłbym producentów lub trzecie oko reżysera, które oślepło lub zasnęło, ale trudno mi pojąć marnowanie klimatycznego pomysłu wyjściowego, toż stary psychiatryk z mściwym upiorem dla zwykłego rzemieślnika winien być samograjem, w wypadku Carpentera – materiałem czekającym na jedyną właściwą formę. Wyszło coś nieważnego, przykrego i irytującego, z kretyńską nawalanką między babą i upiór-babą oraz nachalnym freudyzmem, którego truchło potrząsa amerykańskim horrorem intensywniej niż jakikolwiek duch. Nie skreślam jeszcze Johna Carpentera. Ten facet raz na dekadę kręci coś wybitnego („Halloween” w siedemdziesiątych, dalej, odpowiednio, „Rzecz”, „W paszczy szaleństwa”, „Papierosowe oparzenia”) mamy dopiero 2011, czyli lat pozostało dziewięć. Tylko chłopina już nie najmłodszy. Jeśli rozczaruje, umierając przedwcześnie, dołączy do grona bohaterów mojej młodości, którzy zawiedli w jesieni swej twórczości. A przez nich zacząłem pisać. Co najważniejsze, z Carpenterem będzie komplet.

metal na dziś (42): Skindred


Wikipedia pisze, że wykonują połaczenie metalu, punka, reggae, dancehallu i drum’n'bassu. Ich muzyka często bywa zwana “ragga metal”. Mi kojarzy się z dokonaniami RHCP i Faith No More. Kiedy byłem młody, kiedy zaczynałem słuchać muzyki metalowej wylądowałem strasznie daleko od takich dźwięków, myślę, że przeszkadzał brak cmentarno szatańskiej otoczki w tekstach i motorycznego ciężaru. Człowiek był wówczas głupiutki, głupota, jak to ona, procentuje czymś dobrym w mojej śmiesznej dorosłości i Skindred staje się ważnym punktem w moim zbiorze muzyki pobudzeniowo-marszowej. Są wspaniali, wyluzowani i energetyczni, potrafią grzmotnąć gdy trzeba, za chwilę pobujają i jestem pewien, że znajdują słuchaczy w najróżniejszych zbieraninach ludzkich. Reaggowcy dostaną zrozumiałego dla siebie kopa, metale uradują się czadem i rozpoznają, przyjazne sobie, wątki horrorowe. Dawno nie miałem poczucia obcowania z czymś tak świeżuchnym (może dlatego, ze sam jestem raczej nieświeży). Nie bez znaczenia pozostaje otoczka zbudowana wokół bandu, gdzie programowe wyluzowanie wynika z jakiegoś zamysłu lub odwrotnie, luz w zamysł obrócony. Do tego są bardzo ładni. Dawno nie widziałem takiej dobrej okładki. Klip także znakomity. Chciałem się obudzić, to się obudziłem, ale na Jamajce, nocą.

dwa zdarzenia

1
Niedziela. Pragnę kupić gazetę, jakikolwiek tygodnik lub miesięcznik. Jestem w galerii handlowej, więc walę do InMedio. W progu, jeśli tam są jakieś progi, zderzam się z dziewczyną. Widzę ją po raz pierwszy w życiu. Niska, drobna, gęste włosy rozpuściła swobodnie, ma aparat na zębach, wiem, bo mówi do mnie:
-Muszę natychmiast do łazienki.
-Gratuluję – odpowiadam natychmiast, bez zastanowienia, to stary cytat z „Kajka i Kokosza”, dziewczyna kamienieje, mruga, nie znajduje odpowiedzi, tak jej powinszowałem. Naciska guzik i z góry zjeżdża stalowa kotara, dziewczyna zamyka punkt InMedio, w którym, jak się okazało, zarabia na chleb. Patrzymy na siebie i niemal jednocześnie oboje wybuchamy śmiechem, ale takim z głębi brzucha, wyplutym radośnie, jej aż pot rozświetla czoło, wspólne rozbawienie trwa jakieś dwadzieścia sekund, krztuszę się wesolutko, posyłam ukłon i idę. Żadna gazeta nie jest mi już potrzebna.

2
Poniedziałkowy poranek. Kupuję śniadanie w sklepie na dole (wymagającym zresztą osobnej notki), docieram już do kasy, a do środka ładuje się facet po sześćdziesiątce, rzutki i ewidentnie postrzelony. Letni kapelusik nosi jak myśliwy z filmów o hitlerowcach, zepchnięty na czoło. Podchodzi na stoisko mięsne i uderza do sprzedawczyni w te słowa:
-Dobrze wrócić, nie ma co, szanowna pani. Byłem teraz trzy tygodnie nad morzem.
-Jak pogoda? – pyta sprzedawczyni, bo i o co ma spytać.
Facet bierze oddech jak bokser przed pierwszą rundą:
-Znakomita, proszę pani, znakomita, cały czas kąpałem się w morzu. gdzie indziej lało, ja miałem słońce. A wie pani dlaczego? Bo ja się modlę do Boga, nie tak jak inni, do premiera. Ja to w ogóle premiera nie lubię. Są tacy co lubią, ja jednak, pani wybaczy, do nich nie należę. Co pani o tym sądzi? Jak pani w ogóle wyobraża sobie życie w tym kraju? Tak w ogóle, to co pani sobie myśli, tak żyć, taki premier, jakim cudem może pani go popierać, nie po tym co się stało w zeszłym roku, czy pani w ogóle pomyślała, że wczoraj dziesiąty był? Kim pani jest? Jak pani śmie? – i tak wrzeszczy na cokolwiek zdurniałą sprzedawczynię ze stoiska mięsnego, głos ma dźwięczny i metaliczny, huczy na cały spożywczak, odkładam swoje kiełbaski, podchodzę do niego i cicho, bardzo grzecznie, bo to starszy człowiek, żaden przeciwnik, garbię się, żeby nie wyglądać agresywnie:
-Mam do pana prośbę. Chciałbym, żeby pan nie krzyczał na sprzedawczynię, rozumiem, jest się czym unieść, ale moim zdaniem nie wypada krzyczeć na kobietę, na pewno pan zgodzi się ze mną.
Facet zamrugał, zerknął mi w oczy.
-Oczywiście, ma pan rację. – odparł, wyraźnie zawstydzony. – ja już taki emocjonalny jestem.
I zaraz wrócił do swojej gadki, już normalnym głosem. Pani w kasie opieprzyła mnie, że niepotrzebnie się wtrącam i chyba miała słuszność.

tydzień z głowy (145)

W żarcie, rzuconym na gadulcu odkryłem swoją przynależność, a nawet tożsamość z której braku ostatnio się tutaj tłumaczyłem. To niesłychana, wspaniała sprawa znaleźć takie coś, gdyż nigdy nigdzie nie przynależałem. Nawet w podstawówce znajdowałem się nieco z boku klasowej społeczności, byłem outsiderem, czyli zbierałem w krocze. Całe życie słuchałem i słucham dalej muzyki metalowej, ale nigdy nie byłem metalem w najcięższym (heavy) sensie tego słowa, z metalami się nie bujałem i nawet nieśmiała próba robienia zina w szkole średniej skończyła się kapitulacją ze względów ludzkich oraz praktycznych. Nie znalazłem zbyt wielu chętnych do prowadzenia kserowanego czasopisma, a gdy jeden ochotnik jednoroczny się przypętał, natychmiast zniszczył materiały, gromadzone z wielkim trudem na dyskietkach. Trudno powiedzieć, że przynależę teraz do jakiejś braci pisarskiej, trudno powiedzieć, czy artystyczny fragment mojego życia wpisuje się w jakiś dyskurs, wiem za do, że mam dobrych przyjaciół, piszących i niepiszących. Mieszkam w różnych miejscach, jem różne rzeczy, jakże odmienne ikony odwiedzają mnie w snach. Ale już wiem, sam z siebie wydobyłem prawdę: jestem młodym, wykształconym, z wielkiego miasta.
Zacznijmy od młodości. Mam na sobie spodnie szturmowe, a w nich fikuśną empetrójkę, ofiarowaną niedawno przez A. Jedynie koszulka grupy Kat, nabyta razem z ostatnią płytą tego wstrząsającego zespołu oddziela moją, niezwykle piękną klatkę piersiową, od oczu nielicznych przedstawicieli naszego nieszczęśliwego społeczeństwa. I chyba nie tylko naszego: mignęła Azjatka. W torbie unoszę kabel HDMI nabyty w Saturnie za niewygórowaną cenę czterdziestu dziewięciu złotych (ludzie przyszli do pracy w niedzielę, żebym mógł go sobie kupić),. Za sprawą tego stalowego sznurka, łączącego, niby nerw sztuczny, mój telewizor z nowiuteńką playstation slim (kolejny prezent od A, rety) zamieszkam w świecie wysokiej rozdzielczości. Ogłupiam się grami i muzyką popularną, zaś filmem pasjonuję, kino tłucze się w moich żyłach jak krew, nieustannie gdzieś jeżdżę, jadam na mieście, uwielbiam oglądać teledyski, jeżdżę na koncerty, nienawidzę Kościoła, zarost mam mikry, rzekłbym nawet chujowy, to zawsze coś, gdyż takiego prawa jazdy nie posiadam wcale. W tej chwili bardzo chętnie porzuciłbym klawiaturę i poszedł broić. Dodajmy do tego wszystkiego, że w tym roku kończę dopiero trzydzieści cztery lata.
Teraz wykształcenie. Niewątpliwie jestem człowiekiem wykształconym, nawet inteligentem, intelektualistą, gdyż, wiadomo, filozofia na Uniwersytecie Jagiellońskim, do tego w trybie dziennym, to nie jabol w bramie. Powtórka roku ze względu na język francuski wprowadza do mojego intelektualnego życiorysu intelektualną skazę, jest jak pieprzyk Madonny, choć jakaś część mnie woła, aby wymienić tutaj Gosię Andrzejewicz. Porzućmy na chwilę kpiny, piszę sobie i mam już dosyć: zupełnie przegapiłem moment, w którym wykształcenie zaczęło oznaczać nieoduczenie, do tego programowe, wryte i zaszyte w polski system kształcenia przez jakąś Radę Zła czy coś podobnego. Mam akurat to niezwykłe szczęście, że rozumu starcza, bym rozpoznał wpierw siebie, a zaraz ludzi wykształconych naprawdę. Przeczytałem ze dwa tysiące książek, sam napisałem ich parę i w żadnym razie nie mam się za tłuka, przeciwnie, znam zaledwie parę osób, z których przegadaniem mógłbym, miewam, mam trudności, orzesz, jestem błyskotliwy jak żmija w trawie, tylko, do kurwy nędzy, nie tak to wyglądać winno, człowiek wykształcony winien znać parę języków, w tym jeden martwy, mieć w sobie wiedzę z podstawowych dziedzin, od chemii po historię idei, jak również posiąść tę prostą informację, że ręki, która właśnie była w nosie nie wkładamy do czipsów, co znowu nie jest takie najprostsze, słowem, mam głębokie wrażenie życia w jakiejś wielkiej mierności: w kraju ślepców jednooki jest królem, w domu skurwysynów zwykły łajdak jawi się dobrym człowiekiem, a ja jestem wykształcony, tak jak jestem młody i wierzę głęboko, o nie, wy smutne fiuty, ja wiem, że cała ta moja filozofia wzięła się stąd, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić, nie chciałem się określić , bałem się zbyt wcześnie narzucić sobie formę. Gdybym wybrał zawód konkretny, na przykład prawo, do czego namawiał mnie wujek, podjąłbym jakąś decyzję na którą nie byłem gotowy , wybranie filozofii było mądre, rozumne, dużo mądrzejsze i rozumniejsze ode mnie wtedy i teraz. Wiedziałem idąc na studia, że właśnie nie jestem mądry, że to nie czas, abym zaczął się stawać, twardnieć, wybierać sobie optykę życia. czasem żałuję, że zmarnowałem studia, ale znów, ze swojej perspektywy dzisiejszej nie umiem dostrzec siebie rozbabranego na wysokości myśli, istnieje ten rodzaj subtelności, który mnie mierzi, nie mierziłby mnie, nie znałbym tego spokojnego wstrętu, gdybym nie studiował tej nieszczęsnej filozofii. Czy coś jeszcze różni mnie od innych wykształconych? Mam nadzieję, że jedna rzecz. Wiem, że nic nie wiem o życiu innych ludzi, więc odbieram sobie prawo mówienia w ich imieniu.
Wreszcie, wielkie miasto. Oczywiście, mieszkam w Warszawie, niemal-największym polskim mieście (największa jest Silesia, Śląsk). Tam, ludzie na Placu Zbawiciela wyłuskują z siebie lewicowe idee na d bieluchnymi laptopami – pytanie brzmi, kto te laptopy, gnoje, wam składa? Centrum miasta jest jak człowiek pobity i porzucony w zaułku, najwyżej machnie rączką i zdrapie świeżego strupka. Mówię o ulicach zamkniętych przez widmo metra , jakąś klątwę metra, czarodziej wyrzekł słowo i miasto skamieniało czekając aż czar się spełni. Mówię o rozoranej Pradze, gdzie, w najlepszym razie nowiutkie tory wszczepią się w smutek zrujnowanych kamienic, a jeśli już przy torach i metrze, metro to, czerwona kreska na mapie, podobna trochę do stróżki moczu, ratuje część warszawiaków przed trzęsawiskiem korków. Są szerokie arterie i zepsute zastawki, ten Ursynów, biały niczym gorączka, moja Saska ulubiona Saska pełna ambasad i restauracji, gdzie lud lgnie, rezerwuje, pałaszuje, bo wreszcie można się najeść, chapnąć coś co nie jest kotletem, kotlety to „starzy żarli”, wali przez to wszystko ta śmierdząca Wisła, plaże odsłaniają piaszczyste brzuchy, potem woda napiera i mamy deszczowy grill. Kocham to miasto bardziej niż Muniek. Naprawdę. Ale tez trzeba znać proporcje, wielkość Warszawy jest ogromem powalonego tolla, zżeranego od środka, już na nim rosną krzaki i cykają świersze, już tańczy sobie ognik, co nie pamięta ogni minionych, bo i po co pamiętać, ci co pamiętają czynią to na siłę, są sobą we własnej pamięci i sami siebie trzymają. Dziś zjem w Burger Kingu, zapalę papierosa w Parku Skaryszewskim, w koszulce Kata i spodniach szturmowych przejdę się Francuską i będę słuchał muzyki. Pójdę na piwo z moja dziewczyną. Jestem.

Tydzień z głowy (144)

Przyjaciel zapytał mnie, czy nie szkoda mi czasu na popkulturę i myślę, że niedziela jest okazją, aby Mu odpowiedzieć. Właściwie, w tym pytaniu kryją się aż dwa. Pierwsze dotyczy popkultury jako takiej, porusza problem jej względnej przecież wartości, drugie dotyka mnie: czemu akurat ja znajduje upodobanie w tym zjawisku? A przecież znajduję. Zacznijmy od kwestii skromniejszej, czyli ode mnie. Najprostsza z możliwych odpowiedzi brzmi: bo popkultura jest fajna na poziomie szczegółu, a także w swojej oszałamiającej różnorodności. Jej fajność i różnorodność sama w sobie skłania, aby nad nią się pochylić i nie ma w tym nic niegodnego. Ale jest i inna sprawa. Otóż tożsamość popkulturowa jest jedynym rodzajem tożsamości, wspólnego doświadczenia jaki mogę poczuć. Dotyczy mnie to, uwaga, jako artysty i jako człowieka. Mógłbym napisać dziesiątki książek głębokich i mądrych (zakładając, że potrafię pisać książki głębokie i mądre) a i tak, gdzieś u zarania mojej pracy twórczej będą powieści Stephena Kinga. Z kolei człowiekiem będąc, nie mam żadnych innych źródeł, nie pozostaję zakorzeniony w tradycji i historii („Nadchodzi”, „Widma”, „Ogień” są także próbą przywrócenia sobie pamięci historycznej), nie mam rodziny w tradycyjnym sensie tego słowa, z Polską wiąże mnie język, teraz mieszkam w Warszawie, wcześniej w Krakowie i Bostonie, możliwe, że za chwilę będę słał kartki z jeszcze innego miejsca w świecie, z Bogiem również mi nie po drodze. Świadomość istnienia określonego kodu, odkrycie w sobie wewnętrznej Kate Perry i zapał do przygód agenta Muldera (powiedzmy) czyni mnie częścią konsumentów określonego produktu i nie mam nic przeciwko tożsamości konsumenckiej. W jakiś sposób jestem moją fascynacją i chętnie dzielę ją z innymi. A inni także tego doświadczają. Nie przypadkowo nieustannie kręcone są „rebooty” takiego Batmana, chodzi o to, żeby dziad, syn i wnuk mieli swojego własnego człowieka-nietoperza, trochę osobnego a jednak współnego. Nie bez znaczenia pozostaje niechęć do zmian jako szczególna cecha mojego charakteru. Konkretnie, zmian miałem w życiu tak wiele, że pielęgnuję to, co zostało ocalone. Jak w wieku lat dwunastu zacząłem słuchać metalu i oglądać horrory, tak czynię to i dzisiaj, z innej tylko perspektywy, ten metal, te horrory są teraz jakimś akcydensem, dwadzieścia lat temu były całym światem. Dziesięć lat temu poszedłem na siłownię i chodzę tam dalej, za to wszelkie poszukiwania intelektualne, twórcze dokonują się w moim przypadku już poza popkulturą. Może to wszystko wydawać się cholernie głupie, ale my przecież nie wybieramy naszej tożsamości, to ona nas znajduje: kawałek ziemi, łańcuch dziejów, Bóg wyrażony w określonym kościele, mnie akurat coś innego odnalazło, inny, dodajmy od razu, rodzaj fikcji, bo przecież cała tożsamość jest baśnią i niczym więcej. Wszyscy jesteśmy tutaj samotni i nigdzie nie przynależymy.
Z tego co napisałem łatwo można wysnuć fałszywy wniosek: coś mnie kiedyś chwyciło i trzyma, więc teraz daję usprawiedliwienie, dlaczegóż to nurzam się w marności. Tak nie jest. Tłumaczę, o co chodzi, co się zdarzyło, lecz się nie usprawiedliwiam, bo i nie ma z czego. Mógłbym wymienić tutaj niezliczoną ilość tanich filmów oferujących doświadczenie graniczne w najmocniejszym sensie tego słowa, czego jednak nie uczynię, bo tylko zaczniemy się spierać – ktoś powie, że film oferujący doświadczenie graniczne wyklucza się z popkultury i kłótnia gotowa. Popkultura informuje mnie czym jest świat w danym momencie. Konkretnie filmy, piosenki, gry i tak dalej przynoszą te emocje i te tęsknoty, które są praktycznie nieobecne, tak, że spoglądając szerzej otrzymuję mapę pełną białych plam. Tam mogę nabazgrać na co tylko mam ochotę. Seria komedii o kacu w Las Vegas i Bangkoku nie powstałaby wcześniej, musiała zrodzić się teraz, gdy wszystkich owładnął czysty pierdolec na punkcie zdrowego stylu życia, gdy każdy popycha na jakiś fitness i żre wyłącznie płatki. Hollywood tłucze komedię romantyczną za komedią romantyczną ponieważ małżeństwa, związki nieformalne i licealne miłości rozpadają się szybciej niż trwa numerek u królików na speedzie i wcale nie zamierzam jęczeć nad upadkiem obyczajów, ten upadek nawet mi odpowiada, mówię jak jest, po prostu. Analogicznie, ostatnia dekada upłynęła pod znakiem wzmożonej kontroli, zakres wolności wyraźnie się zmniejszył, tak w realu jak i w virtualu, żeby wspomnieć tylko rozpierduchę o prawa autorskie, pomału przegrywaną przez wolnościowców. Więc któż stał się najnowszym idolem milionów? Otóż pirat, pomykający swobodnie po karaibskich wodach, zdolny uniknąć najbardziej nawet przemyślnych pułapek zastawianych przez ówczesne korporacje pod żaglami. Tymczasem, nie przypominam sobie filmu wojennego z prawdziwego zdarzenia. Ciekawe czemu? Może skończmy to wyliczanie. Współczesność bez popkultury, tego cudacznego potworka oplatającego kontynenty, tej krwi stubarwnej tłoczących się po łączach będzie pół-współczesnością, pół-światem, gdyż ogrom idei, tęsknot – jak choćby wolność i honor – głównie w niej egzystuje. Być może mamy do czynienia ze swoista kapsułą czasu i kiedyś te idee, te wartości, tęsknoty zstąpią do nas z ekranu. Tego już nie wiem, ale wiem, że mój przyjaciel, który sprowokował powyższy wytrysk słów i myśli, może, wbrew sobie zdradzać jakieś popkulturowe zamiłowania, popkultura też trąca jego duszę i to tam, gdzie nerwy. Czyni to za sprawą piosenek, których akurat ja, jako człowiek ogłuszony od dzieciństwa, zwyczajnie przeżywać nie umiem.

saska (4): ławka

Ponieważ pierze żabami przypomniałem sobie, jak to było wychodzić na dzielnię z książką. Miałem kilka miejsc gdzie lubiłem czytać, właściwie dalej mam, to, że nie chce mi się do nich pójść, nie mam jak pójść bo leje nie oznacza, że przestały istnieć. Parę dni temu postanowiłem znaleźć jakieś nowe miejsce. Było późne popołudnie. Poszedłem nad kanał koło mojego domu i poszukałem ławki. Tych akurat nie jest zbyt wiele, lecz jedną trafiłem. Była to sobie, powiedzmy szczerze, dość obskurna ławka, obłożona przez puszki, butelki. Górki petów niczym rewersy krecich kopców. Mi to nigdy nie przeszkadzało. Usiadłem, zacząłem czytać, za mną szumiał kanał, przed sobą miałem rząd garaży i wylotu ulicy Walecznych. Ledwo przewróciłem stronę i dotarło do mnie, że przewróciłem lokalny porządek. Nadciągnęła grupka młodych i groźnych płci obojga, spostrzegli, że ławka, zapewne ich ławka, jest zajęta i przycupnęli nieopodal, ciskając gniewne spojrzenia. Nawet niedojrzały orzech przyturlał mi się pod but. A ja nic, siedziałem, czytałem. Za chwilę zwalił się koło mnie chłop ze słuchawkami na uszach i królewskim w łapie, pił, patrzył przed siebie, a mi wyło to jego „łup, łup”, odbierając przyjemność lektury. Znalazłem się w sytuacji dość kłopotliwej. Najchętniej bym sobie poszedł, czego oczywiście nie mogłem zrobić, toż się nie ugnę: ci patrzą, temu gra. Gdyby odeszli na trzy minuty, gdybym otrzymał szansę opuszczenia ławki z honorem już by mnie nie było. Takie rozwiązanie nikomu nie przyszło do głowy. Wbiłem wzrok w książkę, udawałem że czytam i przypominałem sobie swoje ławki, gdzie, połowę życia temu opróżniałem bełty. I tak, na moment zdołałem wrócić na górkę pod klasztorem na plantach, gdzie zamiast trawy rosło szkło, przewędrowałem w myślach nad Wisłę, prawie pod sam Salwator: tam już w październiku biło chłodem od rzeki, lecz widok był niczego sobie, policja błyszczała na kilometr, mogła i nie błyszczeć – kogo wówczas obchodziłem? Zdarzyła się też ławeczka w pięknym podworcu domu Kolegium Językowego. Bardzo lubiłem tam przesiadywać, nie tylko z przyczyn estetycznych. Uniwersytety są eksterytorialne i miałem pewność, że bełta wychłeptam nie niepokojony przez służby mundurowe. Tak sobie wspominałem, aż zapadający zmrok wyzwolił mnie z kłopotów, usprawiedliwił. Poszedłem ze swojej ławki, tak, jak poszedłem wtedy ze swoich wszystkich ławek, tamci, wrogoocy natychmiast zajęli swoją własność i stali się natychmiast młodymi, sympatycznymi ludźmi jak każdy, kto w odpowiednim wieku, w odpowiednim czasie przycupnie sobie z bełtem.